Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Legitymizm w krzywym zwierciadle tomizmu-kluskizmu

Legitymizm w krzywym zwierciadle tomizmu-kluskizmu

Jacek Bartyzel

Incipit

Dawno już nie zdarzyło mi się przeczytać czegoś równie niemądrego i przesiąkniętego na wskroś faryzejską obłudą, a przy tym (niezamierzenie) zabawnego, jak artykuł p. Łukasza Kluski Czy legitymizm jest chimerą?1. Jego bojowy ton, kaznodziejskie uniesienie, śmiałość hipotez, oryginalność skojarzeń (którą tłumaczyć można chyba tylko skutkami wchłonięcia oparów „ochrzczonego” siarką wina fantasmagoria, przed którego konsumpcją skądinąd przestrzega), unaocznia słuszność spiżowego prawa Józefa Stalina o zaostrzaniu się walki klasowej w miarę postępów w budowie socjalizmu. Dotychczas bowiem wydawało się, że do usprawiedliwienia przywłaszczenia sobie przez p. Kluskę nazwy „Organizacja Monarchistów Polskich” oraz tytułu jej prezesa wystarczą argumenty natury finansowej czy jurydycznej. Teraz okazało się, że to za mało i „zarejestrowany prezes” poszedł na całość, demaskując legitymizm jako idealistyczną herezję pysznego rozumu, kompatybilną jakoby i z liberalizmem, i z anarchizmem, i z sedewakantyzmem, i z… homoseksualizmem [sic!], prowadzącą wprost do ateizmu i wiecznego potępienia; a wszystko to podlane gęsto sosem „tomizmu” stosowanego i nieustannym powoływaniem się na naukę Pana Naszego Jezusa Chrystusa, który jakoby zakwestionował „opinie legitymistów”. Nie ma co: „i śmieszno, i straszno”, jak mówi poeta.

Mógłbym zacząć od pytania niejako prywatnego: jeżeli p. Kluska naprawdę wierzy w to, co powypisywał był o legitymizmie, to dlaczego swego, a nie tak odległego czasu zapraszał mnie do Lublina z odczytem publicznym o legitymizmie właśnie? Czyż nie dopuścił się przez to świadomie ciężkiego grzechu promowania przebrzydłej herezji, co więcej zaś – wystawiania niemałej liczby dusz słuchaczy na zainfekowanie tym kacerstwem? Lecz właśnie z tego powodu, między innymi, trudno mi uwierzyć w merytoryczne pobudki jego szarży na legitymizm; no, chyba, że woli uchodzić za osobę zupełnie nierozgarniętą i nieświadomą swoich własnych czynów.

Pan Kluska – jak widać z jego elaboratu – w przysłowiach ludowych gustuje, tedy przypomnimy to, które jak ulał do niego pasuje, że jak Pan Bóg chce kogoś ukarać, to mu rozum odbiera. Za co zaś miałby być ukarany p. Kluska? Otóż właśnie za ów bijący po oczach faryzeizm, który każe mu udawać, że prowadzi jakiś zasadniczy spór ideowy, a nawet teologiczny, podczas gdy naprawdę desperacko usiłuje znaleźć jakiś listek figowy, którym mógłby przykryć niecnotę swojego postępku. Jednakże przeholował stanowczo, bo poirytowany tym, że nie wszyscy konserwatyści zechcieli pogratulować mu udanego coup d’état, poważył się nawet bluźnierczo (w tym kontekście) przywoływać Imię Boże, a tyleż bezczelnie, co bezsensownie, użyć nauki Doktora Anielskiego w funkcji kłonicy do okładania nią na oślep tych, którym wyrządził krzywdę; z tomizmu uczynił więc jakąś służebną ideologię własnego wyrobu – fabrykat ten, ażeby nie bluźnić niechcąco wielkiemu autorowi Sum, tomizmem-kluskizmem przeto będziemy dalej nazywali.

Powstaje wprawdzie wątpliwość czy z uwagi na ilość i rodzaj głupstw wypowiedzianych przez naszego tomistę-kluskistę poważna refutacja jego zarzutów wobec legitymizmu ma w ogóle sens? Otóż ma, nie ze względu na autora – ignoranta, który ostatecznie może się ośmieszać, ile zapragnie, ale przez wzgląd na czytelników jego publicznych wynurzeń, zwłaszcza tych niezbyt wprowadzonych w temat, którzy mogliby powziąć przekonanie, iż jeśli prominentny publicysta monarchistyczny i działacz organizacji, która od zawsze miała legitymizm na swoim sztandarze, wypowiada się tak stanowczo, to być może zaszła tu jakaś zasadnicza rewizja poglądów w samej organizacji, a nowo objawione tezy na temat legitymizmu mają solidne ugruntowanie doktrynalne. Chcielibyśmy zatem ustrzec owe potencjalne ofiary pseudouczoności tomisty-kluskisty przed spożywaniem podawanej przez niego zakalcowatej i podlanej sosem fałszu strawy. Podważając zaś jego głębokie wywody, musimy z konieczności posłużyć się naszym płytkim umysłem, albowiem innego, niestety, nie posiadamy.

Legitymizm a legalizm

Cały ów antylegitymistyczny tour de force jest funta kłaków wart już tylko z jednego, ale najzupełniej zasadniczego dla sprawy powodu: kompletnej ignorancji jego autora w przedmiocie istoty – zarówno teoretycznej, jak historycznej – legitymizmu. Słusznie wprawdzie zwraca on uwagę na to, że przyjęcie przez rozum ludzki jakiegoś ewidentnego błędu jako pierwszej zasady musi skutkować popadnięciem w nierozwiązywalne aporie w dalszym rozumowaniu. Słusznie – tyle że sam zademonstrował na własnym przykładzie prawdziwość tego założenia. Jego pierwszym błędem kardynalnym jest albowiem pomylenie legitymizmu (prawowitości) z legalizmem (legalnością). Pomylenie to polega na ich permanentnej identyfikacji, co do czego nie ma mowy o nieuwadze czy roztargnieniu: autor wielokrotnie w swoim tekście traktuje oba te atrybuty władzy jako równoważniki, stosując je zamiennie. Błąd ten mści się tym, że autor popada w to, co pospolicie nazywa się donkiszoterią: zaciekle walczy z wrogiem nieistniejącym i urojonym przez jego wyobraźnię, przypisując mu właściwości (poglądy, intencje, działania), których ten nie posiada w najmniejszym stopniu. Wyjątkowo jaskrawym przykładem tego pomieszania jest zdanie, w którym autor pyta retorycznie: „co skłania nas do podważania prawowitości nielegitymistycznej [podkr. moje – J.B.] władzy współczesnej?”. Jeśliby rozumiał to proste znaczenie słów, że „nielegitymistyczna” równa się „nieprawowita”, to zdałby sobie sprawę, że fraza: „prawowitość nieprawowita” jest nonsensem możliwym do usłyszenia głównie u pacjentów zakładów psychiatrycznych, do których sam tak uprzejmie kieruje legitymistów.

„Prezes zarejestrowany” legalnej acz nieprawowitej OMP cieszy się uznaniem prezesa Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego, dr. Adama Wielomskiego, i, jak się zdaje, sam chętnie czerpie z jego dorobku. Szkoda zatem, że nie przestudiował uważnie i nie wyciągnął żadnych wniosków z przytaczanego w książce A. Wielomskiego o tradycjonalizmie francuskim2 fundamentalnego rozróżnienia mistrza legitymizmu francuskiego, Louisa wicehr. de Bonalda (1754-1840), pomiędzy „prawowitością” (légitimité) a „legalnością” (légalité). „Wszystko, co jest prawowite – powiada de Bonald – jest boskie”, podczas gdy porządek tworzony przez człowieka ignorującego prawo Boże, może być co najwyżej zgodny z prawem, „legalny”. Dlatego też jedne konstytucje (resp. ustroje, państwa) będą legitymowalne, prawowite, inne zaś tylko legalne, uchwalone zgodnie z obowiązującymi procedurami legislacyjnymi.

Hiszpański z kolei legitymista, znawca prawa rzymskiego, kanonicznego i państwowego, Álvaro d’Ors (1915-2004) zauważa3, że istnieją trzy derywaty od słowa ley (prawo): legitimidad (prawowitość), legalidad (legalność) i lealtad (prawość, lojalność, wierność). W normalnych warunkach te trzy koncepty prawa są sobie współistotne, wyrażając jedynie różne aspekty porządku publicznego; rozdźwięk między nimi pojawia się dopiero wskutek rewolucyjnego nieporządku, który wprowadza sprzeczność pomiędzy ustanawianą przez siebie legalnością a zakwestionowaną i obaloną prawowitością oraz zmusza do wyrzeczenia się lojalności wobec tego, co prawowite. Ta sprzeczność staje się (niestety) normą w nowożytnym, powstałym z rebelii przeciwko prawowitej władzy, państwie oraz we współczesnej, przesiąkniętej pozytywizmem teorii państwa, które przyznaje walor „prawdziwego” prawa jedynie prawom pozytywnym, wykluczając też możliwość sprzeciwiania się im z powodu ich niesprawiedliwości. W konsekwencji tegoż rozróżnienie pomiędzy legalidad a legitimidad zanika, bo pierwsza pochłania drugą, nie chcąc uznać nad sobą innego, wyższego prawa.

Konieczne w tym miejscu jest wprowadzenie kolejnej dystynkcji: pomiędzy władzą rozumianą jako siła przymusu (potestad) a władzą jako upoważnieniem do rządzenia wynikającym z nabycia autorytetu (autoridad). To upoważnienie zachodzi wówczas, kiedy władza (potestad) słucha autorytetu, którego sama nie „posiada”, lecz jest on jej „dany z góry”. Oczywiście, władza ma moc (poder) pozwalającą jej wymusić posłuch dla stanowionych przez siebie praw i podejmowanych decyzji, lecz jeśli jest to prawo niesprawiedliwe (injusto), to „posłuszeństwo władzy ustanowionej – przy założeniu, że jest ona też powszechnie rozpoznana jako siła rządząca (potestad) – nie implikuje akceptowania wszystkich aktów tej siły rządzącej; [w tym znaczeniu – J.B.] uznaje się lub nie osoby {rządzące} i akceptuje się lub nie te akty”4. Jak podkreśla d’Ors, usprawiedliwienie takiego stosunku do władzy legalnej, ale niesprawiedliwej, daje właśnie Kościół, uczący, że prawo (stanowione) nie może być sprzeczne z prawem boskim, i w którego języku – co znamienne – już w starożytności w kościelnej łacinie, jako jedyny właściwy derywat od słowa lex, przyjęto słowo legitimus. Ta tradycja językowa Kościoła dobitnie wyraża przeświadczenie, iż „prawo niesprawiedliwe nie jest prawem”, a zatem także „nie ma domniemania (presunción) posłuszeństwa każdemu prawu”5. Prawowitość to zatem zawsze zgodność z „wyższym” prawem, legalność to jedynie zgodność z prawem ustanowionym przez władzę dysponującą realną siłą, zdolną do wymuszenia posłuchu. „Prawowitość (legitimidad) – stawia kropkę nad i „nadworny teolog” Don Karlosa, ks. kanonik Vicente Manterola (1833-1891) – jest prawem wzniesionym ponad Tronem; to majestat nietykalny, najwyższy wyraz prawa, to swego rodzaju przestrzeń kultu prawa”6.

Jeżeli zatem legitymiści faktycznie odmawiają znamion prawowitości niektórym władzom, to nie znaczy, iżby kontestowali pozytywną legalność każdej władzy ustanowionej; przeciwnie, w zupełnej zgodzie z nakazem ewangelicznym „oddają, co cesarskie” najrozmaitszym piastunom władzy, jaka w danym czasie istnieje. Nie tracę nadziei, że być może poniższy przykład (który zresztą podaje również d’Ors7) pozwoli Panu „prezesowi zarejestrowanemu” pojąć tę różnicę. We współczesnym demokratyczno-liberalnym oraz religijnie agnostycznym państwie polskim, podobnie jak w większości współczesnych państw na świecie, najzupełniej legalny i nazywany małżeństwem jest związek cywilny dwojga osób różnej płci, bez względu na to czy osoby te zawarły małżeństwo kanoniczne, a nawet z zupełną obojętnością prawa cywilnego wobec faktu, iż osoby zawierające kontrakt cywilny pozostają nadal w nierozerwalnym przecież związku sakramentalnym; prawo cywilne ignoruje po prostu skutki cywilnoprawne małżeństwa kościelnego. W praktyce, jak dobrze wiadomo, znaczną część takich związków tworzą pary, w których przynajmniej jedna z osób jest rozwiedziona cywilnie, a była uprzednio zaślubiona komu innemu w obliczu Boga i kapłana; z punktu widzenia prawa kanonicznego (a także moralnego) osoba taka jest przeto bigamist(k)ą i cudzołożnikiem (cudzołożnicą). Jeśli zatem jestem na przykład urzędnikiem państwowym, to nie mogę jednakowoż takim cudzołożnym parom odmówić praw cywilnych, wynikających z faktu zawarcia przez nie owego kontraktu, ponieważ jest on w świetle obowiązującego prawa legalny. Lecz jeśli jestem katolikiem, to żadna siła – fizyczna czy moralna – nie jest władna zmusić mnie do uznania, że taki związek jest prawowitym małżeństwem! Oto cała różnica pomiędzy legalnością a prawowitością; uznanie jednego nie musi, a nawet (w tym i analogicznych wypadkach) nie może, pociągać za sobą uznania drugiego.

Oczywiste tedy, że czy to p. Nicolas Sarkozy, czy to p. Donald Tusk, czy jakikolwiek inny piastun władzy, dzierżący ją na mocy praw stanowionych w danym miejscu i czasie jest jej legalnym podmiotem, i nie znam legitymisty, który by ów fakt (a tym samym nie tylko prawną, lecz i empiryczną realność jej istnienia) kwestionował. Zarzut „nieuznawania” przez legitymistów państwa i „łamania prawa” jest absurdalny, jako że legitymiści starannie dokonują tego właśnie rozróżnienia: pomiędzy legalną władzą jakiegokolwiek państwa, uznawaną jako fakt empiryczny, a władzą prawowitą, która nie zawsze niestety aktualizuje się w politycznej empirii. Gdyby nasz tomista-kluskista zechciał na przykład przestudiować pisma współczesnych legitymistów hiszpańskich (karlistów), to bez trudu mógłby skonstatować, że o konstytucyjnym królu Hiszpanii Janie Karolu I piszą oni zawsze: actual Jefe de Estado, tym samym zatem bez wątpienia uznają fakt tej jego funkcji szefowania (nominalnego tylko zresztą, jak wiadomo) istniejącemu państwu; nigdy natomiast nie napiszą o nim – rezerwując to określenie dla tego, który ma do tego naprawdę prawo – el rey legítimo („król prawowity”). Renowator tradycji szkocko-angielskiego jakobityzmu na przełomie XIX i XX wieku – Melville Henri Massue, markiz de Ruvigny et Raineval (1868-1921) podkreślał, że lojalność legitymistów wobec królowej Wiktorii jest „nieskazitelna” i dziękował Bogu Wszechmogącemu za mądry i godny sposób, w jaki reprezentowała ona przez lata swojego panowania zasadę monarchiczną8. Trudno też o bardziej dobitne podkreślenie uznawania bytu empirycznego i legalności państwa oraz jego władz bez względu na ustrój, niż fakt systematycznego zgłaszania się francuskich książąt krwi do odbycia służby wojskowej w III Republice (czego zresztą Republika im wzbraniała, deportując ich za granicę, gdyż podlegali oni „prawu o wygnaniu”).

Historia legitymizmu unaocznia, że legitymiści wręcz z daleko idącym samozaparciem stawali nawet częstokroć czynnie w obronie legalnej, acz nielegitymowalnej, władzy przed zamachami ze strony różnych „politycznych partyzantów”. Na przykład, to przywódca legitymistów francuskich w okresie II Republiki, Antoine Berryer (1790-1868), przepasany trójkolorową szarfą, bronił Zgromadzenia Narodowego przed zamachem stanu księcia-prezydenta Ludwika Napoleona Bonapartego, aż do konsekwencji w postaci uwięzienia.

Tylko ignorancja mogła też podyktować tomiście-kluskiście następujące zdanie: „To właśnie [czyli obowiązek przestrzegania prawa pozytywnego – J.B.] chciał wytłumaczyć anarchistycznie nastawionym francuskim legitymistom Ojciec Święty Leon XIII w swej encyklice Au milieu de sollicitudes (1892), gdzie nakazał uznać prawowitość władz III Republiki, którą oni bezprzykładnie kontestowali”. Po pierwsze, Leon XIII nie adresował wspomnianej encykliki specjalnie akurat do legitymistów, którzy w owym czasie byli prawie niedostrzegalni, lecz w ogólności do rojalistów, którzy dość gremialnie po śmierci hr. de Chambord od wierności dynastycznej odstąpili, stając się orleanistami; co charakterystyczne, ci monarchiści, którzy papieża usłuchali, i do Republiki się „przyłączyli”, byli właśnie albo (jak Albert hr. de Mun) tymi „fuzjonistami”, którzy wcześniej dokonali pierwszego ralliement do Domu Orleańskiego, albo wręcz – jak Jacques Piou (piou-piou, jak mawiał Maurras) – liberałami. Po drugie, na czym właściwie, zdaniem p. Kluski, polegało „nastawienie anarchistyczne” legitymistów oraz „bezprzykładna kontestacja” Republiki? Czy może podkładali oni bomby, rozkręcali tory kolejowe lub choćby odmawiali płacenia republikańskiemu cezarowi denara? Nie, oni jedynie odmawiali uznania, iż ustrój republikański jest prawowity, a w konsekwencji powstrzymywali się od czynnego udziału w instytucjach politycznych Republiki. Jeśli jednak taka absencja jest równoznaczna z anarchią i jeżeli prezes „Organizacji Monarchistów Polskich” zarejestrowanej w Krajowym Rejestrze Sądowym – p. Kluska „Piou-Piou” posuwa swój legalizm tak daleko, że uważa, iż monarchiści francuscy mieli bezwzględny obowiązek podporządkowania się temu wezwaniu papieża do ralliement do Republiki, to niechże będzie konsekwentny i – na wzór Akcji Liberalno-Ludowej Jacquesa Piou – przemianuje swoje zarejestrowane ugrupowanie na „Organizację Monarchistów i Katolików Liberalnych do Republiki Przyłączonych”. (Byłoby to zresztą jakieś w miarę honorowe wyjście z sytuacji, jaką wytworzył swoją uzurpacją.)

Podwójny sens legitymizmu

Drugim, nie mniej kardynalnym, błędem tomizmu-kluskizmu jest niedostrzeganie wewnętrznej złożoności legitymizmu, który nie sprowadza się do aspektu formalnego (prawowitości dynastycznej), lecz jest również legitymizmem celu władzy, jakim jest dobro wspólne rządzonej społeczności, w obu zaś aspektach także, a nawet przede wszystkim legitymizmem wiary (władca prawowity musi być katolikiem i sprawować swoje rządy w taki sposób, aby przynajmniej nie utrudniać poddanym zbawienia). To rozróżnienie jest właśnie ściśle tomistyczne, co więcej można powiedzieć, że poza tomizmem jest ono niemożliwe do odnalezienia.

Hiszpański karlizm nazywa powyższe rozróżnienie: legitimidad de origen (prawowitość pochodzenia) i legitimidad de ejercicio (prawowitość wykonywania, resp. sprawowania). Najwybitniejszy bodaj karlistowski filozof prawa i polityki, Francisco Elías de Tejada (1917-1978) kładzie nacisk9 na to, że prawowitość pochodzenia jest służebna w stosunku do prawowitości wykonywania, obie zaś prawowitości wzięte łącznie są instrumentem w służbie Tradycji katolickiej i narodowej, a nie na odwrót. Podkreślił to już pierwszy z karlistowskich królów z prawa, Karol V, który po wyszczególnieniu wszystkich swoich tytułów prawnych (títulos legales) do tronu przypieczętował je tytułami politycznymi (títulos políticos), tj. „inkarnacją” Hiszpanii tradycjonalistycznej: linia prawowita dynastii „jest antyliberalna i antyrewolucyjna”, linia uzurpatorska „jest liberalna i rewolucyjna”10. Z tej hierarchii rodzajów prawowitości wynika, że istnieją okoliczności – na przykład rozpasana i uporczywa tyrania, w których posiadacz praw do tronu z tytułu pochodzenia może je utracić, gdyż stał się uzurpatorem prawowitości wykonywania (el usurpador la legitimidad de ejercicio); tego właśnie określenia używa patriarcha karlizmu, Juan Vázquez de Mella (1861-1928), precyzując następująco okoliczności, w których władza prawowita formalnie może stać się nieprawowita (ilegítima): „Jeśli władza jest nabyta zgodnie z prawem pisanym albo ustanowiona za zgodą narodu, będzie posiadała prawowitość pochodzenia; lecz nie będzie ona posiadała prawowitości wykonywania, jeśli nie będzie zgodna z prawem naturalnym, z boskim prawem pozytywnym oraz z prawami i tradycjami fundamentalnymi narodu, nad którym panuje”11. Nie jest to zresztą tylko hipoteza, albowiem na tej podstawie liberalny książę Jan III został pozbawiony przez karlistów sukcesji na rzecz swojego syna Karola VII, a współcześnie książę – socjalista Karol Hugon na rzecz swojego młodszego brata, Sykstusa Henryka.

Dystynkcja pomiędzy prawowitością pochodzenia a prawowitością wykonywania pociąga zatem za sobą ważkie konsekwencje dla nich obu. Jeśli chodzi o tę pierwszą, to oczywistym wymogiem w stosunku do rządzącego jest – jak powiada d’Ors12 – „boska adopcja” jako „dziecka Bożego”, której nie można dostąpić inaczej jak przez sakrament chrztu. Prawowity władca nie może przeto być poza Kościołem, musi partycypować, jako adoptowane dziecię Boże, w kapłańskiej godności Jezusa Chrystusa (resp. w kapłaństwie powszechnym wszystkich chrześcijan, rzecz jasna, a nie w ministerialnym, które wymaga ordynacji sakramentalnej). Tym samym, traci zatem również prawowitość, jeśli z powodu swoich ciężkich grzechów został wyłączony ekskomuniką ze wspólnoty Kościoła.

Z drugiej strony, dystynkcja ta pozwala również doprecyzować pojęcie „uzurpacji”. W prostym znaczeniu manifestuje się ona jako nielegalne dojście do władzy. Lecz w świetle owego rozróżnienia różne mogą być także rodzaje uzurpacji. Inaczej uzurpatorem jest na przykład młodszy brat czy inny krewny w obrębie dynastii, który – jak szekspirowski Klaudiusz – mówiąc słowami Hamleta, „wtrynił się na tron”, naruszając reguły sukcesji, inaczej (obojętnie jaki noszący tytuł: lorda-protektora, prezydenta, cesarza, sekretarza generalnego, albo kolektywny) rewolucjonista, który obalił w ogóle istniejący i uświęcony tradycją porządek, a jeszcze inaczej władca prawowicie dziedziczący tron, lecz srożący się jako tyran, depczący prawo boskie i prawa narodu.

W nieco innej terminologii, lecz z podobnymi konkluzjami, ową dystynkcję dwu legitymizmów rozważają współcześni legitymiści francuscy (bierzemy tu pod lupę ich fundamentalne dzieło zbiorowe: Manifest Legitymistyczny13, w którego opracowanie bez wątpienia największy wkład wniósł Gérard Saclier de la Bâtie [1922-2006]). Powiadają oni, iż w chrześcijańskiej wspólnocie politycznej musimy odkryć podwójny aspekt prawowitości: „prawowitość teologiczną” (une légitimité théologique) i „prawowitość naturalną” (une légitimité naturelle). Pierwsza „implikuje rozpoznanie Jezusa jako Króla, i Ojca Niebieskiego jako zasady wszelkiej władzy. Ten aspekt prawowitości jest objawiony i wyrażony wprost w Biblii przez samego Boga”. Drugi oznacza, iż „instytucją polityczną najbardziej prawowitą (la plus légitime) jest ta, która najlepiej realizuje dobro wspólne. (Św. Tomasz identyfikuje dobro wspólne z harmonijną jednością, zgodą pomiędzy obywatelami.) Poszukiwanie prawowitości naturalnej jest rezultatem obserwacji i studium natury ludzkiej. Stanowi ona wynik różnych okoliczności, jak historia narodu, jego temperament czy jego obyczaje”14. A zatem: „Rozpoznanie Boga jako źródła władzy ustanawia prawowitość teologiczną. Wyznaczenie władzy służącej optymalnie dobru wspólnemu ustanawia prawowitość naturalną”15. Oba te warunki legitymiści rozpoznają jako doskonale spełnione w „konstytucji” dawnej Francji (w prawach fundamentalnych Królestwa). Z jednej strony bowiem, król, poprzez sakrę koronacji i namaszczenia, rozpoznaje w sposób instytucjonalny suwerenność Chrystusa jako prawdziwego Króla Francji oraz prawa Jego Kościoła. Z drugiej strony, konstytucja ta ubezpiecza dobro wspólne, jedność, dzięki jasnym zasadom desygnacji monarchy z urodzenia. W efekcie, wyłączając z wyboru ludzkiego ustanowienie autorytetu publicznego, oszczędza ona narodowi walk frakcyjnych partii chcących dokonać podboju państwa. Przykładem analogicznym jest sam Kościół. Tu papież też rozpoznaje instytucjonalnie suwerenność Boga oraz sądzi i strzeże depozytu wiary (prawowitość teologiczna); zarazem jest desygnowany przez konklawe (prawowitość naturalna).

Taki jest normalny sposób funkcjonowania każdej społeczności chrześcijańskiej: w respektowaniu obu aspektów legitymizmu. Niestety, z powodu przewrotności ludzkiej (la malice des hommes), popychającej do buntu przeciwko obu lub choćby jednemu aspektowi legitymizmu, w świecie nowożytnym i współczesnym doszło do destrukcji wszystkich (tak politycznych, jak eklezjalnych) instytucji społeczeństwa chrześcijańskiego, destrukcji autorytetu i sponiewierania dobra wspólnego. Legitymiści francuscy wskazują, że ów nieład bierze się zawsze z ulegnięcia jednej z dwóch – przeciwstawnych sobie, lecz równie destrukcyjnych – pokus. Pierwsza, nazywana przez nich naturalizmem, poszukuje rozwiązania czysto ludzkiego; uderza zatem w prawowitość teologiczną. Druga, nazywana prowidencjalizmem, zasadza się na wyczekiwaniu bezpośredniej interwencji czysto boskiej; uderza zatem w prawowitość naturalną. Mogę chyba darować sobie szerszy wywód na temat zła naturalizmu, bo mam nadzieję, że przynajmniej ten (teologiczny) aspekt legitymizmu jest nieproblematyczny dla p. Kluski – bądź, co bądź, ortodoksyjnego katolika; wystarczy zauważyć, że ów błąd naturalizmu święci triumfy we wszystkich laicystycznych koncepcjach porządku politycznego, od liberalizmu (chronologicznie) począwszy oraz, że infekuje on tych katolików, którzy idą na mniej czy dalej idące kompromisy z tą laicko-liberalną wizją życia publicznego.

Istotniejsza dla naszego sporu jest kwestia negującego prawowitość naturalną prowidencjalizmu. Postawa przezeń prezentowana – oczekiwania na bezpośrednią interwencję boską w celu zniszczenia zła społecznego i ustanowienia „złotego wieku” – wynika z jego skrajnego pesymizmu antropologicznego, przekonania o zupełnej bezużyteczności ludzkiego działania. Prowidencjalizm ignoruje fakt, że Bóg wyposażył jednak – nawet tego zepsutego przez grzech – człowieka w naturę społeczną, czyli w pewien rodzaj uzdolnienia do organizacji, pozwalającej mu budować społeczność (cité) podporządkowaną realizacji dobra wspólnego. Prowidencjaliści kwestionują jednak ową naturalną naukę polityczną (la science politique), opartą o rozumowe studium natury ludzkiej. W konsekwencji gardzą wszelkimi instytucjami, hierarchiami i autorytetami noszącymi jakikolwiek ślad działalności człowieka. Ten bunt, mimo ich deklarowanej absolutnej wierności wobec autorytetu boskiego – tylko na pozór paradoksalnie – skłania ich w ostateczności nawet do zakwestionowania nie tylko państwa i hierarchii politycznej, ale również Kościoła instytucjonalnego i Jego hierarchii, która przecież – jak widzieliśmy wyżej – posiada także aspekt prawowitości naturalnej. Przykłady prowidencjalizmu są dobrze znane z historii: to średniowieczni „spirytuałowie” i joachimici (uczniowie Joachima de Fiore), oczekujący Trzeciego Królestwa, w którym nie będzie już żadnej władzy, także kościelnej; begardzi i beginki, lollardzi, husyci; od renesansu cały protestantyzm (ale również królobójca Ravaillac, samowładnie uznający, iż konwersja Henryka IV nie ma ważności). Co ciekawe, autorzy Manifestu Legitymistycznego w tym nurcie (prowidencjalizmu) postrzegają także współczesny sedewakantyzm16.

Jak zaś przejawia się ów prowidencjalizm w ścisłym już odniesieniu do kwestii legitymizmu dynastycznego? Aby to sobie uzmysłowić musimy najpierw ustalić, jaki aspekt prawowitości wyrażają owe reguły sukcesji17, stanowiące prawa fundamentalne Królestwa Francji: teologicznej czy naturalnej? Oczywiście naturalnej; praw tych nie nadał królestwu Bóg, ani nie ustanowił on Swoją bezpośrednią wolą żadnego z królów. Są to prawa zwyczajowe, kształtujące się stopniowo, jako wyraz mądrości zbiorowej przodków, odkrywanych przez ów rozum narodowy w sytuacjach krytycznych (na przykład wygaśnięcia głównej linii dynastii i zgłoszenia pretensji przez rzekomych spadkobierców) i dopiero wówczas definiowanych w prawie pisanym (Dlatego właśnie Joseph de Maistre, przywoływany przez tomistę-kluskistę ni w pięć ni w dziewięć, wyśmiewał tych, którzy pytają, „w jakiej książce zapisane jest prawo Salickie” – i odpowiadał: „zostało ono zapisane w sercach Francuzów”). Są one właśnie prawami królestwa, a nie króla (bo, jak mówił św. Tomasz, nie królestwo jest dla króla, lecz król dla królestwa), są jego naturalną konstytucją, instytucją narodową można by powiedzieć; wyrażają podnoszone przez Tomasza (a jeszcze bodaj dobitniej przez hiszpańskich scholastyków z Escuela de Salamanca, jak Francisco de Vitoria OP czy Francisco Suárez SJ) uprawnienie wspólnoty do ustanawiania formy rządu. Dlatego właśnie autor pierwszej spisanej we Francji (około 1420 roku) Statutowej teorii następstwa tronu, Jean de Terra Rubea, po przypomnieniu, że „godności królewskie należą do całego mistycznego ciała państwowego królestwa, podobnie jak godności kościelne należą do Kościoła”, stwierdza (odwołując się do autorytetu Filozofa, czyli Arystotelesa): „Królestwo i wybór władców należą zresztą (…) do ludu (…). Nie wolno zatem królowi zmieniać tego, co postanowiono jako publiczny statut królestwa”18.

Negacja owej prawowitości naturalnej przez prowidencjalistów, przejawia się tedy, jak zauważają legitymiści francuscy, w dwojaki sposób. Po pierwsze, mają oni za nic owe prawa fundamentalne właśnie dlatego, że nie są one per se teologiczne, lecz naturalne. Ponieważ jednocześnie uznają oni biblijną zasadę nihil est potestas nisi a Deo – lecz pojmują ją w sposób (do czego jeszcze wrócimy) równie prostacki (można by rzec „fundamentalistyczny” – w takim znaczeniu jak „ewangelikalni” protestanci traktują opis stworzenia świata w Księdze Rodzaju), jak nasz tomista-kluskista – co prowadzi ich do uznania, że „od Boga” dokładnie w tym samym sensie „pochodzi” każda władza, niezależnie od tego, jaki byłby jej tytuł (formalny czy moralny) do rządzenia, to nie ma dla nich żadnej różnicy pomiędzy władzą Ludwika Świętego, Robespierre’a, Bonapartego, Ludwika Filipa, Gambetty, Pétaina, de Gaulle’a, Mitteranda czy Sarkozy’ego (a gdyby do tego doszło, to również i tow. Thoreza) – każda pochodzi od Boga i każda faktycznie jest… zła, bo ludzka. Po drugie, w imię swojego rygoryzmu teologiczno-moralnego negują oni dynastię prawowitą z powodu grzechów albo choćby zaniedbań w gorliwości religijnej poszczególnych władców: to jest na przykład przypadek typowego prowidencjalisty, ks. H.-F.-R. de La Mennais (1782-1854), który załamany tym, że Ludwik XVIII i Karol X niedostatecznie, jego zdaniem, przykładają się do rekatolicyzacji Francji, porzucił sprawę monarchii i sprawę religii złączył ze sprawą… demokracji.

Jaka jest na to odpowiedź legitymistów? Nie negują oni bynajmniej faktów dotyczących grzeszności monarchów. To prawda, że na przykład Karol VII był pierwszym (i nie jedynym, niestety) królem Francji, który miał oficjalną metresę, więc był jawnym cudzołożnikiem; ale fakt ten nie powstrzymał przecież św. Joanny d’Arc przed uczynieniem wszystkiego, by doprowadzić do jego koronacji i przywrócenia należnego mu królestwa. Warunkiem ocalenia Francji i zbawienia Francuzów nie jest bowiem to, aby na tronie zasiadał zawsze król tak święty, jak Ludwik IX. Do tego trzeba, aby istniała prawowita instytucja monarchiczna, która będzie gwarantować, iż Francja pozostanie katolicka, że prawo Boże będzie normą nadrzędną w duchu praw tego królestwa i w działaniu jego instytucji. „Atakować lub ignorować tę instytucję {czyli negować prawa fundamentalne jej funkcjonowania} jest tedy ciężkim grzechem przeciwko naturze zwierzęcia społecznego, którą Dobry Bóg nam nadał”19 – konkludują legitymiści.

Jeżeli zbierzemy teraz w jedno wszystkie powyższe dystynkcje (pomiędzy legalizmem a legitymizmem oraz różnymi aspektami legitymizmu), to okaże się, że rzeczywistość ustrojowo-polityczna jest niesłychanie złożona i nie można przykładać do niej jednego strychulca – nawet takiego, który może nawet w dobrej wierze, ale bez dokładnego rozeznania powołuje się na pochodzenie każdej władzy od Boga. Prócz optymalnej sytuacji, która jest normą dobrego porządku, to znaczy jednoczesnej legalności pozytywnej oraz legitymizmu we wszystkich aspektach (pochodzenia, celu i wiary, resp. teologicznego i naturalnego), zachodzącej właśnie w katolickiej monarchii legitymistycznej, jak również poza jej dokładną odwrotnością, czyli całkowicie zepsutej tyranii w każdym znaczeniu, a zatem władzy i nielegalnej, i nielegitymowalnej w jakimkolwiek sensie (jak ateistyczny i ludobójczy komunizm), istnieje jeszcze całkiem spore spectrum możliwości. Może istnieć władza legalna pozytywnie i legitymistyczna formalnie, ale nielegitymistyczna treściowo, jak monarchia, w której władca sprzeniewierza się prawu Bożemu i gwałci sumienia, a w konsekwencji też tyranizuje poddanych (jak Henryk VIII Angielski po dokonaniu schizmy). Może istnieć władza legalna pozytywnie, ale nielegitymistyczna i formalnie, i treściowo, walcząca mniej lub bardziej drastycznymi środkami z religią i Kościołem (jak III Republika Francuska czy Republika Meksykańska przez większą część swojej historii). Może istnieć władza legalna pozytywnie, lecz nielegitymistyczna formalnie, ale zachowująca przynajmniej oględność wobec prawa Bożego i szanująca prawa narodu (jak „konserwatywne” republiki), czy nawet uznająca prawo Boże w jakiejś ponadkonfesyjnej wersji „uogólnionego chrześcijaństwa” (jak Stany Zjednoczone). Wreszcie, szczególnie interesujące są dla nas dwa przypadki: władzy posiadającej legalność pozytywną, lecz formalnie nielegitymistycznej (bo republikańskiej), ale wykazującej się legitymizmem wiary, celu i wykonywania (jak katolicka Republika Ekwadoru za prezydentury Gabriela Garcíi Moreno, Nowe Państwo w Portugalii Antónia Salazara czy Republika Irlandzka w jej pierwotnym konstytucyjnym kształcie); oraz – pod pewnym względem odwrotny – przypadek władzy źródłowo nielegalnej (bo powstałej z przewrotu) oraz nie posiadającej legitymizmu formalnego (bo dyktatury biorącej się „znikąd”), lecz powstałej dla przywrócenia „wyższego porządku” i faktycznie usprawiedliwiającej się pełnieniem legitymizmu wiary i celu. Są to oczywiście przypadki kontrrewolucyjnych przewrotów i dyktatur, jak frankistowska Hiszpania lub Chile Pinocheta, ale także wielu nieudanych, lecz równie usprawiedliwionych rozmiarem tyranii prób obalenia istniejącej władzy. Na te przypadki – jako na sytuację, w której mimo nielegalności sposobu dojścia do władzy i samego sprzysiężenia lub powstania, „rebeliant” nie jest „uzurpatorem”, wskazują także aprobatywnie tacy autorzy, jak cytowany już d’Ors czy chilijski tomista Juan Antonio Widow (ur. 1935), który powiada: „Lecz prawowitość powstania (sublevación) zakłada sytuację uprzedniej nieprawowitości (ilegitimidad) władzy, która nie jest zdolna do ustanowienia ładu, ale wykazuje skłonność do ustanowienia porządku sprzecznego z dobrem wspólnym (bien común). Prawowite w ten sposób będą nie tylko powstania w Hiszpanii 1936 roku czy w Chile 1973 roku, ale również w Niemczech w lipcu 1944 roku czy na Węgrzech w październiku 1956 roku”20.

W świetle powyższego zasadne poniekąd byłoby pytanie czy sam legitymizm wiary (teologiczny) i celu (dobra wspólnego) nie wystarczy; być może – powie ktoś – legitymizm pochodzenia (dynastyczny) stanowi niekonieczny przydatek, „ornament” albo li tylko czcigodny zabytek z czasów feudalnych, który miło jest powspominać, ale w czasach informatycznego mass-society stanowi on już tylko – jak by prychnął wzgardliwie tomista-kluskista – „chimerę”? Otóż, taka odpowiedź, że zacytujemy naszego „Bellerofonta” – pogromcę tej „Chimery”, „wydaje się oczywista” tylko dla „płytkich umysłów miłujących się w uproszczeniach”. Pierwszy ważki argument przeciwko tej symplifikacji właściwie już podaliśmy: negacja legitymizmu naturalnego jest błędem prowidencjalizmu przeczącego zdolności (i uprawnieniu stąd wynikającemu) wspólnoty politycznej do konstytuowania się bez interwencji nadprzyrodzonej w instytucje służące dobru wspólnemu i sprawdzone w tej mierze (na co negator tej zasady powołuje się bez zrozumienia sensu cytowanej wypowiedzi de Maistre’a) przez owego „ministra” Boga w departamencie zwierzchności doczesnej, czyli Czas.

Lecz równie mocny jest także inny argument. Wszystkie owe uprawomocnione przez legitymizm wykonywania „pobożne” republiki czy dyktatury nie są w stanie, ze swojej natury, sprostać zasadzie nieprzerwalności i natychmiastowości (instantanéité) sukcesji, tak niesłychanie ważnej dla trwałości dobra wspólnego; o prezydentach i dyktatorach nie da się powiedzieć, że „nie umierają nigdy”. Mają oni zresztą tego świadomość i nawet starają się zapewnić jakąś formę sukcesji – lecz historia pokazuje, że zawsze na próżno. Ład przez nich ustanowiony jest tedy zawsze prowizoryczny i zawsze nietrwały, „wyparowuje” jak eter z butelki natychmiast po ich odejściu. Cóż z tego, że Caudillo Franco starał się naprawdę, aby wybrany przezeń monarcha był „królem katolickim”; i tak Jan Karol wolał zostać „gwarantem demokracji”. Cóż z tego, że prezydent García Moreno oddał Republikę Ekwadoru w opiekę Najświętszego Serca Jezusa, skoro wystarczyło kilka morderczych cięć maczetami masońskich spiskowców, żeby wraz z oddaniem przezeń ducha Bogu po katolickiej republice nie pozostało nic: „uderz w pasterza, a owce się rozproszą…”. Sensem legitymizmu dynastycznego, przypomnijmy raz jeszcze, jest jego subordynacja względem Tradycji katolickiej i tradycji konkretnej wspólnoty dziejowego doświadczenia, czyli tradycji narodowej. Nie wolno z tego wyprowadzać wniosku, iż ta ustrojowa forma chroniąca ową duchową i moralną treść jest drugorzędna czy nieistotna. Forma w państwie, jak w każdym bycie realnym, jest bowiem – powiada Arystoteles – prymarna wobec materii („murów miasta”), ponieważ nadaje państwu kształt, bez czego byłoby ono niezdolną do życia, bezforemną masą. Jak przypomina nasz przyjaciel, prof. Miguel Ayuso, powoływany tu już mistrz hiszpańskiego karlizmu Álvaro d’Ors stosunek legitymistycznej formy do tradycjonalistycznej treści ujmował w następujące porównanie: „Legitymizm tkwi jak korek w butelce, który uniemożliwia ulotnienie się jej politycznych treści {tradycji} i który strzeże (custodia) autentyczności jej zawartości. Tylko kiedy butelka jest zakorkowana, wiemy, że pijemy wino markowe. W przeciwnym razie traktujemy je jako pospolite”21.

Opary klusko-woluntaryzmu

Filozofia polityczna legitymizmu przeto nie tylko, że nie jest w najmniejszym calu sprzeczna z tym, co o polityce nauczał św. Tomasz z Akwinu, ale wręcz wypływa z tomizmu i zawiera się w nim; byłaby właściwie niemożliwa bez dokonanego przez Doktora Anielskiego rozróżnienia pomiędzy – komplementarnymi, lecz odmiennymi – dwoma aspektami prawowitości (teologicznym i naturalnym), tym samym zaś dwoma porządkami, w których zasada legitymistyczna się aktualizuje, tj. natury i łaski.

W świetle tych ustaleń, ogłaszane z całą powagą rewelacje Doktora tomizmu-kluskizmu, jakoby do powstania „chimery sede-legitymizmu z pewnością nie przyczyniły się dzieła Arystotelesa ani św. Tomasza, lecz raczej Kartezjusza, Kanta, Fichtego i Hegla”, są przeto „owocem filozofii idealistycznej”, każą naprawdę poważnie zatroskać się nad stanem jego równowagi tak umysłowej, jak emocjonalnej, bo sprawiają nieodparte wrażenie, iż przed ich napisaniem nie tylko że wypisał sobie do kajeciku na chybił-trafił nazwiska z indeksu jakiegoś podręcznika historii filozofii, ale jeszcze wywaru z jakiegoś trującego blekotu się opił lubo grzybków halucynogennych objadł (nasz Doktor Blekotny sam rozpoczął tę psychiatryczną konwencję prowadzenia sporu, więc niech się teraz nie boczy, że powraca ona do niego jak bumerang). Ateusz, jakobin, szowinista i wizjoner totalitarnego „państwa zamkniętego” Fichte legitymistą! – to odkrycie zasługuje, jeśli nie na habilitację, to co najmniej na doktorat, lecz do obrony chyba tylko w Klubie Pickwicka, w którym pewien dżentelmen chwalił się, że mając za zadanie napisanie eseju o filozofii chińskiej, wziął z Encyclopaedia Britannica hasła: „filozofia” oraz „Chiny” i następnie zgrabnie je połączył. W swojej intelektualnej finezji na miarę Krótkiego kursu WKP(b), „wulgata” tomistyczno-kluskowa przypomina również – metodą dokonywania odkryć naukowych – heurystykę W.I. Lenina, który przystępując do zdemaskowania jakiejś „burżuazyjnej” filozofii miał zwyczaj zaczynać od zdania: „Wszyscy wiedzą, że…” albo „Jak dobrze wiadomo…” – po czym następowała myśl, zrodzona właśnie w genialnym mózgu wodza rewolucji, która nikomu innemu nawet nie przyszłaby do głowy.

Zgodnie ze wskazówkami doświadczonych medyków, z ofiarami podobnych odkryć powinno się postępować nader ostrożnie. Pozostawmy zatem na razie naszego descubridora nowych lądów filozoficznych z przekonaniem, że odkrył prawdziwą genezę legitymizmu, tudzież, że jest bieglejszy w egzegezie tomizmu od Gustave’a Thibona, Michela Villeya, Claude’a Polina, Yvesa-Marie Adeline’a, F. Elíasa de Tejady, Álvara d’Orsa, Rafaela Gambry czy Francisca Canalsa Vidala. Najdelikatniej, jak to możliwe, uprzytomnijmy mu jednak, że demaskując „idealizm” legitymizmu, sam daje liczne dowody subiektywistycznej i woluntarystycznej dezynwoltury, tak znamiennej dla ujęć idealizujących. Oto przykład pierwszy z brzegu. Zdaniem Doktora tomizmu-kluskizmu, różnica pomiędzy „normalnym” katolickim konserwatystą z Francji a „legitymistycznym dziwakiem” (odnajdywanym w zakładzie psychiatrycznym) wygląda następująco; pierwszy miałby deklarować: „rad byłbym widzieć Ludwika XX jako głowę mojego państwa, ale muszę pogodzić się z rzeczywistością, że ster rządów należy dziś do liberałów”, drugi zaś twierdzi jakoby: „Ludwik XX jest głową mojego kraju”. Mniejsza o to, że owa wydumana antyteza jest pospolitym zmyśleniem, bo żaden legitymista niczego takiego nie twierdzi; mniejsza również o to, że jest ona zupełnie nieweryfikowalna z powodu użycia zbyt szerokiego i niepolitycznego określenia „kraj”, wskutek czego niepodobna ustalić, czego „głową” miałby właściwie być Ludwik XX. Ważniejsze w tym momencie jest to, że owa domniemana (a raczej urojona) wypowiedź „normalnego” konserwatysty katolickiego z Francji – jak należy rozumieć, spotykająca się z uznaniem p. Kluski – jest właśnie „klinicznym” (jak psychiatria, to psychiatria: tu l’as voulu, Georges Dandin) przykładem subiektywistycznego woluntaryzmu, zwykłego „chciejstwa” – mówiąc po prostu. „Rad” to ja, na przykład, „byłbym”, aby każda królowa była tak urzekająco piękna, jak Monica Bellucci, albo żeby p. Kluska zaniechał pisania głupstw; niestety, zapewne i jedno, i drugie, jest mało prawdopodobne. Legitymizm jest natomiast dokładnym przeciwieństwem wszelkiego „chciejstwa” i marzycielstwa. Monarchia legitymistyczna – jak powiada chyba największy znawca jej historii i jej prawa dynastycznego, prof. Jean Barbey – „to świat prawa obiektywnego, który nie ma w swojej zasadzie niczego ‘ludzkiego’, który wyklucza samowolę. (…) Francja monarchiczna, Francja Starego Porządku jest na wskroś antywoluntarystyczna; ani instalacja króla, ani jego działanie, nie zawierają nawet ułamka subiektywnej woli”22. Francuscy legitymiści nie potrzebują dowiadywać się od „prezesa zarejestrowanego” pewnej walczącej z legitymizmem organizacji z odległego Lublina w Polsce, że głową tego francuskiego państwa, które aktualnie istnieje w formie République Française, jest p. Nicolas Sarkozy. Doskonale o tym wiedzą, jednak fakt ów w niczym nie jest władny zmienić ani znieść tego równie obiektywnego faktu, że podług praw fundamentalnych Royaume de France jego królem z prawa, jako Ludwik XX tego imienia, jest książę Ludwik Andegaweński z dynastii Burbonów, potomek Ludwika Świętego. Po prostu „jest” – nie „pretenduje do niczego” (Je ne pretend à rien, je suis – odpowiedział kiedyś na pytanie czy pretenduje do korony), co nie byłoby jego; to zaś, że owo bycie królem z prawa nie może dziś zaktualizować się w bycie politycznym też nie ma mocy unieważnienia tego (transcendentalnego względem empirycznej rzeczywistości) prawa. Karol VII też nie panował realnie nad większością terytorium swojego królestwa („kraju”, jak woli p. Kluska), podczas gdy rzeczywistym „panem” tego „kraju” był król Anglii, a jednak Joanna d’Arc, choć niepiśmienna i tomizmu nie studiowała (filozofii idealistycznej takoż nie), nie miała wątpliwości kto jest prawowitym królem Francji. Domniemywam, że wobec tak upartego szaleństwa tej prostaczki Doktor kluskizmu-tomizmu z Lublina „rad byłby” ją chyba odesłać tam, gdzie widzieli i widzą ją Voltaire czy reżyser Luc Besson, czyli do „psychuszki”, albo nawet tam, gdzie wysłał ją biskup Cauchon (nomen omen: „świnia”), czyli na stos (tym przecież też grozi legitymistom w swoim doniesieniu)23.

O pochodzeniu władzy od Boga

Bardziej brutalnej operacji dokonać musimy niestety – ze względu na wagę kwestii – na niedorzecznych mniemaniach rzekomego tomisty w przedmiocie rozumienia zasady pochodzenia władzy od Boga. W tym zakresie kompromituje się on już poważnym traktowaniem podsuwanych „chytrze” przez niegodziwców sofizmatów, w rodzaju pytania jego promotora, jak to sam przytacza, „czy władza Leszka Millera (ówczesnego premiera) też pochodzi od Boga?”24. Jeżeli jeszcze z tego potrafił wybrnąć dość sensownie, odpowiadając (po „augustyńsku” – można by powiedzieć), że ten rząd to sprawiedliwa kara za grzechy, to całość jego wywodów świadczy, że nie tylko ma poważne problemy ze zrozumieniem owej zasady, lecz błądząc po omacku ociera się nadto o rzeczywistą herezję, sugerując, że rozmaitym niegodziwcom, od cezarów rzymskich pokroju Tyberiusza czy Nerona począwszy, Pan Bóg udziela władzy w porządku łaski!

Jedną z błędnych przesłanek do takiego wniosku – czyli pomylenie prawowitości z legalnością – już omówiliśmy. Pora wskazać drugą fałszywą przesłankę w rozumowaniu naszego antylegitymisty. Jest nią przekonanie – nie wypowiedziane wprost, ale przenikające cały wywód – o tym, że władza (czyjakolwiek, władcy prawowitego czy nie, godziwego lub nie, w tym momencie nie ma to znaczenia) pochodzi od Boga bezpośrednio, co gdyby było prawdą, rzeczywiście musiałoby prowadzić do konkluzji, że żadnej władzy, nawet najbezecniejszego tyrana, prawomocnie i w niczym przeciwstawić się nie można, bo byłoby to równoznaczne z buntem przeciwko samemu Bogu. Lecz jest to najwierutniejszy fałsz, sprzeczny całkowicie z nauką Kościoła, osobliwie zaś z tym, co głosił Akwinata, a za nim przyjęli w swoim nauczaniu papieże, jak choćby Leon XIII. Wyjąwszy opisany w Biblii (więc należący do historii Objawienia) przypadek, kiedy Bóg nakazał prorokowi Samuelowi namaścić na króla Saula, a potem Dawida, Pan Bóg nikogo nie wyznacza bezpośrednio do sprawowania władzy. Pochodzi ona oczywiście od Niego, ale nie bezpośrednio, lecz pośrednio, w taki sposób, że Bóg wyposażając człowieka w naturę społeczną, czyniąc go animal sociale, wszczepił mu jednocześnie konieczność poddania się władzy, która wszystkimi członkami danej społeczności musi kierować do wspólnego celu. Nikt dobitniej i jaśniej nie napisał o tym, niż św. Tomasz, zwłaszcza w pierwszym rozdziale De regno: „Jeśli więc naturalne jest dla człowieka, że żyje we wspólnocie, to i konieczne jest, by wśród ludzi był ktoś, kto króluje nad wspólnotą. Skoro bowiem jest wielu ludzi, a każdy troszczy się o to, co mu odpowiada, wspólnota rozproszyłaby się w różne strony, gdyby nie było kogoś, kto troszczy się także o to, co należy do dobra całej wspólnoty”25. Należy zatem także powiedzieć, że każda władza pochodzi od Boga w porządku natury, jako konieczny warunek prawa naturalnego pochodzenia boskiego. Żadna władza doczesna (polityczna) sama w sobie nie pochodzi zatem od Boga bezpośrednio, czyli także w porządku łaski. Tylko władza w Kościele – papieża jako namiestnika Chrystusa (vicarius Christi) na ziemi oraz następcy Księcia Apostołów, który od samego Pana Naszego otrzymał władzę „związywania i rozwiązywania”, z upoważnieniem do przekazywania jej drogą sukcesji apostolskiej – jest władzą o takim (bezpośrednim) pochodzeniu od Boga i otrzymaną w porządku łaski.

Czy znaczy to, że władza świecka w tym porządku (łaski) partycypować w ogóle nie może? Owszem może, lecz tylko za pośrednictwem szafarza wszelkich łask Bożych, czyli Kościoła. Władca otrzymuje więc łaskę konieczną do posiadania autorytetu (który jest mu przydany), skłaniającego rządzonych do posłuchu, w sakrze koronacji i namaszczenia, czyniącej z niego niejako – jak mówi tym teologia polityczna monarchii francuskiej – „biskupa zewnętrznego” (l’evęque du dehors), persona mixta o „dwóch ciałach”, z których jedno, fizyczne, nie różni się niczym od ciał innych ludzi, drugie zaś, duchowe, należy jednak nie do niego, lecz do „mistycznego ciała politycznego” (corpus mysticum politicum) rzeczypospolitej (cesarstwa, królestwa czy księstwa). Sakra monarsza jest jednak tylko jakby „inicjałem” tej łaski, gdyż dalsza partycypacja w niej musi być przez rządzącego nieustannie potwierdzana sposobem, w jaki sprawuje swoje rządy, czyli tym, co – jak widzieliśmy – doktryna legitymistyczna wykłada jako prawowitość teologiczną lub prawowitość wykonywania. Władca zatem – jak to znów z niezrównaną ścisłością wykłada Doktor Anielski, zwłaszcza w rozdziale 14 De regno – winien być „naśladowcą Chrystusa” (christomimetes, jak to określano jeszcze w bizantyjskiej teologii politycznej), rozplanowującym rzeczy w swoim królestwie, jak Bóg w świecie, a wówczas można mówić, że: „jak założenie miasta lub królestwa odpowiednio (convenienter) zaczerpnięto z formy założenia świata, tak i pojęcie rządów (gubernationis ratio) [podkr. moje – J.B.] powinno pochodzić od rządów Bożych”26. Władca jest „sekretarzem natury” (danej przez Boga), jak mówi de Bonald, oraz „porucznikiem Boga” (lieutenant de Dieu) na ziemi, poprzez którego królować ma Chrystus. Ostatecznie, i w najbardziej transcendentnym, mistycznym wręcz wymiarze, katolicki władca jest Pawłowym (2 Tes 2, 6-7) to katechon (το κατεχηον), „tym, który powstrzymuje” (do czasu) nadejście Antychrysta, poprzedzające Paruzję.

Łaska ta wszelako może być odjęta, jeśli król nie współpracuje z nią i obraca się w swoje przeciwieństwo, czyli w tyrana. Tym bardziej zatem, włączony w porządek łaski żadnym sposobem nie może być władca niechrześcijański. Twierdzić zatem, że Pan Bóg, udziela łask koniecznych do objęcia władzy Tyberiuszowi czy Neronowi jest zupełną niedorzecznością i właściwie blasfemią. Należy w tym miejscu zauważyć, że Chrystusowa nauka o źródle władzy jest w gruncie rzeczy także – w odpowiednim znaczeniu tego słowa – jej desakralizacją, gdyż w ścisłym znaczeniu sakralizacja władzy (zwłaszcza deifikacja władcy) jest stricte pogańska. Najbardziej wymowne pod tym względem jest upomnienie skierowane do Piłata: „nie miałbyś żadnej władzy nade Mną, gdyby ci nie była dana z góry” (J 19, 10-11) Oznacza to przecież, że żaden ziemski władca nie jest sam dla siebie źródłem władzy; jest to ograniczenie roszczeń władzy ludzkiej, ukrócenie jej pychy i w ogóle pychy człowieka!

Gdyby „tomistyczno”-kluskową teologię polityczną spróbować umiejscowić na mapie historii doktryn politycznych, to okazałoby się, że jest ona identyczna z powstałą na gruncie schizmy i herezji anglikańskiej teorią ‘boskiego prawa królów’ (divine right of the Kings)27, co więcej, jeszcze przezeń rozszerzoną na wszystkie rodzaje ustrojów i reżimów politycznych, tak, że „boskie prawo” dotyczy również, między innymi, pogańskich cezarów, masońskich dyrygentów francuskiej „Republiki Wielkiego Wschodu” czy genseków partii komunistycznej. Owo rzekome ‘boskie prawo królów’ jest niczym innym, jak konsekwencją schizmy od Rzymu; kiedy przestano uznawać zwierzchność papieża nad Kościołem i papieską (pośrednią) jurysdykcję, ratione peccati, nad władcami świeckimi, a głową „Kościoła” narodowego stał się sam król, to w ślad za ową sui generis „papalizacją” monarchy dość logicznie pojawiła się teoria upodabniająca „króla-papieża” do papieża prawdziwego w tym, co stanowi istotę jego władzy: bezpośredniości jej pochodzenia od Boga. Sir Robert Filmer (1588-1653) zbudował nawet w tym celu analogiczną do sukcesji apostolskiej teorię (zwaną patriarchalną) o nadaniu przez Boga władzy królewskiej praojcu Adamowi, przekazującemu sukcesję patriarchom, a stąd dalej monarchom.

Teorię ‘boskiego prawa królów’, tak „twórczo” rozwiniętą przez lubelskiego „tomistę”, że aż obejmującą Leszka Millera, poddali od razu druzgocącej krytyce hiszpańscy i włoscy neoscholastycy, zwłaszcza Francisco Suárez SJ (1548-1617) i św. Robert kard. Bellarmin (1542-1621). Nie sięgając tu aż tak daleko wstecz, oddajmy raz jeszcze głos współczesnemu spadkobiercy tradycji hiszpańskiej scholastyki, d’Orsowi, który wyjaśnia: „Ta fraza {władza ‘z łaski Bożej’} nie jest tożsama z potwierdzeniem boskiego charakteru władzy królewskiej, lecz podkreśla jej poddanie się rzeczywistemu respektowaniu suwerenności Jezusa Chrystusa”. Natomiast „protestantyzm, usuwając obecność Boga z życia doczesnego, nie zaczyna wprawdzie od zaprzeczenia boskiego pochodzenia władzy (które uznaje), lecz faworyzuje koncepcję, iż władza doczesna jest ustanowiona z woli Bożej – ‘Bóg wybiera Króla’ – atoli ów wybór nie ma już w sobie żadnej transcendencji, sposób, w jaki Król jest wybierany przez Boga nie oznacza już rządzenia jako boski namiestnik (vicario divino), lecz jego absolutnie wolną wolą: ‘Bóg ustanawia Króla, lecz Król ustanawia prawo’, taka jest formuła absolutyzmu. W ten sposób, pomiędzy Bogiem a obowiązującym prawem stawia się wszechmocna wola (la voluntad omnímoda) Króla. I ów zrodzony z herezji protestanckiej absolutyzm łatwo przekształca się we władzę demokratyczną, która zajmuje miejsce dawnych monarchii, zdecydowanie i całkowicie abstrahując od boskiego pochodzenia władzy, będącej już teraz wolą ubóstwionego ludu, jako substytutu woli Boga”28.

Sprzeczność pomiędzy absolutystyczną adoracją woli królewskiej a legitymistyczną doktryną chrześcijańskiej monarchii tradycyjnej, jak również wspólne źródła woluntaryzmu absolutystycznego i woluntaryzmu demokratycznego, wybornie wyjaśnia także współtwórca tomistycznej Escuela de Barcelona, Francisco Canals (ur. 1922). Absolutyzm – pisze ów autor – „dokonał sekularnej i immanentnej redukcji doktryny katolickiej, wypaczając ją w tezę o boskim prawie królów (el derecho divino de los reyes)”. W kontekście filozoficznym błąd ten daje się wytłumaczyć zrewitalizowanym przez humanizm renesansowy panteizmem, przez co „pojmuje się Państwo jako zstąpienie tego, co boskie, na ziemię. Takie błędy mają charakter idolatryczny, ponieważ przypisują charakter boski rzeczom skończonym”. Demokracja natomiast jest multiplikacją tego samego, co absolutyzm monarchiczny, błędu, ponieważ „mitologia demokratyczna suwerenności ludu buntuje się przeciwko samej idei boskiej zasady jedności, i w sposób najbardziej radykalnie antychrześcijański przeciwstawia się wszystkiemu temu, co nazywa się Bogiem i domaga się czci. Nie jest już tylko idolatrią, lecz antyteizmem”29.

Podsumujmy: legitymizm nie jest doktryną ‘boskiego prawa królów’. Legitymizm jest doktryną boskiego prawa, któremu podlegają wszyscy ludzie łącznie z królami, wszystkie wspólnoty, wszystkie ‘polityczne ciała mistyczne’, którym królowie ci, jako „porucznicy Boga”, mający strzec Jego prawa, przewodzą. Mówiąc w największym skrócie, legitymizm to nic innego jak doktrynalny wyraz na gruncie filozofii i teologii politycznej nauki o Społecznym Królestwie Jezusa Chrystusa; lecz, że nie było wolą Pana Naszego sprawować tę swoją królewską władzę bezpośrednio, aż po czasy ostateczne, kiedy powróci On w chwale, jako „Władca królów ziemi” (Ap 1, 5), „KRÓL KRÓLÓW I PAN PANÓW” (Ap 15, 19), ktoś musi Go do tego czasu zastępować. W porządku duchowym Jego namiestnikiem jest Głowa Kościoła, papież; w porządku spraw doczesnych i w każdej ludzkiej zbiorowości ów boski wikariat sprawować winien przewodnik ustanowiony zgodnie z prawami zwyczajowymi danej społeczności, będącymi wyrazem naturalnego rozumu społecznego, wszczepionego naturze ludzkiej przez Stwórcę.

Absolutyzm, ubóstwiając wolę monarszą, i czyniąc króla zewnętrznym wobec wspólnoty ‘suwerenem’, torował (nieświadomie, lecz cóż z tego) drogę totalnemu, demokratycznemu państwu – Lewiatanowi, w którym wszystkie zatomizowane jednostki są względem siebie jednocześnie ciemiężcą i ciemiężonym. Nicolás Gómez Dávila (wiem, wiem, nie tomista, i legitymista też nie, ale ‘reakcjonista’, którego aparat słuchu na najmniejsze przejawy duchowego trądu nowoczesności był niezrównany) przypomina nam, że „Absolutyzm – intelektualny bądź polityczny – jest śmiertelnym grzechem przeciwko metodzie hierarchicznej. Uzurpowaniem sobie – przez jeden z członów systemu – praw pozostałych członów”30.

Niepodobna zaprzeczyć, że protestancki absolutyzm zdołał w XVII i XVIII wieku zainfekować po trosze także katolickie monarchie, na czele z francuską; nie jest też przypadkiem, że francuski apologeta droit divin des rois, bp Jacques-Benigné Bossuet (1627-1704) był też jednym z promotorów gallikanizmu, a zatem niejako „cichej schizmy” Kościoła francuskiego. Dlatego pogłosy tego absolutyzmu są jeszcze jakoś obecne w pierwszym pokoleniu francuskich legitymistów, na czele z wielkim de Bonaldem. Pierwiastki te ulegają wszelako stopniowemu wyczyszczeniu wraz z systematycznie postępującą ultramontanizacją legitymizmu (tak samo szybko znika zeń, wniesiony przez Chateaubrianda, nalot romantyzmu, będący po prostu akcydensem klimatu kulturowego epoki). Przynajmniej jednak jeden legitymizm – hiszpański karlizm – nigdy nie miał jakiegokolwiek nalotu modernistycznego, z którego musiałby się oczyszczać, bo nigdy nie przeszedł przez fazę absolutystyczną, a zawsze zachował nieprzerwaną ciągłość z tradycją scholastyczną epoki Habsburgów (pozostał „marmurowy w swojej ortodoksji”, jak pisał Elías de Tejada) oraz z tradycją przednowożytnej monarchii tradycyjnej, nigdy nie przyjmując nawet Bodiniańskiej koncepcji suwerenności. W monarchii tradycyjnej, której zasadom wierny pozostaje jedynie legitymizm, król nie jest samowładnym suwerenem (bo to atrybut wyłącznie Boży), lecz najwyższym zwierzchnikiem (supremo superior) ciała politycznego, jego głową (cabeza), pozostającą wszelako zawsze jego cząstką, prymarną wprawdzie, lecz od tego ciała nieoddzielną, „zwieńczeniem” (cúpula) organizmu złożonego z wielu wspólnot „wewnętrznie suwerennych”, od rodziny począwszy a na narodzie skończywszy; „królem w Kortezach” reprezentujących (nie jak w parlamentaryzmie demokratycznym) jednostki, lecz te, uporządkowane hierarchicznie ciała społeczne (cuerpos sociales) – analogicznie w tradycyjnej monarchii francuskiej „królem w radach”, w tradycyjnej monarchii angielskiej „królem w parlamencie”, w tradycyjnym cesarstwie „cesarzem w Sejmie Rzeszy”, w staropolskiej monarchii mixtae wreszcie – królem jako jednym ze stanów sejmujących.

Bałwochwalstwo władzy – każdej spersonifikowanej władzy – zawsze jakoby prawowitej i zawsze będącej wynikiem woli, a nawet łaski Bożej, zalecane przez tomistę-kluskistę jest przeto (nieuświadomionym, miejmy nadzieję) refleksem pogańskiej apoteozy despotów i cezarów, a teoretycznie wyeksplikowanym na gruncie heretyckiej, protestanckiej teorii ‘boskiego prawa’, później jedynie zsekularyzowanej i zdemokratyzowanej. W taki sposób interpretowali zawsze Pawłowe nihil est potestas nisi a Deo jedynie zdeprawowani i przewrotni tyrani oraz faktyczni wrogowie Społecznego Królestwa Naszego Pana.

Coda

Postawmy na koniec raz jeszcze pytanie: po co współczesnym konserwatystom katolickim legitymizm, skoro jego praktyczne implikacje są we współczesnym świecie nie do ziszczenia, tym bardziej w Polsce, w której nie ma nawet niekwestionowanej, prawowitej dynastii?

W gruncie rzeczy odpowiedź na to pytanie jest niesłychanie prosta. Konserwatysta winien być legitymistą po prostu dlatego, że w legitymizmie zawarta jest PRAWDA, autentycznie katolicka filozofia i teologia polityczna, dokładnie odwzorowująca autentycznie nauczanie Kościoła odnośnie do wspólnoty politycznej. A w prawdzie należy trwać, należy ją poznawać, żyć nią i dochowywać jej fidelitas zawsze, bez względu na przyjazne czy nieprzyjazne okoliczności.

Po drugie (co zresztą jest tylko konsekwencją pierwszego), legitymizm jako doktrynalna eksplikacja prawdziwego porządku, źródłowo transcendentnego i ponadczasowego, chroni duszę i umysł konserwatysty przed niemałymi, grożącymi mu we współczesnym Mieście Ruin, niebezpieczeństwami, przede wszystkim zwątpienia i kapitulacji. Przede wszystkim, impregnuje on przed bałwochwalczym kultem tego modernistycznego nowotworu, który rozrósł się niszcząc zdrową tkankę civitas Christiana – nowożytnego, bezosobowego Państwa, „Państwa – Cezara” (État-César) – jak mówił Maurras, które jak żarłoczny Moloch wchłania w swoją przepastną gardziel i trawi w swoim rozdętym żołądku, z zupełną obojętnością, wszystkie nowe formy reżimu: oświecony absolutyzm, konstytucjonalizm i parlamentaryzm, demokrację jakobińską, totalitarne państwo wodzowskie, dyktaturę proletariatu i demokrację ludową, socjalne „państwo opiekuńcze” (i „opiekuńczo-garnizonowe”), demokrację liberalną z jej „miękką” tyranią praw człowieka, a wreszcie i zapewne Zjednoczoną Republikę Globu, z której nie będzie już nawet dokąd uciekać; od wszystkich wymagając tylko jednego: nieustannej adoracji i nieprzerwanego dopływu ofiar jego „dobroczynnej” racjonalności instrumentalnej. W jednym przeto musimy przyznać rację naszemu antylegitymiście (winien on jednak tym bardziej zastanowić nad tym, kto naprawdę broni tomistycznego ordo, kto zaś je druzgoce): legitymiści nie mogą zgodzić się na moralne i praktyczne zrównanie wszystkich form ustroju. Mogą, owszem, dopóki nie przekroczy ono jakiejś trudno uchwytnej miary nieprawości, znosić je z cierpliwą pokorą jako dopust Boży, ale nigdy nie pójdą śladem tych „konserwatywnych realistów”, którzy uprawiają proceder bałwochwalstwa każdego wcielenia Lewiatana pod wygodnym dla ich oportunizmu pretekstem, że każdorazowo jest ono tym samym państwem, któremu winni są lojalność, a nawet powinność patriotyzmu. Lecz to nieprawda, bo czego innego uczył Arystoteles, powiadając, że „jeśli państwo jest pewną wspólnotą, a mianowicie wspólnotą obywateli w ramach ustroju, to jeśli ustrój się zmieni co do rodzaju i różnić się będzie od poprzedniego, również i państwo z konieczności nie będzie, jak się zdaje, tym samym”31. Państwo – Moloch, Państwo – Biuro, Państwo – Wódz, Państwo – Partia nie jest i nie może być tym samym, co oparta na zasadach pomocniczości i solidarności naturalnych ciał społecznych civitas chrześcijańska; laicka Republika Praw (abstrakcyjnego) Człowieka i Obywatela może być tylko odwrotnością arcychrześcijańskiego Królestwa; stanowiąca fragment światowego systemu socjalistycznego Polska Rzeczpospolita Ludowa mogła być tylko oszustwem i parodią państwa polskiego. W każdym z tych przypadków służyć z tą samą gorliwością jednemu i drugiemu oraz postrzegać we wszystkich jednako twór pochodzący od Boga może tylko schizofrenik lub hipokryta, niewierzący tak naprawdę w nic.

Legitymizm tedy, jest, że się tak wyrazimy, jak szkaplerz, który chroni przed pokusami, takimi jak uleganie Makiawelicznemu realizmowi nikczemnemu, Hobbesowskiej fascynacji dobroczynnością potwora, Heglowskiej apoteozie rozumu wcielonego w państwo czy Bismarckowskiej Machtpolitik. A także – toutes proportions gardées – przed potulnym godzeniem się na legalistyczne tricki szczwanych kauzyperdów.


1 Zob. http://www.omp.lublin.pl/artykuly.php?autor=0&artykul=47.

2 Zob. A. Wielomski, Filozofia polityczna francuskiego tradycjonalizmu 1789-1830, Kraków 2003, s. 90-92.

3 Zob. Á. d’Ors, ‘La legitimidad del poder’ i ‘El deber de obediencia al poder constituido’ w: tegoż, La violencia y el orden, Madrid 1987, s. 47-67.

4 Tamże, s. 65.

5 Tamże, s. 49.

6 V. Manterola, ‘Don Carlos e o Petróleo’, w: V. Garmendia, Vicente Manterola. Canónigo, diputado y conspirador carlista, Vitoria 1975, s. 165.

7 Zob. Á. d’Ors, dz. cyt., s. 49.

8 Zob. Markiz de Ruvigny et Raineval, ‘Legitymizm w Anglii’, przeł. J. Nagórski, Pro Fide Rege et Lege, 2002, nr 3-4(44), s. 11 i 14.

9 Zob. ¿Qué es el carlismo?, Madrid 1971, s. 39.

10 Cyt. za: M. Ferrer, Breve historia del legitimismo español, Sevilla 1958, s. 13.

11 J. Vázquez de Mella y Fanjul, ‘La legitimidad de origen y de ejercicio’, discurso de 23-4-1894, w: tenże, Obras completas, t. 11, Barcelona 1932, s. 97.

12 Á. d’Ors, dz. cyt., s. 60.

13 Zob. Manifeste Légitimiste, Union des Cercles de Légitimistes de France, Limerzel 2006.

14 Tamże, s. 87.

15 Tamże, s. 88.

16 To tak à propos rewelacji naszego tomisty-kluskisty, jakoby istniało „patologiczne pokrewieństwo między sedewakantyzmem a legitymizmem”; podawana przezeń z zabawnym namaszczeniem „informacja” jakoby „nie [było] przypadkiem, że sporo legitymistów jest zwolennikami poglądu o ‘papieskim pustym tronie’ i odwrotnie” jest nie tylko jedną z wielu nieuczciwości, jakich się dopuszcza, ale również „udawaniem Greka”; wszyscy zainteresowani doskonale wiedzą, że p. Kluska „zna” tylko jednego legitymistę – sedewakantystę (no, powiedzmy dwóch, uwzględniając prolegitymistyczną deklarację ks. Rafała Trytka) i tylko przed bardzo naiwnymi może zgrywać się na erudytę. Ja znam raczej nieźle (niektórych osobiście) legitymistów francuskich, hiszpańskich czy neapolitańskich, i mogę dostarczyć na żądanie dowody ich ścisłego związku – można powiedzieć: wręcz symbiozy – z Bractwem Kapłańskim św. Piusa X, które przecież i p. Klusce jest bliskie; bardzo by się tam ubawili, gdyby się dowiedzieli o co ich posądza pewien „lefebrysta” w Polsce, ale przez litość dla naszego domorosłego teologa nie będę mu tego czynił. Nie mówiąc już o tym, że „sedewakantyzm” w odniesieniu do samego legitymizmu dynastycznego to czysty obłęd: przecież trony tych dynastii z pewnością nie są „puste”.

17 Jest ich, jak wiadomo, pięć: pierworództwo (primogéniture); wyłączenie od sukcesji kobiet; przechodzenie sukcesji na linie boczne w razie wygaśnięcia linii prostej, a stąd zasada nieprzerwalności, natychmiastowości (instantanéité) sukcesji, wyrażana słynną formułą: „król nie umiera nigdy” (le roi ne meurt jamais) – bo zawsze ma prawowitego następcę; niedysponowalność (indisponibilité) Korony – czyli niemożność jej przekazania wolą samego władcy komukolwiek innemu niż prawowitemu sukcesorowi; wreszcie zasada katolickości /catholicité/ króla.

18 Cyt. za: Powszechna historia państwa i prawa, Wybór tekstów źródłowych, Wrocław 1996, s. 53; zob. także: J.-M. Carbasse, G. Leyte, L’État royal, XIIe-XVIIIe siècle. Une anthologie, Paris 2004, s. 59-96.

19 Manifeste Légitimiste, Union des Cercles de Légitimistes de France, Limerzel 2006, s. 91.

20 J.A. Widow, ‘A modo de respuesta’, Philosophica /Valparaiso/, vol. XII, 1989, s. 246-247.

21 M. Ayuso, Qué es el Carlismo. Una introducción al tradicionalismo hispánico, Buenos Aires 2005, s. 14.

22 J. Barbey, ‘Légitimité et légalité’, Feuille d’Information Légitimiste, nr 112/113(1993), s. 2.

23 Skądinąd, zważywszy, że książę Ludwik nie ubiega się przecież o urząd prezydenta Republiki Francuskiej, z kolei zaś Monsieur le Président Sarkozy nie pretenduje, o ile mi wiadomo, do korony francuskiej, to można powiedzieć, że nie zachodzi pomiędzy nimi osobiście żadna kolizja interesów. Jakimś potwierdzeniem tego jest fakt, że swego czasu, podczas uroczystości otwarcia Stade de France, ówczesny prezydent Republiki, François Mitterand zaprosił kurtuazyjnie księcia d’Anjou do swojej loży, a ten zaproszenie przyjął.

24 Mon Dieu, mnie też, i to w czasie stanu wojennego, zadawano podobne pytanie czy władza generała Jaruzelskiego pochodzi od Boga?

25 Św. Tomasz z Akwinu, O królowaniu – królowi Cypru, przeł. M. Matyszkowicz, Kraków 2006, s. 39.

26 Tamże, s. 115.

27 Na marginesie musimy zaznaczyć, że Stuartowie, dla których stworzoną tę teorię – a po części to oni sami: Jakub I i Karol I, byli jej autorami – byli oczywiście dynastią prawowitą w sensie legitymizmu formalnego, lecz ich teologia polityczna była błędna właśnie dlatego, że nie byli oni – aż do Jakuba II – katolikami.

28 Á. d’Ors, dz. cyt. s. 54-55.

29 F. Canals, Política española: pasado y futuro, Barcelona 1977, s. 290-291.

30 N. Gómez Dávila, Nowe scholia do tekstu implicite I, przeł. K. Urbanek, Warszawa 2007, s. 46.

31 Arystoteles, Polityka, przeł. L. Piotrowicz, Wrocław 1953, s. 83.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.