Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Wołam o prawdę

Wołam o prawdę

Jacek Bartyzel

Publikując na łamach „Gazety Wyborczej” (27-28 V 2006) swój artykuł Wołam o sprawiedliwość, o. Ludwik M. Wiśniewski OP zakończył go następującymi słowami:

„Kończąc, chcę podzielić się z czytelnikami kuriozalną informacją, jaką otrzymałem od znajomych w poczcie elektronicznej. Autorem informacji jest Jacek Bartyzel, którego zawsze bardzo ceniłem. Informacja ma wymowny tytuł: ‘Labuś kapusiem’. Ten ‘labuś’ to Czajkowski, bardzo to ‘dowcipne’.

Jacek Bartyzel przesyła swoim znajomym tekst Adama Wielomskiego (tekst ‘Palce lizać’, warto się z nim zapoznać) i zamieszcza swoje krótkie przesłanie: ‘Szanowni Adresaci. Polecam załączony komentarz dr. Wielomskiego do ‘affaire abbé Czajkowski’. Wyraża on właściwie niemal wszystko, co w tej kwestii sam zamierzałem napisać. Od siebie dodam jeszcze tylko do rozważenia następujący dylemat: czy – pomijając ‘aspekt ludzki’ oraz narodowy zdrady – ks. Czajkowski, uprawiając przez tyle lat praktyczną ‘ewangelię’ według Judasza, bardziej zdradzał Chrystusa i Jego Kościół po prostu donosząc na swoich współbraci w kapłaństwie, czy też może jednak bardziej głosząc publicznie swoje modernistyczne i ‘ekumeniczne’ ‘herezje’?.

Przeczytałem to i doznałem olśnienia.

A może w całej tej aferze przede wszystkim chodzi o te ‘herezje’ głoszone przez księdza Czajkowskiego? Pytam bardzo nieśmiało i proszę o odpowiedź znawców problemu”.

Mimo iż Ojciec Ludwik zdecydował się zgromić mnie za pośrednictwem medium o wielotysięcznym nakładzie, odpowiadam Mu w ten sam sposób, w który upubliczniłem swoją inkryminowaną tu uwagę, czyli rozsyłając odpowiedź pocztą elektroniczną do przyjaciół i znajomych. Pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że dotrze ona do Ojca tą samą drogą, co poprzednia informacja. Czynię tak z dwu powodów. Primo dlatego, że nie mam żadnych złudzeń, iżby „GW” opublikowała moją odpowiedź. Secundo zaś, gdybym nawet się co do tego mylił, to i tak w moim kanonie smaku nie mieści się czernienie papieru z moją sygnaturą na łamach tego – że posłużę się sławną opinią kanclerza Adenauera o „Der Spiegel” – gównianego pisemka.

Najpierw ad personam: ze słów Ojca Ludwika wnoszę, że wskutek zapoznania się z moją kuriozalną informacją przestał mnie cenić. Przyjmuję to z żalem i z pokorą, niemniej pragnę podkreślić, że mój szacunek, moje uznanie i moja sympatia dla Niego pozostają niezachwiane. Zawsze będę Bogu dziękować za to, że na swojej drodze dane mi było spotkać tak wspaniałego kapłana, człowieka i Polaka, jak Ojciec Ludwik. Równie szczerze muszę jednak wyznać, że smuci mnie fakt, że swoje stanowisko w kwestii lustracji (czy jakiejkolwiek zresztą) uznaje On za stosowne przedstawiać właśnie za pośrednictwem nie tylko głównego narzędzia propagandy partii antylustracyjnej, ale i konsekwentnej promocji poglądów i zachowań jaskrawo przeciwstawnych nauce moralnej Kościoła. Moja osoba jest tu niczym, lecz jest mi doprawdy przykro, że w dobroci swojego serca Ojciec Ludwik pozwala wykorzystywać autorytet swojego nazwiska do nieczystej gry bardzo konkretnej grupy interesu, która przeciwstawiając się rozpoznawaniu ponurej prawdy o przeszłości wykreowanych przez tę grupę „autorytetów”, walczy o zachowanie swojego przynajmniej metapolitycznego władztwa nad polskim życiem zbiorowym.

Przechodząc ad rem, chciałbym naprzód odnieść się do sugestii zawartej w ostatnim akapicie artykułu Ojca Ludwika. Może ona być krzywdząca nie tyle dla mnie, co dla autora publikacji o niechlubnej przeszłości ks. Czajkowskiego. Nie znam dr. Witkowskiego ani jego poglądów i nie wiem czy po rozpoznaniu dossier księdza nasunęły mu się konkluzje podobne do moich odnośnie do szerszego kontekstu sprawy, uważam natomiast, że nie ma żadnych podstaw, aby zakładać, że do jej badania przystępował z zamiarem znalezienia jakiegoś kompromatu na postępowego labusia. Chcę zatem stanowczo zaznaczyć, że pogląd o możliwej kompatybilności modernistycznych poglądów księdza Czajkowskiego i jego agenturalności formułowałem na własną, a nie dr. Witkowskiego, odpowiedzialność. Sądziłem, że jest to oczywiste, ale, jak widać, niezupełnie, stąd konieczność tego przypomnienia.

Zasadniczy przedmiot naszego sporu można ująć następująco: czy uprawnione jest domniemanie istnienia związku, być może również implikacji, a w każdym razie pewnej analogii, pomiędzy głoszeniem modernistycznych, sprzecznych z depositum fidei, poglądów religijnych a agenturalną służbą otwartym wrogom Kościoła? Otóż, już na czysto logicznej płaszczyźnie istnienia takiego iunctim nie można przynajmniej wykluczyć. Jego prawdopodobieństwo zwiększa się zaś jeszcze, kiedy ten (ks. Czajkowskiego) casus, który zapewne nie jest izolowanym precedensem, obejrzeć w szerszej perspektywie dziejów Kościoła i świata. Przede wszystkim – w perspektywie tej najważniejszej, bo decydującej dla celu ostatecznego człowieka, konfrontacji przeciwchrześcijańskiej Rewolucji i katolickiej Kontrrewolucji, która w całej epoce nowożytnej i współczesnej zdaje się być kolejnym ucieleśnieniem augustyńskiej wizji odwiecznej walki Dwóch Państw: Bożego (civitas Dei), zakotwiczonego w Kościele Wojującym i pielgrzymującym po ziemi, oraz ziemskiego (civitas terrena), które ilekroć oddala się od Państwa Bożego i zrywa swoją z nim więź, zawsze popada w niewolę u Księcia Tego Świata i staje się civitas diaboli.

Przez większą część tego czasu – nazwijmy go umownie „epoką Piusów” – Kościół katolicki był niewzruszoną skałą, o którą rozbijały się wszystkie fale Rewolucji oraz wysoko świecącą latarnią, która wskazywała cel i kierunek wszelkiej akcji kontrrewolucyjnej, zmierzającej do przywrócenia Christianitas, Społecznego Królestwa Pana Naszego Jezusa Chrystusa. Zwłaszcza niezrównany Syllabus bł. Piusa IX i Pascendi Dominici gregis św. Piusa X tworzyły jakby „system antyrakietowy” Kontrrewolucji, zdolny do przechwycenia każdego zatrutego pocisku wystrzelonego z obozu Rewolucji i jego zniszczenia. Niestety, nieomal od samego początku konfrontacji z Rewolucją, zaczęli się także pojawiać, tak pośród kleru jak i laikatu, katolicy skłonni do przejścia na stronę wroga, albo przynajmniej do poszukiwania niemożliwego kompromisu pomiędzy zasadami obu „państw”, w wersji najbardziej naiwnej zaś – marzący o „ochrzczeniu” Rewolucji, tak jakby ten egalitarny acephalus, tułów bez głowy, mógł być drugim Chlodwigiem, Mieszkiem I czy innym pogańskim (czyli przedchrześcijańskim, a nie antychrześcijańskim) władcą. Zaczęło się stosunkowo „niewinnie”, od katolików liberalnych czy „chrześcijańskiej” demokracji, ale raz odwrócona wskazówka kompasu szybko zaczęła szaleńczo wychylać się ku coraz skrajniejszym postaciom „chrześcijańskiego” socjalizmu, „teologii” wyzwolenia, „teologii” rewolucji, ateistycznej „teologii” śmierci Boga, „teologii” Holocaustu etc. Również – i do wewnątrz – ku „demokratyzacji Kościoła”, Jego „otwartości”, fałszywego ekumenizmu, rzekomego powrotu do prostoty epoki przedkonstantyńskiej. Konfrontacja: Rewolucja – Kontrrewolucja przeniosła się bowiem w naszych czasach także do samego Kościoła, czego skądinąd nie skrywali nigdy ci, którzy w Soborze Watykańskim II chcieli widzieć „rok 1789 w Kościele” (poniekąd zresztą nim był, jako odpowiednik „buntu” Stanów Generalnych Kościoła, czyli przesiąkniętych duchem Rewolucji biskupów i teologów), a jeszcze bardziej radykalni marzyli i marzą o „roku 1917”. Ta demokratyczna herezja XX wieku jest, jak pisał Jean Madiran, „herezją biskupów. Nie są oni jej wynalazcami, tylko jej agentami. Nie są podbici przez nią; jeśli ona ogarnęła prawie wszystkich, to nie z powodu ich bezsilności lub nieuwagi, lecz dlatego, że oni są w niej. Byli już takimi, sekretnie, przed Soborem Watykańskim Drugim; w trakcie Soboru pozwolili sobie być trochę mniej dyskretni; od Soboru zmierzają ku niej otwarcie i do ostatecznych konsekwencji w swoich decyzjach i przedsięwzięciach oficjalnych; w tej sposób nie mamy już ani katechizmu, ani liturgii, a sakramenty są zagrożone” (L’Hérésie du XXe siècle, Paris 1987[2], s. 11).

Powody, dla których poszczególni kapłani czy świeccy przechodzili słowem i czynami na stronę Rewolucji (w świecie i w Kościele), mogły być oczywiście różne. Jednych mogła motywować właściwa umysłom egzaltowanym gorączka reformatorska, innych pokusa – jak mawiał Bierdiajew – „przemieniania kamieni w chleb”, czyli – w progresistowskim żargonie – „opcja preferencyjna na rzecz ubogich”, której, nawiasem mówiąc, a co ma szczególną aktualność w rozważanym przez nas kontekście, pierwszym znanym wyrazicielem był Judasz z Kariothu, zgorszony zużyciem na namaszczenie stóp Pana całego flakonu drogocennych wonności, za których równowartość można by nakarmić rzesze nędzarzy. Rodzajem motywacji dość wstydliwej dla tych postępowych katolików, którzy poddali się dzisiejszej poprawności politycznej, może być także nacjonalizm, czego przykładem w czasie Krucjaty hiszpańskiej było stanięcie kleru baskijskiego po stronie czerwonej Republiki z pobudek szowinistycznych. Jakiekolwiek jednak były przyczyny wszystkich tych przypadków faktycznej zdrady Kościoła poprzez odstępstwo od Jego nauki, rozsądne wydaje się przypuszczenie, że wszędzie tam, gdzie Kościół znalazł się pod trwałym panowaniem antyreligijnej tyranii totalitarnej, w szczególności bezbożnego komunizmu, współwystępowanie przypadków jednoczesnej apostazji doktrynalnej i agenturalności w sensie pospolitym, tj. uwikłania się w bezpośrednią i świadomą zależność od policji politycznej, połączoną z donosicielstwem, było co najmniej prawdopodobne, a przy tym – oceniając to, ile możności, chłodno – zupełnie racjonalne. Kto kierował się pełnym pychy osobistej przekonaniem, że w „wolnym osądzie” swojego indywidualnego rozumu znalazł trafniejszą od autoryzowanej papieską nieomylnością Tradycji katolickiej odpowiedź na pytanie o to, co jest prawdziwą i szczerą wiarą, jak winien być urządzony Kościół (i świat społeczny również), jaką liturgię winien sprawować, jak odnosić się do błędnowierców etc., ten stał się mentalnie i psychologicznie przygotowany także do takiej postaci odstępstwa, którego ślady historycy odnajdują dzisiaj w kartotekach archiwów policyjnych. Nie twierdzę, że od religijnego modernizmu czy od pogardy dla 1500-letniej epoki konstantyńskiej Kościoła, w której istotnie błogosławił On wysiłkom na rzecz zbudowania Civitas Christiana (mającym być przecież niczym innym, jak imperium felix w rozumieniu św. Augustyna), prowadzić musi, i prowadziła zawsze, droga do stania się agentem komunistycznej bezpieki. Twierdzę jedynie, że posiadanie takich przekonań wytwarza w duszy pewien habitus, pewną trwałą dyspozycję mentalną, psychologiczną i moralną, która najpierw niszczy w duszy barierę immunologiczną przed różnorakimi, bywało że i potwornymi, naciskami (co zresztą jest również po prostu utratą zdolności do korzystania z Bożej łaski), a potem – już po upadku – ułatwia samousprawiedliwianie się. I zapewne tego rodzaju przypadki były faktycznie częstsze niż ujawniony ostatnio. Właśnie dlatego polecałem lekturę komentarza dr. Wielomskiego, ponieważ w moim odczuciu dobrze wskazywał on w swojej analizie przesłanki i konsekwencje takiego rozumowania.

Nie jest to zresztą tylko kwestia intuicji. Dzięki badaniom historyków zgłębiających (notabene, w atmosferze ohydnego kwestionowania ich kompetencji naukowych, głównie właśnie przez publicystów „GW”) archiwa IPN wiemy naprawdę coraz więcej o podejmowanych przez reżim komunistyczny działaniach realnie wspomagających postępowe nurty w Kościele, i w tym celu werbujących i uaktywniających swoją agenturę. Jak unaocznia to choćby w swoich doskonale udokumentowanych tekstach Sławomir Cenckiewicz (przykładowo: Cisi sprzymierzeńcy reform, „Christianitas” 2004, nr 19/20; Kto będzie papieżem? Bezpieczniacka troska o kontynuację linii Jana XXIII, tamże, 2005, nr 23/24), komuniści byli żywotnie zainteresowani nie tylko sprawami tak oczywistymi z punktu widzenia ich interesów, jak zablokowanie potępienia komunizmu przez Sobór czy zwycięstwo linii aggiornamento, ale również kwestiami ściśle doktrynalnymi i eklezjologicznymi, w tym reformą liturgiczną. Trudno o bardziej wymowny dowód na to, że słudzy szatana niekiedy lepiej od nominalnych katolików rozumieją sens formuły: lex orandi, lex credendi oraz jej znaczenie dla rozumienia jedynozbawczości Kościoła katolickiego.

Kolejna, bardziej szczegółowa, lecz wielkiej wagi kwestia. Ksiądz Czajkowski, jak wiadomo, w swojej roli supergwiazdy Kościoła otwartego czynny był najbardziej na odcinku ekumenizmu, uprawianego przezeń dokładnie w tym duchu, który jeden z największych myślicieli katolickich XX wieku – prof. Romano Amerio, nazywał abstrahującym od kwestii prawdziwości religii ekumenizmem naturalistycznym i humanitarnym, koncentrującym się na mglistej „jedności chrześcijan” czy nawet całego rodzaju ludzkiego, a przemilczającym cel, który w encyklice Mortalium animos papież Pius XI stawiał prawdziwemu ekumenizmowi, tj. powrotu błędnowierców do jedynego prawdziwego Kościoła. Dla tego ekumenizmu humanitarnego „różne religie są zmiennymi, lecz jednakowo ważnymi manifestacjami historycznymi”, a „organizacja religijna rodzaju ludzkiego ma wzorować się na jego świeckiej kondycji” (Ekumenizm, w: R. Amerio, ks. K. Stehlin, Ekumenizm grzechem przeciw miłości, Warszawa 2002, s. 43-44). W swojej tak pojętej działalności ekumenicznej ks. Czajkowski szczególnie intensywnie uprawiał „dialog” z judaizmem, wielokrotnie dając dowody już nie tylko negowania konieczności nawrócenia wyznawców judaizmu, ale wręcz przyjmując judeocentryczny punkt widzenia, z drugiej zaś strony, tropiąc niestrudzenie i piętnując arogancko wszelkie przejawy „antysemityzmu” w religii, w której uzyskał święcenia kapłańskie (jeszcze ledwie parę tygodni temu domagał się prohibicji z tego tytułu dla pięknej, staropolskiej pieśni wielkopostnej Ludu mój, ludu…). Czy w tej roli był również tylko pożytecznym idiotą, którego można bez jego wiedzy zadaniować do antykatolickich działań, z powodu jego nieroztropności uczonego, który nie widzi świata poza książkami? A może takich pytań w ogóle już nie wolno stawiać, pod groźbą popadnięcia w stan moralnego zdziczenia, jak by orzekł JE abp Józef Życiński?

I, na koniec, jeszcze jedna kwestia. Może mi ktoś wytknąć, że koncentrując się na przypadkach agenturalności modernistycznych i modnych labusiów, nie zauważam, a może nawet chciałbym schować pod sukno przypadki, które z pewnością również występowały, analogicznego uwikłania ze strony księży doktrynalnie „niepodejrzanych”. Nic podobnego. Ani mi w głowie zaprzeczać, że byli duchowni, których do zdrady skłoniły najrozmaitsze, ale nie mające nic wspólnego z „progresizowaniem” pobudki, jak przysłowiowy „worek, korek i rozporek”, zawiedzione ambicje, czy choćby spaczone pojęcie troski duszpasterskiej, jak na przykład pragnienie zdobycia za tę cenę też przysłowiowego worka cementu na remont czy budowę kościoła. Rzecz jednak w tym, że wszystkie tego rodzaju przypadki są moralnie i intelektualnie nieskomplikowane, przeraźliwie jednowymiarowe, rzec by można, wyrażają one banalność zła skażonej grzechem natury ludzkiej. Nie ma w nich, rzekłbym, tej metafizycznej grozy, tego swądu siarki, który czuć naprawdę dopiero wtedy, gdy akt zły moralnie wykluwa się ze spekulacji pysznego, jednostkowego rozumu, będącego – jak pisał Joseph de Maistre – „tępym gburem, którego cała potęga ogranicza się do niszczenia” (Wybór pism, Warszawa 1968, s. 201). Co więcej, ci nieszczęśnicy, w przeciwieństwie do labusiów, nigdy nie byli namaszczeni na wybitność przez żadne „opiniotwórcze” salony, nigdy nie nominowano ich do prestiżowych nagród ani nie powtarzano z nabożeństwem ich złotych myśli, a jeśli już cieszyli się jakimś autorytetem, to co najwyżej pośród swojej parafialnej trzódki. A kiedy i oni będą zdekonspirowani, to można być pewnym, że ich niewinności nie będzie dowodził, przynajmniej tak samo donośnie, kolektyw autorytetów intelektualnych i moralnych. Więc jeśli już mamy przede wszystkim współczuć tym, co zdradzili, to może jednak dane nam rezerwy miłosierdzia spożytkować w pierwszym rzędzie na rzecz tych cichych, zwyczajnych celników, a nie złotoustych faryzeuszy, okupujących najwyższe miejsca u stołu bogatych wdów i zawsze perorujących na rynkach idei.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.