Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Rojaliści francuscy — powrót do polityki

Rojaliści francuscy — powrót do polityki

Jacek Bartyzel

W ubiegłym roku, dokładnie mówiąc 7 stycznia 2001, a zatem — co z pewnością było świadomie wybranym aktem symbolicznym — u samego progu XXI stulecia ery chrześcijańskiej, zaszedł doniosły fakt w historii ruchu monarchistycznego we Francji. Tego dnia proklamowane zostało Przymierze Królewskie (Alliance Royale). Media oczywiście przemilczały to zdarzenie, toteż konieczne jest wyjaśnienie jego wagi. Trzeba albowiem pamiętać, że monarchizm polityczny zszedł nad Sekwaną ze sceny publicznej już w 1873 roku, kiedy to hr. de Chambord (k.z.p. Henryk V) odrzucił nieomal pewną możliwość wstąpienia na tron za cenę kompromisu z zasadami Rewolucji. Wprawdzie geniusz intelektualny Maurrasa przywrócił potem na pół wieku panowanie rojalizmu w gallijskim królestwie ducha, ale przecież jego Akcji Francuskiej nie udało się ostatecznie obalić Republiki, lecz przeciwnie — to on sam został przez nią zdruzgotany.

Okres powojenny był tedy dla monarchizmu francuskiego, w o wiele większym stopniu niż dla autora tego sławnego powiedzenia, „przemarszem przez pustynię”. Owszem, ruch ocalał, pozostając jednak cały czas już nawet nie na marginesie, lecz poza nawiasem życia politycznego w pays légal. To, co realnie rojaliści mogli zrobić, było jedynie decyzją o „przyłączeniu” (ralliement) do tej lub owej „rodziny politycznej” prawicy republikańskiej: do pogrobowców Pétaina, do konserwatywnych liberałów, do V Republiki de Gaulle`a, wreszcie do Frontu Narodowego. Ba, znaleźli się nawet i tacy (Nowa Akcja Rojalistyczna secesjonistów z Action Française), którzy przyłączyli się do lewicy, popierając parokrotnie Mitteranda, a ostatnio socjalistę patriotycznego Chevenementa. Tym, którzy nie chcieli dokonać ralliement, a z drugiej strony nie pogrążyć się w „rojalizmie cmentarnym”, manifestowanym udziałem w mszy kommemoracyjnej za Ludwika XVI każdego 21 stycznia, pozostawały jedynie dwie możliwości. Albo trwać w okopach „małej twierdzy”, strzegącej czystości doktryny maurrasowskiej, zawierając jedynie taktyczne sojusze z nacjonalistami republikańskimi w konkretnych kwestiach żywotnych dla interesu narodowego. To była i jest droga powojennej Action Française, współpracującej ongiś z OAS w walce o ocalenie Algierii, w latach 80. z organizacjami katolickimi w obronie wolnej szkoły, a obecnie z „suwerenistami” wszystkich odcieni w walce z molochem brukselskim. (Pisałem o tym szerzej w recenzji książki Pujo w numerze 38 „PFRL”). Drugą drogę obierali dotąd legitymiści, tj. „wierni” (les fideles) starszej linii Burbonów, zwani przez „orleanistów” ironicznie „Białymi z Hiszpanii” (blancs d`Espagne), startujący z jeszcze bardziej niedogodnej pozycji, bo jako „mniejszość w mniejszości”. Ponieważ musieli oni wywalczyć sobie dopiero zauważalne miejsce w samym obozie monarchistycznym, skoncentrowali się na metapolityce, odbudowując najczystszą doktrynę prawowitości monarchicznej w oparciu o ścisłą interpretację „praw fundamentalnych” (lois fondamentales) Królestwa Francji oraz klasyczną filozofię polityczną św. Tomasza z Akwinu. Wykonali oni w tym względzie ogromną pracę, zwłaszcza od 1984 roku, od kiedy — już nieprzerwanie — wychodzi ich organ „Légitimiste”, aktualnie jedyny tygodnik rojalistyczny we Francji (o legitymistach pisałem z kolei w numerze 32 „PFRL”).

W świetle powyższego może być rzeczą zaskakującą, że inicjatywa politycznej action direct wyszła właśnie od tego środowiska, które dotąd wydawało się najbardziej „oderwane” od spraw „przyziemnych”. A jednak, jak tłumaczą jego promotorzy, jest w tej decyzji konsekwentna i logiczna spójność. Praca ideowa, metapolityczna, została dokonana, fundament duchowy i filozoficzny wzniesiony, infrastruktura (czasopisma, wydawnictwo, sieć klubów itp.) zbudowana. Czas zatem na działanie, na podniesienie sztandaru monarchii po prawie 60 latach politycznej absencji.

Przymierze Królewskie zostało zawiązane na podstawie prawa o stowarzyszeniach z 1901 roku, które we Francji jest także prawem limitującym działalność partii politycznych. W swoim Statucie jako cel działania określa ono „wniesienie do debaty politycznej, francuskiej i międzynarodowej, kwestii aktualności instytucji monarchii” oraz „promowanie idei instytucji monarchii pośród jak największej liczby osób” (art. 3). Warto podkreślić, że twórcom Alliance Royale udało się zarejestrować statut skrajnie antydemokratyczny, albowiem stowarzyszenie może być rozwiązane zwykłą decyzją przewodniczącego (art. 4), który też decyduje swobodnie, dyskrecjonalnie i bez obowiązku podawania motywów o przyjmowaniu fizycznych lub moralnych osób jako członków stowarzyszenia (art. 6).

W Apelu do wszystkich rojalistów Przymierze Królewskie — świadome, iż współczesne pokolenie Francuzów nie myśli o królestwie, toteż w krótkim horyzoncie czasowym nie da się go restaurować — zwraca się nie tylko do przekonanych rojalistów, ale do wszystkich Francuzów wiernych ich historii o zjednoczenie się we wspólnej akcji politycznej o charakterze par excellence narodowym. Chce ono pojednać Francuzów z ich własną historią, brutalnie zerwaną przez Rewolucję i reżim republikański, oraz przekonać ich, że restauracja monarchii jest jedynym pewnym środkiem zapobiegającym rozpłynięciu się narodu i kraju w procesie globalizacji i „nieludzkich zasad” uniformizacji, władzy pieniądza i mediów oraz „gigantycznego federalizmu”, niszczących ludzką osobowość, narodową tożsamość i państwową suwerenność.

Najbliższym bieżącym celem politycznym jest wzięcie udziału w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2004 roku (do wyborów prezydenckich i do legislatywy krajowej w roku bieżącym AR nie zamierza stawać, aby nie trwonić szczupłych na razie środków, także finansowych). W tej taktyce jest oczywiście pierwiastek „makiawelizmu”, zważywszy, że rojaliści są i fundamentalnymi antydemokratami i zdecydowanymi wrogami tzw. integracji na modłę brukselską. Mają oni też świadomość, że Parlament Europejski nie jest prawdziwą władzą, którą należy do europejskiej Rady Ministrów i do unijnych komisji, lecz tylko ciałem konsultatywnym. Ale w tym wypadku nie chodzi o „zdobycie władzy”, lecz o znalezienie przyczółka dla możliwości głoszenia pryncypiów monarchicznych na jak najszerszym forum i jak najmniejszym kosztem (podobnie postępuje zresztą od lat antyunijna prawica narodowa na całym Zachodzie, począwszy od Front National Le Pena). Parlament Europejski został wybrany jako pierwszy cel natarcia także dlatego, że stanowi on, zdaniem rojalistów, „piętę Achillesa” — najsłabsze ogniwo całej „konstrukcji europejskiej”, z tej racji, że wybory do niego odbywają się według ordynacji proporcjonalnej, i wystarczy przekroczyć „zaklęte” 5%, aby się do niego dostać, a także, aby otrzymać refundację kosztów kampanii. Pozwoli to z kolei rojalistom uzyskać od banków francuskich (które, pod presją wszechwładnej masonerii, niechętnie udzielają kredytów prawicy „niepoprawnej politycznie”) kredyt na prowadzenie w przyszłości kampanii elektoralnych w kraju. W tych wyborach, w przeciwieństwie do narodowych, establishment nie może łatwo manipulować ordynacją, zmieniając większościową na proporcjonalną lub odwrotnie, w zależności od tego, czy wrogowie „wartości republikańskich” mają szansę, lub nie, wejść do Zgromadzenia Narodowego.

Zupełnym, i zapewne wręcz szokującym postronnych, ewenementem w przeżartym laicyzmem systemie republikańskim, jest zainaugurowanie przez AR swojej działalności aktem publicznej konsekracji ruchu. Dokonało się to 17 czerwca 2001 w Bazylice Sacre-Coeur na Montmartre, w rocznicę objawienia św. Małgorzacie Marii Najświętszego Serca Pana Jezusa. Tego dnia przewodniczący AR, w asyście o. Morandi i aktywistów ruchu, wzniósł modły do Chrystusa Króla Królów, poświęcając Jego opiece lud Francji, błagając Go o wspomnienie Przymierza zawartego z Jego Kościołem przez Chlodwiga nad misą chrzcielną w Reims, utwierdzonego przez Dziewicę Orleańską, a odnawianego przy każdej koronacji króla arcychrześcijańskiego. Jako że to Przymierze zostało zerwane przez Francję oficjalną, która zamordowała swojego Króla, AR błagał Pana Jezusa o łaskę dodania sił do naprawienia tej zbrodni przez doprowadzenie do odnowienia Przymierza Ołtarza i Tronu w odrestaurowanym królestwie chrześcijańskim. Poświęcając Najświętszemu Sercu w opiekę Przymierze Królewskie, ideał, który ono reprezentuje oraz wszystkich jego członków, szef AR prosił o wspomożenie także Najświętszą Marię Pannę — Królową Francji, św. Michała Archanioła — szefa milicji niebieskiej, pogromcy Lucyfera oraz Anioła-Stróża Francji, św. Joannę d`Arc, św. Ludwika, króla Francji oraz wszystkich świętych patronów Francji i świętych z Domu Francuskiego.

Szef

Już z samych podanych wyżej informacji wynika chyba jasno niezwyczajna rola szefa nowego ruchu monarchistycznego. Jego osoba nie powinna być nieznana członkom i sympatykom naszego Klubu, albowiem jego teksty były ongiś przedrukowywane w „Biuletynie Monarchistycznym”. Yves-Marie Adeline — bo o nim to mowa — był bez wątpienia najwybitniejszą postacią współczesnego rojalizmu francuskiego jeszcze przed powołaniem AR. Człowiek o prawdziwie renesansowych horyzontach — filozof, publicysta, poeta i muzykolog. Doktorat z filozofii uzyskał na najbardziej prestiżowym Uniwersytecie Paris I, czyli na Sorbonie. W latach 1986-1989 był wykładowcą uniwersytetu w Poitiers, lecz po związaniu się z ruchem monarchistycznym, został zmuszony do wycofania się ze świata akademickiego, co zresztą jest wymownym przyczynkiem do rzeczywistego obrazu wolności uniwersyteckich w „Republice Praw Człowieka”. Adeline związał się z najbardziej ortodoksyjnym odłamem rojalizmu, tj. nurtem legitymistycznym, i rychło stał się głównym autorytetem w dziedzinie jego teologii politycznej. Pomimo młodego jeszcze wieku (urodził się w 1960 r. w Tulonie), opublikował już dwanaście książek, w tym dwa tomy poezji, studia filozoficzno-polityczne: Jutrzenka królewska. Studia o prawowitości władzy (L`Aube royale. Études sur la légitimité du pouvoir, 1991), Król i świat współczesny (Le Roi et le monde moderne, 1995), Plac Filozofów (Le Carré des Philosophes, 1995), Władza prawowita (Le Pouvoir légitime, 1997) oraz analizy polityczne: Usidlona prawica (La Droite piégée, 1996) i Prawica w ślepym zaułku (La Droite ou l`on n`arrive jamais, 2000). Jest głęboko wierzącym katolikiem — tradycjonalistą oraz ojcem siedmiorga dzieci.

„Usidlona prawica”

Przyczyną powołania odrębnej formacji politycznej rojalistów było coś jeszcze poza przekonaniem, że ruch dojrzał już do akcji bezpośredniej. Równie silnym motywem był wniosek wyciągnięty z wcześniejszych analiz Adeline`a o ruinie prawicy republikańskiej — zupełnej w wypadku centroprawicy liberalnej z establishmentu, a częściowej, z powodu rozłamu dokonanego w 1998 r. przez Bruno Mégreta, pozasystemowej prawicy narodowej Le Pena. Rozproszkowanej na wiele odłamów i nie umiejącej ze sobą współpracować prawicy brak również strategii długodystansowej; woli ona ulegać pokusie zwierciadlanej gry iluzji w bycie aktorem aktualnej sceny politycznej, bo to jest zwyczajnie łatwiejsze. Rojaliści — mówi Adeline — zbyt długo wspierali iluzje tej lub owej „rodziny politycznej” prawicy, a tymczasem ta epoka się skończyła: prawica umarła (la droite est morte).

Teza powyższa nie wypływa bynajmniej z jakiejś zasadniczej i presupozycyjnej wrogości do prawicy republikańskiej. Przeciwnie, aż do 2000 roku, swój monarchizm godził Adeline bez żadnych tarć i trudności ze służbą cywilną, jako dyrektor gabinetów politycznych działaczy republikańskich — wpierw Jeana Arthuisa z chadeckiego CDS, a następnie mera Tulonu z Frontu Narodowego, J.-M. Le Chevalliera. Jego pogląd o klinczu, w jakim znalazła się „usidlona prawica”, wynika zatem z chłodnej analizy sytuacji oglądanej właśnie „od wewnątrz”, a nie tylko z wyniosłego oddalenia w rojalistycznej „wieży z kości słoniowej”. Sedno tej diagnozy jest następujące. System republikański we Francji to coś więcej niż tylko forma regiminis w klasycznym sensie, która gdzie indziej może być, i bywała, wypełniona różną treścią ideową — również konserwatywną i religijną. Ale we Francji nie jest możliwa tradycjonalistyczna i pobożna republika, taka jak greckie poleis, rzymska res publica czy kantony szwajcarskie. Jest to wykluczone ex definitione z jednego wprawdzie tylko, ale kardynalnego powodu: Republika Francuska jest bękartem spłodzonym przez antychrześcijańską masonerię oraz owocem królobójczego „mordu założycielskiego”. We Francji może być tylko albo katolicka monarchia, albo laicka-masońska republika — tertium non datur. Dowodzi tego również efemeryczność wszystkich, wypróbowanych w ciągu 200 lat hybryd ustrojowych: bonapartystowskiego cezaryzmu, burżuazyjnej monarchii liberalnej, „rewolucji narodowej” Pétaina i wreszcie „monarchii republikańskiej de Gaulle`a, który istnieje już tylko formalnie.

Jeżeli tedy Republika jest ufundowana na ideologii w stu procentach rewolucyjnej, demokratycznej, egalitarnej, laickiej, antytradycjonalistycznej i antyhierarchicznej; jeżeli jest ona po prostu ustrojem lewicowym w samej swojej naturze i istocie; jeżeli lewica jest poza dyskusją właścicielką Republiki, to w ogóle nie ma sensu mówienie o ”prawicy„ i ”lewicy„ w obrębie tego systemu. Ktokolwiek do niego wchodzi, staje siłą rzeczy na pozycjach lewicy, choćby jego przekonania prawicowe były najgłębsze i najszczersze. Inaczej po prostu być nie może, bowiem ustrój pays légal nie daje żadnej swobody ideowego manewru. Każdy prezydent, minister, parlamentarzysta, mer działać musi w ramach systemu, którego oficjalną dewizą jest szatańska trójca Liberté — Égalité — Fraternité, którego religią państwową są bezbożne Prawa Człowieka, którego kultem publicznym jest celebrowany w Panteonie rytuał masoński. Właśnie tę sytuację Adeline nazywa ”usidleniem„ i sparaliżowaniem prawicy. Nie odmawia on dobrej woli, uczciwości, szczerości przekonań tym wszystkim ludziom prawicy, które od końca XIX w. (wówczas idąc za niefortunną alokucją papieża Leona XIII, liczącego naiwnie na chrystianizację Republiki) dokonywały ralliement: katolików społecznych de Muna, katolików liberalnych Piou, nacjonalistów. Nawet prawicy rdzennie republikańskiej Adeline przyznaje wielkodusznie chęć obrony wartości transcendentnych w życiu publicznym. Ale cóż z tego, skoro system demokratyczny i republikański nie chce a priori znać ”ani Boga, ani Pana„. Uznaje on tylko równość anonimowych jednostek i ”wolność„ będącą posłuszeństwem jedynie własnym, niskim, lub wręcz sprzecznym z naturą zachciankom, które nazywa ”prawami człowieka„. Prawica nie może w tych warunkach zrobić nic, i nie chodzi tu tylko o ”zwykłe„ korumpowanie materialne jej ludzi, bo to może zachodzić gdziekolwiek; chodzi o korupcję ideową i moralną, o ciągłe kapitulowanie przed wszystkimi ”wartościami republikańskimi„ — aż po zabijanie nienarodzonych i ”małżeństwa„ dewiantów. Pułapką dla prawicy jest także hasło walki wyłącznie z socjalizmem — jedyne, które ”siły ustanowione„ Republiki dozwalają jeszcze prawicy głosić, aby mogła się ona czymkolwiek od panującej lewicy odróżniać. Prawica wyłącznie antysocjalistyczna jest jednak bezsilna, ponieważ wpisuje się tak w wewnętrzny spór świata porewolucyjnego pomiędzy plutokracją i proletariatem oraz ideologiami liberalizmu i socjalizmu. Nadto, socjalizm, zdaniem Adeline`a, przez swoją oczywistą nieudolność i głupotę jest impasem lewicy, jej ”słabizną„, z której gotowa jest ona, pod różnymi pretekstami, rejterować, byle zachować to, co dla niej naprawdę najważniejsze: panowanie ideologiczne nad umysłami, aby wytrzebić ład transcendentny, aby zniszczyć ostatnie ślady cywilizacji tradycyjnej. W ten sposób, system, który od ponad 200 lat służy wyłącznie lewicy i jej destrukcyjnej robocie, który jest ”Złotym Wiekiem„ (l`Age d`Or) lewicy, zdołał zniszczyć prawicę, mówiąc ogólnie liberalną, doszczętnie przez wciągnięcie jej w orbitę Zła. Lecz co z prawicą antysystemową, republikańsko-narodową? Tu sytuacja jest nieco inna, lecz — zdaniem Adeline`a — nie zasadniczo inna. Frontu Narodowego lewica dotąd nie skorumpowała, ale tylko dlatego, że zrobiła wszystko, aby nie dopuścić go do establishmentu. Gdyby natomiast poluzowała tę bezlitosną obręcz, którą blokuje drogę nacjonalistom, wykorzystując do tego celu prawicę skorumpowaną, to sytuacja mogłaby się rozwinąć podobnie. Tak czy inaczej, poza systemem republikańskim lub nawet w nim, Front Narodowy też nie jest w stanie zbudować realnej zapory dla PACS-Republiki.

Zapewne, kiedy w tych dniach (początek maja 2002 r.) czytamy te analizy, mogą nas nachodzić uzasadnione wątpliwości w świetle niespodziewanego triumfu J.-M. Le Pena w pierwszej turze wyborów. Czy Adeline nie nazbyt pochopnie przesądził zmierzch Frontu Narodowego? Czy — wobec tego — decyzja francuskich rojalistów o pójściu odtąd własną drogą nie była przedwczesna? Lecz Adeline już zdążył na te pytania odpowiedzieć. Szczerze gratulując wodzowi nacjonalistów jego sukcesu i wyrażając uznanie jego wytrwałości i intuicji, w komentarzu z 22 kwietnia 2002, zatytułowanym Zimna krew (La tete froide), podkreśla jednak z naciskiem, że w niczym fakt ten nie zmienia zasadniczej diagnozy stanu prawicy. Jest przecież oczywiste, że w drugiej turze Le Pen i tak nie wygra, a gigantyczny zaiste rozmiar tych Orwellowskich seansów nienawiści, jakie Wielki Wschód potrafił wyreżyserować, manipulując ogłupioną hołotą, dowodzi raz jeszcze starej prawdy, że Republika nie umie rządzić, ale świetnie umie się bronić — przed narodem, przed pays réel. Nawet gdyby wynik Le Pena przełożył się — co oby nastąpiło — na wynik wyborów parlamentarnych, to i tak klincz polityczny narodowców będzie trwał nadal, bo tchórzostwo prawicy liberalnej uniemożliwi ich współdziałanie. Czy wyobrażacie sobie ministrów Frontu Narodowego w rządzie RPR-UDF — pyta retorycznie Adeline, i trudno odmówić mu racji, kiedy wskazuje absolutną niewyobrażalność tej sytuacji. I wreszcie, dopóki Le Pen nie mówi wprost o restauracji monarchii, to cóż w walce z Republiką braci w fartuszkach i lewactwa wszelkiej maści może on przeciwstawić jako fundamentalną zasadę, a nie tylko jako program polityczny (wyjścia z Unii, rozwiązania problemu imigracji etc.)? Tylko inną koncepcję republiki, owszem narodowej i zdyscyplinowanej moralnie, ale tak czy inaczej czerpiącej źródło władzy i autorytetu ”z dołu„, od ”suwerennego„ ludu.

Tylko monarchia

Konkluzja, przy której twardo obstaje Adeline, jest jasna: pokonać Republikę, zatrzymać demokratyczne barbarzyństwo, a ocalić cywilizację chrześcijańską i ”wieczną Francję„ — ”najstarszą córkę Kościoła„, dziś pchaną w otchłań apostazji religijnej i zatraty tożsamości w globalistycznym konstrukcie, może tylko przeciwstawienie zasadzie republikańskiej, doktrynie ”suwerenności ludu„, władzy ”od dołu„, zasady monarchicznej, doktryny suwerenności Króla, władzy ”od góry„. Naturalnie, drogę do restauracji Przymierze Królewskie dopiero zaczyna i nie wiadomo, jak długo ona będzie trwać. W każdym razie, wspomniany wyżej cykl ”Złotego Wieku„ lewicy zdradza oznaki wchodzenia w fazę schyłkową i, zdaniem Adeline`a, nadchodzi moment, gdy ludy powrócą do swego Ojca i rozpoznania swoich suwerenów. AR ma przygotować lud francuski na nadejście tego czasu. Rojaliści rozumieją, iż na tym świecie nie istnieje doskonałość, że człowiek zawsze będzie skłonny do zła, ale wierzą, że konwersja Francji do zasad, które ją zrodziły, otworzy drogę wyjścia z nękających naród problemów, w które wtrąciła go Republika i demokratyczne doktrynerstwo: niekontrolowanej imigracji, braku bezpieczeństwa, bezrobocia jako skutku globalistycznej ekonomii. Król, ojciec narodu, wyjdzie naprzeciw potrzebom ludu, bo przecież racją bycia królem jest ochraniać swój lud, a jego symbolem jest miecz Sprawiedliwości. Po absurdalnych eksperymentach ekonomii administracyjnej na wzór komunizmu, ale i po panowaniu burżuazji, która (jak w Anglii) monarchii odebrała suwerenność, wiarę sprotestantyzowała, gdyż ewangeliczna nauka Kościoła stawiała barierę władzy pieniądza; która pracę ludzką traktowała jak prosty element ceny, a ludzi jak przedmioty, monarchia przywróci ekonomię chrześcijańską, podporządkowaną nadprzyrodzonym celom człowieka. Król ochroni także suwerenność zewnętrzną państwa i przygotuje obronę narodową — rzecz, której Republika nigdy nie potrafiła zabezpieczyć. Król wreszcie, jest nie tylko ojcem narodu, jako jego protektor, obrońca i strażnik sprawiedliwości, lecz również wielkim Pojednawcą wszystkich rodzin duchowych tradycji francuskiej i wyzwolicielem spod opresji porewolucyjnych ideologii nienawiści, przemocy i zawiści.

Alliance Royale staje ponad dynastyczną i personalną kłótnią (guerelle), toczoną pomiędzy legitymistycznymi zwolennikami Burbonów ”hiszpańskich„ i orleanistami, i zwraca się do nich wszystkich. Nie oznacza to wyrzeczenia się przekonań w tej materii ani przez samego Adeline`a, ani przez kogokolwiek. Debata na temat prawowitości konkretnej personalnej inkarnacji Księcia winna jednak odtąd toczyć się wyłącznie w gronach do tego powołanych, które nadal winny pełnić swoją misję: w stowarzyszeniach i klubach metapolitycznych, na łamach teoretycznej prasy. Przymierze natomiast winno wznosić sztandar instytucji monarchii i funkcji królewskiej jako koniecznych środków ocalenia Francji. Wszyscy zaś powinni wierzyć, że w stosownym czasie palec Opatrzności rozstrzygnie tę kwestię.

Skoro pierwszym celem AR nie jest iluzoryczne ”zdobycie władzy„, lecz wejście w publiczną debatę, to nie jest także paradoksem udział w grze demokratycznej ruchu wrogiego samej zasadzie demokratycznej. W programie AR nie ma też nawet cienia ustępstwa na rzecz ”unowocześnienia„ ustroju monarchicznego, po to by uczynić go bardziej ”strawnym„ dla mentalności demoliberalnej. Przymierze nie chce więc także oddawać się iluzjom tej (niemaurrasowskiej) części orleanistów, którzy przez pół wieku głosili program ”ukoronowania demokracji„. AR stoi twardo na gruncie transcendentalnych zasad monarchii chrześcijańskiej i odrzuca także koncepcję czysto symbolicznej, parlamentarnej ”monarchii konstytucyjnej„. Jak dowodzi przykład Włoch faszystowskich, monarchia konstytucyjna, która jest reżimem ”bastardzkim„, spłodzonym przez konkubinat zsekularyzowanego królestwa z demokracją, nie stanowi wystarczającej zapory przed populistycznymi dyktaturami. Adeline przeciwstawia jej teorię o różnicy pomiędzy monarchią konstytucyjną, gdzie zasadą legitymizmu jest ”ukonstytuowanie„ państwa jako umowy wszystkich ze wszystkimi (cum-statuere), czyli w istocie tak samo jak w teorii republikańskiej, a ”monarchią instytucjonalną„ (institutionnelle), tzn. opartą o daną z ”góry„ (in-statuere) instytucję królewskiej władzy prawowitej.

Monarchia francuska nie może być wreszcie inna, jak tylko chrześcijańska, a król Francji inny, jak tylko katolicki. Poddani króla Francji — i on sam zresztą, jako osoba prywatna także — mają wolność praktykowania, lub nie, wiary katolickiej, podług wolności ich sumień. Lecz jako osoba publiczna król Francji nie ma władzy politycznego przekraczania wartości duchowych wspólnoty: dobra, prawdy, sprawiedliwości, ponieważ te wartości są ponad nim, pochodzą od Boga i Jego prawa. Król bez Boga jest królem, który czyni siebie samego ”bogiem„, jest więc tyranem, a nie prawdziwym królem. Jest to także — i to zmultyplikowany — przypadek Republiki, która postawiła się na miejscu Boga po to, aby wprowadzać prawa niemoralne. Republika jest więc reżimem wielu tyranów.

Konkluzja

Ostatnią rzeczą, jakiej życzyłby sobie autor niniejszego sprawozdania, byłoby wyciągnięcie przez monarchistów polskich z ”lekcji francuskiego„ pochopnego wniosku o konieczności natychmiastowego pójścia ich śladem i zorganizowania się w ruch polityczny. Przeczą temu bowiem co najmniej dwa powody. Po pierwsze, mimo wykonanej przez nas w ostatniej dekadzie pracy metapolitycznej, której nie musimy się wstydzić, jesteśmy wciąż jeszcze co najwyżej na tym etapie, na którym legitymiści pokroju Adeline`a byli mniej więcej 15 lat temu, co wynika zresztą z ogólnie słabszej tradycji monarchicznej w Polsce od dawien dawna. Po wtóre, w Polsce bycie republikaninem nigdy nie implikowało koniecznie antytradycjonalizmu i laicyzmu, a przeciwnie — to właśnie klasyczny, staropolski respublikanizm był, aż po Konfederację Barską, ostoją katolicyzmu i tradycji. Jeżeli weźmiemy jeszcze pod uwagę, że nawet dla obytego w świecie Polaka monarchia dzisiaj nie kojarzy się wcale z tradycyjną, chrześcijańską i suwerenną monarchią ”instytucjonalną„, tylko z symbolicznymi atrapami monarchii parlamentarnych, w których demokracja i wszelaki ”postęp„ szaleje nie mniej, a gdzieniegdzie (np. Holandia czy Szwecja) bardziej niż w demokracjach ”nieukoronowanych„, to trudno byłoby, póki co, przekonać ogół polskiego pays réel do tego, że jedynym sposobem uprzątnięcia demoliberalnego szlamu z naszego pays légal jest odbudowanie monarchii. Wciąż zatem nie mamy innego wyjścia, jak starać się być ideowym ”stosem pacierzowym„ prawicy niemonarchistycznej, i to pomimo tego, że doświadczenia naszych dawniejszych ralliements (do UPR-u, do ZChN-u, a zwłaszcza do nieszczęsnej pamięci AWS-u) też nie były lepsze od francuskich, a aktualne formacje — Prawo i Sprawiedliwość lub Liga Polskich Rodzin — mogą okazać się równie rozczarowujące.

Działania naszych francuskich compatriotes należy jednak śledzić bacznie z innego powodu. Królestwo św. Ludwika jest szczególne: to ono zawarło pierwsze Przymierze z Kościołem Rzymskim i położyło fundament cywilizacji chrześcijańskiej Europy. Analogicznie, jego zamordowanie przez Rewolucję zapoczątkowało zerwanie Tego przymierza i niszczenie tej cywilizacji. Gdyby zatem Opatrzność zezwoliła kiedykolwiek na odbudowanie monarchii francuskiej, byłby to niechybny znak, że renesans całej Europy, całej łacińskiej Christianitas, więc i Królestwa Polskiego, jest jeszcze możliwy, że Bóg nie skazał nas, jak Sodomę i Gomorę, na zagładę.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.