Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Na pożegnanie portalu konserwatyzm.pl

Na pożegnanie portalu konserwatyzm.pl

Jacek Bartyzel

Dla krótkości swoje pożegnalne słowo przedstawiam w punktach:

1. Niektórzy komentatorzy mojego wystąpienia w obronie legitymizmu rwą z głów włosy jakobym to ja napadł ni z tego ni z owego na p. Łukasza Kluskę. Tym obłudnikom o krótkiej pamięci, strojącym się w piórka delikatnisiów „zniesmaczonych” moim „pastwieniem” się nad p. Kluską, muszę przeto przypomnieć, jak o legitymistach wypowiadał się był p. Kluska w swoim wypracowaniu Czy legitymizm jest chimerą?, na które mój tekst był zareagowaniem. Voilà! (z zachowaniem interpunkcji autora):

  • „Dla płytkich umysłów miłujących się w uproszczeniach…”;
  • „…wyjąwszy książki pisane w zakładach psychiatrycznych…”;
  • „Pół biedy jak nasi legitymiści połamią sobie wskutek tego kończyny dolne (może to ich czegoś nauczy)…”;
  • „…podważanie tego jest (…) szaleństwem pysznego umysłu…”;
  • „Legitymista podobnie jak liberał nie jest w stanie być konsekwentnym w swoich pierwszych zasadach, gdyż obie ideologie zgodnie prowadzą umysł na śmierć w odmętach fal topiących I zasadę zdrowego rozumu”;
  • „Oczywiście, jeśli gdzieś żyje taki legitymista, który uczciwie podążył za wyżej wymienionymi następstwami legitymizmu to najrychlej odnajdziemy go w zakładzie psychiatrycznym”;
  • „…legitymistycznego dziwaka…”;
  • „…geneza obu doktryn {legitymizmu i anarchizmu} zasadniczo oparta jest na porzuceniu troski o poznanie obiektywnej prawdy więc przyjmuje za ‘prawdę’ radosną twórczość chorej wyobraźni (w zależności od upodobań estetycznych kontestatorów rzeczywistości lub ich gustów alkoholowych, tj. francuski szampan lub tanie wino fantasmagoria wstawia im tylko odpowiednie zmienne do układanki)”;
  • „…legitymistycznych aberracji pewnych kręgów monarchistycznych w Polsce…”.

Nie wystarczy? Trzeba jeszcze przetłumaczyć, żeby zrozumieli: „frankista” czy „jotkaeł” – tylko na jaki język? „Filozofujący młotem” p. Kluska, chociaż nie wymieniał mojego (ani niczyjego) nazwiska, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jestem legitymistą; płodził te inwektywy bezpośrednio w kontekście mojego rocznicowego listu gratulacyjnego do prezesa OMP, p. Adriana Nikla, w którym podnosiłem jako zasługę OMP obronę zasad legitymizmu. A zatem, z pełną premedytacją czynu obrażał, wyzywając od szaleńców i pijaków, zarówno mnie, jak i wielu zacnych ludzi – także tych, którzy w obronie zasad legitymizmu oddali w różnych czasach i miejscach życie. Nie tyle nawet „wysyłał” nas do „psychuszki”, co już nas tam po prostu „widział”. A kto sieje wiatr, zbiera burzę – jak słusznie przypomniał p. „atw”.

2. Niezdolnym do czytania ze zrozumieniem trzeba, jak widzę, wyłożyć łopatologicznie pewną oczywistość. Legitymizm nie jest w dzisiejszej empirycznej rzeczywistości żadną propozycją polityczną. Z tego powodu dywagacje p. Andrzeja Witrzyńskiego, rozprawiającego co by tu należało w Polsce zrobić, gdyby „zastosować” w praktyce zasady legitymizmu są tym, co kolokwialnie nazywa się „młóceniem powietrza” albo „biciem piany” – tam, gdzie żadnego jajka do panierki nie rozbijano.

Legitymizm to nienaruszalny rdzeń monarchistycznej, tradycjonalistycznej metapolityki, episteme politike o prawdziwym porządku, odkryta przez rozum prowadzony światłem wiary, niezbywalne dziedzictwo katolickiej filozofii i teologii politycznej, które każdy tradycjonalista powinien nosić w sercu.

Nie wszyscy monarchiści byli i są legitymistami. Lecz dotychczas przeciwko zasadom legitymizmu występowali lub co najmniej je ignorowali jedynie monarchiści liberalni, monarchiści – demokraci, monarchiści – nacjonaliści albo przymykający oko na militaryzację polityki monarchiści popierający autorytarne dyktatury, czyli wszyscy ci, którzy – w mniejszym lub większym stopniu – szli na ustępstwa wobec politycznej modernitas. Ale takie cudactwo, żeby legitymizm, tę jedyną – powtórzmy raz jeszcze – filozofię i teologię polityczną, całkowicie kompatybilną z tomizmem, postponował obelżywie i z Sumą Tomaszową jako maczugą w dłoni tradycjonalista katolicki, nie zdarzyło się jeszcze nigdy i nigdzie. Czyżby chodziło o to, żeby dowieść, że „Polak potrafi” (palnąć każde głupstwo)?

3. Teraz à propos wpisu dr. Adama Wielomskiego – jednego z nielicznych zarzutów merytorycznych, lecz rozczarowujących (u tego autora!) powierzchownością ujęcia. Zaintrygowany powołaniem się na Pojęcie polityki Carla Schmitta dla wsparcia tezy lekceważąco relatywizującej pojęcie legitymizmu, postanowiłem odświeżyć lekturę tego dzieła, lecz po starannym przekartkowaniu nie znalazłem niczego, co by taki sąd uzasadniało. Wiadomo oczywiście, że Schmitt jest autorem tezy o polemiczności pojęć politycznych, lecz nie wyróżnia on pod tym względem specjalnie akurat legitymizmu: w jego rozumieniu każde pojęcie polityczne jest polemiczne, legitymizm (domniemanie) zatem też, ale bynajmniej nie w jakiś szczególny sposób. Wydaje się atoli błędem interpretacyjnym rozumienie polemiczności pojęć politycznych jako (w każdym razie li tylko) użytecznych narzędzi do walki z politycznym wrogiem. Ich „polemiczność” Schmitt definiuje mówiąc, iż „odnoszą się do konkretnej sytuacji przeciwieństwa i pozostają z nią w ścisłym związku” (Pojęcie polityczności, w: Teologia polityczna i inne pisma, przeł. M.A. Cichocki, Kraków 2000, s. 202). Oznacza to – tak przynajmniej ja to rozumiem – że każde pojęcie polityczne ma swój konkretny antonim; w wypadku legitymizmu jest nim z pewnością uzurpacja. Nadto, w wywodach Schmitta nie dostrzegam niczego, co by wykluczało, iżby pojęcia polityczne miały, prócz sytuacyjnego znamiona polemiczności (bez jej uwzględnienia pozostałyby jedynie „niezrozumiałe” – tamże, lecz przecież inteligibilność jakiejś rzeczy jest czymś wtórnym, a nie uprzednim i warunkującym, wobec faktu bytowania), jakąś substancjalną treść. Można to zilustrować na następującym przykładzie:

Dr Wielomski z wielką częstotliwością i upodobaniem posługuje się w swojej publicystyce pojęciem realizmu, zwłaszcza politycznego. Jako że jego publicystyka w ogóle ma charakter nader wojujący (to nie zarzut, lecz konstatacja), to i pojęcie realizmu ma w niej znamiona i funkcję wybitnie polemiczną; rzekłbym nawet, w technicznym języku partytury muzycznej, że owa polemiczność ma skalę nieustająco fortissimo. Czy to jednak oznacza, że w politycznej aksjologii dr. Wielomskiego pojęcie realizmu odgrywa wyłącznie rolę sekatora koszącego tych, których uważa za szkodliwych durniów, a nie ma żadnej substancjalnej treści; że nie łączy się z przekonaniem, iż pewne postawy czy działania polityczne są naprawdę realistyczne, rozumne, roztropne etc.? Trudno mi w to uwierzyć.

Dziwi a nawet zdumiewa mnie również, że autor kilku interesujących tekstów na temat Schmitta zdaje się kompletnie zapominać o niezwykle ważnym u tego autora rozróżnieniu (któremu poświęcił nawet jedną książkę) pomiędzy Legalität a Legitimität. Nie twierdzę wprawdzie, że Schmittiańska Legitimität jest identyczna w treści z doktryną legitymizmu monarchicznego, niemniej jej przeciwstawienie czysto jurydycznej legalności jest bezsprzeczne. Prof. Franciszek Ryszka zwracał uwagę, iż tłumaczenie Legitimität jako „prawomocności” jest nietrafne, albowiem termin ten ma nazbyt proceduralną wymowę, oznaczając „akt niezaczepialny w trybie ustawowych przepisów proceduralnych: sądowych lub administracyjnych” (Carl Schmitt w nauce prawa i polityki XX w., w: Carl Schmitt i współczesna myśl polityczna, pod red. R. Skarzyńskiego, Warszawa 1996, s. 29); jego właściwym znaczeniem jest tedy właśnie „prawowitość” a nie „prawomocność”. „Prawowita” będzie tedy często decyzja polityczna, która stoi w sprzeczności z obowiązującą Legalität, posiadając uzasadnienie w „wyższej” normie, jaką jest egzystencja państwa i jedność narodu. Zrozumiałe tedy, że koncepcja Schmitta (o czym przecież sam dr Wielomski kiedyś pisał) okazała się bardzo atrakcyjna dla hiszpańskich teoretyków jurysprudencji, uzasadniających powstanie przeciwko legalnemu rządowi w 1936 roku; jednym zaś z pierwszych recypientów Schmitta, dającym wszelako jego decyzjonizmowi „związanie metafizyczne”, wyprowadzone z tradycji scholastycznej był nie kto inny, jak właśnie karlista Álvaro d’Ors (zob. tegoż: Bien común y enemigo público, Madrid – Barcelona 2002), na którego szeroko powoływałem się w swoim tekście. Teraz natomiast dr Wielomski co i rusz prezentuje się jako kostyczny legalista.

4. Jeszcze słówko dla zauroczonych (jak niejaki „Max”) Bismarckowską „krwią i żelazem” nieprzyjaciół legitymistycznych „wydumanych bredni”. W 1713 roku najpotężniejszy z władców absolutnych, Ludwik XIV, zatroskany tym, że przeżywszy własnego syna i wnuka zostawia jako jedynego dziedzica tronu trzyletniego prawnuka, wydał ordonans, w którym próbował włączyć do praw sukcesyjnych swoich dwóch potomków pozamałżeńskich. Tymczasem, Parlament Paryski, w którego gestii leżało notyfikowanie wszelkich ustaw i rozporządzeń, odmówił zatwierdzenia tego ordonansu, jako niezgodnego z prawami fundamentalnymi królestwa. Czy wielki Król-Słońce, „mówiące prawo” według teorii absolutystycznych, rozpędził krnąbrnych poddanych albo przynajmniej zignorował ich stanowisko? Oczywiście nie, bo wiedział, że to oni mają rację i bronią zasady, której także królowi nie wolno łamać.

5. Nie mam przesadnych wymagań merytorycznych wobec internautów wpisujących pośpiesznie swoje uwagi pod tekstami; nie wymagam też od nich, aby mnie kochali. Lecz jakieś minimum przyzwoitości, które zabrania ordynarnie lżyć autora, obowiązuje, zwłaszcza w towarzystwie konserwatystów. Nie przedstawiając argumentów merytorycznych, posunięto się nawet do uderzenia w moją Rodzinę. Niepodobna mi także pogodzić się z iście permisywną tolerancją administratorów portalu konserwatyzm.pl dla takiej łobuzerii, przejawiającą się w tym, że nie są natychmiast kasowane wypowiedzi lżące i obelżywe (na marginesie: muszę rozczarować tchórza ukrywającego się pod nickiem „frankista”; nie da się odebrać mi tytułu profesorskiego, z tego prostego powodu, że go nie posiadam; jestem profesorem mianowanym a nie tytularnym).

Jedynie możliwym i honorowym wyjściem z tej nie dającej się zaakceptować sytuacji jest dla mnie definitywne opuszczenie portalu konserwatyzm.pl. Nie zamierzam już publikować tu czegokolwiek, co niniejszym komunikuję. Czynię to ze świadomością, że również i pod tym oświadczeniem ukażą się natychmiast równie ordynarne i podłe komentarze; trudno, nie zamierzam już ich nawet czytać. Jednocześnie pragnę podziękować serdecznie tym wszystkim, którzy już to mnie wspierali, już to nawet polemizując czynili to w sposób merytoryczny i godny.

Skądinąd, od pewnego czasu mam wrażenie, że coraz mniej tu pasuję do rozmaitych dziwnych na konserwatywnym forum gości, w rodzaju herosów walki z IPN, apologetów PRL czy adoratorów moskiewskiego knuta z „Myśli Priwislinskiej”, a sam jestem jedynie tolerowany z racji dziwnej dla mnie samego famy, jakobym dla poniektórych był jakimś „autorytetem”. Jak Wokulski do panny Łęckiej, gdy już przejrzał na oczy, mówię tedy: Farewell, konserwatyzm.pl, farewell!

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.