Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Miscellanea » Komentarz do dyskusji nad postacią Leona Degrelle’a

Komentarz do dyskusji nad postacią Leona Degrelle’a

Jacek Bartyzel

Leon Degrelle jest z pewnością jedną z najbardziej znaczących postaci w historii XX-wiecznego narodowego radykalizmu (resp. rewolucjonizmu), zarazem jednak szczególnie kontrowersyjną. Gdyby oceniać jego działalność sprzed II wojny światowej, a nawet w jej pierwszej fazie (do 1941 roku), to bilans były dla niego bardzo korzystny: stworzenie ruchu par excellence katolickiego (Christus Rex), żarliwa obrona męczeńskiego katolicyzmu meksykańskiego, walka z oligarchią plutokratyczną i partiokratyczną oraz masonerią, sympatie monarchistyczne (wpływ doktryny Action Française) – wszystko to zasługuje na szacunek każdego człowieka Prawicy. Dochodzą do tego pierwiastki wysokiego idealizmu, religijnej żarliwości i bohaterstwa osobistego, a także niewątpliwy talent literacki, dzięki któremu potrafił poruszyć szlachetne struny w duszach swoich czytelników, a czasami wręcz je porwać. Zgoła inaczej jednak sprawy się mają, jeśli chodzi o jego działalność od czasu zaangażowania po stronie III Rzeszy.

Jeżeli nawet samo podjęcie kolaboracji da się do pewnego stopnia usprawiedliwić obawą przed separatyzmem flamandzkim, który pierwszy zgłosił akces do „Wielkiej Germanii”, i jeżeli również sam fakt partycypacji w niemieckich formacjach wojskowych (w takiej formie, jaka była jedynie możliwa, to jest w strukturach militarnych Waffen SS) był dopuszczalny moralnie i politycznie ze względu na pragnienie walki z bolszewizmem zagrażającym całej Europie, to mimo wszystko Degrelle przekroczył daleko i niedopuszczalnie cienką czerwoną linię, która oddziela sytuacyjny sojusz z Niemcami na bazie antybolszewizmu od ideologicznej solidarności ze zbrodniczym reżimem narodowosocjalistycznym. Degrelle nie tylko walczył u boku i pod komendą niemiecko-nazistowską, ale stał się autentycznym i przekonanym hitlerowcem. Nie jest to żadna obelga, tylko jego własna, wielokrotnie wyrażana autoidentyfikacja.

Jest rzeczą wręcz niepojętą, że katolik, taki jak Degrelle, był w stanie postrzegać Adolfa Hitlera jako par excellence „współczesnego krzyżowca” i wręcz wielbić go jako rzekomego obrońcę chrześcijańskiej Europy. Nie potrafię sobie wytłumaczyć tego inaczej niż jako duchowego samozatrucia i to właśnie ono odróżnia Degrelle’a od wielu innych Europejczyków różnych nacji, którzy też walczyli po stronie niemieckiej z Armią Czerwoną, aby powstrzymać inwazję komunizmu, ale nie mieli złudzeń co do hitleryzmu i nie czcili fałszywego, narodowosocjalistycznego „mesjasza”. Wystarczy porównać jego poglądy i postawę chociażby z hiszpańskimi ochotnikami na froncie wschodnim z Błękitnej Dywizji. Co więcej i co gorsza, Degrelle podczas swojego długiego życia po wojnie nie dokonał żadnej krytycznej autorefleksji i do końca uprawiał apologię Hitlera, dając dowód tego, że czuje się jego „duchowym synem”.

Last but not least, z polskiego punktu widzenia upamiętnianie tej postaci jest nie do przyjęcia. Chociaż nie ma żadnych dowodów na to, żeby Degrelle osobiście lub na czele dowodzonych przez siebie oddziałów dokonywał jakichś czynów wymierzonych w ludność polską, to jednak nie ulega wątpliwości, że jego stosunek do Polski i Polaków był oburzająco krzywdzący: o naszym narodzie wypowiadał się w sposób pogardliwy oraz wbrew oczywistym faktom przypisywał Polsce odpowiedzialność za wybuch wojny i rzekome mordy na niemieckiej ludności cywilnej.

Biorąc to wszystko pod uwagę, bezkrytycznie apologetyczny wpis dotyczący osoby Degrelle’a na oficjalnym profilu Lubelskiej Brygady Obozu Narodowo-Radykalnego należy uznać za wysoce niefortunny, nieprzemyślany i zwłaszcza dla narodowców wręcz kompromitujący. Mistrz „nacjonalizmu integralnego” Karol Maurras (który inspirował przecież Degrelle’a w młodości) pisał, że nie ma i nie może być czegoś takiego jak „międzynarodówka nacjonalistyczna”, bo nawet jeżeli pewne idee są wspólne, to akcja polityczna nie może przechodzić do porządku dziennego nad lojalnością wobec własnej wspólnoty i godzić się na jej krzywdzenie, choćby słowem (podobnie zresztą pisał u nas na przykład o. Innocenty M. Bocheński). To prawda, że niektóre reakcje na ów szkodliwy wpis były przesadne i histeryczne, ale owa „wrzawa medialna” była przecież nietrudna do przewidzenia; nie dość więc przypominać, że lepiej być mądrym przed szkodą niż po szkodzie.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.