Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Ideowy kołobłęd „narodowego radykalizmu”

Ideowy kołobłęd „narodowego radykalizmu”

Jacek Bartyzel

Byłoby przesadą powiedzieć, że tzw. nowe media („interaktywne”) kształcą, na pewno jednak dają okazję do czynienia ważkich spostrzeżeń na podstawie dyskusji toczonych „na gorąco” z osobami częstokroć dotąd w ogóle sobie nieznanymi. Tak się składa, że ostatnio miałem okazję wieść takowe dysputy z reprezentantami poglądów określanych zazwyczaj jako „narodowo-radykalne” czy „narodowo-rewolucyjne”, albo po prostu „nacjonalistyczne”. Trzeba zaznaczyć, że intelektualnie były to rozmowy satysfakcjonujące, bo moi interlokutorzy to ludzie myślący, oczytani i bystrzy, i na tej podstawie mogę uogólniająco stwierdzić, że „narodowi radykałowie” to ludzie, których dzielą lata świetlne od tego parteru – a raczej sutereny – tzw. myśli narodowej w Polsce, której aktywność umysłowa sprowadza się do sporządzania, powielania i rozpowszechniania „list Żydów” albo „zdemaskowanych masonów” – od Pitagorejczyków i Platona po Hoene Wrońskiego (na których to – obu – listach mam zresztą zaszczyt zajmować poczesne miejsce).

Mimo tej satysfakcji czysto umysłowej, muszę wszelako przyznać się do pewnego rozczarowania stanem samoświadomości tych środowisk, który dane mi było rozpoznać przy okazji m.in. dyskusji z okazji 150 rocznicy tzw. zjednoczenia Włoch – czyli w istocie brutalnego najazdu i aneksji przez Piemont historycznych monarchii włoskich na czele z Państwem Kościelnym. W każdym razie nakazuje mi to dokonać częściowej przynajmniej rewizji nazbyt optymistycznego przekonania, które żywiłem dotąd jako badacz myśli politycznej (w tym nacjonalizmu), a mianowicie, iż zrodzona z rewolucyjnych paroksyzmów nienawiści do „Boga i króla”, nowoczesna idea narodu zdołała w ciągu następnego stulecia oczyścić się w laboratoriach takich doktorów kontrrewolucji, jak Maurras czy Salazar (czy nawet „późny”, „narodowo-katolicki” Dmowski) z tego jakobińskiego łożyska, z którego wyszła.

Niestety, okazuje się, że kiedy dochodzi do tego rodzaju konfrontacji, to jednostronne zafiksowanie na punkcie wyabsolutyzowanej kategorii narodu (i „narodowego państwa”) prowadzi nacjonalistów do „odpuszczania” nazbyt lekką ręką jednych zasad i wartości, które – jak zwłaszcza niezawisłość i suwerenność doczesna widzialnej Głowy Kościoła – stają się nagle przykrymi, lecz koniecznymi kosztami sprawiedliwości dziejowej, inne zaś – jak legitymizm monarchiczny – idą w ogóle pogardliwie do kosza, jako reakcyjne przesądy zdziwaczałych retrogradów. I tak oto, gdy przychodzi co do czego, okazuje się, że prawdziwą i autentyczną więź współcześni „antysystemowi” nacjonaliści odczuwają z masońskimi patriotami pokroju Mazziniego czy Garibaldiego, a nie z Papieżem czy prawowitymi władcami Królestwa Obojga Sycylii czy Księstwa Parmy. Tymi ostatnimi wręcz gardzą, bo – jak to poetycko skądinąd ujął jeden z moich dyskutantów – „gdy [sadzony przez monarchie] las przeszkadza, to się go wycina”.

Otóż właśnie, „antysystemowi”! Zatrzymajmy się na chwilę bliżej przy tej kwestii. W retoryce i argumentacji nacjonalistów da się wyraźnie zauważyć ton przesyconego co najmniej politowaniem lekceważenia, jeśli nie wręcz pogardy dla tradycjonalistów czy legitymistów, którzy mają być tak osobliwym i mikroskopijnym zabytkiem, że „System” (demoliberalny) nawet nie raczy ich zauważać, podczas gdy oni (nacjonaliści) są na pierwszej linii frontu prawdziwej walki z tymże Systemem, tudzież szykują się do przeprowadzenia „rewolucji narodowej”, która – jak mniemają – „zmiecie” System. Jest to wszelako triumfalizm przedwczesny, z co najmniej dwu powodów.

Po pierwsze, jakkolwiek faktem jest, że „System” nienawidzi nacjonalistów, to jednak również ten wróg znakomicie wpisuje się w logikę i „polityczną geografię” Systemu, jako wróg w pewnym sensie wręcz wymarzony, albowiem Systemowi łatwo stworzyć i pokazać jego odrażający wizerunek jako „czarnego luda”. W gruncie rzeczy, nacjonaliści to dla Systemu taki Emmanuel Goldstein z Roku 1984 Orwella, w sam raz nadający się do prezentacji w seansach nienawiści urządzanych przez Wielkiego Brata.

Po drugie, to, iż System nienawidzi nacjonalistów, nie wyklucza tego, że może on popełniać błąd poznawczy w identyfikacji natury swojego wroga. Ów błąd bierze się zapewne z krótkiej pamięci historycznej sług Systemu, którzy zapomnieli, że to właśnie nacjonalizm (rewolucyjny i plebejski, ufundowany na idei „suwerenności” narodu przeciwko suwerenności króla, czyli właściwie nacjonalitaryzm) był pierwszą postacią Rewolucji, a więc najstarszym obliczem Systemu – dopiero potem przemalowanym. Błąd polega zatem na tym, że System nienawidzi nacjonalistów nie za to kim oni są naprawdę, lecz za to za kogo oni w oczach Systemu uchodzą – czyli za bycie reakcją, mrokami średniowiecza, upiorami inkwizycji itp. Krótko mówiąc: nacjonaliści nie mają żadnego powodu wynosić się ponad tradycjonalistów i legitymistów, bo są nienawidzeni i zwalczani za to właśnie, że System rozpoznaje w nich tychże tradycjonalistów i legitymistów.

Cóż w tej sytuacji należałoby radzić „narodowo-radykalnym” bojownikom przeciwko Systemowi? Otóż, aby starali się dorównać tej kwalifikacji. Nie „kryteria uliczne” bijatyk z sankiulocką hołotą Systemu z rozmaitych „antif”, owiane złudną romantyką „dialektyki pięści i pistoletu”, lecz autentyczny kontrrewolucjonizm powinien być ich znakiem rozpoznawczym. W pierwszym rzędzie należałoby zrezygnować z tej naiwnej w gruncie rzeczy strategii semantycznej – powielanej zresztą za latami 30. i 40. ubiegłego wieku – czyli nazywania swojej walki „rewolucją narodową”. Każda rewolucja bowiem – nawet opatrzona tym przymiotnikiem – jest zawsze złem i nieładem. Rewolucji słusznie i skutecznie należy przeciwstawiać tylko to, co jest jej absolutnym przeciwieństwem, a nie jakąś kulawą syntezą „starego z nowym”, bo takie syntezy są zawsze ideowym „kołobłędem”. Rewolucję można zwalczyć tylko bezkompromisową i kompletną Kontrrewolucją, a więc porządkiem hierarchicznym, monarchicznym i oczywiście integralnie katolickim; porządkiem nie narodowym (ale i nie antynarodowym), lecz supranarodowym, w uniwersalnej i organicznej harmonii gentes należących do Res Publica Christiana pod autorytetem jednego Pastorału i jednego Miecza. Innymi słowy: przez wypełnienie „testamentu” zdradzonego jeszcze w średniowieczu, gdy Miecz i Pastorał tak oddaliły się od siebie i wzajemnie sobą wzgardziły, że skorzystał na tym Trzos, który do dzisiaj nami rządzi.

Pierwodruk w: „Polonia Christiana”, nr 20, maj – czerwiec 2011, s. 22.

Od Redakcji: Zachęcamy Czytelników do dyskusji o lewicowym i prawicowym obliczu narodowego radykalizmu. Jaki powinien być polski Ruch Narodowy, aby był rzeczywiście, a nie tylko w sferze deklaracyj, częścią Prawicy?

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.