Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Rewolucja w sukcesji i monarchiczne pryncypia

Rewolucja w sukcesji i monarchiczne pryncypia

Jacek Bartyzel

Premier Wielkiej Brytanii David Cameron zapowiedział zmiany w prawie sukcesyjnym monarchii brytyjskiej. Dotyczą one dwóch kwestii. Po pierwsze, odtąd dziedziczenie tronu będzie się odbywać w kolejności narodzin, bez względu na płeć dziecka (począwszy od ewentualnych potomków księcia Wilhelma i księżniczki Katarzyny). Po drugie, członkowie rodziny monarszej będą mogli poślubiać osoby konfesji katolickiej, acz nadal katolik nie będzie mógł zasiąść na tronie.

Z zasadniczego, legitymistycznego, punktu widzenia przepisy te nie mają żadnego znaczenia ani mocy wiążącej. Od 1688 roku na tronach brytyjskich zasiadają cały czas uzurpatorzy, którzy „wtrynili się” tam wskutek zbrodniczej rebelii protestanckich wigów, zwanej (przez nich) „rewolucją chwalebną”. Prawowitym królem Anglii, Irlandii i Szkocji jest przeto dzisiaj, zgodnie z prawem sukcesyjnym, JKW Franciszek II z bawarskiej dynastii Wittelsbachów, i żadna moc i złość ludzka nie jest władna mu tego prawa odebrać. Mimo to, z realno-politycznego punktu widzenia zmiany te są znaczące i wymagają komentarza.

Należy naprzód stwierdzić, że wprowadzenie tych zmian niszczy ostatecznie samą zasadę monarchiczną, którą nawet monarchowie nieprawowici w sensie legitymizmu pochodzenia, ale rozumiejący powagę swojego urzędu, są zdolni reprezentować – by wspomnieć choćby godne panowanie królowej Wiktorii. Zasada ta w swojej najgłębszej istocie jest transcendentna, to znaczy nie pochodzi „z dołu”, z woli ludzkiej, lecz „z góry”, od Boga Wszechmogącego, toteż prawdziwa reprezentacja jest zawsze i tylko reprezentowaniem na ziemi Jego boskiego autorytetu, ziemskim wikariatem. Tymczasem, promotorzy owych – słusznie nazwanych rewolucyjnymi – zmian nawet nie ukrywają, że kierują się immanentystyczną zasadą dostosowywania instytucji monarchii do (żałosnych) mniemań panujących dziś w świecie. Pewien – pożal się Boże – monarchista (Joe Little z magazynu Majesty) oznajmił z emfazą: „Nareszcie. Szwedzi już w 1980 roku zrównali prawo dziedziczenia pod względem płci. My jesteśmy opóźnieni, ale wreszcie i nasza monarchia dogania Europę” (cyt. za: K. Zuchowicz, Rewolucja w brytyjskiej monarchii, „Rzeczpospolita”, 28 X 2011). Pseudomonarchia, która potykając się i z objawami zadyszki biegnie za „duchem czasu” – zwłaszcza tak nikczemnej epoki, jak nasza – nie zasługuje na żaden respekt. Godna jest jedynie pogardy i odkopnięcia jak dziurawy, zardzewiały nocnik. Najsmutniejsze jest również to, że grabarzami zasady monarchicznej są ludzie określający się jako konserwatyści. A cóż po „konserwatyzmie”, który niczego nie konserwuje, tylko wszystko niszczy?

Co się natomiast tyczy meritum wprowadzanych zmian, to należy powiedzieć, co następuje. W królestwach brytyjskich nigdy nie obowiązywało prawo salickie, wykluczające kobiety od sukcesji. Zasada pierwszeństwa potomków płci męskiej była jednak, jak wszędzie, oczywistością. Nie ma ona nic wspólnego z tym, co w żargonie demoliberalnym i feministycznym nazywa się „dyskryminacją kobiet”. Rzecz w tym, że jedynie dziedziczenie tronu przez mężczyzn zapewnia ciągłość tej samej dynastii, a dynastyczność jest przecież fundamentem monarchii sukcesyjnej. Kiedy dynastia wygasa, pojawia się zawsze niepewność i zagrożenie egzystencji wspólnoty politycznej. Objęcie tronu przez potomkinię płci żeńskiej stanowi wówczas rozwiązanie konieczne, niemniej jej zamążpójście oznacza nieuchronnie jej wejście w inną rodzinę, więc i zmianę dynastii, a nigdy nie wiadomo czy nie wyniknie z tego jakieś zło dla rzeczy pospolitej. Kiedy ta konieczność, dawniej zdarzająca się rzadko, zwykle raz na kilkaset lat, staje się normą prawa sukcesyjnego, zmiana dynastii może dokonywać się co pokolenie. A to jest całkowita ruina zasady dynastycznej. Co więcej, gdy w naszych czasach zwyczajową normą stało się również zawieranie przez książąt i księżniczki krwi małżeństw z plebejuszami i plebejuszkami, może się okazać, że następującymi kolejno po sobie władcami lub „księciami – małżonkami”, płodzącymi nowych dynastów, będą jakiś zwyczajny Mr. Brown, Mr. Smith itd. Jak w takiej sytuacji może utrzymać się jakakolwiek cześć dla rodziny królewskiej, która bierze się przecież z tego, że – jak słusznie zauważył de Maistre – pochodzenie dynastii owiane jest mgłą niewiedzy i opowieści mitycznych? A jak można czcić władcę, który wczoraj był kumplem z pubu albo hostessą?

Jeśli natomiast chodzi o drugą z zapowiedzianych reform, to należy powiedzieć tak: katolikom niepotrzebny jest ów „zbytek łaski” ze strony heretyków i schizmatyków, jakim jest tolerancja dla ożenków członków rodziny królewskiej z „papist(k)ami”. Nie oznacza ona nic więcej, jak status małżeństwa morganatycznego takich stadeł. Ta zasada może być stosowana słusznie jedynie w odwrotną stronę. Jedyne, co nas interesuje, to całkowite unieważnienie owego bandyckiego Act of Settlement z 1701 roku i rekatolicyzacja koron brytyjskich. To zaś oznacza oczywiście także przekreślenie ponad trzystuletniej niesprawiedliwości i uzurpacji oraz ukorzenie się buntowników przed ich Panem przyrodzonym. A jeśli nie, to do diabła z taką „monarchią” – zgodną z „zasadami nowoczesnego państwa” pana Camerona!

Od Redakcji: Więcej na temat Franciszka II na stronie www.jacobite.ca.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.