Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Druga fala poprawności politycznej

Druga fala poprawności politycznej

Adam Danek

Nikomu nie trzeba dziś tłumaczyć, czym jest poprawność polityczna – znamy ją aż za dobrze. Szczególnie wiele rozprawia się na jej temat w środowiskach konserwatywnych, prawicowych, katolickich, narodowych czy po prostu patriotycznych. I nic dziwnego, ponieważ poprawność polityczna jest systemem stworzonym do walki z tymi właśnie żywiołami. Podobnego zainteresowania owych środowisk nie budzi natomiast najwyraźniej zjawisko, które daje się dziś coraz wyraźniej obserwować także na polskim gruncie. Zjawisko to nazwiemy tutaj roboczo „drugą falą” poprawności politycznej (nawiązując, nie bez sarkazmu, do modnego współcześnie postmodernistycznego żargonu). Nie widać, by ktokolwiek spośród wspomnianych podejmował próby jego opisania ani poddania pod dyskusję we własnych kręgach.

To również nic dziwnego. Ludzie, którzy w gruncie rzeczy lubią o sobie myśleć, a jeszcze bardziej mówić, jako o ofiarach poprawności politycznej (bo pozwala im to poczuć patos bycia prześladowanym, a także chwalić się byciem prześladowanym przed innymi) nie dopuszczą do siebie myśli, że i wśród nich w zmodyfikowanej nieco formie obowiązuje poprawność polityczna – ani tym bardziej nie będą się do tego głośno przyznawać.

Poprawność polityczna po prawicowemu

Pierwsza fala poprawności politycznej to poprawność polityczna, którą wszyscy jako taką rozpoznajemy – ta wykreowana przez liberałów i (inną) lewicę, służąca im do rozprawiania się z ideowymi przeciwnikami. Druga fala poprawności politycznej to jej swoista, wewnątrzśrodowiskowa wersja, przyjęta i respektowana w ugrupowaniach nie kojarzonych z poprawnością polityczną pierwszej fali, a definiujących się jako prawicowe bądź narodowe (jedno nie musi iść w parze z drugim, toteż traktujemy te dwa nurty rozłącznie).

Znakomity badacz współczesnych idei politycznych dr Jarosław Tomasiewicz (ur. 1962) wyliczył cztery elementy prawicowej wersji political correctness, zauważalne w politycznym krajobrazie Polski: „wolny rynek w gospodarce, służalczy okcydentalizm, cepeliowy patriotyzm, katolicyzm zredukowany do obrzędowości”.

Nachalne wmawianie, iż „poza wolnym rynkiem nie ma zbawienia”, iż na płaszczyźnie gospodarczej konserwatyzm czy prawicowość przejawia się poparciem dla liberalizmu, kwestionowanie istnienia jakichkolwiek ustrojów ekonomicznych alternatywnych w stosunku do liberalno-kapitalistycznego.

Służalczy okcydentalizm – przeświadczenie, że miejsce Polski jako podmiotu geopolitycznego może być jedynie w bloku zachodnim (definiowanym węziej lub szerzej) – inne orientacje geopolityczne nie istnieją, a gdyby nawet istniały, obiór którejś z nich oznaczałby „zdradę”.

Cepeliowy patriotyzm – taki, który w całości wyżywa się w gestach i hasłach, udziale w pochodach, okrzykach wznoszonych na manifestacjach i przywiązaniu do najbardziej wyświechtanych symboli historycznych, oraz w powtarzaniu ogólnikowych komunałów o tym, jak ważne i dobre jest bycie „patriotą”. Ucieka natomiast od podejmowania jakiejkolwiek pracy koncepcyjnej.

Katolicyzm zredukowany do obrzędowości, tzn. taki, który nie przekłada się na żadne koncepcje ustrojowe, społeczne ani ekonomiczne, a domaga się co najwyżej „wolności wyznania” w ramach nowoczesnego, świeckiego, demokratycznego i „neutralnego światopoglądowo” państwa. Na płaszczyźnie ekonomicznej dochodzą do tego nierzadko buńczuczne twierdzenia, iż katolik pod (rzekomą) groźbą popadnięcia w niezgodę z nauczaniem Kościoła ma obowiązek hołdować zachodniej ideologii „wolnego rynku”, ponieważ amerykańskie szablony free economy oraz free enterprise to jedyne modele ekonomiczne zgodne z chrześcijaństwem.

Rozpatrzmy teraz kilka charakterystycznych przejawów drugiej fali poprawności politycznej obserwowalnych w praktyce.

Bez skojarzeń proszę!

Od szeregu lat środowiska prawicowe bądź narodowe, które w swoim mniemaniu chcą coś osiągnąć, nerwowo tropią u siebie samych i rugują określone elementy i motywy. Konkretniej, wprawiają je w niepokój te elementy i motywy, które „wywołują skojarzenia z przeszłością”, tzn. mogłyby zostać przedstawione przez media jako dowód na kontynuację przez dane środowisko tradycji politycznych faszyzmu. Wiadomo – rozumują patriotyczne gremia – komu media zdołają przyprawić etykietkę faszysty, ten w działalności publicznej już nic nie zwojuje, więc trzeba nieustannie dokładać wszelkich starań, by przypadkiem nie dać im do tego pretekstu. Medialna władza przypinania faszystowskiej łatki wywołuje w patriotycznych ugrupowaniach zwyczajny strach.

Poddanie się temu, nieartykułowanemu wprost, naciskowi owocuje zaś, również nie wypowiedzianym wprost, uzależnieniem od producentów medialnej papki: ulegający mu prawicowcy czy nacjonaliści starają się wyprzedzać tok myślenia redakcyjnych szantażystów, zawczasu rozpoznać elementy estetyczne lub symboliczne, które mogłyby zostać napiętnowane jako „kojarzące się” i czym prędzej się od nich odciąć. W ten sposób pozwalają u siebie wyrabiać nawyk autocenzury. Ich przedstawiciele wykorzystują każdą swoją wypowiedź adresowaną do mediów, aby zapewnić (nawet nie pytani), że naprawdę, ale to naprawdę nie mają nic wspólnego z faszyzmem i wyliczyć możliwie wiele potwierdzających to faktów. Największą faszystowską zbrodnią dla dziennikarzy i ich pryncypałów pozostaje niezmiennie tzw. rzymskie pozdrowienie, toteż wśród grup identyfikujących się jako narodowe posłusznie zapanowała ostatnio moda na wypowiadanie się o nim z wystudiowanym niesmakiem. Podobny los spotkał uniformy organizacyjne, bo przecież umundurowaną organizację społeczną czy polityczną dla każdego znającego fach pismaka z daleka czuć faszyzmem (czyli premią za dobry materiał).

By nie pozostać gołosłownym, przypomnijmy mocno nagłośnioną przez media manifestację narodowców w stolicy jesienią ubiegłego roku. Jej organizatorzy wdali się wcześniej z „Gazetą Wyborczą” (pod pozorem wywiadów i innych wypowiedzi) w faktyczne negocjacje dotyczące tego, jaki ma być jej przebieg. Ze swej strony złożyli zapewnienia, że przed rozpoczęciem manifestacji dokonają cenzury niesionych przez uczestników flag i transparentów oraz skandowanych haseł, by przypadkiem nie zaplątały się tam elementy „mogące się kojarzyć” – nie wspominając o czuwaniu, by ktoś przypadkiem nie wykonał rzymskiego pozdrowienia. Uczestników z kolei instruowali, by „mogące się kojarzyć” ubiory zastąpili garniturem i białym kołnierzykiem. (Nie wiadomo, czy zalecali również zapuszczenie włosów na łysych głowach, a w przypadku braku takiej naturalnej możliwości zaopatrzenie się w tupety bądź czapki, bo przecież doskonale wiadomo, z czym kojarzą się łyse głowy.). Podjęte ostentacyjnie przez organizatorów starania miały oczyścić ich inicjatywę i ich samych przed surowym trybunałem mediów, tymczasem wywołały tylko uszczypliwe komentarze niektórych dziennikarzy. Nadgorliwa dbałość o poprawność polityczną własnego, jak to się teraz mówi, „wizerunku” czy „przekazu” na inne komentarze chyba nie zasługuje, niezależnie od zabarwienia i kierunku owego „przekazu”.

Tylko bez kontrowersji!

Niechęć do znoszenia konfrontacji z mediami sprawia, że środowiska czy to prawicowe, czy nacjonalistyczne uciekają w swej działalności w tematy możliwie nie kontrowersyjne, a więc przede wszystkim historyczne. Tożsamością ideową wspomnianych nurtów staje się w rezultacie czczenie na przykład powstań śląskich albo czynu zbrojnego polskiego podziemia podczas II wojny światowej i po jej zakończeniu: Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, „żołnierzy wyklętych” itd., a od biedy przynajmniej ogólnikowe „świętowanie odzyskania niepodległości”. Tematy owe są relatywnie bezpieczne, ponieważ jako zamknięte kwestie historyczne dają się eksploatować bez ryzyka podrażnienia obozu lewicowo-liberalnego i rozjuszenia jego medialnej „policji myśli”. A nawet, gdyby stało się inaczej, przed atakiem mediów zawsze można wtedy zasłonić się wytłumaczeniem, że ci wszyscy czcigodni ludzie – powstańcy, partyzanci, żołnierze – walczyli „o wolność”, w domyśle: więc ich czczenie jest usprawiedliwione na gruncie paradygmatu liberalnego.

W tym miejscu należy poczynić pewną dygresję. Nie ma nic złego w kultywowaniu zbiorowej pamięci o dziejach własnej wspólnoty narodowej i politycznej. Naród bez pamięci historycznej nie jest narodem – zauważył słusznie romantyczny filozof, teoretyk literatury i poeta Kazimierz Brodziński (1791-1835). Niemniej, urządzanie obchodów związanych z historycznymi wydarzeniami, postaciami czy ruchami nie stanowi żadnej formuły działalności dla podmiotów aspirujących do miana organizacji politycznych czy społecznych. Jeszcze w XIX wieku konserwatyści krakowscy, zwani też Stańczykami, ukuli złośliwe określenie obchodomania. Służyło ono krytyce stronnictwa tromtadratów („patriotycznych” demokratów), którzy nie zajmowali się w zasadzie niczym poza nieustannym organizowaniem obchodów rocznic historycznych. Zaczynali w styczniu od rocznicy powstania styczniowego i tak przez cały rok na okrągło aż do listopada-grudnia, czyli rocznic wydarzeń związanych z powstaniem listopadowym. Jak wskazywali Stańczycy, urządzanie co chwilę obchodów historycznych maskowało u tromtadratów brak jakiegokolwiek uchwytnego programu politycznego, a miało tę zaletę, że pozwalało łatwo zyskać popularność poprzez nieustanne wywoływanie zbiorowych emocji i odwoływanie się do nieskonkretyzowanego i ogólnikowego (dlatego pasującego wszystkim bez wyjątku) „patriotyzmu”. Podobnie i dziś, szereg środowisk nacjonalistycznych i/lub prawicowych swoim zafiksowaniem na kwestiach czysto historycznych, takich jak NSZ czy „żołnierze wyklęci”, zdradza własną bezprogramowość. Nie mają one żadnych własnych koncepcji, żadnych wypracowanych przez siebie propozycji odpowiedzi na wyzwania, jakie epoka stawia przed naszym państwem i narodem, dlatego ześrodkowują swą działalność na czczeniu rocznic urodzin Dmowskiego, śmierci Mosdorfa czy powstania Obozu Wielkiej Polski (wyliczenie przykładowe). Bezpiecznie zamknięte w przeszłości (zwykle w tym celu nieco wyidealizowanej), nie muszą artykułować żadnej własnej wizji politycznej, ekonomicznej czy społecznej tego, czym Polska powinna być dzisiaj i jutro.

My też bądźmy ofiarami!

W miarę rozwoju drugiej fali poprawności politycznej, prawicowe gremia coraz częściej sięgają też po wyeksploatowany przez lewicę manewr, polegający na publicznym przedstawianiu siebie jako ofiar obecnego systemu czy stanu spraw, przyjmowaniu pozy grupowego obiektu prześladowania, bądź, mówiąc modniej i poprawniej politycznie, „dyskryminacji”. Siła owego manewru tkwi w fakcie, że zwykli, posłuszni zjadacze gazetowo-telewizyjnej papki odruchowo współczują tym, których pokazuje się w mediach jako ofiary, i są gotowi poprzeć ich roszczenia. Rozmaite środowiska mieszczące się w obrębie luźno pojętej prawicy podejmują więc coraz staranniej wyreżyserowane próby przekonania telewidzów i czytelników gazet, że „my też jesteśmy ofiarami” lub „to my jesteśmy prawdziwymi ofiarami”, starając się pozyskać tym ich sympatię metodą brania na litość. Ostatnio w takich próbach lubują się środowiska katolickie, ale nie tylko one podchwyciły wspomniany dyskurs. Pojawia się on również w środowiskach nacjonalistycznych, w postaci na przykład demonstracji-protestów przeciw prześladowaniu nacjonalistów przez obecne państwo; uczestnicy tych nacjonalistycznych manifestacji czysto liberalnym językiem domagają się poszanowania „wolności słowa” i „prawa do wyrażania własnych poglądów”, potępiają „łamanie praw obywatelskich” w tym zakresie, a nawet prezentują się jako zagrożona „mniejszość o poglądach innych, niż ma większość społeczeństwa”.

Bananowa prawica?

W taki oto sposób ugrupowania pozujące chętnie na antagonistów poprawności politycznej niepostrzeżenie poddają się jej strychulcowi. Czym skutkuje przyjmowanie przez nie wyżej wyliczonych (jak to się dzisiaj modnie nazywa) „strategii”? Autocenzurą, jałowością, bezpłodnością. A w konsekwencji – brakiem potencjału zmiany status quo. Środowiska, które zakładają, iż dla osiągnięcia czegokolwiek muszą przekonać społeczeństwo, że nie są tym, kogo pokazuje się jako zagrożenie obecnego porządku rzeczy, prędzej czy później obiorą sobie za cel po prostu wywalczenie dla siebie znośnego miejsca w ramach republiki koleżków. Kto zabiega o to, by przypadkiem nie stać się niepopularnym, skończy jako zakładnik modnych form i tematów; wiecznie starający się pokazać, że nie jest tym gorszym-zapóźnionym; niewiarygodny ani dla zwolenników, ani dla przeciwników tego, z czym zobowiązywał się walczyć.

Niniejszemu wywodowi można postawić zarzut: krytyka zawsze jest tą łatwiejszą częścią rozumowania, ale jaki kierunek powinny obrać środowiska konserwatywne, prawicowe, narodowe czy patriotyczne, skoro powyższy prowadzi donikąd? Na to pytanie próbowałem już jednak odpowiedzieć gdzie indziej, w szkicach „Inną drogą” i „Bractwo Kapłańskie św. Spokoju”.

Od Redakcji: Zaniepokojonych – być może – Czytelników Portalu informujemy, że publikacja powyższego artykułu nie oznacza, że w jakikolwiek sposób zmieniliśmy nasze poglądy na wolną gospodarkę, poglądy, które zostały jednoznacznie określone w Manifeście Ekonomicznym OMP. Text pana Adama Danka traktujemy jako artykuł dyskusyjny, z niektórymi jego punktami możemy się zgadzać, z innymi nie. Jesteśmy przekonani, że wolna gospodarka najlepiej łączy możliwości rozwoju i życia w dobrobycie z wymogami Dekalogu. Jakiekolwiek ingerencje w nią oznaczają, że aby na mocy decyzji urzędnika komuś dać, trzeba najpierw komuś innemu ukraść. Jest jeszcze jeden aspekt zagadnienia – jeżeli przyjmiemy za swoją lewicową wizję gospodarki, co będzie nas różnić od lewicy?

Zapraszamy do dyskusji.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.