Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Miscellanea » Krótki przewodnik po pisowni nazwisk hiszpańskich, portugalskich i włoskich

Krótki przewodnik po pisowni nazwisk hiszpańskich, portugalskich i włoskich

Jacek Bartyzel

Nie będę ukrywał, że poniższe uwagi kreślę z powodu – ciągle wzrastającej – irytacji nagminną nonszalancją w zapisywaniu przez wielu rodzimych publicystów nazwisk autorów należących, najogólniej mówiąc, do romańskiego pnia językowego. Jeżeli przeto powód jest po trosze emocjonalny, to cel jest dydaktyczny: może niektórzy przynajmniej raczą na to zwrócić uwagę i dostosować się do obowiązujących reguł.

Pierwszym z brzegu przykładem takiej ekstrawagancji jest to, co wyprawia się u nas z kolumbijskim scholiarchą, którego prawidłowe pełne personalia brzmią: Nicolás Gómez Dávila. Pół biedy jeszcze, kiedy notorycznie opuszczane jest pierwsze (rodowe) nazwisko „Gómez”; znacznie gorzej, kiedy robi się z niego środkowy inicjał jakby drugiego imienia, ale najdziksze swawole wyprawiają ci, którzy dodają autorowi drugie „l” w nazwisku „Dávila”. A przecież w języku hiszpańskim (ściślej: kastylijskim) podwójne „ll” to odrębna litera alfabetu i głoska również! Jeżeli jeszcze dodamy do tego upodobanie do spolszczania imion – spór o to jest zupełnie niekonkluzywny, więc w niego tu nie wchodzę, i co gorsza ideologizowany (spolszczanie jest bardziej jakoby „prawicowe”), a niektórzy tak się zapędzają, że potrafią spolszczyć nazwiska! – to ostatecznym rezultatem tego torturowania nazwiska bywa taki oto potworek: „Mikołaj G. Davilla”. I jak którykolwiek z rodaków wielkiego Kolumbijczyka, a nawet jakikolwiek nie-Polak, mógłby zorientować się, że o nim to właśnie mowa? Zupełne niepodobieństwo!

Aby zrozumieć skąd biorą się podobne dziwolągi, potrzeba jednak wywodu bardziej usystematyzowanego.

Nazwiska hiszpańskie

Zacznijmy od tego podstawowego faktu, iż każdy Hiszpan – a przeto i Latynos – ma, i zwyczajowo, i oficjalnie, dwa nazwiska (apellidos): pierwsze rodowe, po ojcu – jak każdy z nas, drugie – po matce (jej nazwisko panieńskie). Sprawę komplikuje to, że niektórzy – dotyczy to na ogół starych rodzin szlacheckich – mają nazwiska, i to wielokrotnie, złożone, do czego jeszcze dochodzi wielość imion i tytulatura arystokratyczna. Np. sławny myśliciel konserwatywny Juan Donoso Cortés to, pleno titulo, Juan Francisco María de la Salud Donoso Cortés y Fernández Cañedo, 1. Visconde (wicehr.) del Valle, 1. Marqués (markiz/margrabia) de Valdegamas, a charyzmatyczny założyciel Falange Española – José Antonio Primo de Rivera to José Antonio Primo de Rivera y Sáenz de Heredia, 3. Marqués (markiz) de Estella. Generał Franco, na przykład, arystokratą był tylko „po kądzieli”, toteż jego personalia były rozbudowane jedynie po stronie nazwiska „macierzyńskiego” (Francisco Paulino Hermenegildo Teódulo Franco y Bahamonde Salgado Pardo). Ta hiszpańska „litania” imion, nazwisk i tytułów bywa przedmiotem żartów ze strony innych nacji, jak choćby w tej anegdocie o karczmarzu po francuskiej stronie Pirenejów, który w czas burzy, po usłyszeniu czyjegoś dobijania się do drzwi i po długiej odpowiedzi stukającego na pytanie kto się dobija, zawołał: „Dobra, dobra, wchodzić, tylko niech ostatni zamknie drzwi!”.

Jak się w tym gąszczu zorientować? Kiedyś poręczną, choć dość ogólną, wskazówką był spójnik „y” (czyli polskie „i”, zresztą w katalońskim jest to właśnie „i”, a w galisyjskim „e”), którym oddzielano nazwisko(a) „tacierzyńskie” od „macierzyńskiego”; niestety, od pewnego czasu zwyczaj ten zanika. Wobec powyższego nie ma innego wyjścia, jak po prostu zapamiętać, że ważniejsze – w zasadzie nawet wystarczające – jest to (w złożonych: te) pierwsze. Kto o tym nie wie, ten najczęściej wpada w pozornie zdroworozsądkową pułapkę, jaką zastawia intuicja podpowiadająca, że najważniejsze jest „to, co na końcu”. Otóż, nieprawda; tu najważniejsze jest właśnie „to, co na początku”.

Skutek tego błędnego rozumowania jest właśnie taki, jaki wskazaliśmy na początku w związku z Gómezem Dávilą. Dla porównania wyobraźmy sobie, co idąc tą metodą zrobiono by z nazwiskiem autora Pana Tadeusza, którego pełne personalia po hiszpańsku brzmiałyby: „Adam (Adán) Mickiewicz [y] Majewski”? Wówczas ci, którzy uznają, że najważniejsze jest „to, co na końcu”, zapisaliby: „Adam Majewski”, a ci, którzy „to, co w środku” traktują jako inicjał drugiego imienia dopisaliby: „Adam M. Majewski” lub „A.M. Majewski”! Lecz przecież dokładnie tak postępują księgarze, którzy układając książki na półkach alfabetycznie, dzieła F. Garcíi Lorki stawiają pod literą „L”, a G. Garcíi Márqueza pod literą „M”, podczas gdy obaj autorzy powinni być pod literą „G”.

Błądząc po omacku, niektórzy autorzy objawiają godną lepszej sprawy inwencję. Ofiarą najbardziej ekscentrycznego pomysłu z jakim się zetknąłem padł José Ortega y Gasset, i to w maszynopisie pracy doktorskiej. Jej autor, w bibliografii, gdzie jak wiadomo stosuje się kolejność alfabetyczną, nie mogąc najwidoczniej zdecydować się ani na „Ortegę” (prawidłowo) ani na „Gasseta” (nieprawidłowo), umieścił autora Buntu mas pod literą „Y”, zapisując: „Y Gasset José Ortega”. Inny autor, chcąc najwyraźniej zrobić coś z pierwszym członem drugiego nazwiska gen. Franco (czyli Bahamonde), a jednocześnie zaoszczędzić miejsca, zdecydował się na taką „samowolkę”, że przestawił kolejność nazwisk i wprowadził skrót, w rezultacie – po spolszczeniu imienia „Francisco” – wyszło mu: „Franciszek B. Franco”.

Mógłby ktoś podnieść w tym miejscu obiekcję, że przecież na przykład obecny premier Hiszpanii używa „na co dzień” jedynie „macierzyńskiego” nazwiska „Zapatero”, podczas gdy naprawdę nazywa się Rodríguez Zapatero, albo, że czołowy myśliciel karlistowski Juan Vázquez de Mella y Fanjul nazywany jest często po prostu „Mella”, czyli jedynie drugim członem nazwiska rodowego. Otóż w takich wypadkach wchodzi w grę indywidualna dyspozycja nosiciela nazwiska, być może powodowana pospolitością głównego nazwiska lub jego członu. Jak by nie było, urzędowo nazywają się oni tak jak się nazywają naprawdę, i wystarczy wejść na stronę prezydium rządu hiszpańskiego, aby przekonać się, że el Presidente del Gobierno de España nazywa się jednak [José Luis] Rodríguez Zapatero.

Należy też pamiętać, że niekiedy to, co wygląda jak imię (nombre) – i źródłowo w zasadzie nim jest – może być także nazwiskiem. Tak się dzieje m.in. w wypadku tych rodzin, które miały odległych przodków w epoce feudalnej, kiedy nie wykształcił się jeszcze system nazwiskowy, i które przybrały imiona przodków wsławionych bohaterskimi czynami jako swoje rodowe apellido. To jest właśnie choćby przypadek karlistowskiego filozofa Francisca Elíasa de Tejady y Spínoli, w którego rodzie „Elías” stał się członem nazwiska na cześć hidalga Elíasa (Eliasza) de Tejady, wsławionego podczas oblężenia Bredy. Ale również ponurej sławy tyran Meksyku, zwany potocznie „Callesem”, naprawdę urodził się jako Plutarco Elías Campuzano (i syn Plutarca Elíasa Lucera), a nazwisko „Calles” przybrał po swoim wuju, który wychowywał go po śmierci matki.

Nie należy natomiast szukać błędu tam, gdzie go nie ma, a każe go podejrzewać znów ów zawodny „chłopski rozum”. Niedawno Redakcja prestiżowego rocznika naukowego przysłała mi do korekty „szczotki” artykułu, w którym sprawdzający postawił duży znak zapytania przy nazwisku Arturo Chávez Chávez. Na pozór to podwojenie wygląda rzeczywiście niepokojąco, lecz jeśli uświadomimy sobie, że przecież zupełnie różne rodziny mogą nosić to samo nazwisko, to nie będzie w tym nic dziwnego, że señorito Chávez (w tym wypadku: ojciec owego Artura) poślubił señoritę Chávez. Ta zaś z kolei, już jako małżonka señora Cháveza, mogła z kolei podpisywać się Chávez de Chávez. W końcu, w Polsce też jakiś kawaler Nowak może zaręczyć się i następnie ożenić z jakąś panną Nowakówną, a ich syn – gdyby przeniósł się do któregokolwiek z krajów hiszpańskojęzycznych – nazywałby się „Nowak [y] Nowak”. Taki przypadek to na przykład również wybitny filozof tomista z Escuela de Barcelona, Víctorino Rodríguez y Rodríguez OP.

Zmierzając do konkluzji: w zasadzie potocznie można używać tylko jednego – ale właśnie pierwszego (pojedynczego lub, jeśli takie jest, złożonego) – nazwiska. Zupełnie poprawne będzie zatem mówienie i pisanie: „Francisco Franco”, „Miguel de Unamuno”, „Salvador Dalí”, a niekonieczne: „Francisco Franco y Bahamonde”, „Miguel de Unamuno y Jugo” czy (po katalońsku) „Salvador Dalí i Domènech” – nie mówiąc już o bardziej złożonych rozwinięciach. Wskazane natomiast i powszechnie przyjęte jest używanie nazwisk podwójnych tam, gdzie pierwsze nazwisko jest bardzo popularne i noszone przez wiele postaci, przez co nietrudno o pomyłkę. Dlatego właśnie należy pisać: [Gabriel] García Moreno oraz [ks. Manuel] García Morente, aby wiadomo było czy chodzi o męczeńskiego prezydenta Ekwadoru czy o filozofa z kręgu nacionalcatolicismo. Podobnie: „Gómez Dávila”, aby nie pomylić go na przykład z innym pisarzem, Ramónem Gómezem de la Serną Puigiem.

Na koniec tej części zwrócić wypada jeszcze uwagę na bardzo lekceważoną u nas kwestię znaków diakrytycznych w literach akcentowanych (dotyczy to oczywiście nie tylko nazwisk, ale wszystkich wyrazów w lengua castellana). Tym, którzy uważają to za nieistotne, albo po prostu nie chce im się wykonać dodatkowego „wysiłku” w postaci kliknięcia na daną literę w funkcji „wstaw/symbol”, należy zwrócić uwagę na to, że nieobecność owego znaku pociąga za sobą nieprawidłową wymowę. Jeżeli pominiemy „í” akcentowane w nazwisku „Dalí” to akcent przeniesiemy na pierwszą sylabę; jeśli pominiemy znak „linii falistej” w „ñ”, to na przykład będzie to sugerowało brak zmiękczenia w nazwisku [Manuel] Azaña czy choćby w nazwie „España”. Nadto, pewną jednostkową osobliwością u niektórych autorów piszących u nas o Juanie Donoso Cortésie jest pisanie drugiego członu jego nazwiska z użyciem – nieistniejącego przecież w języku kastylijskim, a występującego w języku francuskim – accent grave, czyli „Cortès”. Taka pisownia może być dopuszczalna tylko w wypadku opisu bibliograficznego tekstów tego autora cytowanych za francuskim wydaniem jego Œuvres.

Nazwiska portugalskie

Poniższe uwagi dotyczą oczywiście także Brazylijczyków i innych, znacznie już mniejszych nacji należących językowo i kulturowo do wielkiej rodziny „luzotropikalnej” – z pewnymi osobliwościami regionalnymi (np. imię „Ludwik”, pisane w portugalskim jako „Luís”, w Brazylii pisane bywa na ogół jako „Luíz”).

Generalna reguła u wszystkich „Luzytańczyków” jest odwrotnością do reguły hiszpańskiej, tzn. nazwisko(a) po matce występuje w pierwszej kolejności, a nazwisko(a) rodowe po ojcu w drugiej – na końcu. Toteż, na przykład, zapis: António de Oliveira Salazar oznacza, że ojcem dyktatora Nowego Państwa był senhor Salazar, natomiast jego matka była de domo de Oliveira. W użyciu potocznym mamy więc pełne prawo napisać wyłącznie: „António Salazar” lub „A. Salazar”, ale z tych samych powodów, które wyłuszczyliśmy już przy okazji nazwisk hiszpańskich nieprawidłowy byłby zapis: „António O. Salazar” albo „A.O. Salazar”.

Niestety, w praktyce nie jest to tak proste, żeby wystarczyło kierować się zasadą „na odwyrtkę” w stosunku do hiszpańskiego. Przede wszystkim należy pamiętać, że nazwiska te również mogą być złożone – tak „macierzyńskie”, jak „tacierzyńskie”. W tych (częstych) wypadkach trzeba umieć „wyłuskać” ten właściwy początek nazwiska rodowego, a nie ułatwia tego nieobecność owego hiszpańskiego „y”; tylko w niektórych wypadkach takim sygnałem może być „e”. Skalę złożoności może unaocznić na przykład pełnia nazwisk i tytułów filozofa, pisarza i historyka salazaryzmu, który nazywał się tak: João Francisco Barbosa de Azevedo Sande de Aires de Campos, 3. Conde (hr.) do Ameal. Ów dżentelmen ułatwił nam rozstrzygnięcie dylematu jak go nazywać, jako że używał literackiego pseudonimu złożonego z pierwszego imienia i z tytułu arystokratycznego, czyli: „João Ameal”. Ale jego nazwiskiem rodowym było „Aires de Campos”, przy czym kolejna zagwozdka to fakt, że jego ojciec (też pisarz – historyk sztuki) podpisywał się jako „Ayres de Campos”.

Aliści, długość i złożoność nazwisk Portugalczyków wcale nie dowodzi – jak w Hiszpanii – wysokiego urodzenia. Bierze się to stąd, że Portugalczycy mają w ogóle bardzo niewielkie pensum nazwisk w porównaniu z innymi nacjami. Nie jest to aż tak, jak w Korei, gdzie prawie każdy nazywa się „Kim”, niemniej kiedy spotykamy Portugalczyka to zachodzi bardzo wysokie prawdopodobieństwo, że będzie on nosił jedno z najwyżej kilkudziesięciu najbardziej popularnych nazwisk, jak Almeida, Braga, Campos, Cardoso, Carvalho, Castro, Corrêa, Costa, Cunha, Fernandes, Figueiredo, Galvão, Gomes, Gonçalves, Machado, Mendes, Neves, Oliveira, Pereira, Pinto, Sá, Salazar, Saraiva, Silva, Sousa czy Vieira. Żeby w krzyżówkach tych nazwisk się nie pomylić, Portugalczycy często rozbudowują owe człony nazwisk po rodzicach o nazwiska dziadków z obu stron; ale nam to przecież niczego nie ułatwia, przeciwnie – jeszcze potęguje poczucie zagubienia. Co więcej, niektórzy ze swoich personaliów wybierają pasujące im imiona i nazwiska jak rodzynki z ciasta: na przykład neointegralistyczny myśliciel polityczny, który nazywał się Henrique José Barrilaro Fernandes Ruas, używał tylko pierwszego z dwu imion oraz pierwszego (w kolejności zapisu) i trzeciego (głównego) nazwiska, czyli podpisywał się: Henrique Barrilaro Ruas.

Doprawdy, z nazwiskami portugalskimi jest duży kłopot i błędy są tu łatwiej wybaczalne, niemniej starać się pisać poprawnie trzeba. Kłopot ten potęguje się jeszcze przy alfabetycznych zapisach bibliograficznych. Kiedy zatem cytujemy na przykład wspomnianego Ruasa, to zapis ów – przy podawaniu jedynie inicjału imienia winien brzmieć: „Ruas H. Barrilaro”, a Salazara – „Salazar A. de Oliveira”.

Nazwiska włoskie

W nazwiskach włoskich niby to wszystko jest proste: z nielicznymi wyjątkami każdy Włoch ma jedno nazwisko, oczywiście po ojcu, do czego najwyżej – u arystokratów – dochodzi nazwisko tytularne. Aliści, perfidni rodacy Makiawela też zastawili jedną pułapkę, w którą polscy (i nie tylko) autorzy wpadają jak myszy węszące za kawałkiem sera. Tą pułapką jest cząstka „De”. W naszym piśmiennictwie spotykamy zatem nagminnie tak zapisane nazwiska popularnych postaci, jak: „Gabriele d’Annunzio”, „Alcide de Gasperi”, „Guido de Ruggiero”, „Renzo de Felice”, „Vittorio de Sica”, „Roberto de Niro” czy „Brian de Palma”. Analogicznie rzecz się ma z obocznościami „De”, jak „Del” (Augusto del Noce) czy „Della/Delle” (Stefano della vel delle Chiaie). Sugeruje to, że właściwymi ich nazwiskami są: „Gasperi”, „Ruggiero”, „Niro”, „Noce”, „Chiaie” etc. Idąc za tą sugestią, najbardziej zabawnie skracają sobie te personalia autorzy metryczek filmów, którzy piszą na przykład: „reż. B.D. Palma” albo „wyk.: R.D. Niro”.

Sam miałem kiedyś z tego powodu kłopot następujący. Kiedy byłem współpracownikiem wielotomowej Encyklopedii „białych plam” i byliśmy już przy literze „G”, któregoś dnia zatelefonował do mnie Redaktor Naczelny, mówiąc: „mamy taki problem, że czasu jest mało, a trzeba opracować hasło: «Gasperi Alcide de»”. Ja na to: „ale przecież on powinien być pod «D»”. „No tak – odpowiada redaktor – ale w haśle «chrześcijańska demokracja» jego autor zrobił odsyłacz: «Alcide de → Gasperi», odsyłacz nie może pozostać pusty, a do «D» nie ma już jak wrócić”. Długo zastanawiałem się co z tym zrobić i wybrnąłem z tego w jedyny możliwy, jak sądzę, sposób: w „główce” naprędce skleconego hasła napisałem: „Gasperi Alcide De, właśc. De Gasperi Alcide”.

Skąd bierze się ten nagminny błąd? Nie ulega wątpliwości, że z fałszywej analogii do francuskiej partykuły szlacheckiej „de” (we Francji zresztą też wyjątek stanowią nazwiska spotykane na północy, zwłaszcza w Normandii, które zawierają samodzielną cząstkę „De” – pisaną majuskułą – która nie wiąże się ze szlachectwem). Tymczasem, we Włoszech nie ma to takiej konotacji, wyjąwszy (obecnie już francuską) Sabaudię i niektóre rejony Piemontu, podlegające wpływom obyczajów francuskich, gdzie na przykład słynna rodzina Taparellich (ultramontański pisarz Cesare, jego liberalni synowie Massimo i Roberto oraz, też syn, jezuita Luigi) miała – jako margrabiowie – nazwisko tytularne d’Azeglio. Sygnałem szlacheckiego pochodzenia w krajach włoskich bywa raczej partykuła „di” – na przykład Camillo Benso conde (hr.) di Cavour czy Antonio Capece Minutolo, principe (książę) di Canosa, ale też nie jest to regułą i napotkamy wielu plebejuszy piszących się „Di” majuskułą (np. Guido Di Giorgio czy Piero Di Vona).

„De” we Włoszech – wraz z obocznościami takimi jak „da” – pierwotnie, w średniowieczu, oznaczało po prostu (tak jak w innych krajach europejskich) miejsce pochodzenia dodawane po imieniu danego osobnika bez względu na stan. Na przykład „Leonardo da Vinci” znaczy po prostu tyle, co „Leonardo z Vinci” (już sam tytuł książki łgarza i bluźniercy Dana Browna: The Da Vinci Code jest idiotyczny, bo dosłownie znaczy „Kod z Vinci”). Różnica w stosunku do innych krajów jest taka, że po ustaleniu się systemu nazwiskowego we Włoszech owo „De” (jak również „Del” czy „Della”) stało się integralną, choć przeważnie pisaną oddzielnie, cząstką nazwiska. Noszą je miliony Włochów, o czym łatwo przekonać się biorąc do ręki włoski słownik biograficzny (kiedy korzystałem z niego w bibliotece Uniwersytetu Łódzkiego pod koniec lat. 90. ubiegłego wieku bodaj jeszcze w tomie 29, ostatnim, jaki był wtedy dostępny, ciągnęły się nazwiska na „De”; w którym tomie się skończyły, nie wiem).

Koniec końców zatem, uwzględniając nadto, że przed samogłoskami owa cząstka ścieśnia się do samego „D” z apostrofem, wymienione wyżej przykładowe (i analogiczne) nazwiska należy zapisywać następująco: Gabriele D’Annunzio, Alcide De Gasperi, Guido De Ruggiero, Renzo De Felice, Vittorio De Sica, Roberto De Niro, Brian De Palma, Augusto Del Noce, Stefano Della vel Delle Chiaie. I oczywiście pamiętać, że owo „De” to pierwszy człon nazwiska.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.