Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Eseje i artykuły naukowe » Niepospolity William Cobbett

Niepospolity William Cobbett

Jacek Bartyzel

Publicysta, historyk i pamflecista epoki georgiańskiej w Anglii – William Cobbett (1763-1835), choć dziś raczej zapomniany, był postacią nietuzinkową i niedającą się ująć w żadne proste schematy. Był samoukiem pochodzenia chłopskiego (acz to jego ojciec, farmer, nauczył go czytać i pisać), który we wczesnej młodości musiał utrzymywać się przy życiu jako robotnik rolny, a później ogrodnik – chociaż w ogrodzie królewskim. Później, to znaczy w 1783 roku, wstąpił do wojska, gdzie dosłużył się najwyższego stopnia podoficerskiego, czyli sierżanta majora. Już w wojsku ujawniła się jego natura człowieka nieuległego i nieugiętego w zwalczaniu wszelkiej nieprawości, a zwłaszcza brutalności silnych wobec słabych i korupcji. Odtąd niemal stale miał do czynienia z aparatem (nie)sprawiedliwości. Zagrożony represjami, uciekł za granicę, najpierw do Francji, lecz natrafiwszy tam na rewolucyjny terror i spustoszenie, popłynął (w 1792) do Stanów Zjednoczonych, gdzie zaczął publikować serię kontrrewolucyjnych pamfletów pod pseudonimem „Piotruś Jeżozwierz” (Pete Porcupine). Zagrożony ponownie procesem o zniesławienie, w 1800 roku wrócił do ojczyzny. Tu konserwatywny premier William Pitt Jr. zaproponował mu redagowanie gazety rządowej. Cobbett odmówił, lecz w założonym przez siebie cotygodniowym dzienniku „Political Register” (wydawał go, mimo ciągłych trudności finansowych, do końca życia) zajmował zrazu faktycznie stanowisko bliskie torysom. Żarliwie popierał monarchię, zwalczał jakobinizm i jego agenturę, wzywał do kontrrewolucyjnej krucjaty przeciwko Francji. Nie byłby jednak sobą, czyli człowiekiem autentycznie niezależnym, gdyby już wkrótce, bo od 1804 roku, nie zaczął atakować Pitta za ogromny dług publiczny i rozrzutne synekury dla popleczników. Zaczął zaś popierać reformatorów społecznych, jak Johna Cartwrighta czy sir Francisa Burdetta. Swoim nieprzejednaniem doigrał się w końcu procesu i uwięzienia na dwa lata (1810-1812), za krytykę wychłostania lokalnych milicjantów w Ely przez żołnierzy Hanowerczyków.

Po opuszczeniu więzienia w Newgate Cobbett nie zaniechał atakowania wszelkich nadużyć urzędów i osób, ale w 1817 roku, dowiedziawszy się, że rząd znów planuje jego aresztowanie, ponownie uciekł do Stanów Zjednoczonych, gdzie przebywał dwa lata. Powrócił tuż po masakrze w Peterloo (w której żołnierze zaatakowali tłum demonstrantów domagających się reformy wyborczej i zabili piętnaście osób) i jak zwykle zajął się pisaniem pamfletów. Ostro skrytykował na przykład antynatalistyczną teorię maltuzjanizmu. Zajął się też rolnictwem, uprawiając m.in. wyhodowaną przez siebie odmianę kukurydzy, nazwanej „kukurydzą Cobbetta”. W 1832 roku udało mu się wreszcie – za piątym podejściem – dostać do Izby Gmin, gdzie reprezentował okręg Oldham. W parlamencie znów atakował korupcję ministerialną, krytykował ustawę o ubogich (Poor Law), ale zaczął już zdradzać objawy paranoi. Po krótkiej chorobie zmarł w wiosce Normandy w Surrey, w 1835 roku.

Ten krótki życiorys ukazuje więc człowieka skomplikowanego, o burzliwej naturze, ogromnej wrażliwości na wszelką niesprawiedliwość i wymykającego się wszelkim etykietkom ideologicznym. Z jednej strony tradycjonalista, rojalista, wróg rewolucji i jakobinizmu; z drugiej – społeczny radykał, nieubłagany w piętnowaniu wyzysku, krzywdy, okrucieństwa, także wobec zwierząt. „Ultraprawicowo-ultralewicowy” można by rzec, jeśli ktoś koniecznie chce umieścić to na prostej diadzie ideowej. Niektóre jego pomysły, jak zniesienie podatków, wycofanie pieniądza papierowego czy likwidację centralnego Banku Anglii, można zaklasyfikować jako wręcz libertariańskie. Nade wszystko Cobbett kochał wieś i to, co jeszcze zostało z old merry England, ziemiańsko-farmerskiej. Jego urokliwe Wiejskie przejażdżki (Rural Rides) pozostają jedynym dziełem, które i dziś jest systematycznie wznawiane. Bez wątpienia Cobbett czułby się szczęśliwy w Tolkienowskim Shire i pośród hobbitów, prowadzących proste, lecz radosne życie. Jego „chłopski konserwatyzm” (prekursorski wobec „konserwatyzmu ekologicznego”) godził się z przywilejami dziedziców, ziemiańskiej gentry, jako czymś naturalnym i odwiecznym, ale „stawał dęba” na widok kapitalistycznej industrializacji i komercjalizacji. „Piotruś Jeżozwierz” po prostu nienawidził wielkich miast, a zwłaszcza „Wielkiej Narośli” (Great Wen), czyli Londynu, z jego giełdowymi spekulacjami i papierowymi asygnatami. Nic więc dziwnego, że nawiązywali do niego później G.K. Chesterton i inni dystrybucjoniści.

W działalności i twórczości Cobbetta szczególnie ważne miejsce zajmuje kwestia religijna. Formalnie był protestantem, jak prawie wszyscy Anglicy jego czasów, ale okazywał czynną sympatię dla katolików, już wprawdzie od dawna w tym kraju niemordowanych, ale wciąż będących grupą pozbawioną praw cywilnych i politycznych, którymi cieszyli się protestanci, a samo uczestniczenie w prawdziwej Mszy św. było w Anglii nadal oficjalnie przestępstwem. Cobbett zaangażował się w sprawę emancypacji katolików, której skromnym owocem była – przeforsowana przez Wellingtona i Roberta Peela – ustawa z 1829 roku, znosząca niektóre sankcje karne i ograniczenia w dostępie do życia publicznego nałożone wcześniej na katolików. Może się to wydać paradoksalne, że Cobbett walczył o tę sprawę w szeregach partii liberalnej, choć przecież nie był klasycznym liberałem, ale trzeba pamiętać, że w przeciwieństwie do XVII i jeszcze początku XVIII wieku, kiedy to katolików lub katolicyzujących anglikanów można był spotkać pośród torysów, a wigowie byli właściwie identyczni z radykalnymi, purytańskimi protestantami, to w XIX sytuacja diametralnie się zmieniła. Teraz to torysi zidentyfikowali się z anglikańskim High Church, jako, w ich mniemaniu, ostoją tradycji i zaporą przeciwko rewolucji (dlatego też Wellington i Peel musieli przełamać przede wszystkim opór swoich partyjnych kolegów), natomiast część przynajmniej liberałów popierała postulaty emancypacyjne, ale z pobudek już nie religijnych, tylko ideologicznych (zasady tolerancji itp.). Taka sytuacja utrzymywała się jeszcze na początku XX wieku: przecież i Chesterton, i Belloc też „zaliczyli” epizod członkostwa w Partii Liberalnej.

Cobbett walczył w obronie katolików również piórem i w ten sposób powstało jego najważniejsze dzieło historyczne: A History of the Protestant Reformation in England and Ireland, opublikowane w całości w 1826 roku, którego zaś reprint starego, XIX-wiecznego przekładu polskiego czytelnicy otrzymują właśnie do rąk. Dzieło to, znakomicie udokumentowane, stanowi wstrząsający opis barbarzyńskiego wandalizmu protestanckiej rewolucji, którego ofiarą padły bezcenne sprzęty liturgiczne i dzieła sztuki, gigantycznej grabieży, której cenę zapłaciły tysiące biedaków, zepchniętych teraz w otchłań beznadziejnej nędzy, a przede wszystkim zapaści duchowej wskutek utracenia dostępu do autentycznych narzędzi łaski. „Reformacja” – pisze Cobbett – „ograbiła klasy pracujące z ich ojcowizny, wydarła im to, co było im przypisane przez rozum i naturę; obrabowała je ze środków niosących ulgę znajdującym się w potrzebie, które to środki należały do nich wedle prawa boskiego i praw krajowych. Wprowadziła w to miejsce oparty na przymusie i skąpstwie, nienaturalny system niesienia pomocy, obliczony na to, aby ubodzy i bogaci nienawidzili się nawzajem, zamiast łączyć ich, jak czyniła to metoda katolicka, oparta o zasadę miłości bliźniego. (…) Z dostatku czasów katolickich zostali zdegradowani do poziomu zgrai żebraków, a wówczas, by wytępić plagę żebractwa, wprowadzono najokrutniejsze prawa, by nawet tym, którzy głodują, zabronić wyciągania ręki po jałmużnę”.

Cobbett dostarcza niezbitych dowodów na to, że istotą każdej rewolucji – więc protestanckiej również – są zbójeckie „przekształcenia własnościowe”, na których tuczą się grabieżcy i ich potomkowie. „Wyobraźcie sobie – pisze – spokojną, nikomu nie wadzącą bogobojną rodzinę, napadniętą znienacka przez bandę rabusiów, z żądzą mordu wypisaną na ich zmarszczonych brwiach, żądającą natychmiastowego wydania im aktów własności, pieniędzy i kosztowności. Wyobraźcie sobie taką scenę, a będziecie mieli jakieś pojęcie o owych wizytacjach w klasztorach, dokonywanych przez bestie, które przychodziły z grymasem tyrana na twarzy, paraliżowały oskarżeniami o zdradę majestatu swe ofiary, które spokojne i oddalone od świata życie uczyniło zupełnie nieprzygotowanymi na radzenie sobie z tak przebiegłym i rozjuszonym łotrostwem. (…) Prawdopodobnie nigdy jeszcze od początku świata żniwo rabunku nie przyniosło tak obfitych plonów. Zbiry [Thomasa] Cromwella wdarły się do klasztorów, obdarły ołtarze ze złota i srebra, wyłamały i splądrowały skrzynie i szuflady mnichów i mniszek, obdarły ozdobione szlachetnymi metalami oprawy ksiąg, a były to wszystko księgi pisane ręcznie. W wielu przypadkach stworzenie oraz dokładne i wierne przepisanie jednej takiej księgi zajmowało połowę życia. Wielkie księgozbiory, których gromadzenie trwało stulecia i kosztowało nieprawdopodobne sumy pieniędzy, walały się porozrzucane po wszystkich miejscach, gdy łotry z piekła rodem obdarły oprawy ksiąg z cennych metali”.

Atoli Cobbett nie ogranicza się do udokumentowania materialnej, by tak rzec, strony zniszczeń dokonanych przez protestantyzm w Anglii i Irlandii. Podejmuje też odważną apologię wiary katolickiej i katolickiego Kościoła, zrośniętego z historią Anglii przez osiem stuleci przed katastrofą. Analizując pojęcia takie jak katolicki, protestancki i Reforma, za pomocą prostych, zdroworozsądkowych i logicznych argumentów dowodzi nie tylko tego, że rzeczywistość sfalsyfikowała znaczenie słowa Reforma – jako domniemanie zmiany na lepsze – albowiem przyniosła jedynie grabieże i zniszczenia, okropną nędzę i plagę żebractwa oraz nienawiść i wieczną niezgodę pomiędzy niezliczonymi sektami z niej zrodzonymi, ale również i przede wszystkim unaocznia, że prawdziwy Kościół Jezusa Chrystusa nie mógłby przecież zacząć się dopiero w 1500 lat po Jego narodzinach, działalności, śmierci, zmartwychwstaniu i odejściu aż do czasów ostatecznych, bo musiałoby to oznaczać bluźniercze przypuszczenie, że przyrzekając swoim uczniom, iż pozostanie z nimi aż do skończenia świata, w istocie zwodziłby ludzi, zostawiając ich samych i wydając na pastwę tego, którego wrogowie papiestwa nazywają „grzesznicą i nierządnicą w purpurę odzianą”. Nikt też z Anglików nie stał się przecież chrześcijaninem za sprawą jakiegokolwiek „protestanckiego świętego”, bo takich nigdy nie było i nie ma, lecz pogańskich Anglików na wiarę chrześcijańską nawrócili wysłannicy papieża. Przez prawie 900 lat historii Anglii i przez 1500 lat historii chrześcijaństwa nie było więc innego chrześcijaństwa i innego Kościoła niż ten, któremu przewodzi Biskup Rzymu, papież. Jest to więc oczywisty i wystarczający dowód, że to chrześcijaństwo i ten Kościół są autentycznym Kościołem Jezusa Chrystusa, i nawet ten „Kościół ustanowiony” (Established Church), anglikański, do którego należy sam Cobbett i który szczyci się tym, że przekazuje prawdziwe Słowo Boże, Nowy Testament, nie od kogo innego ma to Słowo, jak od Kościoła Rzymskiego i Powszechnego. Te słowa były prawdziwym wyzwaniem Cobbetta rzuconym oficjalnej religii jego kraju i takim jej eminentnym postaciom jak filantrop i „ewangelista” Joshua Watson, „handlarz wina i wódek, uczący religii lud angielski”. Niezbadane są wyroki boskie, ale być może William Cobbett był nie tylko uczciwym protestantem, lecz również katolikiem pragnienia i dostąpił zbawienia wiecznego.

Przedmowa do: Historyja reformy protestanckiéj w Angliji i Irlandyji przez Wilhelma Cobbetta, przetłumaczona z angielskiego przez J. Kropiwnickiego, nauczyciela języka angielskiego przy C.K. Uniwersytecie Franciszka Józefa, dwóch gimnazjach i szkole realnej we Lwowie, w Poznaniu, nakładem Ludwika Rzepeckiego, fil. dra. 1877, reprint: Wydawnictwo Pardwa, Damian Marszał, Leszno 2018, ss. 5-10.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.