Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Natalia Szpurko: Głosowałam na PO, przepraszam. Czyli o pokorze

Głosowałam na PO, przepraszam. Czyli o pokorze

Natalia Szpurko

Nie chcę się usprawiedliwiać niespokojnymi rządami PiS i Lepperem pozostającym na stanowisku wicepremiera przez (łącznie) ponad rok. Nie chcę się usprawiedliwiać zachłyśnięciem się liberalnym gospodarczo programem Platformy Obywatelskiej i sympatią dla samego Tuska. Nie chcę się usprawiedliwiać zbyt małą wiedzą dotyczącą zasad gry w polskiej polityce czy lekturą nieodpowiednio wybranych tygodników. Byłam młoda i naiwna. Zagłosowałam na PO. Przepraszam. Rzecz jednak nie będzie o Platformie, a o pokorze. Swoją drogą, egzotyczne połączenie, prawda?

Patrzę na odchodzącego z rządu Klicha, którego posądza się o honor. Tak, posądza się – sam zainteresowany robił wszystko, by okazać jego brak, poddał się do dymisji dopiero wtedy, gdy Tusk został zmuszony do jakiejkolwiek reakcji na raport Millera. Zupełny brak nie tylko pokory, ale i przyzwoitości. Ten zarzut można by jednak uczynić wielu naszym politykom, ze wszystkich stron, a z kolei takie grupowe odsądzanie od czci i wiary rządzących nie jest ani specjalnie rozwijające, ani nie świadczyłoby dobrze o kondycji duchowej autora. Porozmawiajmy zatem o pokorze. O nas.

Kiedyś wszystko było prostsze. Czuwał nad nami Bóg, którego wyroki stawiały na naszej drodze majątek starszej cioci lub śmierć na wojnie, karierę prawniczą lub kiepski ożenek. Człowiek był jednym z wielu pionków w tej grze, a jego celem było jak najlepsze rozegranie dla siebie partii, którą narzucił mu Stwórca. Czasy się zmieniły, jednostka została wyzwolona od Boga. Więcej, sama stała się bogiem (niekonsekwencja w użyciu wielkiej i małej litery zamierzona i wypływająca ze światopoglądu autorki). Wpojono nam wielkość i wspaniałość istoty ludzkiej, która podbija kosmos, tworzy nowe technologie etc. Rozbuchano człowiecze ego do monstrualnych rozmiarów. Zupełnie jakby nie istniały granice, których nie umielibyśmy przełamać. Rozszczepić atom? Sklonować owcę? Żaden problem. Istnieje jednak barykada, której żaden geniusz nie sforsuje.

Problemy małżeńskie, odrzucenie w miłości, niemożność znalezienia pracy po prestiżowych studiach, przerost ambicji – to wszystko wycinki życia, w których w pewnym momencie większość z nas zapodziała gdzieś swoją pokorę jako relikt archaicznego świata (żyjemy przecież w epoce osiągania sukcesów, a nie kazań św. Franciszka). Każdą porażkę traktujemy wtedy bardzo poważnie, niektóre kończą się krótszym lub dłuższym załamaniem nerwowym. Zarabiają psycholodzy i producenci Melisany Klosterfrau. Dlaczego tak się dzieje? Dla wielu z nas, zwłaszcza „młodych, wykształconych, z wielkich miast”, by przytoczyć sformułowanie, które weszło już do arsenału politycznych kpiarzy, brutalne zderzenie rzeczywistości z idealną wizją własnego życia, którą nie wiedzieć kiedy „łyknęliśmy”, jest zbyt bolesne. To wszystko nie miało być tak. Nowoczesny człowiek zaplanował swoje życie i oczekuje od losu, by ten się do owych planów dostosował.

Jakże pomocna w chwilach kryzysu jest świadomość własnej skończoności, by nie powiedzieć małości. Paradoksalne? Tylko pozornie. Nie sposób pogodzić obrazu siebie jako młodego, zdolnego, u którego stóp leży świat, z następującymi po sobie porażkami na gruncie zawodowym lub uczuciowym. Uczy się współczesnego człowieka zdobywania, owego wychodzenia przed szereg. Nauka to zacna i stawiająca na pierwszym miejscu indywidualność. Nie uczy się jednak pokory, umiejętności przyjmowania (rzekło by się kolokwialnie „na klatę”) przeciwności losu. Dlatego istota ludzka jest na przestrzeni ostatnich lat coraz słabsza. Kultura wychowania w przeszłości (jeszcze przed II wojną) kładła nacisk na skromność i umiarkowanie, obecnie zaś żyjemy w klimacie ogólnej przesady i przełamywania wszelkich granic. Powrót do religii nie jest, niestety, bezwarunkowo działającym remedium. Po pierwsze – można mieć zdrowy stosunek do życia i samego siebie, nie będąc człowiekiem wierzącym, choć to niebywale trudne. Po drugie – wciąż wielu chrześcijan choruje na przerost miłości własnej, ponieważ nie dość dobrze rozumieją oni dogmaty i sens własnego wyznania. Stało się tak głównie dlatego, iż pozwolono ludziom interpretować katolicyzm na „indywidualny użytek” i okrajać go lub wzbogacać o dowolne elementy innych wyznań lub systemów filozoficznych. Oczywistym jest, iż pokora poszła na odstrzał pierwsza, jako zbyt trudna i zbyt nieżyciowa.

Herbert napisał w wierszu (którego od 10 kwietnia 2011 roku nie można cytować bez posądzenia o sympatię PIS-owską): „oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz / powtarzaj: zostałem wybrany – czyż nie było lepszych”. Świadomość własnej niedoskonałości bez pracy i ciągłego dążenia do swoich celów staje się jałowym rozczulaniem się nad sobą. Nie chodzi więc o to, by wygodnie uznać swoje ograniczenia i skapitulować, wyznając zasadę: „I tak mi się nie uda, więc po co się męczyć”. Wręcz przeciwnie. Dając przykład ukorzenia, już w tytule artykułu popełniłam towarzyskie harakiri, objawiając światu, a przynajmniej stałym czytelnikom Gońca, swoją naiwność sprzed czterech lat. Gdyby w Polakach mniej było zachwytu nad sobą i pieniactwa (oba zjawiska wyrastają jak chwasty tam, gdzie brak tytułowej cnoty), a więcej uczciwej oceny siebie, bylibyśmy już w innym punkcie rozwoju gospodarczo-społecznego. Tylko jak wzmocnić morale ludzi, podczas gdy karty znów rozdaje partia będąca synonimem cwaniactwa i gnuśnego administrowania krajem bez żadnego planu, bez idei? Bez pokory.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.