Jesteś tutaj: Publicystyka » Remigiusz Okraska » Antyhitlerjugend

Antyhitlerjugend

Remigiusz Okraska

Motto: „Trzeba więc (…) nieustannie wykazywać, że jest dokładnie przeciwnie. To znaczy, że w imię wolności człowieka jesteście przeciwko totalitaryzmowi, wszelkim dyktaturom, policjom politycznym, cenzurom itp.”

Jacek Kuroń — „«Wyznanie» — do ludzi ruchu G.A.N.”, „Nigdy Więcej” nr 3

„Bo tylko w faszyście nie ma wątpliwości i wszystko widzi przez biało-czarne szkła, i jeśli jednoznacznie oceniamy ludzi, faszystą jesteś ty, faszystą jestem ja”

Guernica Y Luno — „Odpowiedzialność II”

Wstęp

Poniższy artykuł zawiera próbę prezentacji działalności antyfaszystowskiego pisma „Nigdy Więcej”, które w nieregularnych odstępach czasu ukazuje się od roku 1994. Działalność zebranego wokół niego środowiska (Grupa Anty Nazistowska, Stowarzyszenie „Nigdy Więcej”) od dłuższego czasu wzbudzała wiele kontrowersji, w dodatku zaś redaktorzy pisma w miarę upływu czasu stawali się coraz bardziej przekonani o słuszności swoich poczynań i stosowanych przez siebie metod. Ponieważ niektóre podejmowane przez „Nigdy Więcej” kroki od początku budziły wiele moich zastrzeżeń, obserwowałem uważnie rozwój pisma i działania jego redaktorów. Gdy oprócz standardowego zwalczania realnego faszyzmu, który wydaje się zjawiskiem marginalnym, coraz częściej zaczęli atakować osoby i inicjatywy z faszyzmem nie mające wiele wspólnego, w dodatku zaś stosowane przez nich metody stawały się coraz trudniejsze do zaakceptowania stwierdziłem, iż nie sposób przyglądać się temu bezczynnie. Nie ukrywam, że pewne znaczenie miał też aspekt osobisty: gdybym nie został zaatakowany przez redaktorów „NW”, zapewne nie chciałoby mi się poświęcać swego czasu i energii na wnikliwe rozpatrywanie ich działalności. I choć milczenie jest złotem, to jednak nie w przypadku, gdy pewni osobnicy szczytnymi hasłami maskują niezbyt szczytne cele i metody.

Zaznaczyć muszę, że dokonałem prezentacji i oceny działalności „NW” przede wszystkim w kontekście ich własnych deklaracji. Dlatego część zarzutów, jakie im w poniższym tekście stawiam, nie wynika z moich przekonań, zaś niektóre poczynania redakcji „NW” nie przeszkadzają mi osobiście, gdyż nie deklaruję podobnych zasad, celów i metod co „NW”. Jednym z celów dokonanej tu prezentacji jest porównanie głoszonej przez tę grupę teorii z ich własną działalnością praktyczną. Opisując działalność tego środowiska skupiłem się przeważnie na analizie materiałów drukowanych. Przedmiotem mojego zainteresowania stały się więc wszystkie dotychczas wydane numery czasopisma oraz inne wypowiedzi jego redaktorów na interesujący mnie temat. Pominąłem jedynie książkę jednego z redaktorów „NW”, gdyż doczekała się już wnikliwego omówienia, w którym wykazane zostały liczne błędy, nieuprawnione interpretacje, przekłamania, tendencyjność, manipulowanie faktami oraz karkołomne uzasadnianie równie karkołomnych tez, przede wszystkim zaś rzeczywisty zamiar prezentacji zjawiska w takim świetle1. Każde odniesienie w tekście do słów, które padły na łamach „NW” lub w innym miejscu jest starannie oznaczone, by czytelnik w razie wątpliwości mógł osobiście sprawdzić, czy przytaczam autentyczne wypowiedzi. W cytatach zachowana została oryginalna pisownia.

Podstawowym celem niniejszego artykułu jest ukazanie, że sposób myślenia, zasady przedstawiania faktów, metody i ostateczne cele działalności antyfaszystów niewiele różnią się od podobnych aspektów praktyki faszystowskiej. To jest właśnie główny zarzut wobec tego środowiska: że w swej istocie zachowuje się ono podobnie do tych, których zwalcza. Jeśli bowiem uznamy nawet, iż skala zjawiska faszyzmu jest na tyle poważna, że zasługuje na przedsięwzięcie szczególnych kroków zaradczych, to nie widzę powodu, dla którego miałoby się to odbywać przy pomocy identycznych metod, jak stosowane przez zwalczane środowiska. Powiem więcej — jeśli ktoś przeciwstawia się faszyzmowi z pobudek rzeczywiście pozapolitycznych (gdyż zło zawarte w doktrynie i praktyce tego systemu budzi jego sprzeciw jako człowieka, nie zaś jako liberała, lewicowca itp.), to piętnując pewne zjawiska występujące wśród faszystów, ma moralny obowiązek piętnować podobne tendencje występujące w środowisku antyfaszystowskim. W przeciwnym razie jego postawa jest nacechowana hipokryzją, a obserwatorowi zewnętrznemu każe przypuszczać, że taki antyfaszyzm jest tylko i wyłącznie poręcznym instrumentem do realizacji celów jak najbardziej politycznych i nie ma nic wspólnego z zasadami etycznymi czy odrazą wobec zła.

Dodam także, wyprzedzając zapewne część zarzutów, jakie pojawią się po lekturze tego tekstu u niektórych osób, że ukazując inne od powszechnie znanego oblicze działalności „NW” nie wspieram bynajmniej w żaden sposób faszystów. Gdybym bowiem pewnych faktów nie opisał, to nie przestałyby one dzięki temu istnieć, zatem jeśli ktoś ułatwia faszystom życie, to jest nim co najwyżej redakcja „NW”, swymi poczynaniami kreująca taki wizerunek antyfaszyzmu, z którym faszyści łatwo mogą się uporać i poddać krytyce, a z którym rozsądni ludzie nie chcą mieć nic wspólnego. Po drugie zaś, na zarzut, że w poniższym tekście bronię często osób o poglądach, które redakcja „NW” określa mianem faszystowskich, odpowiem z kolei, że obowiązkiem uczciwego człowieka jest piętnowanie negatywnych zjawisk zawsze, także wtedy, gdy występują one w działalności antyfaszystowskiej (chyba, że ktoś jest wyznawcą zasady, iż cel uświęca środki). Dzielenie ludzi na dobrych antyfaszystów i złych faszystów, wobec których można postępować bez oglądania się na podstawowe zasady etyczne, niczym się nie różni od hitlerowskiej teorii, która sankcjonowała stosowanie przez dobrych Niemców wszelkich możliwych środków przeciwko złym Żydom. Jeśli więc ktoś, choćby był to antyfaszysta, stosuje naganne metody wobec kogoś innego, choćby nawet faszysty, nie zmienia to faktu, że należy postępowanie takie piętnować. Jest to tym bardziej wskazane,gdy zachodzi podejrzenie, że niekoniecznie ci, którzy przez „NW” oskarżani są o sympatie faszystowskie, w rzeczywistości są faszystami. Jednak powtarzam — nawet jeśli są to naprawdę faszyści, nie powinno się im odmawiać prawa do obrony, nie powinno się w prezentacji ich działań posługiwać kłamstwami i manipulacjami, nie powinno się obrzucać ich najgorszymi obelgami. Jeśli ktoś sądzi inaczej — jego mentalność niewiele się różni od mentalności faszystów i zamiast faszyzmu powinien zwalczać brzydkie cechy własnego charakteru.

Faszyzm, czyli zagrożenie niekoniecznie realne

W numerze czwartym „NW” Stefan Zgliczyński napisał: „Otóż nacjonalizm, dla swojego istnienia i rozwoju, potrzebuje wroga. Wróg, wszystko jedno, czy prawdziwy, czy wymyślony, niezbędny jest nacjonalistom do samoidentyfikacji — określenia swojego miejsca w świecie polityki i wartości oraz uzasadnienia takiego czy innego sposobu postępowania”. Zgliczyński niewątpliwie ma rację. Warto jednak zauważyć, że identycznie wygląda sytuacja w przypadku antyfaszystów. Tutaj także istnieje duże zapotrzebowanie na wroga, więc wyolbrzymia się i rozdmuchuje wszelkie przejawy postaw rzeczywiście faszystowskich, a w razie ich braku lub obojętności opinii publicznej na marginalne i incydentalne zjawiska — po prostu ten „faszyzm” wymyśla, dodając do katalogu zachowań nagannych coraz to nowe postawy, organizacje, postacie. Bez takich zabiegów niemożliwe byłoby wspomniane przez Zgliczyńskiego określenie przez antyfaszystów swojego miejsca w świecie polityki i uzasadnienie takiego czy innego sposobu postępowania.

Jak zatem wygląda ów faszyzm, którego zwalczaniu redakcja „NW” poświęca tyle uwagi i przeciwko któremu proponuje podjęcie tylu poważnych środków zaradczych? Sięgnijmy do wiarygodnych źródeł, czyli „Katalogu wypadków” zamieszczanego w każdym numerze „NW”. Marcin Kornak stwierdza (G 13): „'Katalog wypadków' jest przede wszystkim dowodem na to, że zagrożenia, o których mówimy nie są czczą gadaniną. Wystarczy go przejrzeć, aby zobaczyć jaka jest skala problemu — incydenty, o których piszemy są w większości bardzo poważne” [podkr. moje — R.O.]. Jako że zadałem sobie trud dokładnego przejrzenia „Katalogu wypadków” i policzenia przejawów faszyzmu różnych kategorii, mogę stwierdzić z całą odpowiedzialnością, że w zależności od omawianego w nim okresu, owe „bardzo poważne” incydenty to w 70-90% wojny między subkulturowymi gangami (czyli relacje o pobiciu punków, hippisów czy „młodzieży alternatywnej” przez skinów) oraz rozróby pseudokibiców. Pozostała część „bardzo poważnych” incydentów to takie zjawiska, jak rozpowszechnianie na minimalną skalę gadżetów z Hitlerem, akty wandalizmu (malowanie na murach haseł antysemickich, dewastowanie cmentarzy etc.), kilkudziesięcioosobowe manifestacje pod ksenofobicznymi hasłami itp. Nie oznacza to, że należy takie zjawiska pozostawić bez reakcji, jednak większość przytoczonych w tym zestawieniu faktów, jak np. dotkliwe pobicia czy nawet zabójstwa (w liczbie kilkunastu) będące efektem wojen subkulturowych, nie mają charakteru faszystowskiego (bo bandyta jest takim samym bandytą, gdy bije wykrzykując nazistowskie slogany i gdy robi to pod hasłami nienawiści do mieszkańców innych części miasta, miłośników innych drużyn piłkarskich czy słuchaczy innej muzyki, albo i bez uzasadniania swojego bandytyzmu), lecz kryminalny i jako takie powinny stać się przedmiotem zainteresowania policji, nie zaś antyfaszystów, a do jego rozwiązania wystarczą istniejące regulacje prawne dotyczące przestępstw z użyciem przemocy.

Jednak twórcy „NW” sądzą inaczej, czego przykładem jest iście genialna teza Marcina Kornaka, który stwierdza, że aby pozbyć się bandytyzmu ze stadionów piłkarskich należy wyeliminować z nich „infiltrujących to środowisko neofaszystów” (NW 7). Teza tak absurdalna, że nawet nie warto byłoby się nad nią zastanawiać, gdyby nie to, że jest ona typowym dla „NW” przykładem manipulowania problemami społecznymi i wykorzystania ich do własnych celów. Zaiste, problem przemocy na stadionach zniknie, gdy tylko „szalikowcy” przestaną śpiewać piosenki o Hitlerze, wywieszać flagi z „celtykami” i wyzywać się nawzajem od Żydów. Jest to typowe odwracanie kota ogonem, bo z faktu obecności wśród pseudokibiców grup zafascynowanych ideologią nazistowską (choć trudno tu mówić w ogóle o ideologii, gdyż ogranicza się ona do przyswojenia sobie kilku prymitywnych sloganów) nie wynika stosowanie przez nich przemocy. Gdyby pseudokibice nie słyszeli w życiu o Hitlerze to tak samo tłukliby się po mordach, demolowali pociągi i terroryzowali postronne osoby, bo przemoc i bandytyzm jest elementem składowym stadionowego etosu. Nawet jeśli zdarzają się przypadki wykorzystywania stadionowych bandziorów przez skrajnie prawicowe ugrupowania polityczne, to ze względu na poziom intelektualny „kiboli” może się to sprowadzać jedynie do organizowania przez nich napadów itp., a ten z kolei problem można skutecznie rozwiązać karząc surowo sprawców takich czynów, nie zaś walcząc z urojonym faszyzmem.

Po prostu zamiast faszyzmu należy zwalczać bandytyzm, społeczne przyzwolenie na chamstwo i lekceważenie takich zjawisk przez policję i wymiar sprawiedliwości, które są powołane i opłacane właśnie po to, by takim zdarzeniom zapobiegać, a sprawców karać. Lepiej jeśli policja będzie się zajmować sprawcami pobić i napadów, niż gdyby dano jej do ręki prawo ścigania osób za poglądy czy rozpowszechnianie „nieprawomyślnych” treści, gdyż może to prowadzić do wprowadzenia państwa policyjnego (łatwo sobie wyobrazić rewizje i zastraszanie niewygodnych osób pod pozorem poszukiwania materiałów zawierających faszystowskie treści, równie łatwo także policyjne prowokacje — co za problem podrzucić komuś w czasie rewizji kilka sfabrykowanych ulotek o rasistowskich treściach lub przysłać internetem o określonej porze plik zawierający np. „kłamstwa oświęcimskie” i w tym samym czasie zrobić mu przegląd zawartości komputera?). Gdyby jednak wszelkie podobne przypadki znalazły swoje miejsce tam, gdzie powinny, czyli w rejestrze przestępstw (a nie w „Katalogu wypadków”), to mogłoby się okazać, że po odliczeniu wspomnianych 70-90% przejawów „faszyzmu” problem, którego zwalczaniem zajmuje się „NW” po prostu nie istnieje i działalność antyfaszystów nie ma racji bytu. Do tego wszak nie można dopuścić i dlatego właśnie zwykły bandytyzm przedstawia się jako faszyzm, a marginalne w istocie przypadki jako poważne zagrożenie (bo nawet gdyby uznać ten bandytyzm za rzeczywisty faszyzm, to w porównaniu z ogólną liczbą podobnych przestępstw, czyli pobić i zabójstw stanowią one znikomy ułamek). Nie można do tego dopuścić także z innego powodu: gdyby przez policję i sądownictwo zwalczana surowo była wszelka przemoc, to na ławy oskarżonych trafiliby nie tylko faszyści, ale i wielu antyfaszystów, którzy — oczywiście w ramach samoobrony — potrafią bić skinów tylko za to, że są skinami (nie mówiąc o poważniejszych przypadkach, bo na zachodzie Europy często zdarzają się napady antyfaszystów czy młodzieżowych organizacji żydowskich na rewizjonistów i działaczy prawicowych). Można zrozumieć, że dla większości czytelników „NW”, rekrutujących się ze środowisk subkulturowych, istotnym problemem jest to, że skini ich biją, ale trudno uwierzyć, że ktoś o mentalności bandyty przestanie bić innych, gdy zarzuci wykrzykiwanie nazistowskich haseł, a z kurtki odepnie emblemat ze swastyką. W numerze jedenastym „Nigdy Więcej” możemy przeczytać, że skini bili Azjatów, homoseksualistów i osoby odróżniające się od reszty niekonwencjonalnym wyglądem zanim jeszcze przyjęli skrajnie prawicową orientację. W Polsce punków na długo przed skinami bili słuchacze metalu, muzyki dyskotekowej itp.

Studiując zawartość „NW” można dostrzec także zainteresowanie innym rodzajem „faszyzmu”. Tymi faszystami są politycy i twórcy kultury, którzy nie przystają do kanonów politycznej poprawności. Są oni w mniemaniu „NW” równie groźni. Jednak i tutaj skala owego faszyzmu zdaje się być minimalna, nawet jak na standardy „NW”. Zarówno we wspomnianym „Katalogu wypadków”, jak i w innych punktach pisma nie sposób się natknąć na zbyt wiele informacji o zbyt prężnych inicjatywach faszystowskich. Dotyczą one albo niewielkich partyjek politycznych, które nie mają żadnego wpływu na rzeczywistość polityczną i prawdopodobnie nie będą jej miały nigdy, albo też są napiętnowaniem postaw, które z rzeczywistym faszyzmem nie mają nic wspólnego (patrz przypis oraz dalsza część tekstu). Na celowniku „NW” znajdują się więc przede wszystkim ugrupowania prawicowe, zwłaszcza zaś te, które przeciwstawiają się obecnej sytuacji politycznej i podkreślają znaczenie interesu narodowego. Często przyczyną uznania przez „NW” danej formacji politycznej częścią składową rosnącego faszystowskiego zagrożenia jest deklarowany przez nią nacjonalizm. Tymczasem według encyklopedycznych definicji nacjonalizm jest stawianiem interesu własnej wspólnoty narodowej ponad interesami innych zbiorowości i jako taki wcale nie musi oznaczać niczego złego, podobnie jak fakt szczególnego uwielbienia własnej żony przez jakiegoś mężczyznę nie oznacza, iż musi on krzywdzić wszystkie pozostałe kobiety. Jednak skala takich zjawisk (nawet jeśli rzeczywiście uznamy je za faszystowskie i groźne) jest minimalna. Być może rzeczywiście kibice częściej demolują pociągi, skini ganiają po mieście punków, a przywódcy kanapowych partyjek głoszą hasła o „interesach narodowych” (cokolwiek by to miało znaczyć), ale w żaden sposób nie świadczy to o groźbie recydywy faszyzmu.

Nie przeszkadza to antyfaszystom rozgłaszać wszem i wobec o narastającej fali ksenofobii, szowinizmu, neofaszyzmu itp. W końcu Zgliczyński pisał, że do funkcjonowania takich grup niezbędne jest istnienie wroga. I tak jak faszyści węszyli wszędzie żydowskie spiski, tak i antyfaszyści nie mogą być gorsi. Myliłby się ktoś sądząc, że tylko faszyści widzą dookoła zagrożenie, myliłby się także, gdyby wyłącznie im przypisywał skłonność do spiskowej obsesji. W numerze ósmym „NW” możemy przeczytać przedruk artykułu z pisma „Searchlight” w opracowaniu Marcina Kornaka. Z tej mrożącej krew w żyłach historii możemy się dowiedzieć, jak to groźni neofaszystowscy terroryści po zabiciu we Włoszech (zamach w Bolonii) mnóstwa osób uciekli do krajów arabskich, a następnie osiedlili się Wielkiej Brytanii, skąd nie można ich deportować mimo nieustannych wysiłków włoskiego rządu i rodzin pomordowanych, gdyż są oni byłymi brytyjskimi agentami chronionymi przez angielski rząd. Włos się na głowie jeży czytając o tych faszystowskich knowaniach. Jeśli się jednak zastanowimy nad kilkoma kwestiami, sprawa przestaje wyglądać tak straszliwie. Autor artykułu zastanawia się, kiedy rodziny zabitych w zamachu będą mogły oczekiwać sprawiedliwości ze strony brytyjskich władz. A może powinien zapytać, kiedy doczekają się sprawiedliwości od rządu włoskiego, skoro zamach był inspirowany przez włoskie służby specjalne, o czym sam autor w swym tekście wspomina. Wydaje się jednak, że rząd włoski i brytyjski niewiele mogą tu zrobić. Autor bowiem retorycznie pyta: „Czy jest to jeszcze jeden rezultat działań zorganizowanych tajemniczych sił?”. Z pewnością!

Widzimy więc, że faszystowskie zagrożenie to nie wymysł. Faszyści w parlamencie, faszyści na ulicach, faszyści na stadionach… wszędzie są faszyści. Jak pisze Marcin Kornak: „Złowroga moda na nacjonalizm dociera nawet do środowisk alternatywnych i ekologicznych” (NW 11) (mimo kilkuletniej działalności w obu tych środowiskach nie udało mi się natknąć w nich na nacjonalistę — chyba nie mam zdolności ich wykrywania. Zaiste, trzeba być mężnym osobnikiem, aby zachować spokój i zimną krew w obliczu odradzania się faszyzmu. Nic dziwnego, że redaktorzy „NW” cierpią na syndrom oblężonej twierdzy. Jeśli ktoś wytyka im błędy i podważa sensowność takiej działalności, zapewne jest to faszysta, który chce rozbić ruch antyfaszystowski. Jak piszą redaktorzy „NW”: „Nasze działania są już tak odczuwalne dla faszystów i wszelkiej maści szowinistów, że próbowali już oczerniać i kompromitować ruch antyfaszystowskich w oczach społeczeństwa (…), dyskredytować nasze działania i nas osobiście w środowiskach wolnościowych na scenie niezależnej, zastraszać, nawet grożąc śmiercią, nas i nasze rodziny, przedstawiać naszych zagranicznych współpracowników jako agentów, a nas wszystkich jako fanatyków, ignorantów, świrów, oszołomów, burżujów, komunistów, demoliberałów, trockistów, Żydów, masonów, narkomanów, pederastów i satanistów. To, że puszczają im nerwy, jest dowodem skuteczności naszych działań” (IŚ 10). Cóż, sądząc po wypowiedzi tej oraz zamieszczonych w dalszej części tekstu, nerwy puszczają chyba komu innemu. Syndrom oblężonej twierdzy jest tak silny, że Marcin Kornak w swej reakcji na krytykę poczynań „NW” (GAA 56) jednym tchem wymienia działaczy ruchu anarchistycznego obok Bolesława Tejkowskiego i Janusza Bryczkowskiego — wszak wszystko to faszyści pragnący jednego: zniszczenia dzielnych antyfaszystów. Cóż, jest to nader wygodny sposób na odparcie wszelkiej krytyki — nie trzeba polemizować z żadnymi, zwłaszcza niewygodnymi dla siebie zarzutami, lecz wystarczy tych, którzy je stawiają, uznać za faszystów.

Natomiast najbardziej dobitnym przykładem na ogromne wpływy faszystów w Polsce jest społeczna reakcja na poczynania „NW”. Co prawda Kornak wspomina o tysiącach listów od czytelników (G 13), ale w tym samym miejscu dodaje później: „Nie udało nam się uzyskać stabilizacji finansowej. To jest też trochę smutne, że organizacja tak niewielka, o tak niewielkich, w sumie, potrzebach finansowych nie spotkała się do tej pory ze społecznym poparciem zapewniającym niezbędne minimum finansowe”. Trudno się temu dziwić: faszyści w parlamencie, faszyści na ulicach, faszyści na stadionach… więc społeczeństwo też sfaszyzowane i skąpi grosza na antyfaszyzm. Obojętność na faszyzm charakteryzuje też wykonawców muzyki, nad czym ubolewa Marcin Kornak w numerze jedenastym. Co za straszny kraj ta Polska, nawet muzycy nie chcą się włączyć w tworzenie antyfaszystowskiego agit-propu. To naprawdę dziwne, że nasi dzielni antyfaszyści wytrwali na swych pozycjach mimo tylu przeszkód. Gdy jednak uświadomimy sobie, że na zwalczaniu faszyzmu opiera się kariera publicystyczna i naukowa Pankowskiego, a dla Kornaka jest to jedyna szansa zaistnienia w obiegu publicznym na szerszą skalę, przestanie nas to dziwić. Przestaną nas dziwić także metody stosowane przez antyfaszystów, o których będzie mowa później.

Ciekawym zjawiskiem jest także szczególny rodzaj działalności „NW”, czyli zwalczanie faszystów (nie mylić ze zwalczaniem faszyzmu, choćby i urojonego). Choć redaktorzy „NW” na łamach pisma i w dokumentach programowych Stowarzyszenia „Nigdy Więcej” głosili niejednokrotnie, że celem ich działalności jest sprzeciw wobec „odradzającego się rasizmu, neofaszyzmu i szowinizmu narodowego”, to analiza ich postaw świadczy, że na zwalczaniu faszyzmu się nie kończy. Okazuje się bowiem, że nie tylko głoszenie faszyzmu jest naganne. Naganne jest także samo bycie faszystą, nawet jeśli nic złego z tego nie wynika. Jeśli więc „NW” uzna kogoś za faszystę, wtedy wszelkie jego poczynania, nawet nie związane w jakikolwiek sposób z szerzeniem faszyzmu, zostaną napiętnowane. I tak oto w „Katalogu wypadków” — który, jak pamiętamy, dotyczy w większości incydentów bardzo poważnych — z numeru piątego możemy znaleźć informację, że lider Prawicy Narodowej Krzysztof Kawęcki wziął udział w telewizyjnym programie poświęconym rewolucji październikowej. Zatem zbrodnią Kawęckiego (i Szczepana Żaryna, który zaprosił faszystę do swego programu), doktora nauk historycznych jest sam fakt omawiania w telewizji wydarzenia historycznego nie związanego w żaden sposób z faszyzmem. A przecież Żaryn mógł zaprosić Pankowskiego albo Kornaka, wybitnych specjalistów od wszystkiego! Podobnie rzecz się ma w przypadku zatrudnienia w olsztyńskim urzędzie wojewódzkim członka jednej z organizacji skrajnie prawicowych (NW 8). Nic nie wskazuje na to, aby sam fakt podjęcia przez niego pracy na tym stanowisku mógł się w jakimś stopniu przyczynić do wzrostu faszystowskiego zagrożenia w Polsce, nie przeszkadza to jednak redakcji „NW” poświęcać temu wydarzeniu sporo miejsca. Co innego, gdyby wojewoda zatrudnił na to samo stanowisko jakiegoś antyfaszystę, nawet gdyby ten nie miał ku temu wystarczających kompetencji.

Identyczny przypadek znaleźć możemy w numerze dziesiątym, kiedy to jeden z autorów ubolewa nad zatrudnieniem wspomnianego już Kawęckiego w Ministerstwie Edukacji. Autor artykułu poświęconego temu wydarzeniu pisze w alarmującym tonie, że skandalem jest, by Kawęcki jako osoba będąca na bakier z podstawowymi aktami prawnymi pracował w ministerstwie (owo łamanie prawa ma polegać na przewodzeniu partii „o charakterze faszystowskim i szowinistycznym” — jednak o tym, co jest niezgodne z prawem w cywilizowanym kraju orzeka sąd, a za samowolne ferowanie i upublicznianie takich wyroków samemu można się znaleźć na ławie oskarżonych). Pisze również, że skandalem jest, iż człowiek z takimi poglądami „ma spory wpływ na to, czego i jak uczą się nasze dzieci i młodzież”, choć w świetle przytoczonej kilka wersów wcześniej informacji o stanowisku zajmowanym przez Kawęckiego (szef doradców politycznych tego resortu) twierdzenie takie jest po prostu bzdurne. W tym samym numerze ten sam autor pisze o podobnym przypadku. Tym razem chodzi o Krzysztofa Nyczaja, działacza Młodzieży Wszechpolskiej z Wrocławia, którego zatrudniono jako rzecznika Mazowieckiej Kasy Chorych. I znowu mamy tu do czynienia z istnym horrorem, bo jak to może być żeby publicznymi pieniędzmi zarządzał faszysta (co innego jeśli to prawdziwi i mianowani faszyści ze swych podatków finansują poczynania antyfaszystów albo wydawnictwa publikujące antyfaszystowskie rozprawy Pankowskiego). I znowu autor w dramatycznym tonie pyta, jakimi to kompetencjami charakteryzuje się Nyczaj, skoro objął tak poważne stanowisko, choć kilka wersów wcześniej podawał, że jest on absolwentem Akademii Ekonomicznej, studentem handlu zagranicznego, byłym pracownikiem banku, absolwentem kursu dla członków rad nadzorczych — nie jestem co prawda specjalistą w tej dziedzinie, ale wydaje mi się, że są to wystarczające kompetencje do zarządzania publicznymi pieniędzmi.

Taki sposób rozumowania redakcja „NW” prezentuje nie tylko wobec obecnych faszystów, ale i wobec postaci z przeszłości. I tak oto zdaniem Marcina Kornaka należy „piętnować publikowanie jakichś dziwnych treści odwołujących się do poglądów i postaci znanych ze swoich skrajnie szowinistycznych — czy wręcz uznanych za faszystowskie — poglądów. Kiedy np. z przedwojennego polskiego faszysty robi się promotora idei ekologizmu w Polsce (…) to my nie możemy się na to zgodzić. Ponieważ jest to wpuszczanie w normalny obieg dyskusji politycznej, poglądów, które naszym zdaniem — muszą się znaleźć poza tym obrębem. Jesteśmy zdania, że wobec pewnych rzeczy, pewnych idei, pewnych ludzi, i ich dorobku, powinno funkcjonować tabu. Nie można dawać platformy do głoszenia poglądów, które są odpowiedzialne za niewiarygodne zbrodnie” (G 13) [podkr. moje — R.O.]. Niżej podpisany swego czasu popełnił tekst będący punktem odniesienia Kornaka, więc akurat tę sprawę zna dobrze. W artykule prezentującym ekologiczny aspekt dorobku Adama Doboszyńskiego celowo pominąłem jego poglądy polityczne, by nie dawać antyfaszystom podstaw do stawiania zarzutów, jakobym pod płaszczykiem ekologii promował „faszyzm”. Okazuje się jednak, że samo przedstawianie jakichkolwiek (nawet najdalszych od faszyzmu) poglądów osób uznanych za faszystów jest karygodne. Zgodnie z logiką zaprezentowaną przez Kornaka promowanie rolnictwa organicznego czy odnawialnych źródeł energii jest więc odpowiedzialne za niewiarygodne zbrodnie. Gdyby Edison był faszystą, Kornak zapewne siedziałby wieczorami przy świeczce…

Zaiste, sposób myślenia godny hitlerowców: nieważne co zrobił, czy postąpił dobrze czy źle, czy ma jakieś zalety lub wady — ważne, że jest Żydem. I nieważne, że Doboszyński jako jeden z pierwszych promował w Polsce ekologiczne rozwiązania — skoro był „faszystą”, to znaczy, że nic dobrego nie mógł zrobić i należy zapomnieć o jego dokonaniach na polu ekologii, bo pisząc o nich można przyłożyć rękę do odrodzenia się faszyzmu. Faszyści nie mogą więc pracować w administracji rządowej, nawet jeśli mają odpowiednie kompetencje, nie są też w stanie (zapewne są genetycznie niezdolni do tego) dokonać niczego dobrego na pozapolitycznym polu. A może by tak wprowadzić jakieś ustawy zakazujące zatrudniania faszystów, ich udziału w życiu publicznym, a nawet mieszanych małżeństw faszystów ze zdrowymi i normalnymi członkami społeczeństwa? Sądzę, że dobrym wzorcem przy konstruowaniu takiego rozwiązania prawnego mogłyby stać się Ustawy Norymberskie, znane zapewne każdemu antyfaszyście na pamięć…

Marcin Kornak pyta: „Bo kto normalny chce leczyć ból głowy gilotyną?!” (P 13). No właśnie, kto normalny chce wprowadzić regularną cenzurę i jawnie totalitarne przepisy prawne, żeby zwalczać niezwykle groźne bandy skinów, kibiców czy pięcioosobowe partyjki? Kto normalny w imię walki z urojonym zagrożeniem faszystowskim używa metod żywcem wyjętych z arsenału tychże faszystów? No kto? Obrońcy demokracji!

Obrońcy demokracji, czyli wolność nie dla wszystkich

W imię czego antyfaszyści walczą z faszyzmem? W tej kwestii istnieją pewne rozbieżności. Marcin Kornak stwierdza: „Jestem antyfaszystą gdyż tak dyktuje mi sumienie (…)” (P 11), a w innym miejscu dodaje: „Mój (nasz) antyfaszyzm jest postawą broniącą istoty człowieczeństwa, poszanowania godności ludzkiej i miłości bliźniego” (MP 63-64). Trudno jednak poważnie traktować takie słowa. Gdyby bowiem sumienie Kornaka było tak wrażliwe na to, co ze sobą niesie faszyzm, wtedy sam nie zachowywałby się w wielokrotnie, jak owi faszyści (patrz wyżej i niżej). Ktoś, kto kłamie, stosuje zasadę zbiorowej odpowiedzialności, oczernia ludzi i odmawia im prawa do obrony, obrzuca innych najgorszymi obelgami — po prostu nie ma moralnego prawa opowiadać czegokolwiek pozytywnego o własnym sumieniu. Możemy więc uznać słowa Kornaka za efektowny ozdobnik jego tekstu, a rzeczywistych przyczyn antyfaszyzmu musimy szukać gdzie indziej. Nasze wątpliwości rozwiewa Jerzy Czech, który w numerze ósmym zarzuca redaktorom „Frondy”, że demokracja nie jest dla nich wartością najważniejszą. Antyfaszyści walczą więc z faszyzmem w imię obrony demokracji.

Jest to jednak demokracja specyficznie pojmowana. Jeśli bowiem przyjrzymy się rozwiązaniom funkcjonującym w Stanach Zjednoczonych, uznawanych przez miłośników demokracji za model wzorcowy (przyjmijmy na potrzeby tekstu, iż rzeczywiście tak jest), łatwo dostrzeżmy, że w kraju tym nie jest zakazana działalność ugrupowań politycznych uznanych za faszystowskie lub komunistyczne, nie zamyka się w więzieniach za „kłamstwo oświęcimskie”, nie zabrania się publicznego głoszenia jakichkolwiek treści itp. Czytając wypowiedzi redaktorów „NW” dotyczące sposobów walki z faszyzmem rzeczywistym i urojonym można by się spodziewać, że w USA po demokracji i prawach człowieka nie zostało ani śladu, gdyż na ich straży nie stały przepisy ograniczające wolność słowa (głoszenie poglądów faszystowskich), swobodę zrzeszania i organizowania się (działalność ugrupowań faszystowskich), swobodę badań naukowych (dociekań o holocauście) itp. Można wnioskować, że Stany Zjednoczone to kraj totalnie sfaszyzowany. Tymczasem demokracja w Ameryce ma się zdaniem jej apologetów na tyle dobrze, że model amerykański promuje się na całym świecie jako najdoskonalsze rozwiązanie ustrojowe. Nie sposób się dziwić, że demokracja w Ameryce trwa jednak w dobrej kondycji, skoro zamiast karania za „przestępstwa” bez ofiar surowo karze się tam rzeczywiste przestępstwa, czyli wszelkie akty przemocy. I tak się jakoś dziwnie składa, że mimo wydawania w USA pism faszystowskich, swobodnego głoszenia „kłamstw oświęcimskich”, działalności ugrupowań nazistowskich itp., kraj ten nie przekształcił się do tej pory w jeden wielki obóz koncentracyjny i nic nie wskazuje, by tak się miało stać w dającej się przewidzieć przyszłości.

Okazuje się jednak, że nie o taką demokrację chodzi antyfaszystom. Nietrudno się zorientować dlaczego. Gdyby rzeczywiście groźne przejawy faszyzmu (przemoc) zwalczała skutecznie policja i sądy, zaś nieszkodliwe mogłyby funkcjonować w obiegu publicznym bez przeszkód, mogłoby się okazać: po pierwsze — że skala tego faszyzmu jest minimalna (bo w USA mimo swobodnej propagandy faszyzmu nie sposób dostrzec akceptacji takich idei przez znaczącą część społeczeństwa — i bez zamordystycznych rozwiązań prawnych pozostają one na marginesie), po drugie — że większość społeczeństwa wcale nie uważa za faszyzm tego, co ideolodzy antyfaszyzmu próbują jako taki przedstawić. W efekcie zapotrzebowanie na antyfaszyzm drastycznie by spadło…

Demokracja w wydaniu antyfaszystowskim miałaby się zasadzać na słynnym jakobińskim haśle „Nie ma wolności dla wrogów wolności”. Zatem organizacje, pisma, poglądy itp., które zostaną uznane za faszystowskie nie mają racji bytu w życiu publicznym. Antyfaszyści nie podają jednak jakie powinny być kryteria, na podstawie których dane zjawisko należałoby uznać za faszystowskie i na mocy tego poddać ograniczeniom. A jeśli już to robią (jak Pankowski w swej książce), są one tak nieprecyzyjne, że mogą obejmować właściwie wszystkie opcje polityczne, poglądy i rodzaje działalności. Nie precyzują także kto miałby orzekać o tym, czy dane zjawisko jest już faszyzmem. Powołują się co prawda na przepisy prawne, czyli na wymiar sprawiedliwości, jednak w każdym numerze „NW” możemy znaleźć samowolnie ferowane wyroki tego typu (nie wspominając już o częstych sugestiach, że daną osobą czy organizacją powinien się zająć sąd). Możemy zatem bez trudu wyobrazić sobie, jak taka demokracja miałaby wyglądać w praktyce. Ktoś uznany przez antyfaszystów za faszystę nie miałby szans się bronić, byłby pozbawiony możliwości udziału w życiu publicznym, nie mógłby głosić swoich poglądów itd. Za faszystowskie można byłoby uznać dowolne poglądy, które nie podobają się antyfaszystom (albo osoby, które z jakichś powodów nie podobają się im samym).

Jak wygląda wolność według antyfaszystów możemy się dowiedzieć z numeru jedenastego, gdzie mamy opisaną sprawę procesu sądowego, wytoczonego Kornakowi przez Tomasza Szczepańskiego po tym, jak nazwano go konstruktorem „antysemickiej i szowinistycznej formacji politycznej” i odmówiono zamieszczenia sprostowania jego autorstwa. Teraz „NW” żali się, że Szczepański pozwał ich do sądu, na szczęście jednak w ich obronie stanęło Centrum Monitorowania Wolności Prasy. Jak stwierdza anonimowy autor notki: „To paradoks, że ludzie głoszący nienawiść narodową i rasową działają dziś w Polsce swobodnie, zaś ci, którzy przeciwstawiają się szowinizmowi, są ciągani po sądach”. Rozumiem oczywiście, że redakcja „NW” wolałaby, żeby na łamach swego pisma mogła swobodnie oczerniać dowolnie wybrane osoby, kłamać i dopuszczać się chamskich ataków, a na straży tego procederu stało Centrum Monitorowania Wolności Prasy, zaś atakowani nie mieli prawa do obrony. Na szczęście żyjemy jeszcze w cywilizowanym kraju, nie zaś w ZSRR czy Trzeciej Rzeszy, gdzie takie praktyki były na porządku dziennym. Ciekaw jestem zresztą co robi Centrum Monitorowania Wolności Prasy, gdy „NW” dopuszcza się ataków na inne tytuły prasowe i postuluje wprowadzenie zakazów ograniczających wolność prasy. O przepraszam, przecież dla „faszystów” nie ma wolności… Bardzo interesujący przykład rozumienia wolności słowa przez antyfaszystów mamy także w numerze szóstym, gdzie redakcja ubolewa nad wygłoszeniem przez Marka Głogoczowskiego referatu na kongresie Federacji Zielonych. A przecież, jak stwierdzają redaktorzy „NW” „w wolnym kraju nikt nie zmusza FZ do dawania platformy antysemitom, a Głogoczowski może sobie założyć własną organizację i przemawiać do woli na jej zjazdach…”. To prawda, ale w wolnym kraju ta sama FZ ma prawo zapraszać na swoje kongresy kogo chce, Głogoczowski ma prawo przemawiać o czym chce, uczestnicy spotkania mają prawo słuchać czego chcą (a jeśli nie chcą słuchać akurat Głogoczowskiego to mogą sobie odpuścić jego wystąpienie). Poza tym, gdyby Głogoczowski — jak radzi redakcja „NW” — założył sobie własną organizację, to wtedy to samo „NW” ani chybi rozpętałoby kampanię w sprawie jej delegalizacji jako antysemickiej. No i taka to byłaby wolność w wolnym kraju…

Gdyby wprowadzić w życie pomysły antyfaszystów i zastosować ich zasadę, że nie ma wolności dla tych, których oni sami za wrogów wolności uznają, to w takiej np. Francji po delegalizacji Frontu Narodowego (ok. 15-20% poparcia w wyborach) i Francuskiej Partii Komunistycznej (ok. 10 %) jedna trzecia społeczeństwa straciłaby jakikolwiek wpływ na rzeczywistość polityczną. Gdyby w miarę rozszerzania się wpływów antyfaszystów delegalizować bardziej umiarkowane ugrupowania, to wkrótce mogłoby się okazać, że owszem, jest to demokracja, ale z takim mniej więcej udziałem ludu we władzy, jak w Trzeciej Rzeszy czy w „demokracjach ludowych” podporządkowanych rządzącej klice komunistycznej. Przedsmak tego, co potrafią antyfaszyści mieliśmy okazję obejrzeć podczas ataków na Haidera i jego partię po wyborach w Austrii. Okazało się, że poparcie w demokratycznych wyborach niczego nie oznacza dla miłośników demokracji. Żeby było całkiem groteskowo to w atakach na Haidera wzięli udział m.in. politycy z państwa Izrael, grożąc Austrii bojkotem. Tak się jednak składa, że Haider póki co tylko mówi różne brzydkie rzeczy (a słowami zbyt wielkiej krzywdy się nie zrobi), natomiast w państwie Izrael mają miejsce od wielu lat ludobójcze praktyki wobec Palestyńczyków (potępiane wielokrotnie przez nieco poważniejsze gremia niż rząd izraelski, np. przez ONZ). Ponieważ jednak izraelscy Żydzi są antyfaszystami mogą bez przeszkód mordować, burzyć osiedla mieszkaniowe, przesiedlać itp. Skoro natomiast Haider jest „faszystą”, to już za same słowa można mu odmawiać udziału w życiu publicznym. Osobiście wolę faszystów, którzy nikogo nie skrzywdzili, niż antyfaszystów, którzy mają krew na rękach…

W numerze czwartym „NW” w przedrukowanym z „Searchlighta” (bez komentarza redakcji) artykule „Żadnej platformy dla faszystów” możemy przeczytać: „Faszyści będą manipulowali argumentami o wolności słowa, ale rzeczywistość jest taka, że mile powitają każdą okazję do odebrania jej milionom ludzi”. Być może tak jest rzeczywiście, ale nie sposób z góry zakładać, że jest to prawda. Równie dobrze można bowiem stwierdzić, że to antyfaszyści chętnie manipulują sloganami o obronie podstawowych swobód obywatelskich, choć w rzeczywistości mile powitaliby odebranie ich milionom ludzi (wyborcy Frontu Narodowego czy Haidera są liczeni właśnie w milionach). W każdym normalnym kraju cywilizacji zachodniej obowiązuje w sądownictwie reguła domniemanej niewinności osoby podejrzanej. Dopóki nie udowodni się jej, że w praktyce popełniła przestępstwo lub miała na pewno przestępcze zamiary, jest ona niewinna. Natomiast antyfaszyści z góry zakładają, że ktoś jest winny i ma zbrodnicze zamiary — jest to postępowanie identyczne jak wobec Żydów w Trzeciej Rzeszy i „wrogów klasowych” w ZSRR. Dlatego środowiska uznane przez nich za faszystowskie już z założenia nie mogą normalnie funkcjonować. Przykładowo w numerze dziesiątym opisując wizytę Gianfranco Finiego w Oświęcimiu autor tekstu pisze, że mimo iż Fini wielokrotnie powstrzymywał neofaszystów od aktów przemocy, potępił rasistowskie ustawy Mussoliniego i zagładę Żydów, głosi akceptację reguł demokratycznych itp. — to nie robi tego szczerze. Zdaniem autora tekstu jest to po prostu sprytny kamuflaż, mający na celu zjednanie sobie przychylności opinii publicznej. Być może jest tak w rzeczywistości, ale jak to sprawdzić? Jeśli z góry założymy, że deklaracje Finiego nie są szczere, to w podobny sposób możemy stwierdzić wobec każdej innej postaci. Nawet jeśli wobec osób wywodzących się ze środowisk skrajnie prawicowych i lewicowych należałoby zachować większą ostrożność, nie zmienia to faktu, że nie można z góry wykluczać ich rzeczywistej metamorfozy i porzucenia dawnych ideałów. Dobra pamięć i podejrzliwość to cechy potrzebne, jednak ich powszechne stosowanie nie wszystkim byłoby na rękę (patrz dalej)…

O ile jednak w przypadku Finiego możemy sądzić, że jego deklaracje skierowane do szerokiej publiczności wyczulonej na przejawy faszyzmu, są po prostu zgodne z panującą koniunkturą, zaś on sam demokracji i jej reguł w głębi duszy nie znosi, o tyle w innych przypadkach sprawa nie jest już taka prosta. Co bowiem zrobić np. z francuskim zespołem Fraction Hexagone (którego członkowie są działaczami Frontu Narodowego) głoszącym w wywiadzie dla pisma „Narodowa Scena Rockowa” (a więc pisma skierowanego do ludzi, którym to, co „NW” określa mianem faszyzmu nie przeszkadza i przed którymi Francuzi nie muszą niczego udawać): „Marzymy o (…) Europie Stu Flag, gdzie reżim demokracji parlamentarnej, który służy za legitymację dyktaturze partii i lobbies, ustąpi miejsca demokracji bezpośredniej, gwarancji wolności ludów”? Ewentualne prześladowania tego zespołu w imię zwalczania faszyzmu byłyby więc po prostu walką dwóch różnych frakcji miłośników demokracji: opowiadających się za demokracją parlamentarną i zwolenników demokracji bezpośredniej. Co to ma z antyfaszyzmem wspólnego, trudno powiedzieć… Jak miałaby wyglądać wolność i demokracja wg antyfaszystów, możemy się dowiedzieć z numeru siódmego „NW”, w którym Jarosław Hebel wzywa do delegalizacji pisma „Trygław” dlatego, że zamieszcza ono reprodukcję rzeźby Stanisława Szukalskiego przedstawiającą Józefa Piłsudskiego. Zdaniem Hebla rzeźba jest „zdecydowanie utrzymana w stylu sztuki faszyzującej”. Kierując się tą logiką można wzywać do delegalizacji encyklopedii sztuki współczesnej, katalogów wystaw itp. Żeby zaś było wszystko jasne, to żaden z poważnych krytyków nie twierdzi, że styl rzeźbiarstwa Szukalskiego miał coś wspólnego ze stylem faszystowskim.

Obrońcy demokracji nie potrafią odpowiedzieć na podstawowe pytanie: co zrobić jeśli ów lud, mający sprawować władzę, życzyłby sobie żeby reprezentowały go w parlamencie osoby uznane za faszystów? Co zrobić w sytuacji, gdyby wartości i postawy reprezentowane przez środowiska uznane przez antyfaszystów za faszystowskie, cieszyły się poparciem znacznej większości społeczeństwa? Jeśli zdelegalizuje się takie formacje polityczne i zakaże głoszenia takich poglądów, nie będzie to miało nic wspólnego z demokracją, czyli władzą większości — ludu. A jeśli nie zdąży się zdelegalizować i w demokratycznych wyborach lud w swej większości opowie się za realnymi czy mianowanymi faszystami? Pozostaje wtedy już tylko, jak w słynnym wierszu Brechta o nieodpowiedzialnym narodzie, zmienić taki lud na inny — tylko jak to zrobić? Eksterminować (w Oświęcimiu?)??? Wysłać na jakąś wyspę (Madagaskar?)??? Poddać totalnej kontroli i praniu mózgów??? A może pomanipulować w genach, by nie rodziły się osobniki o faszystowskich poglądach???

Okazuje się więc, że demokracja i swobody obywatelskie są dobre, jeśli nie służą faszystom. Biorąc jednak pod uwagę to, że dla antyfaszystów faszystą może się stać każdy (wspominałem już o braku jasnych kryteriów, nie sprecyzowaniu kto ma wydawać wyroki, pozbawieniu prawa oskarżonego do obrony itp.), nie mamy żadnej pewności, iż udziału w antyfaszystowskiej demokracji i swobód obywatelskich nie zostaną pozbawione równie liczne zbiorowości, jak w ZSRR czy Trzeciej Rzeszy. I może po prostu o to właśnie chodzi: o sprawowanie absolutnej władzy przez środowiska zwące się antyfaszystowskimi (oczywiście nie tylko z „NW” — chłopaki są jeszcze młode i na razie będą się zajmować przygotowaniem gruntu dla starszych kolegów, choćby z antyfaszystowskiej Unii Wolności), które wszystkich swoich przeciwników i konkurentów będą eliminować pod hasłami walki z faszyzmem i obrony demokracji. Przyglądając się metodom stosowanym przez „NW” takie skojarzenia z totalitaryzmem nie są bynajmniej nieuprawnione.

Faszyści do gazu, czyli kultura niekoniecznie pełna

W piątym numerze „Nigdy Więcej” Michał Warchala omawiając pismo „Szczerbiec” napisał: „W atakach na inne gazety 'Szczerbiec' posługuje się brutalną frazeologią, która bliska jest slangowi stosowanemu np. przez propagandę komunistyczną czy hitlerowską. Mamy więc 'pismaków', 'ujadaczy', 'sprzedajne szmatławce na żołdzie masonerii, neokomuny, związków przestępczych i wrogich Polsce ośrodków żydowskich'. Do ulubionych należą też takie określenia, jak 'demoliberalne publikatory' czy 'prasa polskojęzyczna'. Inwencja publicystów 'Szczerbca', jeśli chodzi o tworzenie inwektyw, jest doprawdy niewyczerpana — częste są, mające zdyskredytować przeciwnika, zbitki słowne w rodzaju 'żydowsko-masońska pseudodemokracja', 'antychrześcijański pseudonacjonalizm', 'socjalkapitalizm'” itp. Nie wdając się w ocenę słownictwa „Szczerbca” i przyjmując za „NW”, że jest ono brutalne i pełne określeń podobnych do występujących w prasie faszystowskiej i komunistycznej, przyjrzyjmy się językowi używanemu przez twórców „NW”. Wnioski takiej analizy sprawiają wrażenie, że ani chybi „Szczerbiec” jest obiektem ich fascynacji, inspiracją w tworzeniu pisma. Wystarczy porównać. Oto określenia używane przez „antyfaszystów” w celu opisania działań i postaw tych, których oni sami za faszystów uznają: „bydlak” (NW 2), „pseudoekologia” (j.w.), „zatęchła i obskurancka tradycja” (NW 3), „bredzą coś” (j.w.), „chora psychika niektórych społeczeństw” (NW 4 — warto zauważyć, że taka sugestia nosi wszelkie znamiona propagowania nietolerancji narodowościowej), „neofaszysta próbujący zawłaszczyć nasze polskie tradycje” (NW 5), „zwykła, prymitywna nienawiść do 'obcych'” (j.w.), „zoologiczni antysemici” (j.w.; NW 7), „paranoiczna ideologia” (j.w.), osobnicy, którym autor „skłonny jest zalecić konsultację psychiatryczną” (j.w.), „pseudonaukowe prace” (j.w.), „pseudohistoryk” (j.w.; GW), „zloty fanatycznych antysemitów i rasistów” (NW 6), „książki-paszkwile” (j.w.), „chore poglądy” (NW 7), „wyciągnięta z niebytu kolejna kreatura” (j.w.), „plugawe brednie” (j.w.), „tłusta klucha” (j.w.), „półświatek” (j.w.), „galeria potworów” (j.w.), „aberracja szczególnie perfidna” (j.w.), „ideologia nienawiści” (j.w.), „umysłowa dewiacja” (j.w.), „jastrzębie Rydzyka” (NW 8), „manifestomaniacy” (j.w.), „masowa paranoja” (j.w.), „leciwy fan — club o. Rydzyka” (j.w.), „emerytowany fan — club o. Rydzyka” (j.w.), „neofaszystowski 'naukowiec'” (j.w.), „pracowity antysemita” (j.w.), „obsesyjna publicystyka” (j.w.), „znany tropiciel masonów” (j.w.), „farbowani nibypatrioci” (j.w.), „typy spod najciemniejszej gwiazdy” (j.w.), „mętne tłumaczenia” (NW 9), „nadęte 'ekologiczne' wypociny” (j.w.), „koleś” (j.w.), „pieszczoch włoskiego neofaszyzmu” (NW 10), „niezniszczalny polski kołtun i dulszczyzna, w swej całej dusznej, świętoszkowatej 'krasie'” (j.w.), „rasistowski szmatławiec” (j.w.), „szarlatani” (j.w.), „wulgarna manipulacja narodową martyrologią” (j.w.), „neonazistowski pseudohistoryk” (j.w.), „niebezpieczny fanatyk” (j.w.), „pseudohistoryczne bajdurzenia” (j.w.), „manifesty ziejące nienawiścią” (j.w.), „(pseudo)filozoficzne refleksje” (j.w.), „wioskowy głupek” (j.w.), „faszystowski fanatyk i przestępca” (NW 11), „rasistowski parteitag” (j.w.), „zbiór wypocin” (j.w.), „pucołowaty fuehrer” (j.w.), „tym podobne ble, ble, ble” (GAA 56, ZB), „mogą oni zrobić kuku w głowie na całe życie” (j.w.), „lepszy wywabiacz białych plam niż Ace” (j.w.), „gówno” (j.w.), „faszystowska breja” (P 13), „paszkwilo-donos” (j.w.), „ideologiczne szambo” (j.w.), „chora fascynacja” (j.w.), „faszyzoidalne brednie” (j.w.), „byłby idealnym rzecznikiem prasowym Ku Klux Klanu, gdyby był to szpital [sic! — R.O.] katolicki” (P 10), „neofaszystowska gadzinówka” (P 11), „cymbały” (G 13), „szarlatani” (GW). Nie są to bynajmniej wszystkie przykłady wyszukanego i łagodnego słownictwa, które ma odróżniać „NW” od „Szczerbca”, gdyż wybrałem tylko te, które nie dotyczą neonazistowskich gangów, bojówek, pseudokibiców i tych osób, których działalność nie zasługuje na łagodne określenia, pominąłem także inwektywy zawarte w artykułach przedrukowanych przez „NW”. Warto pamiętać, czytając te określenia, o stwierdzeniu redaktora naczelnego „NW” — Marcina Kornaka, który napisał: „Historia uczyła ludzi już tysiąc razy, za każdym razem boleśniej, że na początku zabija słowo…” (P 13). Czyżby Kornak był potencjalnym mordercą? W innym miejscu ten sam autor napisał: „Narastający potok plugastwa coraz rzadziej już hamuje autorefleksja, zdrowy rozsądek, dobry smak, podstawowe maniery czy zwyczajny wstyd. Dziś właściwie nie ma zbyt śmierdzącego gówna do rzucania nim w bliźniego, tylko dlatego, że jest przeciwnikiem” (P 10). Czytając „Nigdy Więcej” nie sposób się nie zgodzić z tą opinią.

W numerze dziesiątym „NW” Marcin Kornak napisał: „Dziś wydajemy gazetę na europejskim poziomie i naprawdę nie mamy się czego wstydzić”. Nie wiem jakie gazety wyznaczają kanon europejskości w rozumieniu Kornaka, ale biorąc pod uwagę słownictwo używane przez redaktorów „NW” sądzę, że ich pismo może się równać z takimi tuzami, jak „Volkischer Beobachter” (organ NSDAP) czy sowiecka „Prawda” z najczarniejszego okresu obu reżimów. Jarosław Hebel w numerze dziesiątym „NW”, komentując prowadzoną przez Rafała Ziemkiewicza audycję radiową poświęconą antyfaszyzmowi, z oburzeniem napisał: „Redaktor Ziemkiewicz (…) nie pierwszy już raz biernie przysłuchiwał się rzucaniu przez radiosłuchaczy inwektyw pod adresem nielubianych przezeń osób”. Nie wdając się w ocenę działalności Ziemkiewicza i przyjmując za Heblem, że istotnie zachowuje się on w ten sposób, warto zauważyć, iż redaktor „NW” Marcin Kornak nie tylko wielokrotnie tolerował w swoim piśmie rzucanie inwektyw pod adresem nielubianych przez siebie osób, ale i sam w rzucaniu tychże inwektyw przodował (wśród wyżej wymienionych wiele jest autorstwa Kornaka, na ogół tych najbardziej chamskich).

W numerze siódmym „NW” prowadzący rubrykę „Katalog wypadków — kraj” Marcin Kornak napisał: „Rzeszów. 29 marca po mszy w kościele farnym około stu neofaszystów przemaszerowało ulicami miasta krzycząc: 'Precz z żydowską okupacją', 'Polska rzecz — Żydzi precz' i 'Chcemy katolika, a nie heretyka'. Gdzie w tych hasłach miłość bliźniego, nie wiadomo”. Nie wdając się w rozważania o hasłach wykrzykiwanych przez rzeszowskich manifestantów i przyjmując za Kornakiem, że pełne są one nienawiści, zapytajmy jednak, gdzie jest miłość bliźniego w artykułach i wypowiedziach redaktorów „Nigdy Więcej”? A może po prostu faszyści realni i mianowani nie zasługują na miłość bliźniego? Wszak nie ma tolerancji dla wrogów tolerancji (o czym pisałem wcześniej), więc ci, którzy zdaniem redakcji „NW” głoszą hasła faszystowskie (nie zapominajmy, że dla tego towarzystwa faszyzmem jest bardzo szerokie spektrum poglądów, nawet takich, które są całkiem odmienne od głoszonych przez faszystów historycznych) nie zasługują na miłość bliźniego — po prostu są podludźmi. Dlatego jakiekolwiek zasady etyczne nie obowiązują w szczytnym dziele zwalczania faszyzmu. A więc faszyści do gazu?

Kto wie… Marcin Kornak stwierdza: „Faszyści znowu szykują rzeź, my (antyfaszyści) chcemy im to utrudnić wszelkimi sposobami (…)” (MP 63-64) [podkr. moje — R.O.]. Co prawda żadnych poważnych oznak zbliżającej się rzezi nie widać, ale nie zaszkodzi prewencyjnie zastosować wszelkich możliwych środków wobec faszystów realnych i urojonych. Czytając zamieszczone w „NW” listy od czytelników (wydrukowane bez żadnego komentarza redakcji) mamy wrażenie, że nie można wykluczyć niczego. Jeden z nich pisze w numerze piątym: „Jeśli nie damy faszystom żadnej platformy działania, żadnych spotkań, demonstracji, rozdawania ulotek, itd., to wtedy odetniemy ich od źródła potencjalnych sympatyków — a więc osiągniemy cel: rozpad ich ugrupowań. Oni muszą wiedzieć, że gdziekolwiek się ruszą, MY ich powstrzymamy, że każda ich manifestacja będzie rozbita, każde spotkanie atakowane. Każda partia powinna sobie uświadomić, że współpraca z nacjonalistami i faszystami zakończy się dla nich wybitymi szybami i osprajowanymi murami… Może wtedy uda nam się powstrzymać brunatną zarazę. Obecne czasy i gwałtowny rozwój neofaszyzmu wymuszają na nas takie metody, bo inaczej pewnego dnia obudzimy się wśród dymiących kominów obozów koncentracyjnych. Powyższe metody są z powodzeniem stosowane w Anglii, Niemczech, Szkocji i innych krajach. Myślę, że czas i na nas.”. Wtóruje mu w numerze szóstym inny czytelnik: „Przyczyną tego [zaprzestania przez ”faszystów„ napadów na koncerty i demonstracje — R.O.] na pewno nie jest ulotka antynazistowska (…), lecz bezpośrednie ataki na ich miejsca spotkań, ataki na ulicy, rozbijanie demonstracji (legalnych!). Wtedy oni zaczną się bać, a przecież są tylko ludźmi i strach też ich dosięga (…). Wywalczmy swoje ulice, wtedy nie będzie problemów w stylu podpaleń synagog, niszczenia żydowskich cmentarzy ani pobić.”. Identycznie brzmiały nawoływania nazistowskich bojówkarzy do pogromów, tylko że „faszystów” i „nacjonalistów” zastępowali tam „Żydzi” i „komuniści”. Wtedy też wybijanie szyb (Noc Kryształowa), malowanie na murach haseł (antysemickich), atakowanie manifestacji (komunistycznych), „wywalczanie ulic” itp. miały uchronić przed ostatecznym złem. Wtedy było nim „zdobycie przez Żydów władzy nad światem”, dziś jest to „przejęcie władzy przez faszystów”. Historia zatoczyła koło, Hitler przewraca się w grobie ze śmiechu…

W numerze szóstym „NW” Radek Zenderowski ubolewa: „Najbardziej (…) rozgoryczające jest to, że słuszny skądinąd sprzeciw wobec chorych form współczesnej kultury tak łatwo przeradza się w totalitaryzm, w próbę nie intelektualnego, lecz siłowego, najbardziej prymitywnego przezwyciężenia problemu. Czyżby miało to świadczyć o tym, że nasza kultura nie posiada już zdolności rewitalizacji, odradzania się?”. Choć słowa te dotyczyły metod stosowanych przez faszystów, to obserwacja zachowań i postaw redaktorów „NW” skłania mnie do smutnego wniosku, że na końcowe pytanie Zenderowskiego należy odpowiedzieć twierdząco…

Chłopaki nie kłamią, czyli prawda niekoniecznie pełna

Redaktorzy „NW”, jak przystało na ludzi szlachetnych, ceniących wolność, sprzeciwiających się faszyzmowi z pobudek moralnych, są uczciwi i prawdomówni. Rzadko więc sięgają po zwykłe kłamstwa, na ogół zadowalają się przedstawieniem częściowej prawdy lub podaniem informacji w taki sposób, że zmienia ona swój wydźwięk. Nie jest to zadanie specjalnie trudne, gdyż większość czytelników „NW” to osoby młode, nie posiadające głębokiej wiedzy na podejmowane przez pismo tematy, często wszystkie informacje na dany temat czerpiące właśnie z niego i nie mające z czym tej wiedzy skonfrontować (lub nie chcące tego robić, traktując zawartość „NW” jako prawdę ostateczną i niepodważalną). Redaktor naczelny „NW” stwierdza: „My piszemy jedynie o faktach” (G 13). Zobaczmy zatem jak wyglądają te fakty.

I tak oto Marcin Kornak stwierdza (GAA 56), jakoby Rafał Jakubowski nigdy nie był członkiem redakcji „Nigdy Więcej”. Wystarczy jednak otworzyć drugi numer „NW” i w stopce redakcyjnej przeczytać: „Redakcja w składzie: Marcin Kornak (red. nacz.), Krzysztof Kornak, Rafał Pankowski, Dariusz Paczkowski, Rafał QBA Jakubowski (…)” [podkr. moje — R.O.]. Oczywiście Kornak informację o Jakubowskim podaje „gwoli prawdy” — przynajmniej wiadomo, jak Kornak tę prawdę rozumie.

Ciekawym przykładem konstruowania takiej swoistej „prawdy” w wydaniu „NW” jest przedstawianie Jean Marie Le Pena jako osoby kwestionującej zagładę Żydów w czasie II wojny światowej. W drugim numerze „NW” Rafał Pankowski przytacza następujące słowa Le Pena: Nie twierdzę, że komory gazowe nie istniały. Nie widziałem ich na własne oczy. Nie zajmowałem się tym zagadnieniem. Myślę, że to tylko szczegół w historii II wojny światowej.” [podkr. moje — R. O.]. Choć wypowiedź Le Pena jest kuriozalna, to nie sposób uznać, że neguje on fakt zagłady Żydów. Jeśli już, to bagatelizuje ten fakt, ale w końcu Le Pen jest politykiem (a nie historykiem) i Francuzem (a nie Żydem) i chyba nie ma obowiązku uznawania zagłady Żydów za fakt najistotniejszy w historii ludzkości (czytając takie stwierdzenia zaczynam się zastanawiać, czy już wkrótce do więzienia nie będą zamykać nie tylko za „kłamstwo oświęcimskie” ale i za „bagatelizowanie oświęcimskie”). W komentarzu Pankowski stwierdza, że Le Pen „kwestionuje znaczenie zbrodni ludobójstwa, Oświęcimia, holocaustu” [podkr. moje — R.O.], a więc nie kwestionuje samego faktu. Nie przeszkadza to Pankowskiemu już w numerze czwartym „NW” stwierdzić, że Le Pen „zaszokował opinię publiczną kwestionując autentyczność historyczną zagłady Żydów w czasie II wojny światowej” [podkr. moje — R. O.]. Uważny czytelnik łatwo zauważy, że taki wniosek w świetle wypowiedzi Le Pena jest po prostu nieuprawniony, a stwierdzenie Pankowskiego nieprawdziwe. Jednak na łamach „NW” historia żyje własnym życiem i oto w numerze szóstym Michał Warchala pisze już, że Le Pen jest wręcz „'tubą' negacjonizmu we Francji”. Dodaje także: „Lider skrajnie prawicowego Frontu Narodowego znany jest z publicznego podważania prawdy o masowej eksterminacji Żydów w Oświęcimiu” [podkr. moje — R.O.]. Stwierdzenie to w świetle przytaczanych przez „NW” wypowiedzi Le Pena jest również nieprawdziwe, a innych dowodów na taką postawę Le Pena Warchala nie raczy podać. Podobnie jak nie raczy podać żadnych dowodów na swoje kolejne stwierdzenie, tym razem z numeru dziesiątego, jakoby „Le Pen 'wsławił się' m.in. twierdzeniami na temat nieistnienia komór gazowych w Oświęcimiu”. Jedyne znane stwierdzenie Le Pena nt. temat to retoryczne pytanie czy fakt istnienia komór gazowych to prawda objawiona, w którą trzeba koniecznie wierzyć.

Kwestią szczególnie dobrze obrazującą specyficzne rozumienie „prawdy” przez „NW” jest zjawisko tzw. rewizjonizmu historycznego. Artykuły nt. temat obfitują w przekłamania, manipulacje słowne, żonglerkę faktami itp. Specjalistą „NW” od tego tematu jest Michał Warchala, który w numerze piątym stwierdza: „Jednym z głównych celów 'historyków-rewizjonistów' jest wykazanie, że dokonana (…) przez Niemców zagłada ludności żydowskiej w rzeczywistości nie miała miejsca. [podkr. moje — R. O.] Ktoś, kto zetknął się ze zjawiskiem rewizjonizmu historycznego wie, że twierdzenie takie jest nieprawdziwe. Pomijając kilku fanatycznych neonazistów wybielających Hitlera i Trzecią Rzeszę, którzy zresztą nie sytuują się w głównym nurcie rewizjonizmu, rewizjoniści nie zajmują się negowaniem zagłady Żydów, lecz dowodzeniem, że — z wielu względów — nie mogła ona wyglądać tak, jak przedstawia to oficjalna historiografia. Nikt z czołowych rewizjonistów nie twierdzi, że hitlerowcy w ogóle nie mordowali Żydów (nie będę pisał, co na ten temat w rzeczywistości twierdzą rewizjoniści, gdyż w wolnym i demokratycznym kraju za takie rzeczy ciągają po sądach). Nie przeszkadza to Warchale w numerze szóstym (a Pankowskiemu w GW) nazywać rewizjonistów „negacjonistami”, czyli osobami, które negują fakt zagłady Żydów, co w świetle działań większości rewizjonistów jest nieuprawnione. Motywem przewodnim tekstów Warchali jest teza, że rewizjonizm historyczny służy w istocie wybielaniu nazistów, promocji nazizmu, gloryfikacji Hitlera itp. Starannie dobiera więc postacie prezentowanych rewizjonistów tak, by ich poglądy i sympatie polityczne potwierdzały tę tezę. Skupia się więc przede wszystkim na działalności Davida Irvinga, znanego rzeczywiście ze swych skrajnie prawicowych i prohitlerowskich sympatii. Oprócz tego wymienia kilka innych postaci m.in. Ernsta Zuendela, Paula Rassiniera (który zapewne był nazistą, zważywszy na to, że działał we francuskim antyfaszystowskim ruchu oporu, był więziony przez Gestapo i przebywał w obozach koncentracyjnych, a całe życie związany był z lewicą i ruchem pacyfistycznym). Ktoś, kto chciałby swą wiedzę o rewizjonizmie czerpać z „NW” nie dowie się więc, że z nazistowskimi sympatiami i skrajną prawicą niewiele mają wspólnego inni rewizjoniści (o znacznie większym dorobku i znaczeniu w tym środowisku niż Zuendel czy Rassinier). Nie dowie się więc o Rogerze Garaudym — lewicowym islamiście, Serge'u Thionie — anarchiście, a o Robercie Faurrissonie — liberale i wolterianinie dowie się, że jest autorem szeregu antysemickich publikacji (jako że Warchala ich nie wymienia, należy sądzić, że „antysemickie” są rewizjonistyczne prace Faurrissona). Nie dowie się czytelnik także, że poparcia prześladowanym rewizjonistom udzielił znany lewicowy bojownik o prawa człowieka — Noam Chomsky, mający żydowskie pochodzenie. Gdyby czytelnik się o tym dowiedział, mógłby bowiem zapytać jak to w rzeczywistości jest z pronazistowskim nastawieniem rewizjonistów. Innym argumentem przeciwko rewizjonistom jest ich rzekomy antysemityzm. I znów Warchala nie wspomina, że oprócz zadeklarowanych antysemitów sporo jest w tym gronie osób, które o takie sympatie trudno posądzać. W swym wywodzie posuwa się aż do paranoi, kiedy pisze, że czołowa organizacja rewizjonistyczna, czyli Institute for Historical Review organizuje konferencje będące jego zdaniem „zlotami fanatycznych antysemitów i rasistów” oraz jest częścią większej struktury, w skład której wchodzą organizacje antysemickie i rasistowskie. Jest to zapewne szczera prawda, zważywszy, że szefem IHR jest Żyd — Mark Weber. Ciekawym zjawiskiem, które dotyczy m.in. rewizjonistów jest określanie ich przez „NW” mianem „pseudohistoryków” (m.in. NW 6, 7, 10). Zważywszy na to, że wśród uczonych związanych z rewizjonistami możemy odnaleźć choćby profesora Ernsta Nolte, zaś wśród osób redagujących „NW” trudno byłoby znaleźć kogoś z tytułem wyższym niż magister, oceny takie są zapewne uprawnione. Marcin Kornak pisze w numerze jedenastym: „Negacjoniści Holocaustu to grupa pseudohistoryków, prawicowych ekstremistów i antysemitów, których wspólną misją jest wybielenie zbrodniczej III Rzeszy”. Tej klasy geniusz intelektu i prawdziwy znawca historii co Kornak, zapewne potrafi wytłumaczyć, jak Żyd może być antysemitą, skrajny lewicowiec czy anarchista — prawicowym ekstremistą, a profesor — pseudonaukowcem. Na gruncie antyfaszystowskiej dialektyki jest to zapewne możliwe…

W ogóle redakcja „NW” jest autorytetem w każdej dziedzinie. Mamy więc ataki na „pseudoekologów”, choć żaden z twórców „NW” z działalnością ekologiczną nie ma nic wspólnego (Kornak był co prawda współtwórcą Frontu Wyzwolenia Zwierząt, ale po tym, jak on i kilku kolegów mianowało się „liderami” i autorytarnie zarządzało jego działaniami, organizacja ta praktycznie rozpadła się przed kilkoma laty i słuch o niej zaginął). Mamy też „pseudoanarchistów”, choć znowu nikt z twórców „NW” z tym ruchem nie ma nic wspólnego, a znakomita większość ważnych ośrodków, pism i postaci spod znaku czarnej flagi w mniej lub bardziej jednoznaczny sposób potępiła zamordystyczne działania „NW” i odcięła się od tego towarzystwa. Mamy także „pseudopatriotów”, choć redakcja „NW” reklamując sprzedaż koszulek z napisem „Pierdol swoją narodowość” (NW 11) jasno określa swoje stanowisko wobec wszelkiego patriotyzmu (żeby było całkiem jasne to hasłu na koszulce towarzyszy rysunek przekreślonej swastyki — jasna sugestia, że wszelki przywiązanie do ojczyzny i wspólnoty narodowej jest tożsame z faszyzmem).

Innym sposobem pozwalającym twórcom „NW” ominąć niewygodną dla nich prawdę jest przedstawianie jej w sposób niepełny. I tak oto w numerze ósmym „NW” M[arcin].K[ornak]. zadowolony pisze, że władze obozu oświęcimskiego zabroniły wstępu na jego teren i do archiwum Davidowi Irvingowi. Pisze także, że Irving przybył do Oświęcimia z ekipą telewizyjną, mającą kręcić o nim film. Oczywiście nie dodaje, że owa ekipa telewizyjna to ekipa stacji BBC, znanej z przygotowywania najlepszych chyba na świecie filmów dokumentalnych. Przecież czytelnik informowany w kilku poprzednich numerach „NW”, że Irving to pseudohistoryk objęty powszechnym bojkotem przez wszystkie poważne gremia, nie może się dowiedzieć, że tak szacowna stacja telewizyjna zamierzała nakręcić film o nim. Podobnym, choć bardziej ordynarnym przykładem pomijania części prawdy jest zamieszczona w numerze szóstym „NW” redakcyjna notka, w której możemy przeczytać, że Marek Głogoczowski jest publicystą, którego artykuły zamieszczała m.in. „Trybuna Ludu”. Nie dowiemy się więc z tej notki, że Głogoczowski to nie jakiś były PZPR-owski aparatczyk, a ów artykuł ukazał się w „Trybunie Ludu” po upadku komunizmu (więc była to taka sama gazeta, jak dzisiejsza „Trybuna”, która w pozytywnym świetle prezentuje dokonania naszych antyfaszystów), nie dowiemy się także, że Głogoczowski w latach 70. regularnie publikował w paryskiej „Kulturze”, której ówczesny i obecny redaktor chwali poczynania „NW” (a może by tak „NW” powiedziało Giedroyciowi kilka ostrych słów, że przez tyle lat dawał faszyście trybunę do głoszenia swych poglądów?). Głogoczowski w ogóle nie ma szczęścia do „NW”, gdyż po tym, jak opublikował (Ż 16) sprostowanie wspomnianej „prawdziwej” informacji z „NW”, w numerze ósmym tego pisma Rafał Pankowski znowu napisał o nim „samą prawdę”. Tym razem z kilkustronicowego tekstu obnażającego matactwa „NW” wybrał jedno zdanie (wyrwane z kontekstu), by stwierdzić, że Głogoczowski „jak zwykle pisze o podwójnej twarzy żydowskich prominentów”.

Pankowski jest zresztą mistrzem w tego rodzaju manipulacjach słownych. W numerze ósmym stwierdził, że Jarosław Tomasiewicz (będący nb. ulubionym bohaterem ataków „NW” — swoją drogą warto, by czytelnicy „NW” pamiętali, że przed kilkoma laty redaktorzy „NW”, Kornak i Pankowski, doskonale wiedząc o jego wcześniejszych związkach ze skrajną prawicą korespondowali w najlepsze z tym „groźnym faszystą”, prosili go o pomoc i prawili komplementy) w jednym ze swych artykułów „broni serbskich zbrodniarzy wojennych”. Jako że Tomasiewicz nie bronił serbskich zbrodniarzy wojennych, a jedynie wskazywał, iż nie tylko Serbowie popełniali zbrodnie w konflikcie bałkańskim, autor zażądał sprostowania wskazując na rzeczywistą wymowę artykułu. Prawdomówna redakcja „NW” stwierdziła, że nie ma on racji, a jako dowód podała cytat z tego właśnie artykułu. Co prawda cytat potwierdzał to, co w sprostowaniu stwierdził Tomasiewicz, a zaprzeczał tezie „NW”, ale kto by się przejmował takimi drobiazgami… W tym samym numerze ósmym Pankowski zarzucił niżej podpisanemu, że w jednym ze swych artykułów „głosi chwałę 'ekologicznego' faszyzmu [podkr. moje — R. O.]. Gdy zażądałem sprostowania pisząc, że nie jest możliwe, abym głosił chwałę jakiegokolwiek faszyzmu, gdyż w swym artykule o ekologii w III Rzeszy wyraźnie potępiłem ów ustrój (w sprostowaniu podałem stosowny cytat, który Pankowski celowo pominął), wtedy w numerze dziewiątym „NW” redakcja odpowiedziała mi, że moje „mętne tłumaczenia” nie zmienią faktu, że wspomniany artykuł „był pochwałą 'ekologiczności' faszyzmu” [podkr. moje — R.O.]. Cóż, jeśli redaktorzy gazety na europejskim ponoć poziomie nie odróżniają pochwały części („ekologiczności” III Rzeszy) od pochwały całości (ustroju faszystowskiego), to zamiast wydawać gazetę, powinni oglądać w telewizji programy dla przedszkolaków. Równie dobrze można wszak za piewcę faszyzmu uznać kobietę, która stwierdzi, że przywódcy III Rzeszy byli przystojni (są różne gusta…).

Jednak w przypadku „NW” takich „pomyłek” jest zbyt wiele, by można było to złożyć na karb przypadku lub nieuctwa. Są to starannie przemyślane manipulacje, których autorzy liczą na brak rozeznania u czytelników. Takich manipulacji mamy zresztą więcej: wspomniany Pankowski w numerze szóstym omawiając tzw. Trzecią Pozycję stwierdza, że antysemityzm pozostaje ważnym składnikiem” [podkr. moje — R. O.] jej ideologii. Na dowód tego przytacza słowa deklaracji owej formacji: syjonizm jako zorganizowany ruch polityczny (…) zbudował strukturę władzy, która ogarnia cały glob” [podkr. moje — R. O.]. Jeśli więc potępienie syjonizmu jest zdaniem Pankowskiego przejawem antysemityzmu, to za antysemitów należałoby uznać ortodoksyjnych Żydów z organizacji Naturei Karta (którzy otwarcie deklarują swój antysyjonizm) oraz wspomnianego już Żyda-antysyjonistę Chomsky'ego. Teoretyk tej klasy co Pankowski zapewne tę sprzeczność potrafi logicznie wytłumaczyć. Ta żonglerka pojęciami typu „nazizm”, „rasizm”, „antysemityzm” nie jest przypadkowa. Pozwala ona manipulować mniej wyrobionym czytelnikiem, czego najlepszym przykładem jest zamieszczone w numerze siódmym „NW” (przedruk bez komentarza redakcji) porównanie amerykańskich milicji stanowych (decentralizacja polityczna, opór wobec rządu centralnego, patriotyzm lokalny, obrona tradycji religijnych itp.) z europejskimi fanami Hitlera (skrajna centralizacja, wzmocnienie władzy rządu, niszczenie partykularyzmów lokalnych, wykorzenianie tradycji religijnych itp.). Wszak to wszystko rasiści, faszyści, naziści i antysemici. Pankowski dobrze sobie radzi w przedstawianiu „całej prawdy” także i w innych przypadkach. W numerze czwartym „NW” opisując współpracę Prawicy Narodowej z ugrupowaniem Le Pena stwierdza, iż w czasie wizyty Bruno Gollnischa (zastępcy Le Pena) w Polsce jego spotkanie ze studentami w Warszawie nie doszło do skutku „z powodu bójki między polskimi sympatykami Le Pena a protestującymi antyfaszystami”. W rzeczywistości owi antyfaszyści po prostu dotkliwie pobili Gollnischa (zważywszy na to, że ma on żydowskie pochodzenie można to uznać za akt antysemityzmu) i towarzyszące mu osoby (jedną z nich zabrała karetka) oraz zdemolowali pomieszczenia uczelniane. Gdyby do Polski przyjechał np. Daniel Cohn-Bendit a jego spotkanie w podobny sposób rozbiliby faszyści, to Pankowski pisałby o „terrorze skrajnej prawicy”, „rodzącym się zamordyzmie”, „braku reakcji władz i policji na karygodne wybryki faszystów”, „zagrożeniu demokracji i swobód obywatelskich” itp. Lecz skoro pobito jedynie „faszystę”, Pankowski pisze o bójce.

Kolejnym przykładem na prawdomówność Pankowskiego jest krótkie omówienie przez niego działalności brytyjskich ugrupowań tzw. „trzeciej drogi”, kiedy to sugeruje, że ich hasłem (lub streszczeniem ideologii — Pankowski nie precyzuje) jest „nie komunizm, nie kapitalizm, ale faszyzm” (IŚ 7). Zważywszy na fakt, że jedno z tych ugrupowań odwołuje się m.in. do zasad decentralizacji państwa i dorobku prekursora anarchizmu — Proudhona znowu mamy do czynienia z samą prawdą. Samą prawdę pisze także w numerze piątym „NW” prezentując postać Larry'ego O'Hary, angielskiego dziennikarza, który opisał związki antyfaszystowskiego pisma „Searchlight” (będącego wzorcem do naśladowania dla „NW” i obiektem fascynacji Pankowskiego) z brytyjskimi służbami specjalnymi. Pankowski pisze, że O'Hara jest faszystą, który przez incydentalne kontakty z lewicą usiłował zyskać sobie wiarygodność w tym środowisku. Zdaniem Pankowskiego w rzeczywistości O'Hara na co dzień związany jest ze skrajną prawicą. Tymczasem prawda wygląda dokładnie odwrotnie: O'Hara przez lata współpracował ze środowiskami lewicowymi (był autorem wielu artykułów m.in. w takich pismach jak „Tribune”, „New Socialist”, „Labour Briefing”, „Green Party Anti-Racist Newsletter”, „Greenline”), a kontakty ze skrajną prawicą nawiązał, gdy ta zainteresowała się jego publikacjami o poczynaniach wywiadu brytyjskiego i jego prowokacjach przeciwko ugrupowaniom opozycji antysystemowej (lewicowej i prawicowej). Pankowski pisze też inną samą prawdę: że O'Hara został objęty bojkotem przez radykalną lewicę, a środowiska anarchistyczne w Anglii uznały go za agenta faszystów. I tę prawdę łatwo można sprawdzić biorąc do rąk katalog (z początku roku 2000) najbardziej szacownego wydawnictwa anarchistycznego z Wysp Brytyjskich, czyli AK Press, które mimo sugerowanego przez Pankowskiego potępienia O'Hary przez anarchistów, dwa lata po wydrukowaniu artykułu w „NW” wciąż rozprowadza jego broszurę o współpracy angielskich antyfaszystów ze służbami specjalnymi. A może po prostu „NW” nie dotarło do Albionu i angielscy anarchiści sami nie wiedzą, że potępili O'Harę? Rafał, na co czekasz, wyślij im koniecznie numer piąty! Pankowski nie napisze jednak przecież, że ktoś o lewicowych poglądach może krytycznie oceniać pismo antyfaszystowskie, bo wiadomo, że działalność antyfaszystów budzi zastrzeżenia tylko i wyłącznie ze strony faszystów. Zapewne przypadki fizycznych ataków na O'Harę i jego mieszkanie to także dzieło faszystów, dla których stał się zbyt mało faszystowski pisując do lewicowych gazet…

Innym specjalistą od obiektywnego przedstawiania wydarzeń jest wspominany już Michał Warchala. W numerze dziesiątym „NW” omawiając pismo „Stańczyk” stwierdza, że ulubieńcem redakcji tego pisma jest Ernst Juenger — „pisarz raczej średniego formatu”. Rozumiem, że komuś może się nie podobać twórczość Juengera (oraz jego wybory polityczne), nie zmienia to jednak faktu, że był on uznawany za jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy niemieckich przez krytyków, wydawców, czytelników (o czym świadczy fakt przełożenia jego książek na wiele języków) i innych twórców (tej klasy co Remarque czy Boell). Warchala jednak nie napisze przecież, że „faszysta” może być jednocześnie wybitnym pisarzem. Co innego Andrzej Szczypiorski, który napisał tyle książek o dobrych Żydach i złych antysemitach, a i do „NW” coś skrobnął… W tym samym artykule Warchala na podstawie wyrwanego z kontekstu cytatu pisze, że redaktorowi „Stańczyka”, Tomaszowi Gabisiowi „marzy się Wielka Rzesza” . O tym, że Gabiś jest polskim faszystą już można się było dowiedzieć, ale że jest faszystą niemieckim to pierwsze słyszę. Ech, ma ten Warchala dar odkrywania prawdy…

Samą prawdę pisze też Marcin Kornak w „Katalogu wypadków” w numerze piątym „NW”, kiedy to podaje, że we Wrocławiu podczas wizyty papieża członkowie NOP-u i Młodzieży Wszechpolskiej „próbowali zakłócić uroczystość”. Jako że miałem okazję oglądać telewizyjną relację z tego zdarzenia chciałbym się dowiedzieć, w jaki to sposób można zakłócić wizytę katolickiego papieża, skandując katolickie hasła w części miasta odległej od miejsca uroczystości? Kornak zapewne to jakoś wytłumaczy, zwłaszcza że znany jest powszechnie jako miłośnik papieża (patrz dalsza część tekstu). W numerze jedenastym jakiś anonimowy miłośnik całej prawdy pisze, że jeśli chodzi o wspomnianego już Tomasza Szczepańskiego „nawet w NW znalazły się dwa przedruki jego tekstów” . Dodajmy od siebie, by wyręczyć miłośników całej prawdy, że ten sam Szczepański figurował przez jakiś czas jako stały współpracownik tego pisma w stopce redakcyjnej, a Rafał Pankowski chwalił go w numerze trzecim.

Innym miłośnikiem „całej prawdy” jest Jerzy Czech. W numerze ósmym „NW” w artykule poświęconym pismu „Fronda” zarzuca jego twórcom fascynację faszyzmem, czego dowodem ma być m.in. prezentacja przez to pismo rumuńskiego ugrupowania Żelazna Gwardia. Zdaniem Czecha „Fronda” postąpiła nieuczciwie przedstawiając jedynie religijny aspekt działalności tego ruchu, a pomijając wątki mniej wygodne: kolaborację z nazistami, antysemityzm, bandytyzm itp. Jak przystało na miłośnika prawdy, Jerzy Czech nawet się nie zająknie, że owa „Fronda” prezentując religijny aspekt zjawiska w numerze szóstym, trzy numery później (rok przed zamieszczeniem tekstu Czecha w „NW”) zamieściła artykuł przedstawiający te aspekty działalności Żelaznej Gwardii, które jego zdaniem zostały zatajone. I znowu sama prawda… Podobnie jest z innym dowodem na „faszyzację” „Frondy”, czyli zamieszczeniem w niej prezentacji Juliusa Evoli, co wytyka twórcom tego pisma nie tylko Czech, ale i redaktorzy „NW”. Żaden z tych miłośników prawdy nawet słowem nie wspomniał o fakcie zamieszczenia przez tę samą „Frondę” krytycznej oceny postawy Evoli w numerze z lata 1999 r.

Warta uwagi jest także wybiórczość w przedstawianiu konkretnych przypadków tego, co redakcja „NW” uznaje za przejaw faszyzmu. Gdy jeden z czytelników w liście (NW 10) oburzony przytacza chamskie i ocierające się o ksenofobię słowa Rafała Bryndala z pisma „Machina”, redakcja „NW” stwierdza, że autor tych słów zapewne nie ma rasistowskich poglądów, a jego tekst to po prostu wypadek przy pracy. Oczywiście słowa Kazimierza Kapery (byłego pełnomocnika rządu ds. rodziny) o zagrożonej białej rasie, nie zostały uznane za „wypadek przy pracy”, który nie powinien zostać napiętnowany (NW 11). Ale przecież Kapera to znany „klero-faszysta”, a nie dziennikarz „Machiny”, z którą współpracuje Rafał Pankowski i która zamieszcza entuzjastyczne recenzje płyt wydawanych pod patronatem „NW”. Innym ciekawym przykładem tego zjawiska jest kompletne milczenie na temat przejawów nacjonalizmu, ksenofobii itp. zjawisk pojawiających się w środowiskach mniejszości narodowych zamieszkujących w Polsce. O ile w „Katalogu wypadków — kraj” Marcin Kornak skrupulatnie odnotowuje wszelkie znane sobie przejawy rzekomego faszyzmu (nawet, a raczej zwłaszcza, takie, jak pobicie w Koziej Wólce dwóch punków przez trzech skinów), o tyle nie przeczytamy w nim o pojawiających się w łonie mniejszości narodowych tendencjach znacznie bardziej poważnych. Nie wynika to bynajmniej z faktu braku zainteresowania redakcji takimi środowiskami, gdyż kilkakrotnie tematyce mniejszościowej poświęcano w „NW” miejsce. Czym się różni pojawianie się na marginesie polskiego życia politycznego faszyzujących partyjek od pojawiających się w łonie mniejszości niemieckiej podobnie marginalnych organizacji? Czym natomiast uczczenie pamięci Romana Dmowskiego przez Sejm Rzeczypospolitej, nad czym ubolewa Pankowski (NW 10), od pojawiających się w łonie mniejszości ukraińskiej (m.in. na masowych imprezach) wyrazów szacunku i uznania dla Stepana Bandery, ukraińskiego nacjonalisty i jednego z przywódców UPA (a właściwie należałoby zapytać co takiego złego zrobił Dmowski, czego nie zrobiłby Bandera — bo różnice, owszem, występują, ale na korzyść Dmowskiego, gdyż w przeciwieństwie do Bandery nie jest on współodpowiedzialny za śmierć wielu tysięcy osób)? Wiadomo jednak przecież, że wszelkie mniejszości to środowiska nieskazitelne i prześladowane przez żądnych krwi faszystów…

Redaktorzy „NW” są nie tylko prawdomówni, ale i niesłychanie odważni jeśli chodzi o obronę prawdy. Gdy Tomasz Szczepański wytoczył proces redakcji „NW” po tym, jak podała nieprawdziwe informacje na jego temat i nie zamieściła przesłanego sprostowania, Marcin Kornak powołując się na orzeczenia lekarskie o swym złym stanie zdrowia (inwalidztwo) oraz związane z chorobą wysokie koszta przejazdu, nie raczył stawić się na wyznaczonej przez sąd rozprawie. Ten sam ubogi i schorowany Kornak niejednokrotnie potrafił pokonać podobne trudności, gdy chodziło o wyjazdy na koncerty punkowe odbywające się kilkaset kilometrów od jego miejsca zamieszkania. Cóż, odwaga cywilna i uczciwość nie są istotne, gdy chodzi o „walkę z wszelkimi totalitaryzmami”.

Uśmiech Stalina, czyli dystans niekoniecznie równy

W drugim numerze „Nigdy Więcej” jego redaktorzy stwierdzili, że „klasizm = rasizm”, a ideologia i praktyka komunistów są równie godne potępienia, jak poczynania nazistów. Pogląd ten twórcy „NW” wyrażali później jeszcze kilka razy. Okładka numeru czwartego ozdobiona była grafiką, na której obok Hitlera widniał Stalin, a ich wizerunki opatrzone były podpisem „Każdy totalitaryzm jest złem”. Jak w praktyce wyglądało równe potępienie nazizmu i komunizmu przez redaktorów „NW”?

W tym samym numerze drugim, tuż pod deklaracją o potępieniu totalitaryzmu bolszewickiego można było znaleźć analizę faszyzmu historycznego i współczesnego dokonaną z typowo „klasistowskich” pozycji. Był to przedruk artykułu z zagranicznego pisma trockistowskiego. Ciekawe zatem dlaczego redaktorzy „NW” odwołali się do bolszewickiej wykładni faszyzmu, a nie np. do takiej, która faszyzm potępiała z „prawej” strony (np. Julius Evola czy osoby z kręgu niemieckiej rewolucji konserwatywnej)? Przecież dystans dzielący Evolę od faszyzmu jest podobny do tego, jaki dzieli miłośników Trockiego od zamordyzmu stalinowskiego.

Ulubionym obiektem oskarżeń o faszyzm na łamach „NW” jest ugrupowanie Prawica Narodowa, wchodzące w skład AWS. Zdaniem pisma jest to ugrupowanie faszyzujące (m.in. NW 4, 5, 6), gdyż nawiązało współpracę z Le Penem, w swoim piśmie prezentowało sylwetkę Leona Degrelle'a, a w czasie kampanii prezydenckiej jej lubelski oddział posługiwał się hasłem „Kwaśniewski — Stolzmann” itp. Nie wdając się tutaj w rozważania o charakterze Prawicy Narodowej i przyjmując w ślad za „NW”, że istotnie jest to ugrupowanie faszyzujące, chciałbym zwrócić uwagę, że Polską Partię Socjalistyczną, z którą „NW” niejednokrotnie współpracowało, można analogicznie uznać za ugrupowanie komunizujące. Świadczyć o tym może retoryka jego liderów (ocierająca się o „klasizm”), poparcie dla komunistycznych reżimów (wyrażane przez młodzieżówkę tego ugrupowania poparcie dla Kuby Castro), używanie przez lokalne oddziały tego ugrupowania haseł typowo „klasistowskich” podczas akcji politycznych (typu „Faszyści, burżuje — wasz koniec się szykuje”). Ciekawe zatem dlaczego w zwalczaniu totalitaryzmu „NW” współpracuje z PPS-em, natomiast potępia np. Prawicę Narodową, które to ugrupowania od totalitaryzmów dzieli dystans mniej więcej równy?

Kolejnym obiektem oskarżeń o sympatie faszystowskie jest pismo „Fronda” (m.in. NW 8), gdyż zamieszcza artykuły przedstawiające Juliusa Evolę, Żelazną Gwardię itp. I znowu, nie wdając się w rozważania o „Frondzie” i przyjmując za „NW”, że jest to pismo faszyzujące, zapytajmy dlaczego zatem pismo „Lewą Nogą”, które zamieszcza artykuły o Ernesto „Che” Guevarze i marksistowskiej partyzantce z Ameryki Łacińskiej, nie jest uznane przez „NW” za ocierające się o totalitaryzm „klasistowski”. A przecież w „Lewą Nogą” Pankowski publikuje regularnie, Kornak zaś zamieścił tamże jeden tekst. Spytajmy zatem jak do deklaracji o równym dystansie wobec obu totalitaryzmów ma się współpraca redaktorów „NW” z „Lewą Nogą”, nie zaś z „Frondą”, skoro oba te pisma dzieli od totalitaryzmów dystans mniej więcej równy?

W numerze siódmym „NW” ukazał się dokument poświęcony potrzebie powołania Stowarzyszenia Przyjaciół Dąbrowszczaków, czyli polskich ochotników biorących udział w wojnie domowej w Hiszpanii w latach 1936-1939. W „NW” kilkakrotnie potępiano Leona Degrelle'a (m.in. NW 4), który utworzył ochotniczą dywizję SS. Postawiono mu zarzut kolaboracji z hitlerowcami. I znowu, uznając słuszność argumentacji „NW” o niecnym postępku Degrelle'a, zapytajmy dlaczego pismo to potępia nazistowskich kolaborantów, a jednocześnie promuje kolaborantów komunistycznych (bo warto pamiętać, że większość polskich ochotników w Hiszpanii była członkami lub sympatykami Komunistycznej Partii Polski — popierającej radziecki zamordyzm i totalnie podporządkowanej Stalinowi)?

Okazuje się, że komuniści przestają być źli, gdy walczą z faszyzmem. A czy faszyści przestają być źli, gdy walczą z komunizmem? Skądże. A przecież klasizm podobno równa się rasizm…

Pod znakiem amnezji, czyli pamięć nieco wybiórcza

Cechą charakterystyczną publicystyki „NW” jest bardzo dokładna obserwacja życiorysów prawdziwych i mianowanych faszystów. Antyfaszyści śledzą przeszłość przeróżnych osób i z lubością wyciągają z niej wątki „faszystowskie”. Sądząc po ich reakcjach na takie fakty, wnosić można, że kto raz w jakiś sposób związał się z prawdziwymi lub rzekomymi faszystami, ten do końca życia pozostanie faszystą. Wszelkie ewentualne zmiany w zachowaniu i światopoglądzie „faszystów” są tylko sprytnym, taktycznym wybiegiem, który ma ukryć przed antyfaszystowską opinią publiczną ich prawdziwe oblicze i pozwolić zyskać zaufanie ludzi nieświadomych tych krętactw. Tak jak w przypadku opisywanych już wcześniej zastrzeżeń wobec przystosowania się „faszystów” do reguł demokracji i wolności słowa, tak i tutaj podejrzliwość redaktorów „NW” jest posunięta nader daleko, a prawo „faszystów” do obrony przed atakami z ich strony nie istnieje (Rafał Pankowski pisze, że w „Naszym Dzienniku” polemiki mają miejsce niezwykle rzadko /NW 10/ — warto jednak pamiętać, że w „NW” jest to zjawisko jeszcze rzadsze).

Dobra pamięć i podejrzliwość to cechy czasami potrzebne. Warto jednak zastanowić się, jak wyglądałaby sytuacja „NW”, gdyby także wobec jego redaktorów zastosować podobne zasady. Zobaczmy…

Zastanówmy się najpierw czy ekipa „NW” byłaby wiarygodna dla swoich zwolenników z kręgów lewicujących. Marcin Kornak zarzuca redaktorowi „Mać Parjadki”, Krzysztofowi Galińskiemu, że w swoim piśmie zamieszcza recenzję pisma „Rojalista” (dla Kornaka to „skrajnie antysemicka i neofaszystowska gadzinówka”) i podaje adres kontaktowy pisma (P 11). Ten sam Marcin Kornak swego czasu napisał recenzję nacjonalistycznego skinzina „Legion” i opatrzył ją adresem wydawcy (K 4). Warto pamiętać także, że Marcin Kornak, który dzisiaj wraz z kolegami z „NW” rozpacza nad rzekomą próbą wykorzystania idei ekologicznych i ruchu obrońców przyrody do propagowania faszyzmu (choć trudno mi sobie wyobrazić jak miałoby to wyglądać w praktyce) i przestrzega przed infiltracją ruchu ekologicznego przez „faszystów”, tak pisał swego czasu jako lider Frontu Wyzwolenia Zwierząt z okazji podjęcia przez tę organizację współpracy z neopogańsko-nacjonalistyczną partią Unia Społeczno-Narodowa: „Wszystkim, którzy zarzucają nam, że współpracujemy z partią prawicowo-narodową i że dajemy im się uwiarygadniać przez tę współpracę pragnąłbym powiedzieć, że USN nie ma nic wspólnego z nacjonalistami, nie każdy kto używa przymiotnika narodowy jest kryptofaszystą. Ani lewica, ani prawica nie mają prawa ani danych do zawłaszczania sobie monopolu na działalność ekologiczną, jako że ta powinna być ponadideowa i raczej powinna łączyć niż dzielić.” (ZB 60) [podkr. moje — R.O.].

Zastanówmy się także jak wyglądałaby ekipa „NW” w oczach prawicy, z którą ponoć tak usilnie chce nawiązać współpracę (co im nie wychodzi, gdyż — jak żali się Kornak /G 13/ — prawica nie dorosła do tego, by odciąć się od „faszystów” w swoim łonie; zważywszy na to, że dla „NW” Mariusz Dzierżawski z SPR-u to faszysta /NW 8/, a pismo „Arcana” jest skrajnie prawicowe /GW/, podobnie jak „Najwyższy CZAS!” /NW 10/, prawica, chcąc zastosować się do zaleceń „NW”, musiałaby po prostu przestać być prawicą). Ciekaw jestem jednak — gdyby do ekipy „NW” zastosować kryteria dobrej pamięci i podejrzliwości przez nią stosowane — czy wiarygodny dla umiarkowanej nawet prawicy byłby Rafał Pankowski, który współpracował z trockistowskim pisemkiem „Ofensywa”? A czy wiarygodny byłby Marcin Kornak, który jako autor tekstów zespołu Schizma pisał: „Ojciec Święty mieszka w Watykanie, Ojciec Chrzestny w Palermo — i sam nie wiem, który z nich rządzi większą mafią” (K 5)?

Okazuje się jednak, że dobra pamięć i podejrzliwość obowiązują jedynie wobec „faszystów”. Jeśli więc „faszysta” głosi poszanowanie zasad demokratycznych, wolności słowa i praw obywatelskich — to oczywiście jest to „sprytny kamuflaż”, „przebiegłość”, „podstęp” itp. Gdy miłośnikiem chrześcijaństwa i obrońcą papieża staje się — „zoologiczny” (wg słownictwa stosowanego przez „NW”) antyklerykał, wtedy oczywiście nie ma w tym ani krzty wyrachowania, jest jedynie głęboka i szczera przemiana, której nie należy oceniać i podejrzliwie traktować.

Lustrzane odbicie, czyli faszystowski antyfaszyzm

Na podstawie wnikliwej lektury pisma „Nigdy Więcej” i wypowiedzi jego redaktorów możemy zatem stwierdzić, że:

  • głoszone przez nich hasła i teoretyczne uzasadnienia podejmowanych kroków traktowane są nader instrumentalnie i często działalność praktyczna tego środowiska stanowi ich zaprzeczenie,
  • stosowane przez to środowisko metody niewiele różnią się od metod stosowanych przez osoby i organizacje, które są uznawane przez „NW” za faszystowskie (a skupiłem się jedynie na łatwo dostępnych dla czytelnika i dzięki temu bez problemu weryfikowalnych faktach, choć mógłbym przytoczyć szereg innych: m.in. wypowiedzi redaktorów „NW” z prywatnej korespondencji ze mną i kilkoma innymi osobami, relacje świadków niektórych niejawnych działań podejmowanych przez to środowisko itp. — uważam jednak, że „mądrej głowie dość dwie słowie” i już przedstawione powyżej fakty świadczą wystarczająco dobrze o rzeczywistych intencjach i mentalności twórców „NW”), a wielokrotnie w stopniu znacznie większym niż w przypadku rzekomych faszystów wykazują podobieństwo do działań podejmowanych przez włodarzy Trzeciej Rzeszy.

Jeśli więc uznalibyśmy, że proponowane przez redakcję „NW” działania prawne przeciwko przejawom faszyzmu innym niż przemoc fizyczna istotnie należałoby wprowadzić w życie, to kto wie czy ich uczciwe (nie zaś wybiórcze) zastosowanie nie musiałoby doprowadzić do postawienia przed sądem tego środowiska, a nawet jego delegalizacji. Trudno jednak oczekiwać takiego obrotu sprawy, gdyż zamiast walki z chamstwem, kłamstwem i sianiem nienawiści mamy niestety do czynienia wyłącznie z walką z faszyzmem. Jeśli więc ktoś przywdziewa maskę antyfaszysty, może stosować metody typowo faszystowskie i nie ponosić za to jakiejkolwiek odpowiedzialności. Mamy tu praktyczne zastosowanie przysłowiowej moralności Kalego: gdy Kali ukraść to dobrze, gdy Kalemu ukraść to źle. Gdy faszystowskie metody stosują antyfaszyści — to dobrze, gdy podobne metody stają się udziałem faszystów — to źle. Warto jednak, by redaktorzy „NW” (i ich zwolennicy), którzy od pewnego czasu tak chętnie powołują się na słowa papieża i hierarchów Kościoła, pamiętali o biblijnej przypowieści o dostrzeganiu drzazgi w oku bliźniego i niemożności dostrzeżenia belki w oku własnym.

Skróty występujące w tekście (cyfry oznaczają numer pisma):

  • G — „Garaż”
  • GAA — „Gazeta An Arche”
  • GW — „Gazeta Wyborcza” z 11-12 lipca 1998
  • IŚ — „Inny Świat”
  • K — „Kanaloza”
  • MP — „Mać Parjadka”
  • NW — „Nigdy Więcej”
  • P — „Pasażer”
  • ZB — „Zielone Brygady”
  • Ż — „Żaden”

1 zob. Jarosław Tomasiewicz — „I ty możesz zostać faszystą…”, „Arcana” nr 3(27)/1999. O podobnych „dokonaniach” Pankowskiego, choć tylko w odniesieniu do fragmentu jego artykułu, pisał także Zbigniew Mikołejko — „Błędy na temat Evoli”, „Gazeta Wyborcza”, 18-19 VII 1998

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.