Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » O odzyskiwaniu cnoty przez makiawelizm

O odzyskiwaniu cnoty przez makiawelizm

Jacek Bartyzel

Niezmordowany w krzyżowaniu dyskutanckich szpad p. Tadeusz Matuszkiewicz opublikował w dwu ostatnich (8 i 9) numerach „Myśli Polskiej” kolejny polemiczny tekst – rzekę ze mną pt. O mesjanizmie politycznym, dostępny już zresztą wcześniej internautom na stronie Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego. Nie chciałbym uchodzić za nazbyt skrupulatnego pedanta, muszę jednak wyrazić zdziwienie faktem, że już po raz drugi p. Matuszkiewicz twierdzi jakobym to ja z nim polemizował, co jest dość dziwacznym nieporozumieniem. To p. Matuszkiewicz podjął onegdaj polemikę ze mną, a dokładniej mówiąc – z sygnowanym przeze mnie oświadczeniem Klubu Konserwatywnego w Łodzi, na którą udzieliłem mu odpowiedzi – jak widać z kolejnego tekstu, nie satysfakcjonującej go. Odpowiadam tedy raz jeszcze, możliwie jak najbardziej zwięźle.

O „kamienowaniu”

Naprzód, ale aby naprawdę z tym skończyć, o smutnej sprawie abp. Wielgusa. Przyznaję, że już jestem bardzo znużony tą niesmaczną retoryką naszych „wielgusistów”, którzy zamiast wyciszać emocje, coraz bardziej podgrzewają atmosferę, młócąc nieustannie cepami oskarżeń – rzekomych prześladowców Arcybiskupa – o „nagonkę”, „kamienowanie”, ba!, nawet, co już zakrawa na bluźnierstwo, „krzyżowanie”. Ten ton brzmi nadal również w artykule p. Matuszkiewicza, który parokroć rozprawia o „polowaniu z nagonką”, co nawet budzi w nim „uczucie obrzydzenia”. No cóż, mamy widać zupełnie inaczej rozwinięte organy zmysłu moralnego, albowiem mnie brzydzi raczej owa moral insanity obrońców relatywizmu, którzy nie potrafią albo nie chcą dostrzec choćby tego, że abp Wielgus „ukamienował się” ostatecznie sam, wielokrotnie kłamiąc i zmieniając stanowisko w zależności od ujawnianych w danym momencie faktów oraz ogólnych okoliczności. Można było szczerze współczuć mu w godzinie prawdy, kiedy ogłoszono decyzję Ojca św., widzieć w tym nawet jakby część pokuty czyśćcowej, przeżywaną na ziemi; jednak w moim przekonaniu duchową wartość tej pokuty Arcybiskup sam zniszczył, decydując się na powrót grać rolę niewinnego, zwłaszcza występując do Sądu Lustracyjnego z wnioskiem o autolustrację. To, nawiasem mówiąc, nieoczekiwany i nader nieprzyjemny casus pascudeus dla wszystkich mądrali, którzy uderzali w wielkie dzwony z powodu nawrotu „gallikanizmu” i złamania przez rząd konkordatu; oto teraz hierarcha Kościoła z własnej woli pragnie być traktowany jak funkcjonariusz państwa!

Może to kwestia doświadczeń i wieku (p. Matuszkiewicz, jak się domyślam, jest jeszcze młodym człowiekiem), a może braku poetyckiej weny Deotymy „Myśli Polskiej”, ale nie potrafię wzruszyć się „martyrologią” księdza Wielgusa, na którego „ubek nakrzyczał” (jak wynika z jego dossier, po jedenastu latach uprzejmej współpracy!). Do mnie, 13 grudnia 1981 roku, na Komendzie Dzielnicowej Łódź – Polesie, rozwścieczony moją „hardością” esbek mierzył pistoletem prosto w pierś, i jakoś na kolana ze strachu nie padłem. Tym bardziej nie wzruszy mnie opowiadanie o wielkiej miłości do nauki, wymagającej zapłacenia ceny za otrzymanie paszportu. Ja od 1976 roku nie miałem nawet stempelka w dowodzie, umożliwiającego wyjazdy do KDL-ów. Nawet za czasów „karnawału” Solidarności nie mogłem wyjechać z referatem na prestiżowe seminarium organizowane przez Międzynarodowy Instytut Jacquesa Maritaina, mimo posiadania zaproszenia. Tak się składa, że też do interesującej mnie sfery badań (zachodnioeuropejskiej myśli konserwatywnej) wyjazdów na Zachód potrzebowałem jak kania dżdżu. W wieku, w którym każdy młody adept nauki wyjeżdża na stypendia, staże naukowe etc., nawiązuje rozliczne kontakty w świecie naukowym, ja musiałem organizować sobie warsztat naukowy sam, prywatnymi kanałami zdobywając dostęp do potrzebnych mi źródeł i książek. Ale dość o sobie; prosiłbym natomiast wszystkich solidarnych z „ukamienowanym”, aby chociaż cząstką swoją współczucia zechcieli obdarzyć jednego z najbardziej bohaterskich kapłanów mojego pokolenia i nieugiętego obrońcę życia – ks. Stanisława Małkowskiego, tak teraz poniewieranego przez swoich zwierzchników w Kościele warszawskim.

Przy tym, pomimo iż mój polemista bardzo wymownie broni Arcybiskupa, nie jest dla mnie jasne, co właściwie na jego temat sądzi. W affaire Wielgus pojawiły się bowiem (po stronie katolickiej i prawicowej), z grubsza rzecz biorąc, trzy rodzaje obrońców. Pierwsi, to owi dobroduszni, prości wierni, którym wmówiono, że Arcybiskup – niewinny jak lilia wodna – padł ofiarą spisku „Żydów, liberałów i masonów”. Tym można wybaczyć, gdyż „nie wiedzą, co czynią” (i plotą). Druga kategoria to ci autorzy, którzy dowodzili, że we współpracy księdza Wielgusa z komunistycznymi tajnymi służbami nie było niczego zdrożnego (co najwyżej „jakiś połowiczny błąd”), a w ogóle takie były czasy, że „wszyscy musieli”. Dla tych ideologów „panświnizmu” nie znajduję żadnych okoliczności łagodzących, zwłaszcza, jeśli noszą sukienkę duchowną. Trzecia wreszcie, to uczeni publicyści, którzy nie zaprzeczają faktom (acz je bagatelizują), lecz stoją na stanowisku, że ważne, ich zdaniem, racje natury politycznej i eklezjalnej również (aby mieć biskupa o poglądach konserwatywnych) nakazywały bronić Arcybiskupa, puszczając w niepamięć jego mroczną przeszłość. Jest to pogląd, którego nie podzielam, ale racjonalny, więc dyskutowalny. Mój kłopot z odpowiedzią p. Matuszkiewiczowi jest natomiast tego rodzaju, że potrafi on stanąć w jakimś dialektycznym rozkroku pomiędzy pierwszą a trzecią linią obrony (do podejrzewania go o drugą nie mam podstaw), co dla mnie jest ekwilibrystyką, wobec której, przyznaję, czuję się bezradny. Dlatego też dalszą dyskusję w tym zakresie uważam za niemożliwą.

O „dwóch prawdach”

Mój adwersarz daje w swoim pisarstwie rozliczne dowody umysłowej bystrości, niech zatem nie udaje, że nie rozumie, co miałem na myśli pisząc o jego „nieświadomym awerroizmie”. Nie sugerowałem bynajmniej, że dywaguje na temat sprzeczności prawd wiary sensu proprio (teologicznych) z prawdami rozumu, lecz zauważyłem, że manipuluje pojęciem prawdy, po pierwsze zawężając ją do prawdy intelektualnej, a ignorując (ewangeliczne) pojęcie prawdy jako obowiązku prawdomówności, po drugie zaś – suponując, iż z umiejscowienia prawdy intelektualnej w obszarze dociekań naukowych wynikać miałby jakiś osobliwy zakaz dociekania prawdy w obszarze moralnym. Teraz zaś, w swoim kolejnym tekście, udaje nadto, że podniesienie przeze mnie kwestii obowiązku prawdomówności nie dotyczyło faktu krzywoprzysięstw Arcybiskupa, tylko osądzania bliźnich. Obudowuje to przy tym tą nieznośną, a typową dla obrońców prałata, retoryczną hiperbolą o prawdomówności jako „narzędziu egzekucji”. Jakiej egzekucji, na miłość boską? Przecież ledwie tylko ingres został odwołany, a już sojusznicy p. Matuszkiewicza rozpoczęli na własną rękę „proces kanonizacyjny” ukamienowanego Arcybiskupa, i to w trybie, że się tak wyrażę, santo subito!

Notabene, p. Matuszkiewicz nazbyt pobieżnie zapoznał się z historią i istotą sporu pomiędzy reprezentantami klasycznej myśli politycznej a Machiavellim, skoro twierdzi, że ci pierwsi krytykowali autora Księcia „za to, że odsłonił przed ludem mechanizmy dotychczas przed nim zakryte”. Tym zdaniem zresztą czyni „klasyków” obłudnikami, którzy też wiedzą, jak rzeczy „mają się naprawdę”, tylko mają za złe „zdrajcy”, że wydał maluczkim tajemnicę dla nich zastrzeżoną. Doradzałbym ponowną i uważniejszą lekturę na przykład reprezentatywnego dla „klasyków” Leo Straussa, który wyraźnie mówi, że cała „oryginalność” Makiawela na tym polu ogranicza się do tego, że jest on mistrzem bluźnierstwa. To pierwszy nowożytny prestidigitator, który nauczył innych grania komedii odsłaniania „prawd” rzekomych i rzekomo „nowych”. „W rzeczywistości jednak – pisze Strauss – nie ma w dziełach Machiavellego ani jednej prawdziwej obserwacji na temat natury ludzkiej, której nie znaliby już dokładnie klasycy”. Prawdziwa różnica pomiędzy klasykami a Machiavellem polega na czymś zupełnie innym: na celowym pomieszaniu przez Florentczyka znaczeń cnoty (w aretologii klasycznej) odnoszących się do pewnych sprawności, niekoniecznie moralnych i nie odnoszonych specjalnie do człowieka ze znaczeniami par excellence ludzkimi i etyczno-duchowymi, ucieleśniającymi wysokie wartości perfekcyjne; na wyznaczeniu czysto utylitarnego horyzontu dla virtù „nowego” księcia; na uznaniu, że rdzeniem mirtu jest – koniecznie amoralna i zredukowana do przebiegłości – roztropność; wreszcie na – trzeba przyznać konsekwentnym – przekonaniu, że cnoty moralnie i duchowo perfekcyjne są i niemożliwe do osiągnięcia przez księcia, i dla jego powodzenia wprost szkodliwe.

O „dyskursie moralistycznym”

Kwestia makiawelizmu to dobre przęsło, aby przejść do prowadzonej z ferworem przez mego dyskutanta krytyki tego, co nazywa on uporczywie „moralistycznym dyskursem” w polityce (swoją drogą trochę dziwi to upodobanie konserwatysty do postmodernistycznego żargonu). Popełnia przy tym bardzo znamienne nadużycie utożsamiając ów „dyskurs” z „instrumentalizacją moralności” dokonywaną przez ideologie i ruchy rewolucyjne. Oczywiście, „terroryzm cnoty” jest faktem dobrze znanym, począwszy od francuskich jakobinów, nie przeczę też, że przejawy tej mentalności można dostrzec w niejednym działaniu współczesnych spadkobierców nurtu insurekcyjnego w polskiej polityce. Mój adwersarz nie zauważa jednak, że to zjawisko jest właśnie owocem błędnej, makiawelskiej utylitaryzacji cnoty politycznej i w ogóle wyniesienia polityki do rangi swojej własnej prawodawczyni moralnej. Idea autonomii polityki oraz tego, czym autor tak się zachwyca – „chłodnej, realistycznej analizy, wolnej od moralistycznego dyskursu” – jest na wskroś nowożytna i laicka, związana z obaleniem teologicznej, metafizycznej, etycznej i pedagogicznej „kopuły” nad polityką, pojmowaną w tradycji klasyczno-chrześcijańskiej jako roztropnościowa sztuka chronienia dobra wspólnego społeczności podporządkowanej – łącznie z władzą i władcą – prawdom teologicznym i filozoficznym oraz normom prawa moralnego. To zatem, co p. Matuszkiewicz dystansuje pogardliwie jako „dyskurs moralistyczny”, jest nieusuwalnie wpisane w klasyczną tradycję myślenia o polityce, która w gruncie rzeczy politykę traktuje jako dział czy swoistą aplikację filozofii moralnej.

Dodam jeszcze, że ów „dyskurs moralistyczny”, dążenie do zaprowadzenia moralności – in concreto: etyki chrześcijańskiej – w życiu publicznym, istotnie zresztą złączone z pewną politesse du coeur, jest z pewnością najsilniejszym rysem „typu psycho-dziejowego polskiego” (określenie Jana Karola Kochanowskiego), nie tylko przejawiającym się w działaniach takich jak unie narodów „wolnych z wolnymi, równych z równymi”, ale w samowiedzy najdawniejszych przedstawicieli „mądrości polskiej”, od mistrzów Akademii Krakowskiej: Stanisława ze Skarbimierza czy Pawła Włodkowica. To jest nasza rdzenna i kluczowa tradycja, i to jej winniśmy się nade wszystko trzymać, a nie powielać zużytą matrycę – nie wiedzieć czemu, ciągle „odkrywaną” przez kogoś jako niebywała oryginalność – skrajnie symplicystycznej krytyki polskiego romantyzmu i mesjanizmu oraz pomstowania na „kult głupoty politycznej”. Ciągły, krytyczny ogląd samych siebie w mirror of the life na theatrum mundi, które „wyznaniem będzie i spowiedzią” – oczywiście. To czynili od zawsze nasi najwięksi: Kochanowski, ks. Skarga, Staszic, Krasiński, Słowacki, Norwid, Zmartwychwstańcy, Stańczycy, Wyspiański, Dmowski, Brzozowski, Piłsudski, Zdziechowski… Lecz jest różnica pomiędzy krytyką płynącą z miłości i pisaną krwią, a krytyką pisaną żółcią. Tak cenione przez mojego adwersarza Dzieje głupoty w Polsce, należą niestety do tej drugiej kategorii, i choć ich autor uważał się i jest przez wielu uważany za konserwatystę, należy do tej samej sekwencji nieprzyjaznych „duchowi dziejów Polski” szyderców, co Miłosz, Mrożek, Michnik czy Gross. Nic na to nie poradzę, ale od kolaboracyjnego „realizmu” Aleksandra Bocheńskiego zawsze wyżej stawiałem rycerski honor jego brata Adolfa.

O substancjach i przypadłościach

Muszę przyznać, że w zasadniczej części swojego wywodu mój oponent podejmuje kwestię nader istotną, zarówno w ogólnym wymiarze historiozoficznym, jak w konkretnej ocenie najnowszej historii Polski, tyczącej PRL. Zgoła niepotrzebnie tylko stara się wyważyć przede mną drzwi, które dawno temu otworzyłem samodzielnie. Już w 1987 roku, bodaj jako jeden z pierwszych publicystów „drugiego obiegu” przeciwstawiłem się szeroko wówczas rozpowszechnionej tezie, jakoby wrogiem narodu było państwo, któremu trzeba przeciwstawić „samorządne społeczeństwo”. W artykule, który przedrukowało co najmniej kilka pism: Uznać państwo..?, postawiłem wyraźnie tezę, że nie walczymy z państwem, ale o państwo, o przywrócenie mu suwerenności zawłaszczonej przez partię „międzynarodową” i „zagraniczną”. Jak widać jednak, na pozór ten sam pogląd bywa dzisiaj formułowany w znacznie dalej idącej formule, której nie akceptuję.

Na pewnym poziomie ogólności mogę zgodzić się z p. Matuszkiewiczem, że pomiędzy ideologią (rozszerzyłbym to jednak na pojęcie ustroju) a państwem nie należy stawiać znaku równości. Ta ogólna teza prowadzi jednak autora, moim zdaniem, do wyciągania fałszywych wniosków odnośnie do PRL z powodu popełnienia przezeń dwu poważnych błędów: metodologicznego i historycznego.

Błędem metodologicznym jest źle postawiona kwestia „nadrzędności” i „podrzędności” w pojęciu państwa, czyli tego, co w nim jest substancjalne (istotowe), a co akcydentalne (przypadłościowe). P. Matuszkiewicz substancjalność zdaje się przypisywać temu, co nazywa, trochę niejasno, „naturalnym charakterem państwa”, w czym – ze wskazanego przeciwieństwa – można się domyślić jego „materii”, ludności, obszaru i instytucji, czyli, jak mówi Arystoteles, mieszkańców i „mury miasta”. „Światopoglądową formę” natomiast uważa najwyraźniej za rzecz wtórną, przypadłościową. Gdyby jednak przemyślał uważnie argumentację Stagiryty, to mógłby odkryć, że okoliczność, iż „ci sami ludzie mieszkają na tym samym miejscu (…) dopóki utrzymuje się ten sam szczep mieszkańców, chociaż nieustannie jedni umierają, a drudzy się rodzą”, albo że „są to te same rzeki i źródła, mimo że nieustannie pewna ilość wody przypływa, a pewna odpływa” (Polityka, 1276a), nie przesądza jeszcze o tożsamości państwa. Bowiem „jeśli państwo jest pewną wspólnotą, a mianowicie wspólnotą obywateli w ramach ustroju, to jeśli ustrój się zmieni co do rodzaju i różnić się będzie od poprzedniego, również i państwo z konieczności nie będzie, jak się zdaje, tym samym” (tamże, 1276b). Podobnie, czymś innym w swojej istocie jest komedia, a czymś innym tragedia, mimo że w chórze tragicznym lub komicznym mogą występować ci sami ludzie, albo różną harmonię tonów uzyska się w zależności od tego czy użyjemy skali doryckiej czy frygijskiej. W każdym akcie istnienia, identyfikowanym przez metafizykę, siłą kształtującą dany byt jest forma, a kształtowaną materia. A forma jest czymś wyższym niż materia. O istocie państwa stanowi zatem jego ustrojowa forma, a nie ludzka i przedmiotowa („mury miasta”) materia.

To ustalenie właściwej hierarchii składników państwa ma wielorakie konsekwencje, których – że zacytuję, z intencją „na wspak”, p. Matuszkiewicza – „nie da się zbyć frazesami”. Pisze on bowiem: „Uważa się, że w państwie komunistycznym racja stanu nie istnieje, można ją zbyć frazesami o wysługiwaniu się Sowietom. (…) Tylko co takie podejście ma wspólnego z refleksją konserwatywną?”. Trzymając się Arystotelesowskiej hierarchii składników bytu (tu: państwa) przeformułuję teraz pytanie p. Matuszkiewicza następująco: „A co racja stanu państwa komunistycznego ma wspólnego z racją stanu polskiego państwa niekomunistycznego, tego, które w swojej konkretnej formie ustrojowej, istniejącej w 1939 roku, zostało podbite, okupowane i oddane przez obcych w zarząd funkcjonariuszom międzynarodowej i z gruntu antynarodowej sekty ideologicznej? I co frazesy o ‘racji stanu’ czy lojalności wobec państwa, nie odniesione do formy ustroju, mają wspólnego z refleksją konserwatywną”?

Jak widać, poprawność rozstrzygnięć ontologicznych ma ogromne konsekwencje. Przyznajmy – egzystencjalnie i jednostkowo częstokroć tragiczne, ale taki jest los człowieka. Skłonność do „aideologicznego” podejścia prymarnie patriotycznego, w duchu: „nieważny ustrój, ważne, że to mój kraj”, jest rzeczywiście naturalna, tylko że rzeczywistość falsyfikuje boleśnie tę skłonność. Różne ustroje bowiem wymagają bardzo różnych „cnót”. „Cnotą” ustroju sowieckiego było donoszenie nawet na najbliższych członków rodziny. Być może już niedługo „cnotą” będzie i u nas denuncjowanie osobników wykazujących się „homofobią”. Jeden z naszych wielkich mistrzów myślenia, Charles Maurras, kierował się zawsze nadrzędną racją stanu narodu francuskiego, był – jak trafnie określił go marszałek Petain – „najbardziej francuskim z Francuzów”. Jednak Republika ciągle (ostatecznie na dożywocie) „uświadamiała” mu, że jako monarchista nie może być jej „dobrym obywatelem”; że przeciwnie – jest jej największym „wrogiem publicznym”. Podobnie – dwa tysiące lat wcześniej – Sokrates też, jako ateński patriota, dzielnie służący swojemu miastu i jako hoplita na wojnie, i jako członek z wyboru Rady Pięciuset, starał się być dobrym obywatelem, a jednak demokracja „uświadomiła” mu, że antydemokrata zasługuje tylko na wypicie cykuty. Również patriota Najjaśniejszej Rzeczypospolitej nie mógł być „dobrym obywatelem” PRL, jeśli nawet bardzo się starał, kierując się „instynktem patriotycznym”; w końcu zawsze jakiś Zarako-Zarakowski czy Fejgin uświadomił mu, że źle służy „ludowej ojczyźnie”, bo jeszcze nie wydał tego lub owego „agenta imperializmu”. Tam gdzie „forma” jest istotowo zła, „dobry obywatel” – patriota nie może być w ogóle dobrym (cnotliwym) człowiekiem; i odwrotnie: tylko będąc „złym obywatelem” skorumpowanego ustroju można ocalić przyzwoitość.

Błąd historyczny w ujęciu tego samego zagadnienia przejawia się w prezentowaniu relacji między „ideologią” a państwem w taki sposób, jak gdyby jedno i to samo (substancjalnie) państwo polskie przejściowo i z bliżej nieokreślonych powodów, a więc przypadłościowo, „uległo zideologizowaniu oraz poddane [zostało] wasalnej zależności”. Otóż, przypadek taki w najnowszej historii Polski nie wystąpił. Żadne realnie istniejące polskie państwo nie uległo ideologizacji, połączonej z wasalnym uzależnieniem. To realne (nie „jakieś wydumane, idealne”) państwo polskie, które od 1939 roku istniało w postaci władz państwowych i podległych im sił zbrojnych za granicą i w kraju (jako Polskie Państwo Podziemne), zostało w latach 1944/45 podbite przez obcą armię, jego „materia” (ludność, terytorium i substancja materialna) stała się okupowana i oddana w zarząd aparatowi władzy „najezdniczej” (i stanowiącej nawet formalnie część międzynarodowego ruchu komunistycznego), a jego „forma” (ustrój) przestały istnieć, z chwilą pozbawienia legalnych władz tego państwa uznania międzynarodowego. Od 5 lipca 1945 roku polski byt państwowy „istniał” zatem jedynie w symbolicznej postaci rządu na uchodźstwie, jako „czysta forma”, a nie realnie, jako złożenie formy z materią.

Rzecz jasna, komunistyczni najeźdźcy utworzyli na tej samej ziemi państwo, które do 1952 roku nie różniło się nawet nazwą od państwa polskiego, co jednak nie znaczy, że było tylko jego „nową formą”. Było czymś zupełnie odrębnym, i w swojej genezie, i w swojej istocie. Mój adwersarz posługuje się nieostrymi, lecz w tej warstwie opisu bałamutnymi sformułowaniami o konieczności „integralnego” pojmowania historii, o przynależności PRL do „polskiego doświadczenia historycznego” oraz o – co już w ogóle ma się jak pięść do nosa – „konieczności prowadzenia badań nad realnym funkcjonowaniem państwa” (a któż mu tego zabrania?). Pewnie, że wszystko, cokolwiek na ziemi polskiej się działo, należy do naszego doświadczenia historycznego; białostocki Komitet tow. Karskiego (Marchlewskiego) et cons. albo Generalna Gubernia też. Cóż jednak upoważnia do manipulacji słownej, polegającej na utożsamieniu „polskiego doświadczenia historycznego” z „polskim doświadczeniem państwowym”?

Powtórzę raz jeszcze: PRL była państwem. Ale nie państwem polskim. Była zinstytucjonalizowaną strukturą powołaną do administrowania podbitą przez system komunistyczny „materią” ludzką i terytorialną, pozostałą po zlikwidowanym przemocą państwie polskim, a perspektywicznie – jednym z wielu w obrębie komunistycznego imperium pól doświadczalnych próby zrealizowania utopii ideologicznej, której jednym z ostatecznych celów było przecież, przypomnijmy, „obumarcie” państwa jako takiego. Oczywiście, życie, na szczęście, korygowało ten krwawy i obłędny eksperyment. Od 1956 roku, nie jednokierunkowo wprawdzie i z cofnięciami się, niemniej w zasadzie stale zmniejszała się siła nacisku, a zwiększała sfera wolności. Gotów jestem także zgodzić się z tezą, że – pomimo użycia na nieznaną od początków PRL skalę brutalnej siły bezpośredniej – do (auto)dewastacji ideologicznej systemu przyczynił się stan wojenny, ze względu na ideologiczną „nieortodoksyjność” ustylizowania się ośrodka realnej władzy na „normalną” (państwową) juntę wojskową oraz niezgodne z doktryną i (dotychczasową) praktyką komunistyczną odwrócenie relacji między partią a wojskiem. Faktycznie, u schyłku lat 80. komunistyczna „forma” była już tak zbutwiała, że rozluźniona z ucisku „materia” byłaby w stanie ją stosunkowo niedużym kosztem zlikwidować, stwarzając nową formę i tym samym „odzyskując państwo”. Jeżeli dzisiaj wszystkie właściwie środowiska prawicy, bez względu na stopień ich konserwatywnego „uświadomienia”, są niezadowolone z – jak to słusznie pisze p. Matuszkiewicz – „zgnilizny demoliberalnej III RP”, to dlatego, że operacja zwana „transformacją”, zamiast całkowicie zmienić formę, a tym samym zbudować „nowe państwo”, tym razem już naprawdę polskie, zachowała właśnie istotną część starej formy, kontaminując ją z aktualną, najbardziej dekadencką postacią formy demoliberalnej.

Tak czy inaczej zatem, do końca (jeśli ten koniec w ogóle nastąpił…) PRL substancjalna była w niej właśnie owa ideologiczna (ustrojowa) forma, natomiast wszystko to, co nadawało jej również, via facti, „naturalny” charakter państwa było przypadłościowe, jako konieczny skutek inkarnacji idei (utopii) w społeczno – instytucjonalną materię. Konkludując: bez wątpienia PRL miała prócz ideologicznej formy swój „empiryczny byt państwowy”, który – jak wszystko, co empirycznie realne – musi w niejednym odstawać od „ideału”, błędem jednak jest upatrywać w tej empirii substancjalnej istoty, a w konsekwencji – na podstawie tego błędnego założenia oceniać i wartościować „akty polityczne”.

Przywołajmy tu po raz ostatni affaire Wielgus, przyjmując najbardziej korzystną dla jej „bohatera” interpretację, że w dobrej wierze współpracował on, jako lojalny obywatel, jedynie z „apolitycznym” wywiadem zagranicznym PRL (celowo pomijam wątek eklezjalny, żeby uprościć kwestię). I w takim wypadku jednak „obywatel Wielgus” służył „racji stanu” państwa komunistycznego, które ze względu na swoją ustrojową entelechię było anty-państwem dla państwa polskiego, na którego gruzach zostało zainstalowane.

O suwerenności prawicy

W zakończeniu swojej polemiki p. Matuszkiewicz powraca do – jak już spostrzegłem – ulubionego przez się wątku „wybicia się” polskiej prawicy na „suwerenność intelektualną”, przez co rozumie jej wyzwolenie się od myślenia kategoriami i pojęciami „zupełnie obcego jej”, postsolidarnościowego nurtu niepodległościowo – antykomunistycznego. W tej niesuwerenności upatruje też przyczynę „opłakanego stanu środowisk prawicowych, z których część spełnia się w charakterze ‘lokajów’ Jarosława Kaczyńskiego, zaś reszta odgrywa rolę gabinetu osobliwości” (z innego tekstu tego autora wnoszę, że mnie lokuje w tym drugim zestawie person; dzięki, w końcu, z dwojga złego, lepiej być „osobliwością” niż „lokajem”).

Mniemam, że i w tej diagnozie autor się myli. Akurat, co jak co, ale brak „suwerenności intelektualnej” wcale nie jest bolączką współczesnej prawicy polskiej (tej „integralnej”, rzecz jasna), czego nie ostatnim dowodem jest także oryginalna i żywa publicystyka p. Matuszkiewicza. Słabością polskiej prawicy jest brak „suwerenności politycznej”, co przy podjęciu każdej próby „polityki czynnej” skazuje ją na (niepartnerskie) uczestnictwo w szerszych konstelacjach, albowiem z różnych powodów, także zasadniczych, prawica nie jest w stanie rywalizować z „partiami ludu” w prozelityzmie wyborczym.

Ten stan rzeczy nie jest jednak przez prawicę zawiniony, będąc długotrwałym skutkiem splotu wielorakich okoliczności, które sprawiają, że dziś pomiędzy „prawdziwą” prawicą a „światem” rozwiera się ábyssos – przepaść, otchłań, przede wszystkim kategorialna, pojęciowa. To dlatego właśnie typowy produkt (mentalny) owego „świata” – prof. Wojciech Sadurski – musi ze zdumieniem zachodzić w głowę „jak jest możliwy Jacek Bartyzel” czy jemu podobni. Byłaby tylko jedna możliwość zasypania tej przepaści między nami, a jest nią nie co innego, jak nasza rezygnacja z „suwerenności intelektualnej” i przejście na grunt semantyki zrozumiałej dla demoliberalnego „świata”. Lecz chyba nie o to chodzi?

Psychologicznie rozumiem zniecierpliwienie p. Matuszkiewicza dyskomfortem prawicowca, który wie, że rozumuje w prawdzie, ale ta prawda głupstwem jest dla świata. Lecz w przekonaniu, że wystarczy, aby wszyscy prawicowcy jak jeden mąż zbuntowali się przeciwko Kaczyńskiemu, a natychmiast „ruszą z posad bryłę świata”, widzę właśnie, przy całym realistycznym instrumentarium retorycznym, młodzieńczy idealizm. Jeżeli świat „wyszedł z formy”, a rzeczywistość „zeszła do podziemia”, to naszą powinnością jest traktować swoją kondycję jako konieczne doświadczenie, próbę wierności, „marsz przez pustynię” bez żadnej pewności, że choćby u kresu doczesnej drogi będziemy mogli zakrzyknąć z radością thalassa. Jeden z naszych największych mistrzów powiada przecież: „być reakcjonistą to zrozumieć, iż prawdy nie wolno wyrzec się tylko z tego powodu, że nie ma ona możliwości zatriumfować”.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.