Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Regionalizm w perspektywie tradycjonalistycznej

Regionalizm w perspektywie tradycjonalistycznej

Jacek Bartyzel

Znacząco dobry rezultat Ruchu Autonomii Śląska w wyborach samorządowych, tym bardziej zaś pojawiające się pogłoski o możliwości zawarcia z RAŚ koalicji w sejmiku wojewódzkim przez rządzącą Platformę Obywatelską, wywołały ożywioną dyskusję w różnych odłamach opinii publicznej, ujawniając wielką amplitudę stanowisk: od najwyższego zaniepokojenia motywowanego obawą o integralność państwa po bezkrytyczny entuzjazm. Zróżnicowanie to ujawnia się również w środowiskach konserwatywnych i szeroko rozumianej prawicy, z natury rzeczy życzliwej regionalizmowi i wszelkiej różnorodności, a niechętnej centralizmowi (o proweniencji jakobińskiej przecież, albo przynajmniej absolutystycznej), z drugiej strony jednak wyczulonej równie instynktownie na dobro wspólne ponadpartykularne, czyli rację stanu całej wspólnoty politycznej, tj. państwa.

Mając to na uwadze i pragnąć przyczynić się w jakiejś mierze do – niezbędnego w każdej poważnej debacie – rozjaśnienia pojęć, zdecydowałem się upublicznić fragmenty mojego niedawnego wystąpienia na seminarium w Uniwersytecie Śląskim (notabene, z wybitnym udziałem działaczy RAŚ), dotyczącego wizji regionalizmu wybitnego hiszpańskiego myśliciela tradycjonalistycznego (karlisty) – Juana Vázqueza de Melli1 (1861-1928), które w całości i z aparatem naukowym, tu pominiętym, będzie opublikowane w najbliższym tomie Studia Politicae Universitatis Silesiensis. Wydaje mi się to o tyle pożyteczne i celowe, że Mella (i karlizm w ogóle), i Hiszpania po dziś dzień, stykają się z tym samym problemem, który u nas pojawia się dopiero zalążkowo, a może nawet jedynie hipotetycznie, tam natomiast jest całkowicie realny i nawet palący; jest to zarazem dylemat, jakie zająć stanowisko pomiędzy Scyllą egalitarnego uniformizmu i centralizmu a Charybdą ekskluzywnego i egoistycznego separatyzmu. Na koniec dodaję kilka słów aktualizującego komentarza.

***

Według Melli pojęcie regionalizmu występuje w dwu różnych znaczeniach. Pierwsza koncepcja traktuje regiony jako jednostki niezależne, z własną i ekskluzywną osobowością, bez poczucia zobowiązania do dzielenia z innymi regionami wspólnego i nadrzędnego życia. W drugiej koncepcji każdy region posiada pewną względną niezależność, lecz łączy swój unikalny styl życia z pozostałymi, w oparciu o ducha jedności, który łączy wszystkie regiony z tym, co wspólne i najwyższe, czyli z narodem. Jednak zdaniem Melli, właściwie tylko w tym drugim wypadku możemy mówić o regionalizmie. 

Jeżeli bowiem rozważa się regiony jako substancje niezależne i kompletne, to czyni się z nich narody, toteż właściwą nazwą takiego „regionalizmu” jest nacjonalizm. Aczkolwiek trzeba wprowadzić tu pewną dystynkcję (wewnętrzną): bardziej radykalna postać tego nacjonalizmu prowadzi do separatyzmu narodowego i politycznego oraz domaga się prawa do samostanowienia, co wytwarza proces separowania się od państwa; natomiast postać bardziej umiarkowana postuluje tylko separatyzm narodowy a utrzymuje jedność polityczną. Mella odrzuca tak samo mocno obie postawy, ale zwolenników tej drugiej nie uważa za renegatów ojczyzny, ponieważ jest dla niego oczywiste, że ich błąd wynika z zamieszania, jakie do rozumienia państwa i społeczeństwa wprowadził liberalizm i centralistyczna koncepcja prawa publicznego, pojmujące naród jako byt jedynie teraźniejszy (tzn. złożony wyłącznie z tu i teraz żyjącego pokolenia).

Według tej teorii, naród jest „jeden i niepodzielny” i na zewnątrz, i politycznie, co redukuje regiony do jego przejawień, zamiast postrzegania w narodzie syntezy tychże regionów. Błąd ten można przezwyciężyć przyjmując prawdziwą, zdaniem Melli, definicję narodu jako historycznej całości pokoleń, wytworzonej przez wieki, i której regionalne „dusze” łączą się w nadrzędną jedność, co jest konsekwencją wspólnotowego nastawienia każdej z nich. To pozwoliłoby przezwyciężyć zarówno separatyzm narodowy, jak nacisk centralizmu państwowego, prowadząc również do rozpoznania tej najwyższej jedności, którą jest naród, w odniesieniu do władzy suwerennej.

Mella formułuje swój pogląd następująco: „Jesteśmy narodowymi regionalistami oraz afirmujemy materialną i niematerialną jedność narodu i państwa; natomiast nie jesteśmy nacjonalistami regionalistycznymi, którzy dezintegrują i dzielą jedność państwa”. Odrzuca separatyzmy nacjonalistyczne dlatego, że regiony nie są podmiotami lub substancjami kompletnymi, ani nie tworzą jedności historycznych, chociaż w historii poszczególnych z nich występuje pewna osobowość prawna. Tym samym Mella afirmuje państwo jako substancjalny związek regionów, które współtworzą rzeczywistość narodową, odrzuca natomiast jego (państwa) rozumienie jako władzy dominującej nad narodowościami. O regionach i ich historii należy myśleć jako o bytach społecznych o różnym pochodzeniu, które weszły w związki trwałe i nierozerwalne. Mella wyraża to za pomocą metafory „drzew” i „lasu”: „drzewa” to regiony, które rosnąc w tej samej ziemi, rozrastając się i zaczepiając, tak korzeniami jak listowiem, z innymi drzewami stworzyły „las”, czyli ojczyznę. Afirmować „drzewo”, a negować „las” (lub odwrotnie), znaczy wyznawać wizję fałszywą i zubożoną.

Mella podkreślał niebezpieczeństwo takiej koncepcji, w której naród nie jest bytem wspólnym, lecz wielością partykularyzmów narodowych, co prowadzi do takiej sytuacji, w której suwerenność polityczna jest niestabilna, krucha i wyłącznie zewnętrzna, czego skutkiem musi być jej załamanie oraz zgłoszenie pretensji przez każdy region do bycia niezależnym państwem na podstawie zasady narodowościowej. Państwo natomiast winno być jedno i wspólne, lecz w oparciu o bogactwo odmian regionalnych.

Mella krytykował nacjonalistów za wieloznaczność w określaniu ich dążeń, w zależności od tego do kogo się zwracają (np. raz do Katalończyków a innym razem do pozostałych Hiszpanów); raz mówią o „wolnościach regionalnych” lub o „autarkii”, co w pewnym znaczeniu też może być do przyjęcia, lecz innym razem o „autonomii”, co stwarza zagrożenie separatyzmu (powołując się na Arystotelesa, Mella wyjaśnia, że „autarkia” oznacza samowystarczalność wewnętrzną, natomiast „autonomia” suponuje niepodległość zewnętrzną).

Na pytanie czy separatyzm jest do przyjęcia, Mella odpowiada stanowczo, że nie. Odpowiedź tę należy wszelako doprecyzować. Każdy separatyzm implikuje rozpad jakiejś całości, zupełny albo częściowy. Na przykład w Kościele możemy obserwować takie, kolektywne lub indywidualne, (stopniowalne) zjawiska jak schizma, herezja czy apostazja. Tak samo w społeczeństwie jakaś „sekta” może zanegować jego podstawowe zasady, jak na przykład własność prywatną albo suwerenność państwa, proklamując suwerenność innego albo nie uznając niczyjej. Jest to możliwe, ponieważ wola może zerwać związki religijne czy prawne. Zachodzi jednak pytanie czy więzi narodowe są czymś, co zależy tylko od woli, czy też odwrotnie: to wola jest uzależniona od tych więzi?

Mella sądzi, że ani wola indywidualna, ani zbiorowa wielu pokoleń, nie mogą zniszczyć tych więzi, ponieważ one są nadrzędne wobec tych woli, gdyż narody są rezultatem długiego procesu, w którym następujące po sobie pokolenia podejmowały działania na różnych polach zewnętrznych, współpracując ze sobą jako przyczyny cząstkowe, ale o skutku wspólnym i zwrotnym. Regionalizm nie usprawiedliwia zatem separatyzmu; regiony nie mają prawa do tworzenia niezależnych państw.

Jedność narodowa jest konsekwencją przeznaczenia do współdziałania, które się uwidacznia w „stałym przejawianiu się tych samych faktów historycznych, w ciągle obecnych tradycjach poszczególnych ludów (pueblos)”, w tym co Mella nazywa „głosowaniem powszechnym stuleci, któremu nie wolno przeciwstawiać głosowania powszechnego w jednym dniu, ani nawet jednego pokolenia, zbuntowanego przeciwko historii”.

Należy w tym miejscu zadać pytanie, czym jest wola powszechna (voluntad general)? Mella nie zaprzecza jej istnieniu, ale pyta, jak ona się przejawia? Otóż, bardziej niż w głosowaniu, objawia się ona poprzez stale występujące fakty historyczne. Nic nie usprawiedliwia tego, aby suma indywidualnych głosów mogła zrywać więzi narodowe. Zdaniem Melli jest zdumiewające, że obecnie pokłada się tyle wiary w niczym nieskrępowaną wolę zbiorową, rozpoznawaną jednak nie inaczej jak poprzez pojedyncze głosy. Jest to nieakceptowalne wyolbrzymienie woli ogółu.

Akceptacja żądań samostanowienia, opartych na wypaczonym rozumieniu tzw. „współczynnika różnicy” (hecho diferencial), doprowadziła w naszych czasach do nowych roszczeń wysuwanych przez tych, którzy odrzucają system autonomii o tych samych uprawnieniach dla wszystkich regionów i żądają dla siebie przekazania kompetencji zastrzeżonych dla państwa, wywieszając sztandar „suwerenności podzielonej” (la soberanía compartida). W ten sposób zrywają konieczne powiązania i ponadregionalną solidarność, traktując to jako pierwszy krok do uzyskania później, poprzez praktykowanie samostanowienia, niepodległości.

Mella obstawał przy twierdzeniu, że państwo jest porządkiem prawnym, który sprawuje polityczną suwerenność nad terytorium, którego mieszkańcami kieruje oraz udziela im wsparcia w poszukiwaniu dobra wspólnego, bez pomniejszania samowystarczalności podmiotów, które integruje. Poprzez to jest strażnikiem (el custodio) Prawa przed ewentualnymi nadużyciami osób lub grup, co usprawiedliwia jego istnienie jako gwaranta porządku: „Jeśli pragnie się mieć władzę efektywnie wykonującą Prawo, trzeba mieć Państwo”. Ponadto, biorąc pod uwagę zróżnicowane prawa poszczególnych osób w hierarchii społecznej, jest ono najwyższą osobą prawną, która sprawuje władzę poprzez kompetentne do tego organy. Tym samym jest zobowiązane służyć suwerenności narodowej odpowiednio do swoich właściwości naturalnych, zarazem nie przeistaczając się w konstruktora, który zmieniałby charakter i warunki istnienia państwa podług jakichś wymyślonych konwencji i programów.

Aby utrzymać narodową jedność polityczną, państwo ogłasza prawa dotyczące zarządzania jego sprawami i reguluje działalność instytucji w celu zapewnienia możliwości ich funkcjonowania. Poza tymi atrybutami, wszystkie inne przypisane są regionom, gminom i klasom (społecznym). Te pierwsze mają prawo do utrzymania i doskonalenia swojego własnego ustawodawstwa cywilnego (jeżeli takie istnieje) oraz rozstrzygania sporów przed własnymi sądami. Używanie języka regionalnego w działalności ich administracji jest także ich prawem „w zakresie uznanym (przez nie) za konieczny”. Te kompetencje powinny być odzyskane przez Rady i Sejmiki regionalne, podobnie musi być respektowana gminna autonomia administracyjna i gospodarcza. Skoro społeczeństwo nie jest „stertą kurzu i piasku (un montón de polvo y arena), musimy wziąć pod uwagę jego rozmaitość i zróżnicowanie w nim istniejące… a cała ta złożoność społeczna wymaga szerokiej decentralizacji wewnątrz jedności państwowej”.

Podsumowując: zdaniem Melli jest błędem sądzić, że koncepcja regionalizmu stanowi zaproszenie do dezintegracji. Państwo sprawuje zwierzchnictwo polityczne nad jednym jedynym narodem (una única nación), składa się z różnych regionów i jest złożoną jednością powołaną do wykonywania tego, co z natury rzeczy jest od niej nieodłączne. Postulat suwerenności podzielonej (compartida) jest wykluczony z tradycjonalistycznego ideario político.

***

Jakie wnioski płyną dla nas, hic et nunc, z powyższej analizy? Wydaje się, że z grubsza rzecz biorąc stanowisko hiszpańskiego karlisty, które można streścić słowami: „ani centralizm, ani separatyzm” – z wyraźną wszelako opcją dla regionalistycznego federalizmu w ramach jednej ojczyzny państwowej, może i powinno być wytyczną także dla polskiego patrioty i konserwatysty. Mniemam wszelako, że aplikując to stanowisko do obecnych warunków polskich należałoby je opatrzyć trzema zastrzeżeniami.

Po pierwsze, w Polsce żaden region (Śląska nie wyłączając) nie ma aż tak wyraźnej, co znaczy w tym wypadku: historyczno-państwowej, odrębnej tradycji, jak poszczególne królestwa, księstwa i hrabstwa Las Españas. Dotyczy to oczywiście Polski w jej obecnym, drastycznie okrojonym, kształcie, bo gdyby brać pod uwagę naszą chwalebną mocarstwową przeszłość, to oczywiście wyglądałoby to inaczej: Wielkie Księstwo Litewskie i księstwa ruskie są tego oczywistym dowodem. Rozważamy jednak rzecz, przypominam, hic et nunc. Gdyby ktoś chciał wskazywać tu na przykład Mazowsze, inkorporowane do Korony Królestwa Polskiego dopiero na początku XVI wieku, to można odpowiedzieć, że owa odrębność bardzo szybko się zupełnie zatarła. Inne zaś ślady odrębności (jak całego Śląska i Pomorza Zachodniego) wynikają nie z tradycji samodzielnej państwowości, lecz z wielowiekowej przynależności do obcego (odpowiednio: Czech, Austrii, Prus i wreszcie zjednoczonych Niemiec) organizmu państwowego, są więc dziedzictwem z naszego punktu widzenia „negatywnym”; można by je zatem porównać co najwyżej do Al-Andalus. „Dialektyka” tego, co partykularne i wspólne jest zresztą zupełnie inna w Hiszpanii niż w Polsce. Pierwsza stopniowo się jednoczyła z wielu, w ostateczności z trzech (Kastylia, Aragonia, pomauretańska Andaluzja), istniejących samodzielnie przez wieki koron; podziały dzielnicowe w Polsce były wtórne w stosunku do pierwszego, unitarnego państwa polskiego Piastów.

Tej sytuacji odpowiada także brak subiektywnie odczuwanej wyraźnej odrębności, a nawet tożsamości regionalnej. Nad pierwszym nie ma co płakać, nad drugim – i owszem, bo to jest zubożenie tożsamości w ogóle. Ja sam nie potrafiłbym zdefiniować swojej tożsamości regionalnej. „Łodzianin” w tym znaczeniu („Ziemi Łódzkiej”) to dla mnie pusty dźwięk, i nie dlatego, że mam taki kaprys. Chętnie powiedziałbym o sobie, że mój region to „Ziemia Łęczycko-Sieradzka”, ale poczucie rzeczywistości natychmiast przywołuje mnie do porządku, upominając, iż byłby to „archeologizm”, a nie żywy konserwatyzm. Acz, nie ukrywam, szkoda.

Jedno z głównych praw „fizyki politycznej” mówi, że instytucje należy ustanawiać w korelacji do realnej rzeczywistości, a nie na odwrót. W naszym wypadku zatem pełen federalizm byłby krojony na wyrost, także w odniesieniu do stanu świadomości społecznej, a zatem – paradoksalnie, lecz tylko względem (konserwatywnej) doktryny – byłby politycznym „konstruktywizmem”. Co najwyżej, warto w takich instytucjach zostawiać pewną przestrzeń do „potencjalnego” wypełnienia, jeżeli okoliczności i stan świadomości na to pozwolą, ale nic więcej.

Po drugie, nie możemy ignorować ciągle mającego znaczenie faktu, że aż po III Rzeczpospolitą przez minione dwieście lat bezsprzecznie suwerenne i zjednoczone państwo polskie istniało zaledwie przez dwadzieścia lat, a przez większą część tego okresu nie istniały nawet formy kadłubowe i zależne od obcych potencji formy naszej państwowości. To też nie jest okoliczność zachęcająca do zbyt śmiałego eksperymentowania (bo jednak, raz jeszcze powtórzę, w naszych warunkach to byłby eksperyment) z rozczłonkowywaniem. Dość przypomnieć, że właściwie po dziś dzień nie możemy na przykład uporać się do końca z koszmarnym układem sieci kolejowych, które powstawały w ramach i dla potrzeb trzech odrębnych i obcych państw. Nie znam regionalisty, który chciałby mieć tak „autonomiczną” sieć kolei, żeby dzięki temu jeździć dłużej i okrężnie, a gdyby nawet taki się znalazł, to niewątpliwie byłby niezasługującym na poważne traktowanie dziwakiem.

Po trzecie wreszcie problem ustroju wewnętrznego naszego państwa nie może być rozważany tak, jak by znajdowało się ono na księżycu, lecz w kontekście rzeczywistych realiów politycznych i geopolitycznych, czyli: primo: naszej przynależności do Unii Europejskiej, secundo – naszych sąsiadów, bardziej zresztą w tym wypadku (ewentualnych rewindykacji terytorialnych) Niemiec niż Rosji. Jako że przynależność do UE oznacza scedowanie na nią suwerenności, wynika z tego, że co najmniej ograniczone stają się możliwości państwa polskiego w zakresie zastosowania swoich uprawnień w wypadku, gdyby dążenia autonomiczne jakiegoś regionu przerodziły się w otwarty secesjonizm (albo aneksjonizm na cudzą korzyść). Perspektywa „plebiscytu w sprawie samostanowienia” pod auspicjami Wysokich Komisarzy UE, na przykład na Śląsku właśnie, wcale nie jest niewyobrażalnym surrealizmem, zwłaszcza iż nie jest dla nikogo tajemnicą, że UE wszędzie wspiera separatyzmy, bynajmniej nie z miłości dla tradycyjnych („przed-lewiatanowych”) wspólnot politycznych.

Zmierzam do konkluzji. Gdyby postawiono mi pytanie: czy jestem za przekształceniem obecnej unitarnej państwowości w państwo federalne, czyli będące związkiem autonomicznych ziem, to moja odpowiedź byłaby twierdząca jedynie na płaszczyźnie teoretycznej, albowiem federalizm i poszanowanie wszelkich odrębności należą bezsprzecznie do konserwatywnego ideario. Zawahałbym się jednak przed taką samą odpowiedzią w praktyce. Bez wątpienia należy wspierać wszystkie postulaty i działania idące w kierunku zwiększania i pogłębiania samorządności oraz możliwej samowystarczalności wszystkich regionów (a także wspólnot niższego rzędu, czyli lokalnych), sprzyjać też wszystkiemu, co odbudowuje i wzmacnia regionalne i lokalne tożsamości. Należałoby gruntownie zmienić relację pomiędzy „prowincjami” a „centrum”, jeśli chodzi o system ściągania i przekazywania podatków, tak aby to samorządy mogły w coraz większym stopniu decydować o tym, ile środków idzie w „górę”, dla sfinansowania potrzeb ogólnopaństwowych. Nie ma żadnego powodu upierać się przy tym, aby w całym kraju obowiązywały jednolite rozwiązania w zakresie systemu szkolnego, usług medycznych etc. Należy po prostu kierować się tą ogólną dyrektywą postępowania, jaką jest zasada pomocniczości – pojęta zgodnie z jej prawdziwym znaczeniem, tzn. wypełnianiem przez struktury wyższego rzędu, jedynie tego, co organizmy mniejsze, począwszy od rodzin, nie są w stanie zrealizować samodzielnie. Z drugiej strony, jeżeli wektorem naszych dążeń ma być naprawdę regionalizacja i odbudowanie więzi historycznych, to należałoby jak najszybciej naprawić niesprawiedliwości wcześniejszych arbitralnych decyzji więzi te celowo niszczących. Dla przykładu, Częstochowa nigdy nie była i nie jest żadnym „Śląskiem”, byłoby zatem zwykłym i ostatecznym zaborem, gdyby miała się znaleźć już nie tylko w województwie, ale w autonomicznej „ziemi śląskiej”.

Należy tu zwrócić uwagę na jeszcze jeden czynnik. Każdy separatyzm, kiedy walczy z prawdziwym lub wyimaginowanym opresorem w postaci rządu centralnego, z lubością odwołuje się do bliskich tradycjonalistom zasad pomocniczości, różnorodności, uprawnień historycznych etc. Lecz wcale nie znaczy to, że sam jest raz na zawsze impregnowany od centralistycznych pokus na modłę jakobińską, którym daje upust, gdy tylko uzyska odpowiedni stopień samodzielności i… bezkarności. Wystarczy tu przywołać przykład współczesnej Katalonii, która już tak się roznamiętniła w swojej autonomii, że pozwala sobie na prześladowanie języka kastylijskiego. Winniśmy zatem pamiętać, że centralistyczny glajchszaltung jest zawsze i takim samym złem na każdym poziomie: „mikro” (autonomicznego regionu), „makro” (państwa narodowego) i „hiper” (ponadpaństwowym, jak na przykład w UE).

Kierunek pożądanych przemian jest tedy oczywisty: konsekwentna decentralizacja i stopniowa, ostrożna, dostosowana do realiów społecznych i okoliczności zewnętrzno-politycznych regionalizacja. Jednakowoż przed „skokiem bytowym” z unitaryzmu w federalizm należy przestrzegać i wystrzegać się tego przynajmniej dopóty, dopóki jesteśmy przytroczeni do UE lub dopóki ten neobizantyjski moloch sam się nie rozsypie.

Pozostaje nam jeszcze do rozważenia kwestia, która była dla nas punktem wyjścia i okazją do poczynienia powyższych uwag, czyli zjawisko ruchu autonomistów śląskich. Wstępnie pragnę zaznaczyć, że uznaję zasadność pewnych „rachunków krzywd”, jakie istnieją pomiędzy Ślązakami a Rzeczpospolitą. Nie zmienia to jednak mojego zaniepokojenia rysującą się dość wyraźnie (pomimo niejasności co do celów finalnych) zasadniczą linią strategiczną Ruchu Autonomii Śląska oraz stojącymi u podłoża tej linii założeniami myślowymi. Jeśli na postawę i program RAŚ nałożymy siatkę kategorii wypracowaną przez omawianego wyżej Mellę, to rysuje się ona jako bardzo bliska mentalności i strategii współczesnych nacjonalistów katalońskich (drugorzędna, mimo wszystko, jest tu okoliczność, iż nacjonaliści katalońscy są dziś politycznie i społecznie lewicowi, natomiast RAŚ wydaje się bliski w tych kwestiach formacji konserwatywno-liberalnej). Wspólne i budzące moją dezaprobatę jest tu jawnie egoistyczne podejście, oznaczające odmowę solidarności zarówno ogólnonarodowej i ogólnopaństwowej, jak i z innymi regionami i społecznościami lokalnymi, które mają przecież takie samo prawo do analogicznej i właściwie pojętej „autonomii”. To, inaczej mówiąc, egocentryczna i separatystyczna odmowa wspólnoty historycznego przeznaczenia całej polskiej ojczyzny, w zróżnicowaniu i poszanowaniu jej „małych ojczyzn” (patrias chicas, jak mówią Hiszpanie); co gorsza, odmowa budowana w znacznej mierze na „kontrze” do polskości w ogóle i do jej państwowego epifenomenu.

Czy jeszcze dalej idące (stawiane tu i ówdzie) zarzuty względem RAŚ są uzasadnione – nie wiem, nie mam ku temu wiarygodnych danych. Wiem natomiast na pewno jedno: działacze RAŚ mogliby w jeden tylko sposób dowieść bezzasadności tych zarzutów – gdyby mianowicie tak zmodyfikowali swój program i postępowanie, iżby swój egoistyczny, wyłącznie „wsobny” partykularyzm przeformułowali we wzorzec polityki regionalistycznej dla całego kraju, dając – dzięki swemu niewątpliwemu doświadczeniu i uporowi w dochodzeniu swoich racji – impuls do stworzenia czegoś w rodzaju ogólnopolskiego ruchu regionalistycznego, oddającego każdemu regionowi i każdej wspólnocie to, co im się słusznie należy.


1 Dalej będę posługiwał się skróconą formą nazwiska autora (Mella), powszechnie stosowaną w literaturze przedmiotu (uwaga moja – JB).

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.