Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Karol Zdybel: Libertarianizm — panu Michałowi Kmieciowi w odpowiedzi

Libertarianizm — panu Michałowi Kmieciowi w odpowiedzi

Karol Zdybel

W odpowiedzi na zarzuty, jakie pan Michał Kmieć sformułował wobec libertarianizmu, zamieszczam komentarz do każdego z osobna punktu jego tekstu. Refutacja argumentów p. Kmiecia sprawiała mi często trudności z uwagi na ich ogólnikowy charakter, jednak nie uniemożliwia to polemiki.

Ad 1. Możemy się zatem dowiedzieć, że libertarianizm głosi w swej doktrynie dwa zasadnicze błędy. Po pierwsze – jedyna wspólna cecha istot rozumnych to wolność osobista. Po drugie – skoro tej cesze przypisuje się wartość najwyższą, to znaczy, iż uważa się ją za najważniejszą i stojącą na czele hierarchii wartości, co może prowadzić do katastrofalnych wynaturzeń. Ale czy libertarianie wiedzą, że nie wszyscy posiadają wolność osobistą, i rozumieją w ogóle prawdziwy sens słowa wolność?

O ile właściwie zrozumiałem pierwszy zarzut p. Kmiecia odnoszący się do punktu pierwszego, to chce on zwrócić uwagę na fakt, że z uwagi na często stosowane na świecie ograniczenia wolności osobistej przez rozmaite instytucje polityczne błędem jest powoływanie się na nią jako na cechę wspólną istot rozumnych. Być może jednak mamy tu do czynienia z ekwiwokacją: np. wolność dysponowania własnym ciałem jest dla libertarian oczywistością, jakby składową libertariańskiego credo, natomiast w odniesieniu do dysponowania majątkiem – postulatem wynikającym z założeń etycznych. Wolność dla libertarianina jest zawsze nierozerwalnie złączona z własnością, a zdolność do korzystania z tej ostatniej w środowisku wolnym od przemocy państwowej jest właśnie wspólną cechą istot rozumnych, a więc odpowiedzialnych za swe decyzje.

Przy tym żadna znana mi libertariańska teoria społeczna nie wyklucza wystąpienia „wynaturzeń”, choćby nawet „katastrofalnych”, jakie powstać mogą za sprawą błędów popełnianych przez ludzi swobodnie korzystających z własności. Przedstawiciele krytykowanego przez p. Kmiecia kierunku twierdzą tylko, iż zło grożące jednostkom – a przez to całemu społeczeństwu – ze strony dokonujących wywłaszczeń władz państwowych jest znacznie bardziej niebezpieczne od tego, jakie powstaje wewnątrz społeczeństwa.

Ponadto p. Kmieć posuwa się do podawania w wątpliwość wiedzy libertarian o „właściwym” znaczeniu słowa „wolność”, samemu go jednakże nie objaśniając. Trzeba przyznać, że nietypowa to metoda argumentacji. Skoro tak bliskie są mu agrapha dogmata, niechże obnaży libertariańskie błędy!

Ad 2. Jest to zdanie całkowicie sprzeczne. Chciałoby się zapytać, jakie prawa, skoro mamy tylko jedną wspólną cechę – wolność osobistą. Libertarianie odmawiają ochrony kolektywów (jakichkolwiek, przecież rodzina nie jest fikcją). W ten sposób nie traktują poważnie osoby ludzkiej, która jest złączona z innymi ludźmi różnymi więziami. Nie jest autonomicznym elementem zbioru, całkowicie suwerennym.

To właśnie z wolności libertarianie wyprowadzają powszechne prawo etyczne do dysponowania własnością wedle własnego uznania, o ile tylko działanie to nie zagraża analogicznym prawom innych. Nie odmawiają też ochrony kolektywów: przeciwnie, domagają się zaprzestania stosowania przemocy fizycznej lub ideologicznej wobec jakichkolwiek jednostek, w tym członków dowolnie wskazanych zbiorowości. W ten sposób powstają warunki do pielęgnowania tych więzi społecznych, które jednostki uznają za cenne, bez przeszkód z czyjejkolwiek strony. Przemoc dopuszczalna jest tylko wówczas, gdy zgadza się na nią właściciel majątku, w którym jest stosowana.

Ad 3. Zdanie to znaczy tyle co nic i jest na sztandarach wielu filozofów. Nie można mylić praw i obowiązków instytucji z koniecznym złem.

Tutaj z kolei w istocie nie pojawia się nawet słowo krytyki – znów p. Kmieć coś wie, ale nie powie. Na czym bowiem polega wspomniana przezeń pomyłka?

Ad 4. Libertarianie zatem sami się oszukują albo świadomie kłamią. Najwyraźniej twierdząc, że nie widzą w nikim wroga, wyłączają wszystkich przeciwników libertarianizmu jako tych niezdolnych. I rzeczywiście, nie widzą wroga koniecznego, ale gdyby zaczęli wprowadzać swoje idee w życie, pewnie kogoś by znaleźli.

Prostą konstatację faktu, iż libertarianizm nie jest konfliktogenną filozofią społeczną, p. Kmieć rozumie opacznie jako próbę biegunowego podziału społeczności ludzkiej na zwolenników i przeciwników libertarianizmu nie tylko na polu teoretycznym, ale i politycznym: odrzucający libertarianizm mieliby zatem stać się tym dla adherentów tej doktryny, kim dla bolszewików byli burżuje – z zachowaniem skali, rzecz jasna. To całkowite błędne odczytanie krytykowanej myśli, która znaczyła tylko tyle, że w społeczeństwie libertariańskim nie istnieje żaden wróg naturalny – obojętnie czy klasowej, rasowej, płciowej czy kulturowej natury. Inaczej ma się rzecz w przypadku społeczeństwa zetatyzowanego, w którym wraz z umacnianiem się władzy państwowej wzmaga się tendencja do homogenizacji, opisana choćby przez Eryka von Kuehnelt-Leddihna, niebędącego zresztą libertarianinem. Tendencja ta zakłada podział społeczny na przystosowanych i nieprzystosowanych (np. na ortodoksów i innowierców, proletariat i burżuazję, Niemców i Żydów etc.).

Ad 5. Jak chaos ma prowadzić do porządku? O jakim domniemanym konflikcie autor pisze? Czy w ogóle taki konflikt istnieje?

Przedstawiany przez etatystów konflikt pomiędzy spontanicznością a porządkiem polegać miałby na tym, że niemożliwe jest wytworzenie się porządku społecznego bez udziału silnej władzy politycznej – gdyby nie ona, panowałoby nieustające bellum omnium contra omnes. Jednak libertarianie – wśród nich np. Jan Herman Hoppe – są zdania, iż brak instytucji państwa nie powoduje chaosu społecznego, lecz skutkuje wytworzeniem się naturalnego porządku (Natural Order, jak w podtytule opus magnum Hoppego Democracy – The God that Failed).

Ad 6. Takiego mitu nie ma. To właśnie raczej domniemanie, które obalają co rusz filozofowie z różnych szkół.

Ad 7. To oczywiste kłamstwo. Chciałoby się powiedzieć, że libertarianizm jest wszystkim, a zarazem niczym.

Przedstawiona tutaj argumentacja przeciwko libertarianizmowi jest pozorna i hasłowa. Jest to jednak częściowo uzasadnione hasłowym sformułowaniem przez p. Jakuba Bożydara Wiśniewskiego brzmienia punktów szóstego i siódmego.

Ad 8. Najwyraźniej libertarianizm to „uporządkowana anarchia”. Jeśli przyjmiemy sukcesy, o których autor pisze, będziemy szerzyć egoizm. Niezależne istoty rozumne… niezależne od czego? Libertarianie negują całkowicie Pawłową myśl: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus”, zgodnie z którą człowiek nie musi szukać owej wolności na tym świecie, bo jest w sposób duchowy całkowicie wolny. Zamiast tego woli kochać ludzi.

Wbrew twierdzeniu p. Kmiecia libertarianizm nie „szerzy egoizmu”, albowiem w ogóle nie zawiera w swojej doktrynie żadnej etyki materialnej (którą pozostawia w gestii poszczególnych osób), lecz wyłącznie formalny obowiązek poszanowania własności. Kwestia wolności w życiu doczesnym, co oczywiste, nie jest libertarianom obojętna i jak najbardziej zamierzają jej szukać „na tym świecie”. Życie doczesne w ogóle traktują poważnie i nie lekceważą go, postępując w tym względzie zgodnie z nauką Kościoła.

Ad 9. Libertarianizm zatem postrzega człowieka na wskroś protestancko, jako osobę zepsutą, nie rozumiejąc katolickiej wykładni na temat grzechu pierworodnego. Widzi człowieka jako jednostkę, osobny element życia społecznego, który nie powinien interesować się innymi, stawia na egoistów. Mówi tylko o tym, czego nie wolno i jakie ma prawa, nie nakładając przy tym żadnych obowiązków, co jest samo w sobie sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.

W żadnym tekście libertariańskim p. Kmieć nie odnajdzie wypowiedzianej serio myśli: „człowiek nie powinien” rozumianej jako preskrypcja etyczna. Co więcej, nie można stać na stanowisku libertariańskim, nie doceniając wyartykułowanej przez Arystotelesa społecznej natury człowieka, w tym podziału pracy oraz więzi społecznych. Wymarzone przez libertarian społeczeństwo nie jest więc zbiorowością zatomizowanych indywiduów, lecz siecią powiązań rodzinnych, sąsiedzkich, towarzyskich i instytucjonalnych, ale – o ile weźmiemy w nawias stosunki krwi – mających charakter dobrowolny. Powiązania te są tym silniejsze, im mniejsza jest moc państwa zawłaszczającego kompetencje powstałych w sposób naturalny zrzeszeń i doprowadzającego w ten sposób – mówiąc językiem Marksa – do alienacji jednostki. Bynajmniej zatem nie na egoistów stawiają libertarianie.

Ad 10. Libertarianizm zestarzeje się, gdyż dopuszcza ludzką kreatywność, która zniesie go szybciej, niż przypuszcza. Ponadto uważa relacje międzyludzkie jako dobrowolną współpracę, ogarniając całe ludzkie życie językiem gospodarczym, czyniąc wszystkie dziedziny ludzkiego życia, choćby miłość, dziedziną ekonomii.

Wzmiankowana w pierwszym zdaniu kwestia trwałości ewentualnego społeczeństwa anarchokapitalistycznego, a więc całkowicie pozbawionego władzy politycznej, jest wśród libertarian wciąż dyskutowana. Nie zmienia to jednak nic w ogólnej argumentacji wypływającej z treści tej filozofii społecznej, albowiem nawet jeśli zupełna likwidacja państwa jest niemożliwa, możliwe jest ustawiczne ograniczanie jego kompetencji, a przez to zwiększanie sfery wolności ludzkiej. Odnosząc się na końcu do ostatniego zdania, pragnę polecić p. Kmieciowi klasyczny wykład ekonomii austriackiej zawarty w dziele Ludwika von Misesa pt. Ludzkie działanie. Znaleźć tam można ujęty w aksjomatyczno-dedukcyjne ramy system prakseologii, czyli ogólnej nauki o ludzkim działaniu. Obejmuje on w rzeczy samej „całe ludzkie życie”, jednakże na tyle abstrakcyjnie i ogólnie, iż suponowane przez p. Kmiecia skostnienie żywego człowieczeństwa w sztywnych pojęciach ekonomicznych wcale nie zachodzi.

Autor jest członkiem Stowarzyszenia KoLiber.

Od Redakcji: Zapraszamy Czytelników do dalszej wymiany myśli o zagadnieniach podniesionych w artykule pana Jakuba Bożydara Wiśniewskiego.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.