Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Pukanie od spodu (na konserwatyzm.pl)

Pukanie od spodu (na konserwatyzm.pl)

Jacek Bartyzel

Prof. Adam Wielomski raczył znów – po raz nie wiadomo już który – poświęcić mojej skromnej osobie pełen wyszukanych uprzejmości komentarz. Nauczony doświadczeniem, nie widzę sensu odpowiadania autorowi, który nie ma zwyczaju odnosić się do argumentów merytorycznych, ani nawet starać się przeprowadzić rzetelnej „hermeneutyki mojej publicystyki politycznej”, toteż obawiam się (aż strach pomyśleć takie „bluźnierstwo”), że wspominając niedawno o Demosie przy komputerze napisał niechcący autobiografię. Przestało mnie już też dawno interesować, co „cyniczny sceptyk” – wedle własnego samookreślenia – mniema o legitymizmie w ogólności, ani dlaczego go tak nie lubi.

Jeżeli przeto kreślę tych kilka słów, to nie gwoli dyskutowania z autorem, lecz na użytek tej części publiczności, która ma jeszcze cierpliwość (sam bym się dziwił) tej wymiany zdań słuchać.

Po pierwsze: Prezes KZM polemizuje nie z moim tekstem, choć tak mu się zdaje. Nie jestem autorem komentarza pod tłumaczeniem wypowiedzi libijskiego księcia Mohammeda Hilala el-Senussiego na portalu www.legitymizm.org. Jak było to jasno zaznaczone, jest to komentarz redakcyjny, a ja nie jestem redaktorem portalu, tylko jego gościem.

Po drugie: nigdy i nigdzie nie wypowiadałem się o jakimś „legitymizmie islamskim”. Jest to zresztą pomówienie o tyle zabawne, że twierdzenie prof. Wielomskiego, iż „legitymizm może mieć charakter wyłącznie chrześcijański” (a jednak w ogóle „może”!), jest dokładnie tym, które zawsze sam głosiłem. I dzisiaj, w przedmowie do drugiego, rozszerzonego wydania mojej książeczki Legitymizm. Historia i teraźniejszość, które ukaże się lada dzień, piszę (że pozwolę sobie na autocytat): „Najściślej rzecz ujmując [legitymizm] jest to problem teologiczno-polityczny, którego rozpatrywanie nie ma w ogóle sensu poza – z jednej strony – kategoriami wypracowanymi w klasycznej filozofii politycznej, od antyku po średniowiecze, z drugiej strony zaś – poza kontekstem chrześcijańskim, a par excellence – katolickim”.

Powyższa oczywistość nie zmienia faktu, że również i społeczności polityczne niechrześcijańskie mają zawsze, jeśli są zorganizowane, jakąś władzę, i że władza ta – zarówno jej formy rządu, jak sposób jej sprawowania – podlega ocenie i wartościowaniu. To nie kto inny, jak prof. Wielomski był ongiś jednym z tych surowych Zoilów, którzy próbowali mnie pouczać, iż sam Chrystus Pan uznawał przecież władzę pogańskich cezarów rzymskich. Głoszone dziś zatem przezeń (przez A. Wielomskiego, nie przez Chrystusa) z taką fanfaronadą twierdzenie, iż „nie interesują go zasady dynastyczne pogan i barbarzyńców”, wydaje się przeto nad wyraz lekkomyślne – także z punktu widzenia tego jedynego kryterium, które sam uznaje, tj. interesów narodów europejskich, a więc i naszego. Chociaż zatem „poganie i barbarzyńcy” nie mogą mieć, jako niechrześcijanie, legitymizmu sensu proprio, to jednak władza u nich także może opierać się albo na wykształconej tam tradycji, albo przeciwnie: na – zaimportowanej zresztą niestety z naszego świata – jakiejś wersji rewolucji. Po wtóre, również i te niechrześcijańskie formae regiminis możemy oceniać wedle kryteriów naturalnych (czemu służą: dobru rządzących czy rządzonych), wypracowanych choćby w typologii Arystotelesa, przejętej przecież przez św. Tomasza z Akwinu. Cóż zatem dziwnego, że sympatia normalnego, europejskiego konserwatysty i monarchisty – w odróżnieniu od konserwatysty i monarchisty osobliwego, który z pogardą pisze o „jakichś królach, szejkach czy [sic!] szamanach” – kieruje się już choćby odruchowo raczej ku monarchiom również i z tamtego (pozachrześcijańskiego) świata, aniżeli na przykład ku czemuś, co jest ewidentną tyranią, a więc formą i przez Stagirytę, i przez Akwinatę, uważaną za największe zło – większe nawet od demokracji i oligarchii. Jeżeli do tego jeszcze dodamy argument empiryczny, że oparte na tamtejszej tradycji i zarazem umiarkowane, politycznie rozsądne monarchie z kręgu Maghrebu, jak marokańska czy jordańska, stanowiły zawsze i nadal stanowią możliwe optimum z punktu widzenia interesów i bezpieczeństwa Europy, to dlaczego nie mieć w sobie habitus wstępnej choćby życzliwości dla ewentualnego przywrócenia władzy dziedzica tronu libijskiego, obalonego przed laty przez socjalistę, opryszka i szaleńca – nawet jeśli mówi on „politycznie poprawne” głupstwa. Jak hrabia de Chambord zachował nieugiętość w słowach i czynach, to był – zdaniem tego cenzora monarchów – romantycznym półgłówkiem, nieznającym się na realnej polityce, bo przecież biały sztandar mógł sobie „zawiesić nad łóżkiem”. Jak książę libijski plecie o demokracji, bo wiadomo, że tylko taki język tolerują Barack Obama i inni możni tego świata, to jest godnym pogardy „lewakiem”. Czyli, jak nie kijem go, to pałką, byle tylko ośmieszyć i przegonić każdego dziedzica tronu, bo przeszkadza w tak skonstruowanym obrazie świata, w którym na uznanie zasługują tylko dyktatorzy z grubą pałką, jakiegokolwiek pochodzenia i maści.

Inna rzecz, że osobiście dość sceptycznie zapatruję się na realność takiego biegu zdarzeń, iżby w rezultacie owo optymalne rozwiązanie mogło dojść do skutku. Wobec tego, co się tam dzieje, należałoby raczej zachować wyczekującą wstrzemięźliwość. A już na pewno nie uprawiać tego zawstydzającego i odrażającego błazeństwa, jakim jest oświadczanie się z poparciem (nie mówiąc już o intelektualnym cyrku z „katechonizacją”) dla tyrana – mordercy. To niestety należy już do, że tak powiem, dziejów „hańby domowej” polskiego konserwatyzmu. Strach pomyśleć, że może właśnie trwają nawet gorączkowe przygotowania do edycji w Bibliotece konserwatyzm.pl Zielonej książeczki islamo-socjalizmu. Zapewne w serii: Dokumenty naszej tradycji.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.