Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Eseje i artykuły naukowe » Manifest monarchizmu insurekcyjnego

Wznawiana przez Wydawnictwo Pardwa po 186 latach od pierwszego wydania Rzecz o monarchii i dynastii w Polsce Janusza Woronicza jest dziełem wyjątkowym, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, jest jedynym w całej epoce porozbiorowej manifestem ideowym polskiego monarchizmu i jego programu politycznego. Po drugie, manifest ten jest nierozerwalnie związany z postulatem ogólnonarodowego powstania zbrojnego przeciwko wszystkim trzem zaborcom (choć nie jednocześnie), ukierunkowanego na odzyskanie przez Polskę niepodległości. Z tego względu jego przesłanie nazywamy właśnie „monarchizmem insurekcyjnym”.
Zanim przejdziemy do wprowadzenia w treść prezentowanej publikacji, zasadne wydaje się przedstawienie sylwetki jej autora, będącego postacią dziś zapomnianą, jak również okoliczności i celu jej powstania.
Janusz Woronicz-Werner herbu Pawęża (1805–1874) urodził się 27 czerwca 1805 roku w Prawutynie Wielkim na Wołyniu. Najwybitniejszą postacią w rodzinie był jego stryj – Jan Paweł Woronicz (1757–1829), duchowny rzymskokatolicki i poeta, autor m.in. Zjawienia Emilki (1796/97), Świątyni Sybilli (1801) i Hymnu do Boga (1805), uznawany za prekursora mesjanizmu polskiego i tradycjonalistycznego konserwatyzmu; od 1815 roku biskup krakowski i senator Królestwa Polskiego, a od 1827 – arcybiskup metropolita warszawski i czwarty Prymas Królestwa Polskiego (której to godności nie należy mylić z tytułem Prymasa Polski, związanym z metropolią gnieźnieńską). 24 maja 1829 roku, na Zamku Królewskim w Warszawie, przewodniczył uroczystościom koronacyjnym Mikołaja I na króla Polski, który jednak koronował się sam, a prymas jedynie podał mu koronę. Jego pogrzeb w katedrze królewskiej na Wawelu był wielką manifestacją patriotyczną.
Jego bratanek, czyli Janusz Woronicz, został w 1830 roku sekretarzem Sejmu Królestwa Polskiego. Uczestnik powstania listopadowego od samego początku, w noc listopadową wdarł się jako pierwszy do Arsenału. W wojnie polsko-rosyjskiej 1831 roku dosłużył się stopnia kapitana. Po klęsce udał się na emigrację do Francji, gdzie związał się z konserwatywno-arystokratycznym obozem skupionym wokół byłego prezesa powstańczego Rządu Narodowego, księcia Adama Jerzego Czartoryskiego (1770–1861), nazywanym od 1843 roku potocznie (od pałacu-siedziby Księcia na Wyspie Św. Ludwika w Paryżu) Hȏtel Lambert. Był sekretarzem i agentem dyplomatycznym Księcia, odbywając jako jego emisariusz misje do Bukaresztu, Serbii i Turcji. W 1837 roku został współzałożycielem tajnego Związku Insurekcyjno-Monarchistycznego Wyjarzmicieli, powstałego z przekształcenia założonego w 1833 roku, również tajnego, Związku Jedności Narodowej, którego najwyższym naczelnikiem był sam książę Czartoryski. W tym samym, 1839 roku, kiedy opublikował Rzecz o monarchii i dynastii w Polsce, został współredaktorem – wraz z poetą Ludwikiem Orpiszewskim (1810–1875) – pisma „Trzeci Maj”. Wreszcie, w 1843 roku stał się współzałożycielem jawnego Towarzystwa Insurrekcyjno-Monarchicznego Fundatorów i Przyjaciół Trzeciego Maja, funkcjonującego pod skróconą nazwą Towarzystwo Monarchiczne Trzeciego Maja, którego prezesem był najpierw Narcyz hr. Olizar (1794–1862), były senator-kasztelan Sejmu powstańczego, a od 1845 roku – gen. Feliks Breański (1794–1884), czołowymi działaczami zaś, oprócz wymienionych, gen. Władysław hr. Zamoyski (1803–1868), prawa ręka księcia Adama, i płk Ludwik Bystrzonowski (1797–1878). Towarzystwo to prowadziło działalność do 1848 roku.
Podczas wojny krymskiej Woronicz służył w stopniu majora w Pułku Kozaków Sułtańskich, zorganizowanym pod auspicjami Hȏtel Lambert przez agenta Czartoryskiego i powieściopisarza Michała Czajkowskiego (1804–1886), występującego już zresztą, po przejściu na islam, pod nazwiskiem Sadyk Pasza. W 1856 roku przyjął od rządu francuskiego posadę konsula w Tulczy (Dobrudża) i sprawował ją niemal do śmierci. Zmarł jednak w Paryżu 4 lipca 1874 roku i został pochowany na polskim cmentarzu w Montmorency, we wspólnym grobie z Bystrzonowskim. Jego synem naturalnym był francuski oficer Jean Albert comte de Pawenza Woroniez (1835–1895).
Warto dodać, że zarówno postać samego Janusza Woronicza, jak i monarchizmu na Wielkiej Emigracji, była traktowana przez historiografię po macoszemu. Przez szereg dziesięcioleci jedyną publikacją naukową temu poświęconą był artykuł Marii Pawlicowej, O niektórych pomysłach monarchicznych na emigracji 1831 do 1856, w „Kwartalniku Historycznym” z 1927, t. 41, nr 1. Dopiero w ostatniej dekadzie powstała poważna monografia tego nurtu, dra Mikołaja Rysiewicza, Monarchia, lud, religia. Monarchizm konserwatywnych środowisk politycznych wielkiej emigracji w latach 1831–1848, Kraków 2015.
Główną myśl swojego manifestu Janusz Woronicz wyłuszcza już we wstępie do liczącej ponad 60 stron broszury opublikowanej w 1839 roku. Uznając za oczywiste przybliżanie się ku kolejnemu powstaniu – i traktując stan aktualny jako jedynie upływające właśnie „zawieszenie broni” po porażce powstania listopadowego – przekonywa, że warunkiem powodzenia akcji powstańczej jest sięgnięcie po niewykorzystany dotąd „środek organiczny”, wzmagający do możliwego maksimum siły powstającego narodu. Tym środkiem jest właśnie użyta w powstaniu od samego początku forma monarchiczna, a w jej konsekwencji – dynastia, bez której monarchiczna forma zostaje czczym wyrazem, martwą literą.
Chociaż Woronicz nie ukrywa pragmatycznego celu postulatu monarchicznego, zasadniczą część swojego minitraktatu rozpoczyna od próby teorii ustroju oraz ewaluacji monarchii jako takiej w konfrontacji z republikańską formą rządu. Próba ta jest niezmiernie interesująca, albowiem autor zdaje się łączyć tutaj tradycyjną, nawet patriarchalną, teorię pochodzenia monarchii à la Robert Filmer i bp Jacques-Benigné Bossuet z kontraktualizmem w wersji Thomasa Hobbesa. Z jednej strony bowiem podkreśla, że forma monarchiczna jest pierwotną formą wspólnot politycznych (politycznych towarzystw), naturalną władzą jednego, tworzącą się na wzór przyrodzonej opieki ojca nad dziećmi, oraz garnięcia się słabszych ku najsilniejszemu, aby obronił ich przed mocniejszymi. W odróżnieniu jednak od Hobbesa Woronicz nie twierdzi, że ludzie przystępujący do społeczeństwa politycznego w celu uzyskania bezpieczeństwa oddają mu bezwarunkowo całą swoją wolność, lecz że każdy członek nowej społeczności składał na jej korzyść w ręce naczelnika część przyrodzonej swej wolności, aby resztę uchował od przemocy. Wskutek łączenia się różnych familii, plemion i hord tworzył się stan publiczny oraz kształtowała się władza królewska, a prawa majestatu, dziedziczność, doskonaliły tę naturalną władzę, nie naruszając pierwotnej towarzyskiej umowy.
Autor dostrzega jednak pewną ambiwalencję natury ludzkiej, polegającą na współistnieniu w niej dwóch przeciwstawnych dążeń. Jedno z nich, czyli instynkt konserwacji, wyraża chęć obrony społeczeństwa przed rozwiązaniem i powrotem do aspołecznego stanu natury. Drugie, czyli pociąg do przyrodzonej wolności, podyktowane poczuciem obrazy z powodu uległości wobec władzy, wyraża chęć udziału w niej, co niekiedy sprawia, iż władza wraca, skąd wyszła, czyli do wszystkich, i wyradza się w formę republikańską. Dla Woronicza nie ulega jednak wątpliwości, że monarchia jest starsza od jakiejkolwiek republiki, ale również, że republika jest zdecydowanie gorszym rozwiązaniem. Przede wszystkim, choć w republice rośnie poziom wolności indywidualnej, to cierpią na tym równość cywilna czy bezpieczeństwo osób, będące przecież głównym celem społeczeństwa politycznego. W naturze bowiem równość nie istnieje, toteż przywrócenie stanu naturalnego oddaje słabszych we władzę silniejszych. Żadna też dotąd rzeczpospolita w krajach większych nie istniała bez wyraźnie uprzywilejowanej klasy, wszystkie zaś, bez wyjątku, w chwilach najwyższej pomyślności wywierały ucisk kasty. Przekładając to na język współczesny, republika (resp. demokracja liberalna, widząca tylko „autonomiczne” jednostki) to rządy oligarchii za fasadą demokracji.
Monarchia natomiast nie tylko, że zapewnia ogółowi większą równość cywilną, czyli bezpieczeństwo, lecz także lepiej odpowiada celom państwa pod względem siły zewnętrznej i potęgi. Prawda ta nie potrzebuje dowodzenia, sama przez się jest widoczną: stała, skoncentrowana, nieustająca nigdy, monarchiczna władza musi więcej przedstawiać rękojmi i siły niżeli ruchoma, rozwiedziona republikańska władza. Istnieją wprawdzie wyjątki w postaci potężnych i podbijających republik, z których najważniejszy to starożytna Republika Rzymska, ale musiały one okupywać to jeszcze większą przewagą arystokracji wewnątrz, a nadto forma republikańska była praktykowana w Rzymie tylko pośród Rzymian, podbite prowincje natomiast były rządzone twardym prawem wojny. Odwołując się i do ks. Piotra Skargi, i do Monteskiusza, Woronicz dowodził, że nawet jeśli nadużycie władzy w monarchii może czasami prowadzić do despotyzmu, to nie osłabia on przy tym siły państwa, a poza tym lekarstwo na to nadużycie jest łatwiejsze, spoczywając w sile narodu, natomiast republikańska anarchia, jeśli nie ratuje jej despotyzm, to kończyć się musi popadnięciem w jarzmo obcej niewoli. Autor przyznaje też, że formę monarchiczną na Wschodzie i Północy kompromitują trzy mocarstwa Świętego Przymierza, będące także rozbiorcami Polski. Problem ten jednak rozwiązuje uznaniem, że pomiędzy caryzmem i sułtanizmem, jak to określa, Świętego Przymierza a formą monarchiczną zachodzi ta fundamentalna różnica, że w państwach tych nie ma narodów, społeczeństw, wzajemnej umowy, tylko prawo mocniejszego, więc nie są to monarchie, tylko aglomeracje, mieszaniny wielu różnorodnych, pogwałconych społeczeństw – są to figury geograficzne, na które gwałtem naciągnięto obce im nazwiska. Nikt austriackiego, nikt pruskiego nie widział narodu, a Prusy są nawet szczepem składającym Polski Naród. Istnieje wprawdzie naród moskiewski, ale tłoczy go obca, panująca rodzina i otaczający ją stek zbiegów i awanturników z całego świata. Tytuły królów i cesarzów Świętego Przymierza są tylko przywłaszczeniem i uzurpacją obcych rodzin, toteż nie mogą one służyć za dowód przeciw formie monarchicznej. Jej prawdziwy kształt postrzega natomiast Woronicz w kwitnących i potężnych narodach Francji i Anglii, które obalając feudalizm w chwilowej, namiętnej swej reakcji, przechodziły wprawdzie przez krótkie republikańskie paroksyzmy, lecz spiesznie nieprzydatną formę odrzucając, narodowe formowali monarchie. Widać zatem, że Woronicz dla dowiedzenia swojej tezy upraszcza mocno zarówno przykłady negatywne, jak i pozytywne, wykazując też obojętność na kwestię prawowitości dynastii panujących za jego czasów w Anglii i Francji, a koncentrując się jednostronnie na „narodowości” tych dynastii, zresztą problematycznej, bo przecież dynastia hanowerska w Anglii nie była ani trochę bardziej „narodowa” niż pseudo-Romanowowie (a faktycznie Oldenburgowie) w Rosji, a starsza linia Burbonów we Francji nie była ani o uncję krwi mniej francuska niż Orleański uzurpator, o którym wyraża się w superlatywach, chwaląc też wielkość i siły lipcowej Francji.
Następnie Woronicz rozpatruje konieczność formy monarchicznej w Polsce ze względu na istotę narodu. Wychodzi tu od aksjomatu głoszonego zazwyczaj przez myślicieli konserwatywnych, począwszy od Edmunda Burke’a i Josepha de Maistre’a, że żadne prawo, a tym mniej główna ustawa, nie da się bezwzględnie zaimprowizować i do narodu przylepić; takie tylko prawa przyjąć i przyswoić się dają, które odpowiadając wewnętrznej narodów istocie, mogą one doskonalić, nie gwałcąc ich natury, obyczajów, pojęcia. W tym kontekście przegląd dziejów Polski pozwala mu postawić tezę, że państwo polskie wzbijało się do potęgi wówczas, kiedy znajdowało się pod panowaniem dynastii – piastowskiej i jagiellońskiej – natomiast chyliło się ku upadkowi, mimo rycerskiego geniuszu Stefana Batorego i Jana III Sobieskiego, odkąd znalazło się pod elekcyjnymi już królami, gdy odarty z wszelkiej władzy tron został republikańskim tylko urzędem. Nieświadom oczywiście dzisiejszych toczących się dyskusji na temat pochodzenia dynastii piastowskiej, Woronicz podkreślał, że w przeciwieństwie do innych narodów, gdzie pierwszymi królami byli najeźdźcy (Frankowie czy Normanowie), Polska od samego początku miała dynastię narodową. Również pod względem wolności osobistej kwitła, kiedy panowali królowie dziedziczni, natomiast niewola, poddaństwo ludu, prozelityzm względem Kozaków, a także upadek miast i kultury umysłowej zrodziła forma republikańska. W obliczu tych faktów, zdaniem Woronicza, wątpić się nie godzi, iż naturą polskiego narodu musi być monarchiczność.
Zaskakujące i raczej mało przekonujące jest przeświadczenie Woronicza, że wprowadzenie republiki w społeczeństwo ściśle monarchiczne było darem wdzierającego się w Słowiańszczyznę i krążącego naokoło feudalnego germanizmu, bo akurat tradycja germańska jest stricte monarchiczna. Można się natomiast zgodzić z tezą, iż ducha krajowej ustawy wykrzywiło drobne na pozór przesunięcie semantyczne w łacińskim pojęciu res publica, które jeszcze w XVI wieku używane było przez Polaków we właściwym znaczeniu rzeczy powszechnej, wspólnej, ale – znów pod wpływem pisarzy cudzoziemskich – przybłąkało się nowe znaczenie jako republikańskiej formy rządu, przeciwnej monarchicznej. Z tą tylko jednak różnicą, że winić za to należało nie tyle, jak Woronicz, znów niemczyznę, ile Machiavellego, który niewątpliwie jako pierwszy wprowadził tę dysjunkcję, orzekając, we wprowadzeniu do Księcia, że państwa są albo księstwami, albo republikami.
Nietrudno domyślić się, że entuzjazm autora wzbudza przywrócenie dziedziczności tronu przez Ustawę Rządową 3 Maja z 1791 roku i – jak to z satysfakcją określa – wyrzucenie republiki z Polski. Bez wątpienia Konstytucja 3 Maja jest dla Woronicza zasługującym na najwyższą cześć mitem założycielskim, nazywanym przezeń po dziś dzień… jedynym węzłem rozszarpanej Polski i sprowadzającym się w gruncie rzeczy do tego jednego artykułu, jakim jest przywrócenie monarchii dziedzicznej, co stanowi ducha tej ustawy. Skoro zatem jest to mit, to nie można mieć pretensji do autora, że mitologizuje też okoliczności uchwalenia tego aktu, podkreślając nieustannie, że to cały naród wrócił z zapałem do formy monarchicznej oraz że żyje ona w sercach i nadziei całego kraju i nadal lud na całej przestrzeni starożytnej Polski z czcią wspomina jej epokę. Dziwić natomiast może i powinno to, że autor nie zauważył, iż zapisy tej konstytucji bynajmniej nie wzmacniały ustrojowej pozycji króla, lecz przeciwnie – odbierały mu posiadane dotąd kompetencje swobodnego mianowania głównych urzędników państwowych oraz sprowadzały go do wypełniania funkcji wyodrębnionej sztucznie, podług mody oświeceniowej, „władzy wykonawczej”. Wszystkie te chwyty strategii perswazyjnej obranej przez Woronicza prowadzą do mocnej tezy prymarnej, iż istota narodu polskiego ściśle jest monarchiczną, a w Polsce nie ma właściwie już republikanów, którzy znikli od skonania targowickiego buntu, toteż gdyby wbrew tak wyraźnej monarchicznej naturze narodu polskiego znalazły się jeszcze teoretyczne, abstrakcyjne umysły, co by chciały stanowić w Polsce republikę, musiałyby one naprzód republikanizować 20 milionów Polaków i od przymusu zaczynać gminowładczą swą moralność.
Konieczność formy monarchicznej dla Polski wynika, zdaniem Woronicza, nie tylko z „ducha narodu”, ale również z obecnych jego potrzeb. Idea królewskości jest Polakom potrzebna do tego, żeby przekreślić rozbiory Polski i zatrzeć ślady siedemdziesięcioletniego (licząc od pierwszego rozbioru) najazdu trzech obcych potencji, które wysilają się, aby poróżnić szczepy narodu polskiego, zmuszone żyć w trzech różnych państwach, a nawet wzniecić pomiędzy nimi nienawiść. Tylko władza monarchiczna, która z natury rzeczy łączy, a nie dzieli, łagodzi partykularne antagonizmy i godzi lokalne interesy, może skutecznie sparaliżować te zbrodnicze knowania wrogów. Idea króla jest też zrozumiała i miła ludowi, w przeciwieństwie do republikańskiej, która przypomina mu dawny ucisk. Oprócz niezaprzeczalnej zdolności tworzenia politycznej potęgi państwa władza monarchiczna we własnym interesie będzie zainteresowana niwelowaniem społecznych nierówności i rozszerzaniem oświaty, aby równoważyć stanowe interesy, a nie dopuszczać do jednostronnej przewagi niektórych.
Nazwaliśmy na samym początku monarchizm Janusza Woronicza „insurekcyjnym”. Usprawiedliwia to określenie dobitne wyartykułowanie przez autora konieczności posiadania widomego króla w czasie powstania, a właściwie już przed jego wywołaniem. Nie wystarczy opowiedzenie się za monarchią czy nawet jej proklamowanie: trzeba mieć osobę króla, bo czymże jest monarchia bez monarchy? Jakże oddzielać znak majestatu od żyjącej osoby? W tym oddzieleniu upatruje Woronicz główny grzech powstania listopadowego, a szczególnie powstańczego Sejmu, który detronizując Mikołaja I (do czego, nawiasem wspomnijmy, nie miał prawa w świetle Konstytucji Królestwa Polskiego), ale potwierdzając zachowanie ustroju monarchicznego, nie ogłosił wszakże króla, tylko pozostawił wakat na jego urzędzie. Woronicz posuwa się wręcz do stwierdzenia, że to brak króla był przyczyną wszelkiego zła w tym powstaniu. Powołuje się przy tym na Maurycego Mochnackiego – przypomnijmy, że w czasie powstania radykała, nieomal jakobina, lecz na emigracji zbliżającego się do obozu księcia Adama Czartoryskiego – obwiniającego Sejm o brak logiki w pozostawieniu tronu, ale pustego. A przecież – oznajmia Woronicz – Monarchia z prawa istnieje w Polsce, obowiązuje wszystkich Polaków – ogłaszając przeto monarchię, nie zaprowadza się nowości, podnosi się tylko dawny sztandar narodowy, upewnia się, że insurekcja nie jest burdą, ulicznym hałasem, rozbojem (jak to zwykle głosi Święte Przymierze), lub że nie jest samołówką na najgorętszych patriotów. Wyraża także opinię – trudną do udowodnienia i w ogóle wątpliwą – że ów brak uznanego suwerena był przyczyną wyczekującej wobec powstania postawy przyjaznych Polsce państw zachodnich. Niewystarczającym surogatem monarchii jest także – próbowana przecież podczas insurekcji listopadowej dwukrotnie – dyktatura, która jest władzą tymczasową, wymaga też wyjątkowych zalet dyktatora, zarówno militarnych, jak i cywilnych. Tym bardziej nie do zaakceptowania jest kolegialna władza komuny miejskiej w stylu jakobińskim, przeradzająca się nieuchronnie w krwawą, ohydną swawolę. Woronicz nie każe zresztą wyrzekać się terroryzmu na czas powstania, ale ów obosieczny miecz nakazuje złożyć w ojcowskie ręce Króla, co sprawi, że ta wielka sprężyna wszelkiej akcji mniej w użyciu potrzebną się okaże. Ciekawe, że podobnych argumentów przeciwko dyktaturze, a za „dyktaturą królewską” podczas kontrrewolucji, pół wieku później używał francuski rojalista Charles Maurras. Powstanie musi przeto zacząć się wraz z proklamowaniem dziedzicznej monarchii i ogłoszeniem króla z dynastii narodowej. Ale jakiej dynastii? Tu Woronicz wprowadza pierwiastek suspensu, oznajmiając, że de facto taka dynastia w Polsce już jest. Zanim wszelako ją wskaże, przeprowadzi refutację pomysłu wprowadzenia na tron jakiejś dynastii obcej i całkowitego wykluczenia tłumnej elekcji.
Argumenty Woronicza przeciwko zapraszaniu na tron polski obcego księcia są zdroworozsądkowe i – w istniejącej sytuacji – przekonywające. Przede wszystkim, dopóki sytuacja polityczna Polski się nie wyjaśni – inaczej mówiąc, dopóki przygotowywane powstanie nie odniesie sukcesu – żaden dwór europejski, choćby najbardziej Polsce przychylny, nie zdecyduje się przyjąć takiej oferty dla księcia ze swojej dynastii ze zwykłej ostrożności, z uwagi na wielce prawdopodobne komplikacje w stosunkach z państwami Świętego Przymierza. Po drugie, gdyby nawet jakiś książę obcy zgodził się tron polski przyjąć, to doświadczenie z czasów monarchii elekcyjnych, od Henryka Walezego po obu Sasów, uczy, że wraz z nim napłynąłby do Polski rój jego faworytów, czujących się predestynowanymi do rządzenia w nowym kraju, skąd wynikałyby niesnaski pomiędzy nimi a polskimi poddanymi króla. Ponownie powołując się na Mochnackiego, pisze Woronicz, że kto ogłasza monarchię, a nie obiera króla, ogłasza konkurs na berło, stręcząc obcym i swoim wab niebezpieczny. Z tego powodu Woronicz pozwala sobie nawet na krytykę autorów, tak wielbionej zasadniczo przez niego, Konstytucji 3 Maja za to, że odbudowaną monarchię dziedziczną chcieli urzeczywistnić w saskiej dynastii Wettynów, wprowadzając jej reprezentanta w konfuzję. Wreszcie, zrozumiały dla ludu będzie tylko król Polak, a nie cudzoziemiec. Skoro zaś bez króla powstanie obejść się nie może, skoro go dziś bez króla rozpocząć nie możemy, potrzeba więc postawić własną narodową dynastię.
W ostatnim i najdłuższym rozdziale swojego dzieła Janusz Woronicz wskazuję tę narodową dynastię, która – jak podkreśla – od wieku na czele narodu stoi i księcia, który jedynie być może królem polskim. Jest tą dynastią, zachowaną dla narodu polskiego przez Opatrzność, Dom Książąt Czartoryskich, a księciem tym – jej aktualny naczelnik, książę Adam Jerzy Czartoryski. Pierwszą przesłanką – odpowiadającą temu, co w utrwalonych dynastiach nazywa się zazwyczaj legitymizmem pochodzenia – jest potwierdzone dekretem Władysława III Jagiellończyka (pośmiertnie nazywanego Warneńczykiem) pokrewieństwo książąt Czartoryskich z królewskim Domem Jagiellonów. Czartoryscy są więc Jagiellonidami, szczepem rodu Jagiełłowego. Aliści przecież są i inne rody książęce też spokrewnione z Domem Jagiellońskim. Za Czartoryskimi przemawia jednak nadto ich działalność, ich praca dla Polski, czyli to, co na przykład w monarchii hiszpańskiej nazywa się legitymizmem wykonywania. Sam Woronicz wyraża to innymi słowami: Najbliżsi pozycją urodzenia, są jeszcze najbliżsi pozycją zasługi. Autor rozpisuje się o tych zasługach na przestrzeni stulecia trzech pokoleń rodu: założycieli stronnictwa Familii, kanclerza wielkiego litewskiego, księcia Michała Fryderyka (1696‒1775) i jego brata, wojewody ruskiego, księcia Augusta (1697‒1782), w najgłębszej fazie upadku i uzależnienia Rzeczypospolitej od protektoratu rosyjskiego dążących do zreformowania jej ustroju (co w pewnym zakresie im się udało) poprzez przemianę jej w rządną i silną monarchię oraz do moralnego, kulturalnego i gospodarczego odrodzenia społeczeństwa; kontynuującego ich dzieło, syna Augusta, komendanta Szkoły Rycerskiej i jednego z przywódców Stronnictwa Patriotycznego, księcia Adama Kazimierza (1734‒1823) i wreszcie księcia Adama Jerzego (1770‒1861), którego Woronicz czyni właściwie samodzielnym rozgrywającym w polityce europejskiej oraz twórcą tej cząstkowej formy suwerenności, jaka w ówczesnych warunkach była możliwa. Jak pisze, utrzymując przezornie kolizje między Aleksandrem i Napoleonem książę Adam jednego i drugiego zmuszał do szukania dla siebie siły w podnoszeniu polskiej niepodległości; Francję, używającą Polskę za swe narzędzie, zmusił do utworzenia Księstwa Warszawskiego, a po upadku Napoleona już Niemcom do pierwszych zaborów wrócić nie dozwolił; na kongresie wiedeńskim wymógł utworzenie Królestwa Polskiego – wymógł przyznanie moralnej całości Polski przez zaręczenie europejskim traktatem jej narodowych ustaw, nie tylko w Królestwie, ale i we wszystkich zaborach; wskrzesił tytuł Króla Polskiego, w Królestwie tym wreszcie stworzył zaród oderwania Polski od Imperium Wszechrosji.
Z niemałą zręcznością Woronicz tłumaczy również to, co w działaniach familii Czartoryskich było problematyczne, jak przede wszystkim posłużenie się w porozumieniu z carycą Katarzyną wojskiem rosyjskim do zastraszenia szlachty zebranej na elekcji w 1764 roku dla przeforsowania wyboru Stanisława Antoniego (później Augusta) Poniatowskiego, co usprawiedliwia przeprowadzeniem dzięki temu pierwszych reform, jak ścieśnienie pretoriańskiej władzy hetmanów, zawieszenie liberum veto, ograniczenie władzy szlachty nad chłopami, uporządkowanie skarbu i ustanowienie równego podatku. Podkreślając z kolei, że książę Adam Jerzy umiał sobie zjednać przyjaźń i zaufanie młodego Aleksandra, nie wspomniał nawet, że Książę był w tym czasie, acz krótko, ministrem spraw zagranicznych Rosji. Właściwie wszystkie błędy popełnione przez Czartoryskich były popełniane wspólnie z narodem; błądzili, ponieważ nie mieli korony. Jedynym zaś „grzechem” księcia Adama jest moderantyzm, samolubna skromność, która powstrzymała go od wzięcia korony już w czasie powstania, od błędu tego jednak, zdaniem Woronicza, można go uwolnić, czyniąc go nieomylnym, mianując go Królem. I tak jednak cała Europa widzi w księciu Adamie jedyną personifikację polskiej sprawy. Polska już posiada zatem dynastię de facto, którą należy przekształcić w dynastię de iure. Konkludując, powstanie potrzebuje króla, potrzebuje od razu, przeto królem nie może być obcy, nie może być ten, co się najlepiej powstaniu zasłuży; a więc musi być ten, którego poprzednie zasługi a nade wszystko położenie już do tego naczelnego stanowiska usposobiło, ten, którego imię dziś jest najzrozumialszym w Polsce i w Europie, ten, który w dzisiejszej pozycji nie ma sobie równego, ten który dziś jest jeden.
Idea Janusza Woronicza – skupienia wszystkich sił patriotycznych wokół księcia Adama jako króla oraz powszechnej insurekcji monarchicznej w Polsce – nigdy się nie ziściła. Pomysł proklamowania księcia Czartoryskiego królem de facto Adamem I został przyjęty niechętnie, a nawet wrogo, przez wszystkie nurty polityczne emigracji poza Hȏtel Lambert, co dowodzi, wbrew optymizmowi Woronicza w tej materii, że republikanizm bynajmniej nie wygasł w Polsce wraz z Targowicą, a co gorsza, był to już nie republikanizm klasyczny, „staroszlachecki”, lecz nowoczesny, rewolucyjny i „gminowładczy”. Sam Książę, choć idea ta nie była mu zapewne niemiła, zachował powściągliwość i uchylił się od przyjęcia ofiarowywanej mu symbolicznie korony. Z pewnością zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby ją przyjął, bardzo skomplikowałoby to jego sytuację na emigracji, a może nawet zupełnie uniemożliwiło prowadzenie misternej akcji dyplomatycznej na rzecz sprawy polskiej. Można zasadnie przypuszczać, że taki akt skutkowałby jego wydaleniem z Francji, której uzurpatorski król Ludwik Filip zabiegał wytrwale o uznanie go za władcę prawowitego i równego innym monarchom przez władców zagranicznych, z carem Mikołajem I na czele, który przecież w korespondencji dyplomatycznej nie tytułował go, jak to było przyjęte między monarchami, „bratem”, a jedynie „kuzynem”. Króla Adama, dopóki byłby we Francji, mógłby też spotkać taki sam los jak prawowitego króla Hiszpanii Karola V, internowanego przez rząd orleański przez sześć lat i uwolnionego dopiero wówczas, kiedy abdykował on na rzecz swojego syna, Karola VI, który z kolei wolność uzyskał dopiero, salwując się przemyślnie zorganizowaną ucieczką. Trudno sobie także wyobrazić, aby inne dwory zdecydowały się przyjąć króla-wygnańca, narażając się na gniew potężnego władcy Północy. Przede wszystkim jednak ani w roku publikacji Rzeczy o monarchii i dynastii w Polsce, ani w okresie działalności Towarzystwa Monarchicznego Trzeciego Maja, nie wybuchło w Polsce żadne powstanie monarchistyczne, a te, efemeryczne, które wybuchały (jak krakowskie w 1846 i wielkopolskie w 1848) były prokurowane przez antymonarchicznych i demokratycznych radykałów, w pierwszym wypadku (vide „czerwony kasztelanic” Edward Dembowski) wręcz komunizujących.
Traktat Woronicza pozostał jednak godnym uwagi, zwłaszcza monarchistów, dokumentem, świadectwem tego, że również w epoce porozbiorowej niewoli tradycja monarchiczna w myśli polskiej nie wygasła oraz że była ona, by tak rzec, „współistotna” z ideą niepodległościową, ideą odbudowania państwa polskiego rozdartego pomiędzy trzy wrogie potencje. I tak też, jako świadectwo, winniśmy ją studiować, dziękując wydawnictwu Pardwa za jej przypomnienie.
Wstęp do: Janusz Woronicz, Rzecz o monarchii, Wydawnictwo Pardwa, Leszno 2025, ss. 5-31