Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » Gustaw Flaubert na ścieżce lewej ręki

Gustaw Flaubert na ścieżce lewej ręki

Adrian Nikiel

Nie ma nic trwałego; są jedynie krótkie chwile, czyste przypadki i ciemność.
Håkan Nesser, Powrót

Gdy przeminęła już pierwsza fala zachwytu nad Ręką Flauberta, głośnym dziełem pani Renaty Lis, w 2012 roku na rynku wydawniczym pojawiło się wydanie drugie poprawione, które tym razem szczęśliwie trafiło też do redakcji Portalu Legitymistycznego.

Nie jest to publikacja naukowa, ani nawet popularnonaukowa, czyli najczęściej taka, której z założenia obiektywny twórca znika z oczu czytelnika, z pewnego dystansu opisując życie bohatera na tle epoki, a sobie zostawiając najwyżej wstęp i listę podziękowań, zwykle zakończoną deklaracją, że autor ponosi wyłączną winę za wszelkie błędy w tej pracy. Przeciwnie, kreśląc z niezwykłą, chwilami wręcz blackmetalową intensywnością kolejne rozdziały (epizody?), pani Lis zostawia w xiążce ślady własnych emocyj i domniemań – odkrywając meandry biografii swojego bohatera, odsłania także siebie. Robi to na przekór metody twórczej Flauberta. Czyni tak zresztą z godnym zazdroszczenia talentem, gdyż perfekcyjnie łączy gatunki literackie, począwszy od początkowych (najlepszych i najciekawszych) fragmentów kojarzących się z powieścią gotycką poprzez zapiski z podróży (Flauberta i własnych) do niemal tradycyjnej biografii, w spójny i przykuwający uwagę esej.

Właśnie ze względu na literacki kunszt, zwracający uwagę chyba wszystkich wcześniejszych recenzentów, na osobisty ton, który tak często wybrzmiewa na kartach tego dzieła, nie można uciec od pewnych niepokojących obserwacyj. Wśród spraw, w odniesieniu do których trudno byłoby zrekonstruować osobistą opinię Autorki, jest kwestia bisexualnej rozwiązłości Flauberta, opisywanej zresztą w bardzo pikantny sposób. Jak powszechnie wiadomo, efektem rozbuchanej aktywności erotycznej może być „niechciana” ciąża. I oto ze strony 177 dowiadujemy się, że jedna z kochanek pisarza (Ludwika Colet – dzielona z innymi absztyfikantami – cud, że ówczesna elita artystyczna nie wymarła na choroby weneryczne) zabiła swoje dziecko, co spotkało się z pełną aprobatą Flauberta, błędnie sądzącego, iż to on jest ojcem tej nieszczęsnej ofiary chuci. Mogłoby się wydawać, że problem geniusza akceptującego zabicie „swojego” dziecka zasługuje na więcej niż kilkanaście linijek opisu… Nie tylko w tym jednym, najbardziej drastycznym przypadku pozostaje niepokojące wrażenie, iż z jakichś nieokreślonych przyczyn Flaubert nie może być oceniany według standardowych kryteriów dobra i zła, gdyż jego biografia sytuuje się poza dobrem i złem, poza moralnością Chrystusową. A przecież nie można przy tym uznać, że Flaubert z jakiegoś powodu zasad tej moralności nie znał – on je zwyczajnie odrzucał.

Mocne poszlaki świadczące o tym, że jej bohater zapewne nie odszedł w stanie łaski uświęcającej, wydają się nie wstrząsać p. Lis. Pogrzeb był, o dziwo, kościelny. Jest w tym ironia losu.

Innym ważnym, a wymagającym dodatkowego naświetlenia zagadnieniem wydaje się sprawa jedynie wzmiankowana w xiążce. Dowiadujemy się bowiem, że Flaubert – wywodzący się z rodziny o tradycjach rojalistycznych – utrzymywał co najmniej poprawne (a chwilami wręcz znakomite) relacje z politycznym establishmentem tzw. II Cesarstwa, nie ma natomiast ani słowa o jego stosunku do przebywającego na wygnaniu króla Francji i Nawarry Henryka V. Oczywiście nie traktuję tego w kategoriach błędu, lecz wskazuję „białą plamę”, którą warto byłoby wypełnić. Jest to tym bardziej istotne, gdyż obok wizerunku człowieka we władaniu cielesnych żądz Autorka kreuje równolegle drugi, mniej może wyraźny, ale niedający się zanegować portret Flauberta jako sui generis konserwatysty, antydemokraty i antropologicznego pesymisty. To właśnie Flaubertowi zawdzięczamy genialną myśl: Nigdy nie patrzyłem na dziecko, żeby nie myśleć, iż stanie się ono starcem, ani na kołyskę, aby nie pamiętać o grobie. Wpatrując się w nagą kobietę, widzę w wyobraźni jej szkielet.

Gdybym miał zaproponować soundtrack, który powinien towarzyszyć lekturze Ręki Flauberta, lekturze, nad którą musi unosić się zapach śmierci i putrefakcji, wskazałbym Morgue Wedding fińskiego Scarecrow. Choć właściwie słowo „soundtrack” jest w tym kontekście pewną namiastką, zważywszy na fakt, że muzyce towarzyszy miażdżący videoclip. No ale nie da się zapewne równocześnie uważnie czytać (a tylko tak warto!) i śledzić film.

Z pewnością warto sięgnąć po opus pani Lis, nie może to być jednak lektura bezkrytyczna, powierzchowna, zatrzymująca się na podziwie dla stylistycznej maestrii. Jeżeli zachwyt wystawimy przed nawias, być może po zamknięciu xiążki zostanie więcej pytań niż odpowiedzi.

Renata Lis, Ręka Flauberta, wydawnictwo Sic!, Warszawa 2012, str. 328.

www.wydawnictwo-sic.com.pl

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.