Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » Kilka myśli o „Obcowaniu”

Kilka myśli o „Obcowaniu”

Adrian Nikiel

Wydany w 2014 roku zbiór wypowiedzi programowych pana dra Przemysława Dakowicza (publikowanych już wcześniej w innych wersjach krytycznoliterackich esejów, manifestów, dwóch rozmów, wspomnień i drobniejszych rozważań z lat 2009-2014) nie jest łatwą lekturą. Pierwsza część tomu (zwłaszcza pierwsze kilkadziesiąt stron) zmusza bowiem do zmagań z dość hermetycznym językiem autora, chwilami nużącą koniecznością pilnowania, aby nie zgubić wątku rozważań. Na szczęście im bliżej końca, tym przyjemniej się czyta, kolejne rozdziały są coraz ciekawsze, a styl zyskuje pożądaną lekkość. Rośnie też ochota na wymianę myśli z Autorem. Rzecz jasna, całe dzieło poświęcone jest zagadnieniom interesującym, istotnym dla polskiej kultury, ale to jednak ważne, aby pisząc, a następnie komponując ostateczny kształt xiążki mającej być próbą odpowiedzi na kryzys zbiorowej tożsamości i głębokie podziały społeczne, postawić się również w roli odbiorcy – czy proponuje się mu inspirującą wędrówkę, czy tor przeszkód1. Z drugiej strony strzec się trzeba pokusy ułatwiania sobie pracy – przekonywania przekonanych. Tym bardziej gdy chodzi o zapowiadane przez Autora dialog i spotkanie, które muszą przecież wykroczyć poza krąg akademicki, a tym bardziej poza granice sympatyj politycznych. Tom w trakcie lektury odłożony na półkę raczej nie zmieni losów Ojczyzny ani też myślenia czytelnika.

W pierwszej części (Sklejanie pamięci) wytrwały czytelnik jest świadkiem poszukiwania w dziełach mistrzów języka, dzięki któremu współcześni Polacy mieliby odkryć swoją Wielką Narrację, poznać czy też na nowo odkryć prawdę o narodowym przeznaczeniu. Ta narracja – trudno w tym miejscu nie odnotować recenzenckiego skojarzenia – wymaga jednak wyjścia poza spór oświecenie-romantyzm, w którego ramach wskazywane są błędne najczęściej odpowiedzi na problemy Polaków znajdujących się po kolejnych procesach rewolucyjnych w stanie przedwspólnotowym. Spór oświecenie-romantyzm powinien zostać zastąpiony przez starcie racyj w trójkącie tradycjonalizm-oświecenie-romantyzm. Sięgając do symbolicznych dat: chodzi o wybór między 7 października a 11 listopada. Obawiam się, że ten aspekt na kartach Obcowania jest jednak nieobecny.

Doktor Dakowicz w zbiorze swoich pism ukazuje swoiste dwa oblicza. Z jednej strony jest znawcą romantyzmu, wytrawnym krytykiem literackim i przenikliwym eseistą, gdy skupia się na szczegółach, gdy tropi ukryte sensy i olśniewa erudycją, na kilku poziomach analizując pojedyncze linijki i całe zbiory wierszy. Z drugiej – bywają takie fragmenty, w których ulega pokusie czynienia wielkich uogólnień, zwłaszcza wtedy gdy kwestionuje wartość literatury polskiej powstałej po 1989 roku. Trudno tak formułowane zarzuty uznać za istotne, konkretne, pozwalające podjąć dyskusję – jest to raczej krytycznoliteracka zasłona dla politycznych resentymentów2. A przecież po 1989 roku rodzimą kulturę wzbogaciły zarówno świetna proza gatunkowa (zwykle osadzona w perspektywie historycznej), jak i ważne eseje. Poezja? – przywołam tylko jedno nazwisko: pani Urszuli Honek (chociaż jej debiut xiążkowy przypadł na 2015 r.). Nie można zresztą oczekiwać, że w epoce charakteryzującej się nadpodażą słowa pisanego istnieć będzie jednolita hierarchia literacka3. Kto miałby wyrokować – zwłaszcza z perspektywy zaledwie kilku lub kilkunastu lat – co zaliczyć w poczet wartościowej literatury narodowej? Krytycy? Absolwenci studiów polonistycznych? Twórcy notatek w tygodnikach? Sam Autor nie kryje opinii, że pisanie recenzyj jest zajęciem dość jałowym.

***

Ważną, z pewnością kontrowersyjną i chyba najciekawszą częścią xiążki są rozważania okołoreligijne; a znaleźć można wśród nich m.in. interpretacje słów mistrzów zgłębiających dzieła i biografie innych myślicieli4, uwagi na marginesach oraz omówienia konfesyjnych lektur. Pan Przemysław Dakowicz określa siebie mianem czytelnika o poglądach tradycjonalistycznych (str. 281) w świecie całkowicie i definitywnie postchrześcijańskim (str. 305). Jeżeli potraktować deklarację o poglądach jako odnoszącą się nie tylko do zagadnień literackich, lecz również do stanowiska wobec współczesnego kryzysu Kościoła (a skłania do tego umieszczenie jej w rozdziale poświęconym Tomaszowi Mertonowi i Józefowi Marii Verlinde’owi), to tradycjonalizm ten wydaje się, delikatnie pisząc, mocno umiarkowany, bo będący ewentualnie stanowiskiem konserwatywnym w ramach Nowego Kościoła – ale i co do tego można mieć mocne wątpliwości. Akurat w kontekście katolicyzmu rozróżnienie między tradycjonalizmem a konserwatyzmem jest szczególnie ważne, a brak precyzji prowadzi do nieporozumień.

Czy zresztą nawet ten – założony przeze mnie roboczo – konserwatyzm nie zawodzi, gdy np. na str. 250 czytamy, że Wincenty van Gogh (nie tylko słynny – po śmierci – malarz, ale przez pewien czas także protestancki kaznodzieja) pozostaje odtąd na zewnątrz Kościoła? Śmiem twierdzić, że nie jest to język, którym dla opisu sytuacji zerwania z protestancką oficjalną religijnością posłużyłby się konserwatysta, a tym bardziej tradycjonalista. Jest przecież jeden Kościół założony przez Syna Bożego, jedyny, który może być przywołany bez żadnego uściślającego przymiotnika. Poza nim są chrześcijańskie wspólnoty quasi-kościelne odpadłe od Kościoła ze względu na herezję lub schizmę. W tym sensie van Gogh przez całe życie pozostawał na zewnątrz Kościoła, co najwyżej dystansując się od nauczania protestanckich sekt i podążając ścieżką indywidualnego doświadczenia religijnego (był zatem konsekwentnym protestantem, stając się dla samego siebie najwyższą instancją).

Podobnie jest ze szwedzkim mistykiem, kolejnym ważnym bohaterem drugiej części xiążki, noszącej tytuł Nowoczesność schizofreniczna – Autor zdaje się pomijać milczeniem, że duchowość Emanuela Swedenborga była duchowością postluterańską. Zapewne nie uznaje tej kwestii za istotną dla swoich rozmyślań – choć nie można w życiu doczesnym ujrzeć zaświatów, jeśli nie jest się świętym. A właśnie w tym kontekście trzeba dostrzec, iż jednak nie mylił się – polemicznie cytowany na str. 328 – pan Paweł Lisicki, zauważając, że zmagający się z dziełem Swedenborga Czesław Miłosz, szukając wyjścia z Ziemi Ulro, ziemi suchej, pustej i smutnej, znowu do niej wrócił (…). Mimo wszystko pewnym zaskoczeniem musi być kryptoprotestancka myśl Autora zapisana na str. 329: A jak uczy „dobry Swedenborg”, człowiek zdolny jest wierzyć jedynie w to, co rozumie. To zdanie podsumowuje cały rozdział i trudno nie odczytać go jako aprobaty doktora Dakowicza dla takiego, niekatolickiego sposobu myślenia. Zdaje się, że wzmianka, iż być może w epoce Kontrreformacji Autor stałby się fanatycznym zwolennikiem Lutra lub Kalwina (str. 332), mówi o nim więcej, niż chciałby ujawnić. Wybór między wstąpieniem do Towarzystwa Jezusowego a wsparciem dla bluźniących Bogu herezjarchów (choćby rozważany jedynie w wyobrażeniach o własnym alternatywnym życiorysie w XVI lub XVII wieku) – czy to aby nie jest przejaw tego rozpadu, któremu Autor swoją xiążką próbuje stawiać opór?

Tak więc pan Przemysław Dakowicz jest raczej konserwatywnym (umiarkowanym?) modernistą, który, owszem, dostrzega obumieranie rzeczywistości symbolicznej i ogarniającą społeczeństwo (…) obojętność na sferę religii i (…) na problem wiary (str. 305), ale nie widzi przyczyn tego stanu ani nie zna drogi wyjścia z niego. Autor jest – obawiam się – „dzieckiem Soboru”. Nie rozpoznaje m.in., że Józef Maria Verlinde nie nawrócił się do Świętej Wiary Katolickiej, lecz w 1983 r. przyjął święcenia w ramach Nowego Kościoła5 i do dziś jest jego wyznawcą.

Modernizm, na którym w XX wieku ufundowano Nowy Kościół (często zwany soborowym lub montiniańskim), wali się pod ciężarem własnych sprzeczności doktrynalnych. Niegdyś katolickie świątynie pustoszeją, a sprawowane w nich obrzędy coraz częściej są manifestacją „pomysłów na uatrakcyjnienie mszy” autorstwa prowadzących. Postkatolicy przestali wierzyć, gdyż zobaczyli, że to, co kiedyś było najsurowiej potępiane przez Magisterium, dzisiaj uchodzi za doktrynę katolicką. Jeżeli w ciągu dosłownie kilku lat najwyżej stojący hierarchowie mogli bezkarnie przekreślić ponad tysiąc dziewięćset lat nauczania Słowa Bożego, jeżeli w nowym „Magisterium” nie ma nic pewnego i niezmiennego, jeżeli uchodzący nadal za katolickich biskupi i kardynałowie nie zgadzają co do podstawowych pojęć dotyczących Sakramentów, wiary, dyscypliny i moralności, efektem zamieszania jest chaos, a w nim pozostaje wybór: ateizm lub religijność patchworkowa, komponowana à la carte. Pan dr Dakowicz pytał swoich studentów, czy wierzą w życie wieczne – ale ciekawsze jest inne pytanie: czy hierarchowie Nowego Kościoła wierzą w życie wieczne? W końcu zmagamy się z losem w czasach, kiedy za męczennika uchodzi modernistyczny duchowny zamordowany przez błędnowierców, ale wcześniej współpracujący z wyznawcami fałszywej religii w dziele wznoszenia ich miejsca modłów i nieponoszący w związku z tym żadnych konsekwencyj kanonicznych. Dzisiaj nie dziwią też apele montiniańskich przywódców religijnych, aby nie karać kobiet winnych współudziału w mordowaniu swoich dzieci. Przed kilkudziesięciu laty komuniści zostali exkomunikowani – niedawno zwierzchnik Nowego Kościoła stwierdził, że komuniści właściwie myślą jak chrześcijanie. Czy zatem należało stawiać opór komunizmowi? Może zamordowani, torturowani, okradzeni, zniewoleni i zmuszeni do milczenia przez komunistów sami są winni swoich cierpień? – pytania skierowane do każdego antykomunisty będącego modernistą. A to przecież parę najbardziej „medialnych” faktów wybranych z zaledwie kilku miesięcy 2016 roku. Bądźmy precyzyjni: żyjemy nie tyle w świecie postchrześcijańskim, ile w epoce powszechnej apostazji.

Jeżeli istotę polskości stanowi Tradycja katolicka, to bez powrotu do niej próby odkrycia (stworzenia?) Wielkiej Narracji skazane są na niepowodzenie.

***

Dzieło pana Dakowicza wymyka się prostym i krótkim recenzjom – właściwie każdy rozdział mógłby być omawiany osobno. Dlatego zapisuję tylko niektóre myśli i skojarzenia, ograniczam się do wybranych fragmentów, zwłaszcza tych skłaniających do polemiki. Jest to bowiem xiążka „niepokojąca”, budząca uznanie dla erudycji, wiedzy i dorobku Autora, czasami czarująca odwagą sądów i sugestywnym językiem, ale i prowokująca sprzeciw oraz zostawiająca niedosyt, jakby brakowało w niej mocnego, prawicowego domknięcia. Na jej odbiór – nie ukrywam – wpływają też bieżące wydarzenia w naszej nieszczęśliwej Ojczyźnie. Gdy czytałem najbardziej przejmujące, chwilami wręcz wstrząsające fragmenty, poświęcone „Łączce”, Starym Powązkom i otwarciu grobu Anny Walentynowicz, trudno było uciec od myśli o tych rodzinach ofiar katastrofy smoleńskiej, które protestują przeciwko naruszaniu spokoju zmarłych. Tak niedawno: gigantyczna praca wykonana, aby Polacy odzyskali swoich bohaterów, obecnie: najplugawsze wyzwiska pod adresem cierpiących rodzin w komentarzach pod artykułami na prorządowych portalach. Wczoraj: szukanie prawdy przez naukowców, dzisiaj: kreowanie za wszelką cenę partyjnego mitu – partyjnego, lecz uwiarygodnionego przez instytucje państwa. Bo zmarli nie mogą się bronić. Jak wiele przez te miesiące zmieniło się na gorsze.

Historia w prowincji polskiej Unii Europejskiej bardzo przyspieszyła, być może dlatego dzisiaj xiążka wydana przed dwoma laty w jakimś sensie wydaje się niedokończona. Ale jak zamknąć zbiór pism powstałych w ciągu pół dekady i poświęconych tak bardzo zróżnicowanym zagadnieniom? W kontekście ostatniego akapitu xiążki – nie sądzę nawet, aby było to zamiarem doktora Dakowicza.

Przemysław Dakowicz, Obcowanie. Manifesty i eseje, wydawnictwo Sic!, Warszawa 2014, str. 354.

www.wydawnictwo-sic.com.pl


1 Czy po dzieło pana Dakowicza sięgną ludzie podobni tym z okładki, z reprodukcji obrazu Jedzący kartofle? Czy pan Dakowicz chce, żeby sięgnęli?

2 Być może resentyment uzasadnia, dlaczego Autor nie dostrzega lub pomija milczeniem, że wiersz pana Jarosława Marka Rymkiewicza pt. Krew jest niestety przykładem politycznie zaangażowanej grafomanii – ale poza tym odczytanie twórczości autora Pastuszka Chełmońskiego jest niezwykle interesujące.

3 Tym bardziej, jeśli mamy poważnie traktować słowa p. Dakowicza o literaturze jako „sejmie” zwoływanym ponad epokami (str. 7).

4 Dzięki temu możemy np. czytać przemyślenia pana Dakowicza czytającego Czesława Miłosza czytającego Emanuela Swedenborga.

5 Oczywiście tego postkatolickiego Nowego Kościoła nie należy mylić z Nowym Kościołem swedenborgian.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.