Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » Fra drømmen – rzecz o dramacie norweskim

Fra drømmen – rzecz o dramacie norweskim

Adrian Nikiel

Jesień 2009 roku stała się początkiem bardzo ważnej inicjatywy kulturalnej, realizowanej przez Teatr Polski we Wrocławiu – „Strefy: Norwegia”, prezentacji współczesnej kultury norweskiej poprzez jej dramat i film, wykłady i spotkania z twórcami. Niestety, tak wartościowy cykl wydarzeń artystycznych wydaje się stanowczo za słabo wypromowany wśród mieszkańców naszego miasta, dlatego niżej podpisany dopiero w drugiej połowie stycznia 2010 r. dowiedział się o jego trwaniu i kolejnych terminach.

23 stycznia, nie bacząc na napiętą do granic wytrzymałości sytuację w partii, musiałem wyjść z obrad Konwentu Oddziału Wrocławskiego Unii Polityki Realnej, aby zdążyć na wykład p. Moniki Grossman-Kliber, wykładowcy m.in. na Uniwersytecie Adama Mickiewicza, tłumaczki i popularyzatorki twórczości Jona Fossego w Polsce. Dokonałem właściwego wyboru… Tematem około godzinnego wykładu był właśnie dorobek Fossego na tle tzw. projektu bergeńskiego, czyli inicjatywy Sceny Narodowej w Bergen, która zmierzała do odrodzenia dramatu norweskiego po dziesięcioleciach zastoju. Jak bowiem zauważyła p. Grossman-Kliber, był Henryk Ibsen, potem długo, długo nic, a w ostatniej dekadzie XX wieku jako następca Ibsena pojawił się Jon Fosse.

Autor ten kojarzony jest z postmodernizmem, który to termin zwykle przez polską Prawicę odbierany bywa pejoratywnie. W wielu przypadkach zapewne słusznie, ale w tym przypadku łatwa klasyfikacja byłaby błędem. Prelegentka w swoim wystąpieniu położyła nacisk na jedną z ważniejszych sztuk Fossego: Dødsvariasjonar (Wariacje na temat śmierci z 2002 r.), na której przykładzie zaprezentowała oryginalność tej twórczości i trudności translatorskie, z jakimi musi zmagać się autor przekładu z języka nowonorweskiego na polski.

Akcja Wariacyj na temat śmierci toczy się wokół konsekwencyj samobójstwa młodej kobiety. Po jej śmierci rodzice, para od dawna nieutrzymująca z sobą kontaktów, spotykają się, by wspólnie zmierzyć się z tragedią. W tej ascetycznej pod względem inscenizacyjnym sztuce nakładają się plany czasowe, dochodzi do sytuacyj, gdzie jedną postać gra dwoje aktorów, np. na scenie pojawiają się jednocześnie „młoda” i „stara” matka, „młody” i „stary” ojciec. Ważną rolę odgrywa oczywiście pogrążająca się w szaleństwie samobójczyni, która jako jedyna dostrzega jeszcze jedną postać pojawiającą się na scenie – enigmatycznego Przyjaciela. Kim jest Przyjaciel? Autor tego nie określa i pozostawia nam pole do interpretacji, ale nie będę chyba daleki od prawdy, gdy za najlepszą uznam najprostszą być może odpowiedź: jest to szatan popychający protagonistkę ku śmierci. Kiedy p. Grossman-Kliber zacytowała fragment, w którym Przyjaciel skłania swoją rozmówczynię do bliskości, wrażenie było tak nieodparte, iż automatycznie przypomniał mi się wers utworu Kata: A w nocy szatana przyjąć dłoń. Być może w tych oszczędnych kwestiach i napięciu między bohaterami, wśród mroku i chłodu bijącego z tego dzieła (choćby doświadczanych tylko w relacji i cytatach pani tłumacz!) przedstawiony został przypadek opętania. Opętania nie takiego, jakie znamy z horrorów, lecz jeszcze straszniejszego, bo rozgrywającego się bez żadnych spektakularnych wypadków, wyłącznie w psychice nakierowanej na autodestrukcję. Albowiem, jak już przed wieloma laty zauważył Venom: Ten niewinnie wyglądający przyjaciel może być tym, kogo należy się obawiać.

Co zaskakujące, dramat kończy przesłanie, które śmiało można nazwać chrześcijańskim, kiedy to zmarła oznajmia, że popełniła błąd i gdyby mogła zmienić bieg wypadków, nigdy nie powtórzyłaby swojego czynu.

Pani Grossman-Kliber swoim wykładem znakomicie potrafiła rozbudzić zainteresowanie współczesnym teatrem norweskim, frapująco pokazując na przykładzie przekładu filologicznego nawet problemy interpretacyjne, jakie niesie powściągliwe, lecz wieloznaczne słownictwo Fossego. Szkolne pytanie „co autor chciał przez to powiedzieć?” nabrało nieoczekiwanego sensu… Pozwolę sobie wyrazić nadzieję, że pani tłumacz będzie częściej gościć we Wrocławiu z równie ciekawymi wykładami.

Nawet najciekawszy projekt może mieć coś, co na tle wartościowej całości uznać należy za całkowite nieporozumienie. Takim zbędnym elementem „Strefy: Norwegia” była część druga sobotniego spotkania – film 5 løgner (5 kłamstw) w reżyserii Wawrzyńca Daniela Krutzkoffa Jacobsena, o którym w Internecie przeczytać można, iż jako pierwszy w połowie lat 90. realizował w Norwegii serie tzw. trashfilmów. I choć 5 kłamstw pochodzi z 2007 r., to jeżeli niżej podpisany dobrze interpretuje termin „trash”, spragnieni kultury wysokiej widzowie Teatru Polskiego mieli do czynienia z rzeczywistym „trashem”. Było to dla mnie tym większym rozczarowaniem, iż z zapowiedzi wynikało, że jest to experymentalny, nie do końca oczywisty film, w którym jest miejsce i na śmiech, i na smutek. Im bliżej końca, tym bardziej było mi smutno… Domyślam się, iż reżyser zamierzał stworzyć moralitet o tym, że ludzie przybierają maski, oszukują siebie i swoje otoczenie, nie są szczerzy etc., etc., ale przedobrzył i dzieło rozlazło mu się w rękach na pięć niepowiązanych z sobą wątków, z których tylko dwa w końcu łączą się w dość obrzydliwych okolicznościach przyjęcia urodzinowego w tzw. klubie gejowskim. Ten film jest najzwyczajniej brzydki. Ludzkie wybory, dramaty czy wręcz tragedie pokazane są w sposób, który w widzach nie wzbudza żadnych pozytywnych myśli lub sympatii do (większości) bohaterów. Po prostu przez kilkadziesiąt minut widzowie mogą śledzić następujące wątki: wulgarnego, sfrustrowanego komika, który nienawidzi sodomitów, sodomity – emeryta, który w dniu urodzin korzysta z usług męskiej prostytutki (sądząc po młodzieńczym wyglądzie aktora, można wręcz mówić o przypadku hebefilii), kalekiej aktywistki Amnestii Międzynarodowej, która zwiedziona marzeniem o wielkiej miłości podejmuje próbę samobójczą, małżeństwa z dzieckiem chorym na zespół Downa i nielegalnej emigrantki z Ukrainy, która porzuca rodzinę i w Norwegii zamierza zacząć nowe życie.

Reżyser nie zawahał się przed pokazaniem współżycia sodomickiego, również sceny „urodzinowe” wydają się prezentować sumę wszystkich dewiacyj. Mam nadzieję, że na widowni nie było dzieci… Po czymś takim można lepiej zrozumieć, dlaczego tolerancja dla sodomii skończyła się wraz ze śmiercią Oskara Wilde’a. Ale nawet normalny sex został zaprezentowany jako pełen potu, wymęczony, prymitywny, pozbawiony zmysłowości, a w scenie z centrum handlowego (w której tak naprawdę do „niczego” nie doszło) — wzbudzający wyłącznie zażenowanie. W pozostałych wątkach brakuje napięcia i sensownego zakończenia – po prostu jakby ktoś wyłączył kamerę i był to koniec filmu. Najciekawszą chyba postacią jest wspomniana wcześniej aktywistka Amnestii Międzynarodowej, co bynajmniej nie czyni jej jeszcze postacią pozytywną. Pierwszym odruchem w stanie zauroczenia jest wizyta u lekarza w sprawie „zabezpieczenia”. Przy okazji, co ciekawe, warto wspomnieć, że AM pokazana została na kształt sekty. Podejrzewam, że autor sztuki jest przekonanym lewakiem, ale o tej artystycznej katastrofie można mówić wyłącznie w kategoriach antypropagandy. Owszem, nosimy maski, kłamiemy, oszukujemy siebie i swoich bliskich, pompujemy samooceny, ale wiedza, iż pięcioro ludzi w Norwegii zachowuje się podobnie, niczego nie zmienia. Nie ma mowy o żadnym katharsis czy choćby potrzebie reflexji.

Nikt nie obiecywał, że magiczna, norweska ziemia rodzić będzie wyłącznie geniuszy. Proponuję jednak, aby w przyszłości organizatorzy wybierali filmy prawdziwych artystów, najlepiej z udziałem Marii Bonnevie. Wiem, że wiele zależy też od norweskich partnerów i współtwórców „Strefy: Norwegia”, ale polska strona musi nauczyć się asertywności.

Na szczęście nie uległem zniechęceniu i 1 lutego stawiłem się przed godziną 19:00 wśród wielkiej rzeszy miłośników teatru, szczelnie wypełniającej wnętrze Sceny na Świebodzkim.

Kto nie był, powinien żałować, gdyż czytanie sztuki p. Jespera Hallego pt. Jeg er vinden i trærne (Jestem wiatrem pośród drzew), w przekładzie p. Ewy Partygi i reżyserii p. Mariusza Bonaszewskiego, było prawdziwą ucztą duchową, idealnie zastępującą „pełną” inscenizację. Znakomicie dobrany zespół aktorski w składzie: pp. Dominika Figurska, Dagmara Mrowiec, Ewa Skibińska, Agata Skowrońska, Adam Cywka, Mirosław Haniszewski, Rafał Kronenberger i Marcin Pempuś (z p. Bonaszewskim jako narratorem), czytał tak sugestywnie, iż za wielką skromność należy uznać późniejszą wypowiedź p. Bonaszewskiego, iż było to tylko zwykłe czytanie, które zaledwie dotknęło treści sztuki. Następnie dyskusja, w której wziął udział p. Jesper Halle, potwierdziła, że nie jest to czczy komplement z mojej strony, gdyż oczarowani widzowie mogli dowiedzieć się między innymi, że rozwiązania reżyserskie zastosowane w tym „tylko czytaniu” były lepsze niż te, których użyto podczas spektaklu w teatrze w Trondheim.

Podobnie jak w przypadku prezentowanej wcześniej sztuki Jona Fossego, w Jestem wiatrem pośród drzew plany czasowe nakładają się na siebie. Chwilami tak bardzo, że główny bohater Andreas może równolegle prowadzić dwie rozmowy o rozstaniach – z pierwszą i drugą żoną lub też w tej samej chwili rozmawiać z tym samym przyjacielem w dwóch planach czasowych.

Przedmiotem sztuki są bowiem nieustannie powracające, przeplatające się wspomnienia z przegranego życia Andreasa. Akcja toczy się w ciągu trzech dziesięcioleci, począwszy od 1974 r. aż do pierwszej dekady XXI wieku, głównie na pograniczu norwesko-szwedzkim i w Oslo. Główny bohater miota się między pierwszą żoną (Moniką) i kochanką (Iris). Iris po kilku latach w roli drugiej żony zdradza go z kolei ze współpracownikiem z firmy i odchodzi. Andreas próbuje niezbyt przekonująco odgrywać rolę dobrego ojca dla Krystiana, lecz Krystian po rozwodzie rodziców marnuje swoje życie, trwoni domniemane talenty, a w końcu ginie w wypadku samochodowym. W scenach, kiedy Andreas przywołuje i rozmawia z martwym Krystianem, dominuje naprawdę czarny humor, który jednak zamiera, gdy Krystian mówi ojcu, by ten go już nie wzywał z zaświatów.

Monika, pierwsza żona Andreasa, umiera na raka, a scena ich ostatniego spaceru wzdłuż fiordu w Oslo każe mi podejrzewać, że prawdopodobnie w 2008 r. nieświadomie pokonałem tę samą trasę, co bohaterowie dramatu. Ich gra była tak sugestywna, że naprawdę można to było zobaczyć.

Zobaczyliśmy zatem starzejącego się, samotnego Norwega, od którego odwrócili się nawet przyjaciele (wspierający Iris w jej nowym związku i niechcący dopuścić do niezręcznych sytuacyj towarzyskich), opuszczającego wiejski dom przeznaczony do rozbiórki, zmagającego się z nieustanną gonitwą trzydziestu lat wspomnień. Pozostały mu tylko wspomnienia. Nie został po nim żaden namacalny ślad, zupełnie jakby był wiatrem wśród drzew. Idealnym soundtrackiem zdaje się w tym kontekście Last Sigh of Nostalgia.

Wbrew pozorom nie jest to jednak sztuka smutna. Widzowie wielokrotnie wybuchali gromkim śmiechem, liczne dialogi przepełnione były sytuacyjnym komizmem, udało się przy tym trafnie odczytać intencje autora i reżysera. Depresja nie musi zabijać śmiechu. Pan Mariusz Bonaszewski wniósł do sztuki swoje osobiste doświadczenia związane z licznymi podróżami po Skandynawii. Jak mówił, przez okna domów widział Skandynawów siedzących i pogrążonych w rozmyślaniach. Suma tych podróży pomogła zbudować zarówno przekonującą postać Andreasa, jak też wizerunki silnych, dominujących, zdeterminowanych kobiet. Co ważne, p. Jesper Halle pozostawił w dyskusji szerokie pole dla osobistych interpretacyj widzów, dając do zrozumienia, iż Andreas jako postać jest już niezależny od jego własnych ocen. Dramat został wprawdzie osadzony w kulturze norweskiej, lecz ma wymiar uniwersalny, boleśnie zrozumiały dla każdego z nas, gdyż mówi o tym, co nieuchronne: o samotności, zawiedzionym zaufaniu, rozpadzie związków i przyjaźni, zdradach, w których żadna ze stron nie jest bez winy, dziedziczeniu nieszczęścia, wszechogarniającym braku sensu. Jest to być może stoicka, ale jednak spowiedź – z klęski.

Jeżeli kiedyś Teatr Polski wystawi Jestem wiatrem… na równie znakomitym poziomie, jaki widziałem minionego wieczoru na Scenie na Świebodzkim, będziemy świadkami prawdziwej rewelacji. Niecierpliwie czekam na kolejne ważne wydarzenia w „Strefie: Norwegia”. 

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.