Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Złodziejski rój meteków

Złodziejski rój meteków czyli demoplutokracja

Jacek Bartyzel

Nie tak często zdarza się, aby przypadkowa w gruncie rzeczy okoliczność, jaką jest jakaś okrągła rocznica, odsłaniała coś porażająco aktualnego. Jest to zarazem rzecz krzepiąca, bo dowodzi ona, że nasz konsekwentny monarchizm nie ma w sobie nic z „rojalizmu cmentarnego”, sprowadzającego się do zapalania zniczy na grobie naszej cywilizacji, a oskarżanego o pięknoduchowski eskapizm w pełną chwały, lecz nieodwołalnie minioną historię. Przyznajmy jednak, że sami nawet nie przypuszczaliśmy, organizując w listopadzie ubiegłego roku sesję w 50. rocznicę zgonu Karola Maurrasa, iż nie odprawiamy li tylko zaduszkowych „dziadów” na uroczysku kontrrewolucyjnej myśli, ale czerpiąc z krynicy mądrości naszego Mistrza dokonujemy wprost opisu mechanizmów rządzących naszym współczesnym, demokratycznym demi-monde`em.

Czytelnicy domyślają się już zapewne, że mowa tu o bulwersującej od wielu tygodni „affaire Rywin — Michnik”, o której, rzecz jasna, nie sposób myśleć i pisać bez obrzydzenia, atoli lepiej, myśląc chłodno, uzmysłowić sobie jak bardzo przypomina ona wszystkie te niezliczone afery — od affaire Panama po affaire Stavisky — które wstrząsały republiką we Francji za życia Maurrasa, i które pojawiają zawsze i wszędzie, gdziekolwiek rozprzestrzenia się trąd demokracji.

Posłuchajmy zatem wpierw, co mówi nam sam Maurras o istocie republikańskiej demokracji: Republikę zdefiniować można jako dominację interesów, uczuć i woli partii politycznych nad interesem większości narodu (…), nad interesem narodowym, takim, jaki wynika z warunków międzynarodowych. (…) Ten prymat interesów frakcji można nazwać regułą demokracji. Demokratyczną republikę stworzyli ludzie niezakorzenieni w tradycji narodowej, których umysły wypełniają „zagraniczne idee”, a więc ludzie „obcy”. Skoro tak, to obcy także nią rządzą. Reżim demokratyczny oznacza wydanie kraju na pastwę „czterech skonfederowanych stanów” (quatre États confédérés) wrogów narodu i państwa, tj. masonów, protestantów, Żydów i „meteków” (cudzoziemców): …te trzy lub cztery wielkie, antyfrancuskie Domy dzielą się Francją, wydając na łup hołocie i obcym to, czego nie mogą zachować dla siebie. Konfederację tę konsoliduje i dyscyplinuje złoto żydowskie, myśl protestancka pozwala w niej panować pewnemu typowi inteligencji, masońska służalczość zabezpiecza dokładne wykonanie, a złodziejski rój meteków ustanawia związki i zależności potrzebne zagranicy.

Nie potrzebujemy niczego więcej, jak podstawić pod słowo „Francja” słowo „Polska”, a pod „Domy antyfrancuskie” — „Domy antypolskie”, żeby zrozumieć funkcjonowanie mechanizmu „związków i zależności” ustanawianych przez „złodziejski rój meteków” tuczących się na Trzeciej Rzeczypospolitej, sposobu panowania „myśli protestanckiej” (dziś noszącej miano Political Corectness), metod zabezpieczania zagranicznych interesów przez „masońską służalczość” klasy polityczno-medialnej i wreszcie konsolidowania tego wszystkiego przez „żydowskie złoto”, znajdujące się w dyspozycji ponadnarodowych instytucji finansowych. Ujawnienie wierzchołka tej góry lodowej w postaci zapisu rozmowy Rywina z Michnikiem to jakby urywek współczesnych „protokołów mędrców Syjonu” — tym cenniejszy, że nikt, nawet sami jej bohaterowie, nie może zaprzeczyć ich autentyczności. Musimy też przyznać, że nie wszyscy dali się tym razem podporządkować „jedynie słusznej” interpretacji tej afery, wedle której tylko jeden z jej uczestników jest „złym chłopcem”, zaś drugiego winniśmy „podziwiać” za szlachetność i uczciwość. Niewygodne pytania — jak choćby o to, dlaczego dzielny redaktor z magnetofonem w marynarce potrzebował aż pół roku na zbadanie „koszerności” proponowanej mu oferty — ośmielili się postawić nie tylko dawno już zdemaskowani „antysemici” w rodzaju red. Stanisława Michalkiewicza, ale nawet Rada Etyki Mediów raczyła wyrazić „zdziwienie” takim trybem postępowania.

Padło już także w niejednym miejscu określenie, iż ta ekscytująca rozmowa panów R. i M. przypomina pogawędkę bossów Wołomina i Pruszkowa. Spostrzeżenie bez wątpienia trafne, jeśli smakując wytworny styl tych dialogów i iście cyceroniańską składnię (w tym zaczynanie co drugiego zdania od „no…”) obu negocjatorów, przypomnimy sobie, że jeden z nich cieszył się sławą „mecenasa kultury”, a drugi chadzał nawet w glorii „wybitnego eseisty”. Świat pojęć i metaforyka obu dżentelmenów pozwala jednak na ściślejsze doprecyzowanie ich duchowej genealogii. W rzeczy samej, była to raczej rozmowa dwóch handełesów z (przedwojennych) Nalewek, ubijających geszeft z finezją godną bohaterów popisowego szmoncesu nieodżałowanej pamięci Edwarda Dziewońskiego Sęk.

Oto jacy, jak mówił poeta, „stoją na narodu czele”. W samo sedno trafił piszący w „Rzeczpospolitej”, poznany nie raz z intelektualnej rzetelności, prof. Zdzisław Krasnodębski, który zauważył ścisłą i trwałą jedność towarzysko-przyjacielską, łączącą bossów i środowisko „Agory” z postkomunistyczną elitą polityczno-biznesową. Żadne zaprzeczenia, żadne pokrętne tłumaczenia nie zmyją już oczywistości, iż — chociaż tym razem nie dobili targu — należą do tego samego światka, do tej specyficznej subkultury, w której wzrośli i którą produkują „Adam”, „Wanda”, „Lew”, „Romek” (ten, co robi „czyste” i „koszerne” filmy) e tutti quanti, podczas gdy zadaniem „Leszków” i „Robertów” jest pilnować, żeby tubylcza, lechicka gawiedź konsumowała tylko jej produkty, obowiązkowo się przy tym zachwycając.

Słychać zewsząd, że Rywingate nie znajdzie nigdy swojego rzetelnego wyjaśnienia. To oczywiste, ale wcale jeszcze nie najgorsze. Nie zadręcza nas również pytanie o przyczyny niepowodzenie transakcji, ani nie zmienia ono w niczym istoty sprawy. W tej rodzince kłótnie o zyski zdarzały się zawsze i zdarzać się będą, a poszczególne frakcje interesów mają też różne powiązania agenturalne i grają na różnych fortepianach — lecz zawsze tę samą melodię. Onegdaj, we francuskiej affaire Panama jeden agent Rotszylda — Reinach korumpował deputowanych z „prawicy”, a drugi — Herz, z lewicy. Dziś walka toczy się zapewne pomiędzy agenturą „meteków” berlińsko-paryskich (tak sromotnie ostatnio spostponowanych przez ministra Rumsfelda przyrównaniem do Kuby i Libii), a izraelsko-nowojorskich, których interesom znacznie sprawniej służy gigantyczna machina militarna imperium amerykańskiego. Stąd też najbardziej prawdopodobną konsekwencją wybuchłego skandalu będzie co najmniej osłabienie pozycji parteigenosse Leszka Millera, zbyt ściśle, jak na wymogi czasu, przywiązanego do rydwanu niemieckiej socjaldemokracji. Płakać, rzecz oczywista, z tego powodu też nie będziemy.

Najgorszą z naszego punktu widzenia rzeczą jest uporczywe trwanie w dziecięcej naiwności parlamentarnej „centroprawicy”, która wciąż nie umie zdobyć się na nic innego, jak kruszenie kopii w obronie „wolności mediów” i załamywanie rąk z powodu „zagrożenia dla demokracji”. Jedno i drugie świadczy zresztą nie tylko o naiwności, lecz również o braku intelektualnej odwagi i umiejętności wyprowadzania wniosków z oczywistych przesłanek. My, tradycjonaliści, brzydzimy się oczywiście samym istnieniem ordynarnych masmediów, ale jednocześnie, jako realiści wiemy, że są one dzisiaj koniecznym narzędziem panowania nad plebsem. Nie idzie więc o to, czy media będą „wolne” i „niezależne”, czy też „uzależnione”, lecz o to, kto będzie miał nad nimi kontrolę. Establishmentowa centroprawica zdaje się tego nie rozumieć, albo udaje, że tego nie rozumie, co ma takie same konsekwencje. Najpoważniejszą z nich jest paniczny strach przed słowem „cenzura”, dowodzący, że prawica „legalna” całkowicie poddała się semantyczno-lingwistycznej przemocy retoryki demoliberalnej. Któryż z naszych prawicowców odważy się powtórzyć słowa wielkich papieży XIX-wiecznych o „zgubnej wolności” słowa? A przecież widzą oni, bo nie widzieć nie mogą, że czy to podporządkowane SLD media „publiczne”, czy „prywatne” i „niezależne”, jednako szerzą ten sam demoralizujący nihilizm. Urbanowe „Nie” też jest jak najbardziej „wolne”!

Co się zaś tyczy demokracji, to wszechwładza pieniądza i kosmopolitycznych grup interesu nie jest żadną w niej „anomalią”, „wypaczeniem” czy „zagrożeniem”, ale jej kardynalną normą, umożliwiającą samo trwanie tego sprzecznego z naturą (roz)stroju. Bez plutokracji, bez władzy „banksterów”, żadna demokracja nie przetrwałaby jednego sezonu. W obliczu wygnania z demokracji widomego Suwerena, faktyczne rządy oligarchii finansowej i „autorytetów moralnych” stanowią konieczne i jedyne możliwe w tych warunkach antidotum na formalną zasadę „rządu liczby”, która matołkowi przyznaje ten sam głos, co geniuszowi, a opryszkowi ten sam, co świętemu. Oligarchowie są demokracji tak samo niezbędni, jak dodający jej chamskiego wigoru Lepper i jego kamraci, którzy też mają swoich wiekowych antenatów, od pyskatego „towarzysza Kleona” w Atenach Peryklesa po krwawego Jakuba Szelę. Demoplutokracja i demoochlokracja to dwie Janusowe twarze tego samego bałwana!

Filozofowie polityki zajmowali się od wieków zarówno poszukiwaniem wzoru na państwo idealne, jak uważnym klasyfikowaniem i rozważaniem, tak dodatnich jak ujemnych stron, ustrojów istniejących oraz możliwych do pomyślenia. Studiując i czcząc ich dorobek, powinniśmy jednak pamiętać, że praktycznie mamy do czynienia z prostą alternatywą: albo władza miecza — prawowitego króla, lub jeśli to w danym czasie niemożliwe, przynajmniej dyktatora, albo sterowana z zewnątrz, anonimowa władza pieniądza, wstrząsana okresowo paroksyzmami warknięć motłochu. Tertium non datur! Posłuchajmy raz jeszcze Maurrasa: Nie chcecie Kapetyngów? To będziecie mieli Hohenzollernów, albo, podczas bezkrólewia, wielkie rodziny żydowskie, protestanckie, masońskie i cudzoziemskie, które już panują nad wami.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.