Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Inną drogą

Inną drogą

Adam Danek

W chwili obecnej Prawica w Polsce nie ma żadnych szans wpłynięcia na losy naszego Kraju ani polityczne oblicze państwa. Nie ma na to żadnych szans, ponieważ sama je sobie odbiera przez swoją fundamentalnie błędną postawę polityczną. I trudno oczekiwać, by działo się inaczej, skoro nawet ci nieliczni ludzie prawdziwej Prawicy, a także osoby mające na nich zadatki, w większości rozmieniają się na drobne, marnując swój czas oraz duchowe i fizyczne siły na tak wielkie i ważne sprawy, jak śledzenie z uwagą i emocjami propagandowych wyścigów medialnych między demoliberalnymi partiami przy takich lub owakich wyborach, „nadążanie” za cynicznie kreowanymi w mediach „wydarzeniami” bieżącego życia parlamentarnego, zajmowanie stanowiska w międzypartyjnych pyskówkach w danym tygodniu, tworzenie obszernych publicystycznych egzegez do faktu, że ten lub tamten partyjny aparatczyk bądź lider coś tam powiedział, czy nawet – bo i to się zdarza – bezpośrednie, osobiste zaangażowanie w bieżącą robotę szeregowych struktur któregoś z konwencjonalnych ugrupowań. Stan ów utrzyma się dopóty, dopóki przeważająca część Prawicy będzie nadal tkwić w złudzeniu sensowności i ważności przejmowania się tzw. bieżączką polityczną – ku radości jej wrogów i beneficjentów systemu, jaki powinna się starać unicestwić.

Jeśli natomiast stan ten – stan rezygnacji z samodzielności myśli i działania na rzecz nic nie przynoszącego uczestnictwa w medialno-ludowych cyrkach urządzanych przez manipulatorów dla rzesz przygłupów – ma ulec odmianie, prawicowcy muszą raz na zawsze zaprzestać angażowania się w bieżączkę. Odrzucić mniej lub bardziej świadomą wiarę, iż to, czym bombardują ich telewizja, radio, gazety jest w zasadzie prawdą i dotyczy istotnych kwestii. Nic bardziej błędnego. Patrząc przez pryzmat celów, jakie powinna stawiać sobie Prawica, nie ma żadnego znaczenia, że wybory wygra akurat ta z kartelowych partii politycznych, niczym nie różniąca się od pozostałych, a nie inna. Kibicowanie którejkolwiek z nich – podobnie jak rozemocjonowane zwalczanie jednej, a nie wszystkich – wystawia tylko żałosne świadectwo głupoty komuś, kto powinien wykazywać nieco więcej przenikliwości od masowego typu zjadacza medialnej papki.

Piszący te słowa doskonale zna motywy, dla których nie w pełni uformowani prawicowcy mimo wszystko babrają się w bieżączce, a także sposoby uzasadniania i usprawiedliwiania przez nich tego niefortunnego wyboru. Wszystkie wprowadzają ich nieodmiennie na drogę donikąd. Wielu z nich popycha w bieżące bagno niecierpliwa chęć szybkiego wpłynięcia na rzeczywistość – wewnętrzna presja, by wreszcie „coś robić”, potrzeba uwolnienia się od poczucia bierności, stania z boku, gdy wokół rozgrywają się wydarzenia. Podjęcie jakichkolwiek skutecznych działań wymaga jednak wcześniej starannych studiów nad samą społeczno-polityczną rzeczywistością, pozwalających nauczyć się widzieć i rozumieć procesy, które ją tworzą, dokonać rozpoznania i oceny sił i podmiotów, które w niej działają – i dopiero na tej podstawie zacząć planować działania, jakie mogą wpłynąć na rzeczywistość w pożądanym kierunku. Takie przygotowanie jest żmudne, trwa długo – co najmniej kilka lat. Niemniej, pominięcie owego niezbędnego okresu przygotowania skutkuje nieprzemyślanym akcesem do pierwszej lepszej inicjatywy, jaka przykuje uwagę człowieka i w rezultacie zaangażowaniem na dłuższy czas jego zdolności, wysiłku czy nawet majątku w sprawy zazwyczaj nieistotne, byle tylko „coś robić”, nie stać z założonymi rękami. Aż do momentu, kiedy nadchodzi otrzeźwienie: konstatacja bezowocności i bezprzedmiotowości własnych działań, zawód, żal do całego świata, poczucie oszukania lub zmarnotrawienia czasu, sił, pracy, pieniędzy, grożące trwałym zniechęceniem się do aktywności w ogóle.

W innych przypadkach źródłem zła okazuje się opacznie pojmowany „realizm polityczny”: przeświadczenie, że wyłącznie podmioty współtworzące system (proreżimowe, kartelowe, parlamentarne) potrafią wywołać w nim zmiany – połączone z chęcią instrumentalnego wykorzystania tych podmiotów w służbie dobrej idei. Wbrew pozorom taki „realizm” to w najlepszym wypadku naiwność: chęć uczestnictwa w tym, co się dzieje, płynąca z iluzji, że już samo współuczestnictwo gwarantuje wpływ, współdecydowanie. Droga do klęski zaczyna się od konstatacji – w założeniu „makiawelicznej” (co budzić może jedynie uśmiech politowania) – że by móc choć w najmniejszym stopniu wpłynąć na los państwa, trzeba, choćby i z niechęcią, przeniknąć do jednego ze stronnictw politycznych realnie partycypujących w wewnątrz-systemowym podziale łupów (takich, jak pieniądze z budżetu zabrane podatnikom, stanowiska w instytucjach państwowych, płatne etaty pozwalające zapewnić utrzymanie własnym poplecznikom, gwarantowana obecność w mediach). Domorosły „makiawelizm” wyraża się w chęci zaplanowanej penetracji danego stronnictwa i opanowania go od środka bądź to przez zdominowanie go intelektualnie (podsunięcie wartościowych idei zbieraninie bezideowych prymitywów, jaką z reguły tworzy demokratyczna partia, inspirowanie jej linii politycznej, doradzanie jej liderom), bądź poprzez zdobycie i utrwalenie dla siebie na tyle mocnej pozycji w wewnętrznym aparacie partyjnym, by współdecydować o bieżących posunięcia stronnictwa. Z czasem okazuje się (co łatwe do przewidzenia), że by móc realizować tą drogą założone cele ideowe, trzeba przede wszystkim utrzymać się wewnątrz systemu (kartelu), co w praktyce staje się celem najważniejszym, który wyprzedza realizację celów ideowych (ponieważ jakoby ją warunkuje). By móc utrzymać się wewnątrz systemu, trzeba zaś przede wszystkim utrzymać swoją pozycję w aparacie kartelowej partii. W rezultacie naiwny „realista” zawsze daje się złapać w pułapkę cynicznych bossów bezideowej partii i musi na ich polecenie spełniać publicznie wszystkie ośmieszające go i sprzeczne z jego pierwotną tożsamością ideową medialne błazeństwa, jeśli za odmowę zagrożą mu usunięciem ze stronnictwa lub degradacją w jego ramach, a tym samym odsunięciem od czasu antenowego, biur poselskich, ochłapów z budżetowych dotacji na działalność partyjną i wszelkich innych systemowych instrumentów, jakich ów obiecywał sobie użyć podstępnie dla dobrej sprawy. No, chyba, że „realista” zdąży sam przedzierzgnąć się w jednego z owych cynicznych, bezideowych aparatczyków. W przeciwnym wypadku czeka go niechybnie los listka figowego, narzędzia w rękach partyjnych macherów, używanego czasem do kreowania „ideowego”, „intelektualnego” czy „inteligenckiego” wizerunku stronnictwa dla wywarcia odpowiedniego wrażenia na motłochu wyborczym – narzędzia, które jednak samo nie ma na nic wpływu.

Zdarzają się wreszcie przypadki jawnie interesownego wejścia w bieżące układy międzypartyjne dla uzyskania korzyści materialnych – środków finansowych lub posad, z tym zastrzeżeniem, że mają one służyć nie prywatnej osobie, a całemu jej środowisku: wyciągnięciu pieniędzy (pod mniej lub bardziej naciąganymi pozorami) na sfinansowanie jego działalności lub utrzymanie jego działaczy. Taką pokusę należy pryncypialnie odrzucić jako obciążoną bardzo wysokim ryzykiem ulegnięcia korupcji bądź materialnemu szantażowi. Przyjmując (albo przejmując, jeśli ktoś woli) regularnie pieniądze od kartelowych instytucji, środowisko uzależnia się strukturalnie od tych ostatnich: w odpowiednim momencie zagrożą mu wstrzymaniem dalszych dotacji – co wtedy będzie już dla niego oznaczać kres działalności – jeżeli nie przyjmie narzucanej mu odgórnie linii. W ten sposób zostanie przeciągnięte na pozycje proreżimowe. Lepszym rozwiązaniem wydaje się raczej rozpoczęcia mozolnej, wieloletniej budowy własnej bazy instytucjonalnej, niezależnej od kartelu, niż próby przylepienia się do instytucji kartelowych, które szybko spacyfikują naiwnych „realistów politycznych”, przerabiając ich na swój obraz i podobieństwo.

Chcąc zapewnić sobie jakąkolwiek, choćby minimalną, szansę na naruszenie status quo, prawicowcy muszą na wstępie uwolnić się od myślowych nawyków wpisujących ich w mechanikę systemu, przestać przywiązywać wagę do „aktualnych tematów”, jakimi obstrzeliwują ich gazety i telewizja, wmawiając im, że oto rozgrywają się bardzo ważne sprawy, w których koniecznie trzeba być z minuty na minutę zorientowanym (jako pierwszą z brzegu ilustrację wskazać można sprawę „krzyża św. Kaczyńskiego”, wzorcowy wręcz przykład fikcyjnego sporu o nic, za którego pomocą wprawiono w absurdalne podniecenie tzw. „całą Polskę”). Treścią „aktualnych tematów” pozostają bieżące bzdury, o jakich za parę lat (a nawet miesięcy) nikt już nie będzie pamiętał. Tymczasem w rzeczywistości „Aktualność jest określeniem tego, co najmniej istotne.”, jak powiada Mikołaj Gómez Dávila (1913-1994). Pogoń za prasowo-telewizyjnymi „aktualnościami” oblepia umysł – oślepia to platońskie „boskie oko”, zakrywa je bielmem, pozbawia przenikliwości widzenia, przesłania świat tym, co powierzchowne. Ludzie, którzy zanurzają swe władze poznawcze w takiej papce informacyjnej, stają się niezdolni identyfikować, śledzić i analizować procesy i sekwencje wydarzeń, jakie determinują los ich narodu w perspektywie co najmniej kilkunastu lat, jednego lub dwóch pokoleń, a nawet w perspektywie sekularnej lub multisekularnej (dłuższej niż jedno stulecie). Sprzyja temu, rzecz jasna, demokracja – ustrój, gdzie z zasady za najważniejsze uważa się ulotne błahostki, a horyzont myślowy członków klasy politycznej nie przekracza jednej kadencji parlamentarnej. To cecha charakterystyczne demokracji, nie występująca w państwach monarchicznych, autorytarnych ani dyktatorskich: „Dla demokracji polityka międzynarodowa jest jednak czymś trudnym i niezręcznym. Dyktatura kieruje się w swym postępowaniu niezmienną wolą i wykonuje dalekosiężne, strategiczne gesty. Bismarck obdarzony był intuicją i geniuszem, lecz bez dyktatury nie stworzyłby niemieckiego państwa narodowego. Lokatorzy Kremla byli anonimowi, nieprzeniknieni i przypuszczalnie niezbyt inteligentni, ale oni również, przez lata uparcie realizując jedną politykę, stale przybliżali się do swego wymarzonego ideału imperium, choć przy okazji sprowadzili na naród rosyjski rozkład społeczny i gospodarczą katastrofę. Pochodzący z wyboru rząd – chyba że kierowany w nieprzeciętnym stylu – wykonuje gesty skierowane wyłącznie ku chwili obecnej.” – konstatuje prof. Roger Scruton (ur. 1944)1. Aby zedrzeć z oczu zasłonę i zacząć dostrzegać mechanizmy rządzące rzeczywistością, trzeba przestać wreszcie myśleć na sposób demokratyczny.

Od czego tedy powinni zacząć zmianę status quo ludzie rodzimej Prawicy? Od siebie. Nie marnować więcej czasu. Przestać głosować w demokratycznych wyborach i nie kandydować w nich. Nie próbować ustalać, czym się różni jedna demokratyczna partia od innej, skoro nie różni się niczym. Nie wstępować do stronnictw politycznych i nie zasilać ich płaconymi przez siebie składkami. Nie zbierać dla nich podpisów ani nie biegać z ich ulotkami. Nie dawać się wciągać w agitację wyborczą, bo to śmieszne. Nie podniecać się czymś, co aparatczyk jednej partii powiedział w telewizorze o aparatczyku drugiej partii przez cały tydzień, dopóki ktoś inny nie powie czegoś innego o kimś innym. Nie komentować międzypartyjnych przepychanek w błocie ani nie kibicować żadnemu z ich uczestników. Werbalnych prawicowców, którzy nawołują do angażowania się w bieżączkę (pipi-prawicowców), konfabulując o jego pożyteczności bądź nieuchronności, postrzegać zaś jako zdrajców i odprawiać słowami, jakimi prawosławny teolog o. Jerzy Fłorowski (1893-1979) zwrócił się do rosyjskich eurazjatów: „Charakteryzujecie się duchem niecierpliwości, ciągnie was ku politycznym intrygom, a mnie to mierzi”.

Owszem, prawicowcy powinni angażować się w politykę, ale najpierw muszą sobie przyswoić właściwe pojęcie polityki – czyli odrzucić współcześnie mu nadawany, wypaczony sens, sprowadzający politykę do rywalizacji małych, świńskich interesików poszczególnych grup, podejmowanej w celu wyrolowania grup konkurencyjnych i przeforsowania własnych interesików przeciw ich interesikom. „Czy to ignorancja, czy też dekadencja tych uczuć, które Polskę odrodziły? Czy to wyjałowienie, czy też wyrzeczenie się dalszego bojowania o trwałość i potęgę Państwa leży u podstaw tej swoistej demobilizacji? Odpowiedzmy sobie szczerze w imię dobra naszego i honoru, bez obrażania się i żalów, że wszystkiego po trosze jest w tym deklasowaniu się rycerza na kupca, w tym przekuwaniu mieczy nie na pługi, ale na wagi kupieckie, w tym ustępowaniu uczuć pierś rwących na rzecz pustki, do której sprowadza się nowy lokator, wszechwładny Interesik.” – pisał w 1934 r. myśliciel geopolityczny Włodzimierz Bączkowski (1905-2000). Ludzie Prawicy muszą odpomnieć klasyczne, uniwersalistyczne pojęcie polityki jako rozumnej służby człowieka czemuś większemu i bardziej trwałemu od niego samego – dobru wspólnoty, nie zaś jako partyjnictwa i służby interesikom – i przygotowywać się do przyszłego uczestnictwa w takiej właśnie polityce.

Jeśli nie partyjnictwo, tak ulubione przez ludzi przekonanych, że wiedzą coś o polityce – to co? Aktywność Prawicy powinna podzielić się na dwa etapy – wstępny oraz właściwy. W etapie wstępnym wskazane jest przede wszystkim (samo)kształcenie – gromadzenie przez jej członków fachowej i gruntownej (nie dyletanckiej i hobbystycznej) wiedzy z zakresu geopolityki, studiów strategicznych, sekuritologii, nauk politycznych, nauk wojskowych, w określonych obszarach również nauk prawnych. Poza tą ściśle naukową formacją intelektualną, prawicowcy powinni, już na własną rękę, przyswajać sobie solidny prawicowy fundament normatywny, poświęcając możliwie wiele czasu na prowadzone we własnym zakresie studia nad konserwatywną myślą polityczną, filozofią polityczną, historiozofią, teorią prawa, filozofią kultury, historią idei. Aby nie obrosnąć kurzem nad książkami i w salach wykładowych, powinni zarazem wstąpić w szeregi związków paramilitarnych i organizacji pro-obronnych, które dadzą im konkretne umiejętności i potrzebną formację psychiczną – czego nie można powiedzieć o niekończących się dyskusjach o bzdurnych „wydarzeniach”, prowadzonych na partyjnych nasiadówkach lub za pośrednictwem mediów. To droga ascetycznej pracy nad sobą, droga do przetworzenia siebie samych w nową elitę państwotwórczą.

Z pozycji pipi-prawicowych z pewnością zostanie podniesiony zarzut, że postulowana tu droga pozostaje za trudna i nie realizowalna dla rzesz przeciętniaków, których mobilizację polityczną pipi-prawica uznaje za niezbędny warunek sukcesu. Nas jednak nie interesują standardy miernoty, a Prawicy nie wolno się do nich naginać. Potęgę budują i ratują państwa z upadku wyłącznie elity, nigdy masy przeciętnych ciepłych kluch. Mówiąc słowami krakowskiego konserwatysty Stanisława Koźmiana (1836-1922), (…) gdy ludzie przekonań zachowawczych zwalniają się z własnej reguły, gdy poczynają niepotrzebnie robić ustępstwa w nadziei czy to pozyskania słabych i zmiennych, czy też nawrócenia kogokolwiek. Dziesięciu ludzi pewnych siebie może nierównie skuteczniej przeszkodzić złemu niż stu chwiejnych; i tych dziesięciu ostatecznie więcej zdolnych zrobić dobrego niż owych stu złego. W każdym razie takich choćby tylko dziesięciu potrzeba dla przechowania treści i nauki szkoły, nauki, zdaniem moim krajowi niezbędnej, a koniecznej dla ciągłości zdrowej polityki”. W etapie właściwym aktywność prawicowców musi znaleźć wyraz w budowie i rozwoju zrzeszających prawicową elitę centrów myśli, analiz, planowania, szkolenia, pracy koncepcyjnej (ideotwórczej), wspierających państwo, a nie uwikłanych w dyskursy demokracji, liberalizmu, „praw człowieka” i całej reszty współczesnego balastu ideologicznego, który to państwo osłabia wewnętrznie. Z drugiej strony, ludzie Prawicy, zamiast marnować się w bieżączce lub zamykać w życiu li tylko prywatnym, powinni wesprzeć proces odzyskiwania przez państwo siły bezpośrednio, wstępując do instytucji odpowiedzialnych za realizację jego funkcji rdzeniowych, takich, jak wojsko, policja, służby informacyjne, kontrola państwowa – wszelako wyłącznie pod warunkiem wcześniejszego wzorowego przygotowania merytorycznego. Jeżeli będą wytrwali w urzeczywistnianiu wskazanej tu drogi, a proces degradacji państwa nie zelżeje (na co nic nie wskazuje), nadejdzie dzień, gdy państwo bez wsparcia tego rodzaju elity nie będzie się już mogło obyć, choćby wbrew protestom wszystkich miernych, brzuchatych i głupich, choć cwanych, partyjnych demagogów.


1 Przeł. Tomasz Bieroń.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.