Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » Blodsvept over Europe, czyli folk metal er krig

Blodsvept over Europe, czyli folk metal er krig

Adrian Nikiel

Jakiś czas temu zetknąłem się z poglądem, że germańska Północ została schrystianizowana tylko powierzchownie, na co dowodem byłoby np. szybkie odpadnięcie krajów skandynawskich i północnej części Niemiec od wspólnoty z Rzymem w czasach rewolucji protestanckiej. Ubiegłe stulecie i początek XXI wieku to z kolei tryumf praktycznego ateizmu, również wśród ludzi formalnie należących do protestanckiego wyznania państwowego. Już nawet jawny miłośnik grzechów wołających o pomstę do nieba może być pastorem. Na tak przygotowanym gruncie bujnie wzrastają ruchy neopogańskie, w Polsce zwykle zwane rodzimowierczymi. Ruchy te nie mają jeszcze znaczenia politycznego, ale w zgodzie z często przywoływaną opinią Antoniego Gramsciego oddziałują na społeczeństwo poprzez kulturę. Nietrudno dostrzec, że „nowi poganie” zyskują na znaczeniu tam, gdzie wspólnoty protestanckie coraz bardziej stają się karykaturą jakiegokolwiek chrześcijaństwa. Można spodziewać się, że w krajach kulturowo nadal katolickich, lecz doświadczających modernistycznego rozkładu, będzie podobnie.

W tym kontekście najpoważniejszym medium neopogan w walce o władzę kulturową jest muzyka metalowa, której twórcy po inspiracje często sięgają do folkloru, średniowiecznej literatury i wierzeń przedchrześcijańskich. 11 września do Wrocławia zawitali czołowi przedstawiciele folk metalu – trzy mroczne, prezentujące różne oblicza tego stylu hordy dotarły do nas z Finlandii, Islandii i Wysp Owczych. Blodsvept over Europe to ponadmiesięczna trasa, która obejmuje kilkanaście krajów.

Po socjologizującym wstępie czas na muzykę. Ars longa, vita brevis. Od razu trzeba podkreślić bardzo dobrą organizację koncertu, który toczył się bez choćby minuty opóźnienia. Wspominam o tym, gdyż kiedyś było przecież swoistą normą, że aby nie stracić występu pierwszego supportu, wystarczyło dotrzeć na koncert godzinę po jego rozpoczęciu, nie wspominając nawet o innych „niespodziankach”, jak nieobecność niektórych spośród zapowiadanych zespołów… Dobrze zaplanowano też długość poszczególnych występów w klubie Alibi, dzięki czemu po kilku godzinach można było wyjść z przyjemnym wrażeniem niedosytu wrażeń, a nie nadmiaru.

Ale do rzeczy. Pierwsze pół godziny należało do islandzkiego Skálmöld. Nazwa sextetu nawiązuje do trzynastowiecznej wojny domowej, a jego twórczość jest mocno osadzona w islandzkiej poezji i mitologii. W Polsce mamy to szczęście, że z Krainy Lodu trafiają do nas wyłącznie artyści z najwyższej półki – być może odległość, która dzieli Islandię od Polski, dobrze służy potwierdzeniu i weryfikacji talentów? Z jednej strony można mówić o pewnej modzie na kulturę islandzką, która doczekała się już nawet specjalistycznego polskiego wortalu, a z drugiej – jeżeli ktoś w naszym kraju decyduje się na sprowadzanie i promowanie artystów z Dalekiej Północy, inwestuje i wybiera najlepszych.

O godzinie 19.30 muzycy Skálmöld weszli na scenę i bez zbędnych wstępów rozpoczęli swój metalowy rytuał. Wykonywane w rodzimym języku utwory, pochodzące przede wszystkim z wydanej w październiku 2012 roku drugiej płyty pt. „Börn Loka”, sprawiły, że już od początku koncertu tłum pod sceną gęstniał, szybko rozkręcając zwyczajowy „młyn”. Mosh trwał właściwie bez przerwy, co jakiś czas wzbogacany crowdsurfingiem i próbami skoków ze sceny – do końca koncertu ochroniarze mieli pełne ręce roboty. Doskonały viking/folk metal, bezpośrednio nawiązujący do tradycyjnej muzyki islandzkiej i dziedzictwa sag. Jest w nim ta specyficzna, podniosła nuta, która wraz ze skandowanymi lub chóralnie wyśpiewanymi textami sprawia, że dźwięków z samych krańców poznanego świata nie można pomylić z czymkolwiek innym. Nie trzeba nawet znać języka islandzkiego, aby dać się ponieść opowieści. Wzniesione podczas występu ponad tłumem fanów zapalniczki dopełniały klimatu. Z pewnością warto sięgnąć po obie płyty zespołu, który po debiucie w farerskiej wytwórni Tutl obecnie nagrywa dla austriackiej Napalm Records. Nieopanowany headbanging gwarantowany!

Podobne konexje można wskazać w odniesieniu do kolejnego zespołu występującego w ten wrześniowy wieczór – Týr z Wysp Owczych – który także debiutował w barwach Tutl, a po paru wydawnictwach nawiązał współpracę z Napalm. Znając profil wydawniczy tej ostatniej firmy, trudno zatem byłoby uznać za przypadek, że dokonania Farerów, opisywane jako progresywny etno metal, mogą kojarzyć się z niemieckim klasycznym heavy metalem. Zbieg okoliczności sprawił, że w Polsce – w której Týr gościł już niejednokrotnie, a nawet nagrywał videoclip do utworu „Regin Smiður” – byliśmy świadkami otwarcia nowego etapu w karierze zespołu, gdyż na 13 września zaplanowano oficjalną premierę najnowszego krążka pt. „Valkyrja”, pierwszego wydanego pod skrzydłami Metal Blade. Z tej płyty wykonali m.in. „Blood of Heroes” i „Mare of my Night”. Emocje pod sceną znakomicie podgrzał też „Flames of the Free” z „The Lay of Thrym”. Wokalista nie zapomniał o tym, by podbić publiczność, wplatając parę polskich słów w zapowiedzi. Niewątpliwie ma zdolności lingwistyczne, zważywszy, że przecież śpiewa texty napisane w kilku językach… Gdyby pokusić się o porównania ze Skálmöld, zauważyłbym, że występ Týr był bardziej melodyjny, chóralne refreny jakby bardziej „rozbujane” – w nich właśnie dopatrywałbym się wpływów sceny niemieckiej. Oczywiście nie można zapomnieć o inspiracjach dokonaniami Dream Theater i Iron Maiden, o których w wywiadach wspomina lider zespołu Heri Joensen. Fundamentem większości utworów jest jednak kultura farerska, choć na płytach Týr pojawiły się też piosenki z Irlandii i Danii. Twórczość tego zespołu to wielki hołd złożony przodkom.

Bez ryzyka większej pomyłki można stwierdzić, że Týr to obecnie najjaśniejszy punkt na firmamencie kultury Wysp Owczych. Nie można jednak zapominać o otwarcie antychrześcijańskiej postawie muzyków, którzy dają jej wyraz np. w videoclipie do „Hold the Heathen Hammer High” (ten przebój także zabrzmiał na koncercie), gdzie toporami ścinają krzyż celtycki. I raczej nie jest to artystyczna fabuła mająca zobrazować wczesnośredniowieczne najazdy wikingów…

Jak można przeczytać w „Encyklopedii Metalu” na stronie metal-archives.com: zespół zajmuje antyrasistowskie stanowisko i deklaruje muzykę bez nienawiści i przemocy. Bardzo ładnie, bo to świetni muzycy i przyjemnie ich się słucha, ale… wątpliwości pozostają. Na marginesie warto zauważyć, że o ile nikt nie każe artystom krzewiącym rodzimowierczy światopogląd tłumaczyć się z tego, iż odrzucają naszego Pana Jezusa Chrystusa – przed którym i tak przecież w końcu staną, już jednak nie w roli scenicznych idoli – o tyle reprezentanci szeroko rozumianej sceny pogańskiej często muszą w wywiadach podkreślać, iż nie mają nic wspólnego z nacjonalizmem, a nawet, o zgrozo!, z narodowym socjalizmem. Światowa hierarchia problemów? Niewykluczone, że artyści wolą wyprzedzić „łowców nazistów”, zważywszy, że w repertuarze mają też „Shadow of the Swastika”, choć to utwór „antynazistowski” w wymowie.

Przez ostatnie półtorej godziny gwiazdą wieczoru był doskonale już znany w Polsce, występujący u nas parokrotnie sextet Finntroll z Helsinek, czołowy reprezentant folk metalu nie tylko w Finlandii. W marcu 2013 roku ukazał się ich najnowszy album, od którego pochodzi nazwa całej trasy, czyli „Blodsvept”. Ponownie można przywołać stwierdzenie, że tej muzyki nie można skojarzyć z jakimkolwiek innym kręgiem kulturowym. Oczywiście, w przeciwieństwie do wcześniej występujących bandów, twórczość Finów w znacznie większym stopniu wywodzi się z black metalu (co nie dziwi, gdy w grupie są muzycy znani również m.in. z Woods Of Belial, Barathrum czy Chthonian), ale każdy, kto zna tamtejszą muzykę ludową, bez trudu usłyszy dalekie echa zarówno fińskiej polki, jak i fińskiego tanga. Czasami pojawia się nawet dookreślenie gatunkowe „humppa folk”. To jednak nie wszystkie nakładające się wpływy etniczne, gdyż texty Finntroll pisane są po szwedzku.

Energia zapisana w utworach takich jak „Blodsvept”, „Skogsdotter”, „Häxbrygd”, „Solsagan” czy „Under Bergets Rot” sprawiała, że po prostu aż chciało się tańczyć, headbanging był nieunikniony. Ogólnie, być może to tylko subiektywne (lecz mocne, bo potwierdzone wypowiedziami wokalisty Vretha) wrażenie, Finntroll zdaje się przesuwać z tradycyjnej strefy całkowitego mroku w „jaśniejsze”, bardziej beztroskie i taneczne rejony muzyki. Zmiany jednak są subtelne, bo oczywiście cały czas jest to niebiorący jeńców metal okraszony blackmetalowymi wokalizami. Idealnym dopełnieniem spektaklu była charakteryzacja muzyków, których długie uszy, niegdyś tak charakterystyczne dla Mortiis, przypominały o „pokrewieństwie” ze skandynawskim trollami. Żeby jednak nie było wątpliwości: na pewno nie chodziło o tę linię ewolucji trolli, z której wywodzą się Muminki… Powołany na płytach do życia król trolli imieniem Rivfader jest symbolem walki z Kościołem i jego misją apostolską na Północy.

Wracając jeszcze na koniec do socjologizujących obserwacyj, poczynionych z wysokości klubowych schodów – dostrzegalna jest znacząca feminizacja widowni. Stereotyp metalu jako „męskiej” muzyki ostatecznie runął, można podejrzewać, że w ślad za tym znikną też z wywiadów z artystkami zwyczajowe pytania, jak się czują, grając tak ostre dźwięki w zasadniczo męskim otoczeniu, i czy są przyjmowane inaczej niż ich koledzy. Na scenie Alibi również kobiety angażowały się w stage diving, a w tłumie można było dostrzec dziewczęta w wieku zapewne gimnazjalnym, ubrane tak „ortodoxyjnie” w rynsztunek metalowca, że ich widok był jak podróż w czasie do lat osiemdziesiątych XX wieku. Klasyczny bezrękawnik z tzw. telewizorem Sodom, t-shirt Manowar i kilkanaście naszywek, np. Slayer – celnie przypominały, że folk metal to nie są dźwięki dla mięczaków i pozerów. Ale oczywiście tylko czas, ten ostateczny weryfikator ludzkich postaw, pokaże, czy przed kilkoma laty rację miał pan redaktor Jarosław Szubrycht, pisząc, że kto był w młodości prawdziwym metalem, pozostanie nim do końca życia…

Wychodząc z klubu Alibi, mimo szumu w uszach zdołałem jeszcze usłyszeć opinię – pod którą mogę się podpisać – że dawno nie było tak udanego koncertu. A już następnego dnia „neowikingowie” wyruszyli na podbój Krakowa, gdzie – jak można przeczytać w Internecie – hordy z Północy również dały z siebie wszystko, skłaniając fanów do intensywnego pogo.

Muzyka na najwyższym poziomie, ale doceniając w pełni kunszt norsemenów, musimy mieć świadomość, że to właśnie przez sale koncertowe przebiega front walki z chrześcijaństwem. Prędzej czy później okaże się, czy Przeznaczeniem jest dźwięk mieczy.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.