Jesteś tutaj: prof. Jacek Bartyzel » Publicystyka » Moje stanowisko w sprawie promocji libertarianizmu na Portalu Legitymistycznym

Moje stanowisko w sprawie promocji libertarianizmu na Portalu Legitymistycznym

Jacek Bartyzel

W związku z tym, że redakcja Portalu Legitymistycznego odcięła się swoim dopiskiem pod artykułem pana Michała Kmiecia od dokonanej przez niego refutacji libertarianizmu, stając po stronie wyznawców tej ideologii – jako stały współpracownik Portalu, posiadający również na nim swoją stronę osobistą, i jako sympatyk oraz członek honorowy Organizacji Monarchistów Polskich – czuję się w obowiązku przedstawić moje stanowisko.

Normą obligatoryjną dla katolickiego tradycjonalisty (a zatem także legitymisty), również w zakresie kwestii społeczno-ekonomicznych, jest nauka społeczna Kościoła, która ze szczególną dokładnością została wyrażona w encyklikach społecznych papieży Leona XIII i Piusa XI. W sposób niepozostawiający żadnej wątpliwości potępiają one zarówno kolektywistyczny socjalizm w każdej postaci, jak i liberalizm ekonomiczny, zwany także leseferyzmem albo „szkołą manchesterską”, jako ideologię tzw. kapitalizmu. Odrzucając oba te wypaczone systemy, katolicyzm postuluje odbudowanie chrześcijańskiego ustroju społecznego, opartego na nadrzędnych zasadach dobra wspólnego, solidarności i pomocniczości, a za cel nadrzędny stawia polityce chrześcijańskiej doprowadzenie do upowszechnienia własności, tak aby wszyscy – każdy człowiek, każda rodzina i każde naturalne ciało społeczne – mogli partycypować w korzystaniu z dóbr ziemskich. Bez realizacji takiego ładu społeczno-gospodarczego, należy dodać, nawet najwznioślejszy ideał monarchii katolickiej pozostanie tylko ozdobnikiem lub ornamentem, kapitelem wieńczącym kolumnę społeczeństwa, które bez korpusu i podstawy musi runąć, bo takie są prawa fizyki społecznej.

Mądrość Kościoła wyrażająca się odrzuceniem obu tych materialistycznych doktryn i systemów znajduje potwierdzenie w doświadczeniu historycznym ostatnich stuleci. Groza rewolucji socjalistycznych i komunistycznych nie powinna przesłaniać nam faktu, że pierwsza rewolucja, jaka podkopała, a gdzieniegdzie i całkiem zniszczyła fundamenty tradycyjnego ładu, miała charakter liberalny. Fałszem bądź samooszukiwaniem się jest także twierdzenie, że destrukcyjna moc liberalizmu dotyczy tylko aspektu religijnego i politycznego, podczas gdy w dziedzinie ekonomicznej jest on niesprzeczny, a nawet może być kompatybilny z katolicyzmem i konserwatyzmem. Zrodzony w socjologiczno-kulturowym kontekście protestantyzmu (denominacji kalwinistycznej) i przyjmujący za swoją podstawę takie fałszywe aksjomaty etyczne, jak „harmonia egoizmów” czy „niewidzialna ręka”, liberalizm wykazał niszczycielską siłę również w odniesieniu do instytucji i obyczajów regulujących stosunki społeczne i gospodarcze narodów chrześcijańskich. Zniszczył samorządny ustrój cechów i gildii, pozostawiając zatomizowane jednostki naprzeciw rekinów biznesu i finansjery, sproletaryzował masy drobnych posiadaczy, czyniąc z nich salariat, a po części „rezerwową armię pracy”, pozbawił szczególnego znaczenia nieruchomą własność ziemską, czyniąc z niej jedynie towar jak każdy inny, podlegający wolnemu obrotowi, zniszczył więzi wspólnotowe, wypaczył pojęcie własności prywatnej, powracając do pogańskiego ius utendi et abutendi, a ignorując jej – zgodnie z nauką katolicką – przeznaczenie społeczne i sprawowanie nad nią pieczy (ius dispensandi et procurandi) pojmowanej jako włodarstwo z nadania Bożego.

Jeżeli liberalizm słusznie bywa porównywany z protestantyzmem (bo zaiste tworzą one jakby nierozłączne Lelum-Polelum), to libertarianizm może być równie słusznie porównany do tych skrajnych sekt tzw. drugiej i trzeciej reformacji, które budziły odrazę nawet co bardziej konserwatywnych wyznawców pierwotnych i głównych nurtów protestantyzmu. Doprowadza on bowiem do skrajności ten kardynalny błąd antropologiczny liberalizmu, jakim jest umieszczenie w centrum uwagi bytu fikcyjnego – odizolowanej, niezakorzenionej, pozbawionej tożsamości oraz jakichkolwiek zobowiązań jednostki oraz jej rzekomych „praw” (wyraźnie to deklaruje w swoim artykule inicjującym dyskusję p. Jakub Bożydar Wiśniewski), a w konsekwencji sprowadzenie wszelkich relacji pomiędzy ludźmi (nie tylko ekonomicznych, bo „urynkowieniu” podlega tu każda sfera życia, religijnej nie wyłączając) do swobodnie zawieranych (i siłą rzeczy podlegających rozwiązaniu po spełnieniu określonych warunków) kontraktów, których podstawowym kryterium jest użyteczność kalkulowana według wypaczonej etyki tzw. racjonalnego egoizmu. Nie ma tu zatem miejsca na przykład na – tak szczególnie cenioną przez legitymistów – cnotę fidelitas, praktykowaną aż do poświęcenia wszystkiego, nawet życia, i to w warunkach, kiedy obrachowując materialne siły i środki, dostrzegamy, że nie ma najmniejszych szans na ziszczenie tego, czemu jesteśmy wierni. Jaki sens zatem, gdyby kierować się libertariańskim utylitaryzmem, miałaby legitymistyczna wierność prawowitym dynastiom, które władzę straciły sto czy dwieście lat temu, więc z żadnym z błąkających się wygnańców nie można zawrzeć umowy, że będzie strzegł naszego „prawa do samoposiadania”?

Do antropologicznego błędu liberalizmu libertarianizm dodaje nieskrywaną anarchistyczną wrogość do instytucji władzy i państwa. Nawiązując do znanego adagium Charlesa Maurrasa, iż liberał to anarchista, który starannie wiąże krawat, można powiedzieć, że libertarianin to anarchista rozchełstany. Przede wszystkim jednak libertariańska negacja państwa jest całkowicie sprzeczna z nauką naszego Pana Jezusa Chrystusa, przepowiadaną od dwóch tysięcy lat przez Kościół, począwszy od świętych Apostołów Piotra i Pawła upominających swoich braci: „Bądźcie poddani każdej ludzkiej zwierzchności ze względu na Pana: czy to królowi jako mającemu władzę, czy to namiestnikom jako przez niego posłanym celem karania złoczyńców, udzielania zaś pochwały tym, którzy dobrze czynią. (…) Wszystkich szanujcie, braci miłujcie, Boga się bójcie, czcijcie króla” (1 P, 2, 13-14, 17); „Każdy niech będzie poddany władzom, sprawującym rządy nad innymi. Nie ma bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te, które są, zostały ustanowione przez Boga. Kto więc przeciwstawia się władzy – przeciwstawia się porządkowi Bożemu. Ci zaś, którzy się przeciwstawili, ściągną na siebie wyrok potępienia. Albowiem rządzący nie są postrachem dla uczynku dobrego, ale dla złego. A chcesz nie bać się władzy? Czyń dobrze, a otrzymasz od niej pochwałę. Jest ona bowiem dla ciebie narzędziem Boga, [prowadzącym] ku dobremu. Jeżeli jednak czynisz źle, lękaj się, bo nie na próżno nosi miecz. Jest bowiem narzędziem Boga do wymierzania sprawiedliwej kary temu, który czyni źle. Należy więc się jej poddać nie tylko ze względu na karę, ale ze względu na sumienie” (Rz 13, 1-5). Co rozsądniejsi libertarianie lub ich „konserwatywno-liberalni” obrońcy przyznają wprawdzie (jak choćby p. Karol Zdybel), że bezpaństwowy ideał libertarianizmu jest nieurzeczywistnialny, nie przeszkadza im to jednak traktować tej utopii jako celu, do którego należy się jak najbardziej przybliżać. Najbardziej „prawicowy” libertarianin, czyli H.-H. Hoppe, potrafi co najwyżej uznać, że król to „mniejszy” i rozsądniejszy złodziej niż polityk demokratyczny, bo mu się nie spieszy i myśli o swoich następcach. Ale co tak trywialna argumentacja ma wspólnego z monarchią tradycyjną, sakralną i legitymistyczną? Jeżeli będziemy, w ślad za M.N. Rothbardem, postrzegać w państwie „największą w dziejach organizację przestępczą”, to po jakie określenia w słowniku mielibyśmy sięgnąć, aby nazwać te organizacje, które zagarnęły w niewolę zarówno państwa i narody, jak i rodziny i pojedynczych ludzi: lichwiarskie banki i ponadnarodowy multikapitał? Lecz na ten temat libertarianizm nie ma kompletnie nic do powiedzenia, bo nie zauważył albo zauważyć nie chce, że problemem głównym nie jest dzisiaj kolektywistyczne „państwo niewolnicze”, lecz niewola miliardów ludzkich istot u bankierów i w pseudoprywatnych, anonimowych wielkich korporacjach.

Należy zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt problemu. W prospekcie Organizacji Monarchistów Polskich na stronie startowej Portalu Legitymistycznego czytamy te oto piękne i zobowiązujące słowa: „Jesteśmy jednym z tych ruchów, które jak legitymizm we Francji, jakobityzm na Wyspach Brytyjskich, ruch neoburboński w Neapolu, karlizm w Hiszpaniach, miguelizm w Portugalii, odrzucają system demoliberalno-socjalistyczny i budują porządek katolicki, przywracają Stary Ład”. Pobieżny nawet wgląd w historię i doktrynę wzmiankowanych ruchów, które dobrze wiedzą, kto zrujnował Stary Ład, pozwoli przekonać się, że zawsze były one nie tylko antysocjalistyczne, ale również – i nawet wcześniej – antyliberalne, toteż pomysł sojuszu legitymistów z libertarianami wzbudziłby u ich reprezentantów zdumienie i zgorszenie. Henryk V Francuski na pół wieku przed Rerum novarum upomniał się o wyzyskiwanych robotników, Karol VII Hiszpański w manifeście wzywającym karlistów do powstania zapowiedział protekcję hiszpańskiego przemysłu i handlu. Warto w tym kontekście przywołać kluczowe sformułowania dotyczące „ekonomii tradycjonalistycznej” w „kanonicznym” dokumencie Wspólnoty Karlistowskiej:

W porządku dóbr materialnych Karlizm odrzuca, z jednej strony, kapitalizm liberalny, który w gospodarce prowadzi do walk nieludzkich egoizmów, kończących się niewolnictwem pracowników źle opłacanych przez właścicieli środków produkcji. Z drugiej strony Karlizm odrzuca również upaństwowienie tychże środków produkcji, które zaostrza zło, oddając tych bezbronnych nędzarzy w ręce jednego właściciela, monopolisty absolutnego, Państwa totalitarnego, pana władzy pełnej, nieograniczonej i wyłącznej.

Oznacza to, że Karlizm broni własności prywatnej przeciwko socjalizmowi i własności wspólnej przeciwko indywidualizmowi. I przez to foralizm oznacza jednoczesną obronę własności indywidualnej i własności państwowej, wewnątrz systemu własności społecznej. Tym samym Karlizm (…) postuluje, aby własność nie była wyłącznie indywidualna albo państwowa, lecz zarówno indywidualna, jak i należąca do ciał społecznych oraz Państwa, w różnych proporcjach, jakie w danym momencie są pożądane.

Domagając się jako naglącej potrzeby konstytucji ekonomii społecznej, Karlizm dystansuje zarówno indywidualizm burżuazyjny, jak i etatyzm marksistowski, ponieważ jest oczywiste, że i jednostka potrzebuje własności pewnych rzeczy dla swojego normalnego rozwoju, i Państwo również potrzebuje własności, aby wypełnić należycie swoje cele. Lecz normalną formą własności jest swobodne uczestnictwo jednostek w dobrach organizmów społecznych, od rodziny po municypium lub gminę; to forma, która zabezpiecza wolność indywidualną, jak również gwarantuje każdemu człowiekowi czynny udział w życiu zbiorowym.

Minimalizując jak najbardziej własność indywidualną i państwową, Karlizm stawia na pierwszym miejscu formy własności społecznej, których podmiotami są rodziny, municypia, ugrupowania zawodowe i pozostałe społeczności podstawowe. (…)

Gospodarka przemysłowa i handlowa winna przybrać formę patrymonialną własności rodzinno-przedsiębiorczej, z proporcjonalnym udziałem w zyskach w zależności od wkładu w proces produkcyjny lub cykl handlowy. (…)

Karlizm uznaje bankowość za służbę publiczną, regulowaną przez odpowiednie prawo, które podporządkowuje działalność banków służbie wspólnocie narodowej, zarówno przez przechowywanie oszczędności prywatnych, jak i ich użytkowanie. W każdym wypadku [Karlizm] popiera aktywność bankową zdatnych do tego organizmów społecznych, zastępującą system bankowości państwowej i indywidualistycznej przez instytucje bankowości zawodowej, gminnej, municypalnej i regionalnej.

Karlizm zaleca interwencję władzy publicznej – regionalnej lub państwowej podług przypadków ustalonych przez prawo – w gospodarkę w celu zagwarantowania dobra wspólnego i aby rozwój ekonomiczny był również rozwojem społecznym. (…)

Celem karlistowskiej polityki społecznej jest położenie kresu niesprawiedliwym nierównościom w posiadaniu bogactw, sprzyjanie sprawiedliwej redystrybucji środków ekonomicznych i dostarczenie wszystkim bez wyjątku Hiszpanom ich stosownej części w postaci własności rodzinnej lub partycypacji we własności społecznej.

(¿Qué es el Carlismo?, edición cuidada por Francisco Elías de Tejada y Spínola, Rafael Gambra Ciudad y Francisco Puy Muñoz, Escelicer, Madrid 1971, § 154–160)

Również i dzisiaj hiszpańscy karliści, portugalscy migueliści, legitymiści francuscy czy neapolitańscy są w pierwszy szeregu ideowo-politycznej insurekcji przeciwko globalizmowi, neoliberalizmowi i międzynarodowej plutokracji. W tym kontekście próba budowania wspólnego frontu z libertarianami – a więc dodawania do lekarstwa Tradycji, którym legitymizm próbuje ratować umierające Społeczeństwo, przymieszki anarchogennej trucizny – musi jawić się jako niespójna, niekoherentna, nielogiczna i wewnętrznie sprzeczna. Aporia ta winna być, moim zdaniem, naglącą okazją do głębokiej i samokrytycznej refleksji w redakcji Portalu i w polskim środowisku legitymistycznym, którego tradycjonalistyczne ideario jest także moim.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.