Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Komunizm wewnętrzny

Komunizm wewnętrzny

Adam Danek

W 1938 r. Jędrzej Giertych, jeden z liderów Stronnictwa Narodowego, opublikował pamflet polityczny „O wyjście z kryzysu”, w założeniu mający demaskować prowadzoną na terenie Rzeczypospolitej – i wymierzoną w nią – robotę sił wywrotowych. Za najniebezpieczniejszy uznał Giertych „trójjedyny obóz wrogów Polski”: żydostwo, masonerię oraz „komunizm wewnętrzny”. Słuszną intencję sprowadził jednak ten nie najwyższych lotów publicysta do absurdu, twierdząc np., iż Żydzi dążą do zamiany Polski w „Judeo-Polskę” i posługują się w tym celu niemal wszystkimi poza SN środowiskami politycznymi: sanacją, chadecją, ludowcami, liberałami, sikorszczyzną i tak dalej. A szkoda, bo niektóre obserwacje i intuicje autora zasługiwały na baczniejszą uwagę. Trafne okazało się przede wszystkim ostrzeżenie przed drążącym Państwo Polskie „komunizmem wewnętrznym”.

Jeśli chodzi o komunizm w polskim międzywojniu, na ogół pamięta się wyłącznie działalność Komunistycznej Partii Polski (1918-1938). Ta jednak, jako oczywista agentura Związku Sowieckiego, wzywająca otwarcie do starcia Rzeczypospolitej z map Europy, pozostawała w politycznej i społecznej izolacji, a ponadto była zwalczana przez policję (zwykłą kryminalną i polityczną) oraz kontrwywiad (w dodatku ugrupowania narodowo-radykalne czyniły z niej cel swoich akcji bojówkarskich) – co ograniczało zasięg jej oddziaływania. Daleko groźniejsza była natomiast inna, subtelniejsza forma infiltracji komunistycznej, wykorzystująca ludzi, których zidentyfikować można bądź jako „fellow travellers”, bądź jako „pożytecznych idiotów”, bądź po prostu jako agentów wpływu. Rolę bakcyla komunizmu odgrywali lewicowi intelektualiści, pozornie niezwiązani z ruchem komunistycznym, lecz zafascynowani jego doktryną i udzielający mu wsparcia ze szczerego przekonania. To smutne, ale obóz rządzący Polską od maja 1926 r. nie przeciwdziałał tej ukrytej ofensywie, choć deklarował antykomunizm, a regularnych komunistów pod jego rządami bito i torturowano w aresztach i w Berezie Kartuskiej. Przeciwnie, publicyści i działacze polityczni dotknięci „ukąszeniem heglowskim” na różne sposoby pozyskiwali jego protekcję, przenikali w jego szeregi, a nawet penetrowali za jego pośrednictwem aparat państwowy. Z upływem czasu zjawisko przybierało coraz bardziej niepokojące rozmiary.

Pierwszy kanał, którym elementy komunizujące wlewały się do obozu piłsudczykowskiego, stanowił utworzony w 1930 r. Akademicki Związek Pracy dla Państwa, zwany popularniej Legionem Młodych. Miał on przygotowywać młodzież studencką do przyszłej służby państwu, w praktyce zajmował się zaś krzewieniem wśród niej poglądów skrajnie lewicowych. W 1933 r. jego komendant główny Zbigniew Zapasiewicz na łamach „Państwa Pracy”, organu prasowego Legionu, tak wykładał program swej organizacji: „Żąda upaństwowienia wszelkich ośrodków przemysłowych i wywłaszczenia do pewnego minimum większej własności ziemskiej – zastępując teoretyczny automatyzm realnym, z góry powziętym planem gospodarczym. Wolną inicjatywę gospodarczą skoordynowanym wysiłkiem całego społeczeństwa w imię wspólnego dobra”. Powojenny pisarz Andrzej Micewski określił ów program jako „niemal komunistyczny”. W dalszej części artykułu Zapasiewicz precyzował m.in. stanowisko Legionu wobec Kościoła, stając na pozycjach antyklerykalnych. Czołowym protektorem i inspiratorem Legionu Młodych w sferach rządowych był płk Janusz Jędrzejewicz, premier w latach 1933-1934, mason, według Micewskiego „największy lewicowiec wśród pułkowników”1. Funkcję kuratora Legionu pełnił dziennikarz Wincenty Rzymowski, późniejszy członek PKWN i minister spraw zagranicznych komunistycznego państwa we wczesnych latach stalinowskich. W kierownictwie tego stowarzyszenia działał też Stefan Żółkiewski, po wojnie znany publicysta komunistyczny, rzecznik ujmowania literatury w sposób marksistowski.

W 1932 r. z inicjatywy Jędrzejewicza, wówczas ministra wyznań religijnych i oświaty publicznej, powstała Straż Przednia – odpowiednik Legionu Młodych przeznaczony dla uczniów. Straż Przednia jako jedyne stowarzyszenie poza Związkiem Harcerstwa Polskiego mogła prowadzić legalnie działalność w szkołach. Z Legionem łączyły ją wspólne powiązania z „Kuźnią Młodych” – komunizującym pisemkiem adresowanym do najmłodszych czytelników. Nic więc dziwnego, iż obecność Straży w szkołach budziła protesty duchowieństwa. W 1937 r. wybuchł skandal wokół poczynań Straży Przedniej w Chełmie, które tak opisywał konserwatysta Józef Mackiewicz (1902-1985): „Prezesem Straży był uczeń kl. 8 Łagoda. Pod jego ‘dojrzałym’ kierownictwem kupowano książki ‘niezależne’ w rodzaju: ‘Doktryny chrześcijaństwa’, ‘Mroki średniowiecza’, prenumerowano pisma socjalistyczne, urządzano libacje, a pod koniec 1936 r. zaczęły funkcjonować tzw. wieczory towarzyskie o charakterze wyraźnie politycznym, o zabarwieniu niemal komunistycznym”.

Wileńskie struktury Straży Przedniej współpracowały natomiast z redakcją pisma „Po prostu”, założonego przez Henryka Dembińskiego. Dembiński do 1932 r. należał do katolickiego ruchu „Odrodzenie”. Potem wstąpił do Komunistycznej Partii Polski i stanął na czele studenckiego stowarzyszenia Lewica Akademicka. Co ciekawe, wcześniej, w 1931 r. przywódca wileńskich konserwatystów Stanisław Cat-Mackiewicz (1896-1966) zaproponował jemu i grupie innych studentów Uniwersytetu im. Stefana Batorego prowadzenie dodatku literackiego do redagowanego przez siebie monarchistycznego dziennika „Słowo”; tak narodziło się znane z wysokiego poziomu artystycznego pismo „Żagary”. Kiedy jednak na jego łamach pojawił się odredakcyjny wstępniak o treści komunistycznej, Cat surowo zażądał, by teksty o treści politycznej były przed publikacją poddawane pod kontrolę redaktorów „Słowa”. W rezultacie grupa Dembińskiego zerwała z nim współpracę („Żagary” przestały się ukazywać w 1934 r.), zakładając własny periodyk „Po prostu”. Po pewnym czasie został on zamknięty przez władze za propagowanie treści komunistycznych. Dembiński szybko stworzył na jego miejsce pismo o identycznym profilu – „Kartę”. Od początku lat trzydziestych jego najbliższym współpracownikiem pozostawał Stefan Jędrychowski, komendant wileńskiego okręgu Legionu Młodych. Obaj cieszyli się protekcją osobistości z kół rządowych, np. Jędrychowskiemu płk Zygmunt Wenda (1896-1941) – o dziwo, przedstawiciel radykalnej prawicy piłsudczykowskiej – załatwił posadę referenta wojskowego w polskim konsulacie w Strasburgu. Gdy w 1940 r. Wilno znalazło się pod okupacją ZSRS, Dembiński z polecenia bolszewickich władz kierował akcją rabunku zabytków polskiego piśmiennictwa, a Jędrychowski wszedł do rządu Litewskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Dembińskiego jako komunistę w 1941 r. rozstrzelali Niemcy. Jędrychowski został skazany na śmierć za zdradę stanu przez podziemny Sąd Specjalny RP – lecz przeżył, by po wojnie stać się prominentem PZPR.

Świadomość istnienia komunistycznej infiltracji stała się powszechna po Kongresie Pracowników Kultury, który obradował w dniach 16-17 maja 1936 r. we Lwowie. Udział w nim wzięli m.in.: Władysław Broniewski, Henryk Dembiński, Leon Kruczkowski, Wincenty Rzymowski, Wanda Wasilewska, Emil Zegadłowicz. Kongres miał na celu „podkreślenie solidarności” intelektualistów z „masami pracującymi” oraz protest przeciw „faszyzacji kraju”. Do walki z tą ostatnią postulowano powołanie działającego na skalę ogólnokrajową Stowarzyszenia Obrony Kultury. W toku obrad Dembiński w niezbyt zawoalowany sposób wyrażał nadzieję na przyłączenie Lwowa do Związku Sowieckiego. Na zakończenie kongresu uczestnicy odśpiewali „Międzynarodówkę” i wznieśli okrzyk „Spotkamy się w czerwonej Warszawie”. Wybuchł skandal. Towarzystwo Księgarni Kolejowych „Ruch”, posiadające faktyczny monopol na kolportaż prasy, wydało okólnik zakazujący rozprowadzania komunistycznych i komunizujących pism: „Chłopskie Jutro”, „Język Międzynarodowy”, „Kultura Wschodu”, „Lewar”, „Lewy Tor”, „Literatur”, „Oblicze Dnia” i „Przekrój Tygodnia” – dostępnych wcześniej w normalnej sprzedaży. Wkrótce jednak okólnik uchylono z powodu protestów Związku Zawodowego Literatów. Co ważne, uczestnicy skandalicznego kongresu utrzymywali związki z obozem rządzącym. Zegadłowicz, autor promującej ateizm powieści „Zmory”, do niedawna pracował jako redaktor sanacyjnego pisma „Wieś”, a Rzymowski wciąż pozostawał stałym publicystą sanacyjnej gazety „Kurier Poranny”. Ten drugi nie krył swych sympatii, np. w styczniu 1936 r. pisał tam: „Jeśli chodzi o stanowisko ‘Kuriera Porannego’ wobec prądów nurtujących w Polsce i świecie całym, to składa on dostateczne chyba dowody, że w walce, która jest treścią obecnego momentu, staje po stronie świata pracy przeciwko światu opartemu o wyzysk, krzywdę i niewolę społeczną. Jest to kierunek, który można by nadal nazywać demokracją, gdyby nazwa ta nie zrosła się z demokracją mieszczańską opartą na wyzysku chłopa i robotnika”. Wobec autora i wydawcy tych komunistycznych frazesów nie wyciągano żadnych konsekwencji. Zmianę spowodował dopiero artykuł innego publicysty „Kuriera Porannego”, wydrukowany w 1937 r. w noworocznym numerze gazety. Jego autor wzywał do utworzenia „szerokiego porozumienia demokratycznego”, złożonego z: Polskiej Partii Socjalistycznej, Stronnictwa Ludowego, Frontu Morges (nieformalnego zrzeszenia rozmaitych środowisk politycznych, połączonych wrogością do sanacji) oraz lewicy piłsudczykowskiej (tzw. naprawiaczy – od ich najsłynniejszej organizacji, Związku Naprawy Rzeczypospolitej). Było to nic innego, jak wezwanie do realizacji strategii przyjętej w 1935 r. na VII kongresie Kominternu, polegającej na formowaniu w poszczególnych państwach „frontów ludowych” („fołksfrontów”), czyli maksymalnie szerokich koalicji wszelkich sił lewicowych – których inicjatorami byliby sterowani z Moskwy komuniści – w celu niedopuszczenia do objęcia rządów przez prawicę. Artykuł pociągnął za sobą odgórną zmianę linii „Kuriera Porannego” o sto osiemdziesiąt stopni: rządzący usunęli z niego komunizującą ekipę, a redakcję oddali sprzymierzonym z rządem radykalnym nacjonalistom z Ruchu Narodowo-Państwowego.

Nie sposób ponadto nie wspomnieć afery wokół Związku Nauczycielstwa Polskiego. W latach trzydziestych znajdował się on pod przemożnym wpływem lewicy, i to o zabarwieniu komunistycznym. W marcu 1936 r. pismo ZNP „Płomyk” z inicjatywy działaczki Związku Wandy Wasilewskiej wydało numer tematyczny poświęcony „radosnemu i szczęśliwemu” życiu dzieci i młodzieży w Związku Sowieckim. Policja skonfiskowała cały nakład numeru, a tendencje dominujące w Związku zaczęły niepokoić część obozu rządzącego. We wrześniu 1937 r. pod naciskiem przywódców prawicy piłsudczykowskiej premier gen. Felicjan Sławoj-Składkowski zawiesił Zarząd Główny ZNP, mianując jego komisarycznym kuratorem doktora Pawła Musioła, działacza współpracującego wtedy z sanacyjną prawicą Ruchu Narodowo-Radykalnego (tzw. Falangi). Komunizujące kierownictwo ZNP, w tym Wasilewska, odpowiedziało strajkiem okupacyjnym w warszawskiej siedzibie Związku. Tymczasem dr Musioł rozpoczął czystkę w jego strukturach, obsadzając związkowe stanowiska nacjonalistami z Falangi. Nie potrwało to długo: w listopadzie tego samego roku minister oświaty Wojciech Świętosławski – prominentny przedstawiciel piłsudczykowskiej lewicy – doprowadził do usunięcia Musioła, którego zastąpił swoim zaufanym człowiekiem Sewerynem Maciszewskim. Maciszewski nie krył się zaś ze swoim ateizmem; zapowiadał też wydanie walki wpływom Kościoła i duchowieństwa na system edukacji oraz wzywał do stworzenia w Polsce szkolnictwa całkowicie laickiego. Minister Świętosławski uczynił go prezesem ZNP, choć jeszcze niedawno deklarował, iż uważa formację religijną za fundament wychowania w ogóle.

Tarcia w obozie rządzącym były następstwem procesu „dekompozycji”, jak określił go sanacyjny nacjonalista płk Bogusław Miedziński (1891-1972). Ruch piłsudczyków miał skrajnie spersonalizowany charakter: jego uczestników łączyła chęć wsparcia osoby i zamysłów Józefa Piłsudskiego, którego autorytet skłaniał ich do odsuwania wzajemnych różnic koncepcyjnych na dalszy plan. Ze śmiercią Komendanta w obozie legionowym zabrakło podstawowego zwornika, w wyniku czego nic już nie hamowało wewnętrznych sporów politycznych. Najrozmaitsze środowiska wchodzące w skład sanacji nagle utraciły wspólny mianownik. W spójnym dotąd, zdyscyplinowanym ruchu w krótkim czasie pojawiło się mnóstwo odmiennych zabarwień ideowych. Nagłe na pozór mnożenie się podziałów wywołało wśród piłsudczyków dezorientację, a następnie dążenie do odbudowy silnego przywództwa. Sanacyjni prawicowcy zaczęli gromadzić się wokół nowego dowódcy sił zbrojnych, marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza. Lewica legionowa, zwana kolokwialnie naprawiaczami, skupiała się natomiast przy prezydencie Ignacym Mościckim, dlatego jej liderów zaczęto od prezydenckiej siedziby nazywać „grupą zamkową”. Oba skrzydła sanacji, którym cugli nie mogła już skrócić ręka nieżyjącego Marszałka, od początku „dekompozycji” toczyły ze sobą zakulisową walkę o władzę. Konflikt nie przybrał jednak otwartej postaci, a jego strony postanowiły zawrzeć rozejm. W maju 1936 r. powstał ostatni sanacyjny rząd o mieszanym, kompromisowym składzie. Obozową lewicę reprezentowali w nim ministrowie: opieki społecznej – Marian Zyndram-Kościałkowski, rolnictwa i reform rolnych – Juliusz Poniatowski, wyznań religijnych i oświaty publicznej – Wojciech Świętosławski, jak również wicepremier i minister skarbu Eugeniusz Kwiatkowski. Do stronnictwa nowego marszałka zaliczali się ministrowie: komunikacji – płk Juliusz Ulrych, spraw wojskowych – gen. Tadeusz Kasprzycki, sprawiedliwości – Witold Grabowski (1898-1966, przewodniczący skrajnie prawicowego Klubu 11 Listopada); człowiekiem Rydza był wreszcie sam szef rządu gen. Felicjan Sławoj-Składkowski, który w 1928 r. oczyścił salę sejmową z komunistów za pomocą policyjnych pięści i butów. W lutym 1937 r., pod przywództwem innego prawicowego sanatora, pułkownika Adama Koca (1891-1969), sformowało się polityczne zaplecze rządu – Obóz Zjednoczenia Narodowego, ugrupowanie nacjonalistyczne i zachowawcze pod względem społecznym, o paramilitarnej strukturze. Powstanie „Ozonu” wzbudziło duże nadzieje w kręgach konserwatywnych; wydawało się, że siły prawicy przejmują w Polsce władzę. Niestety, doświadczenie sfalsyfikowało tę optymistyczną ocenę. Obóz rządzący zaczął popierać Centralny Związek Młodzieży Wiejskiej „Siew” oraz Związek Młodzieży Wiejskiej „Wici” – radykalne odłamy ruchu ludowego, w których do głosu dochodziły elementy komunizujące. Rząd gen. Sławoja-Składkowskiego subwencjonował także lewicowe Uniwersytety Ludowe, choć ich działalność potępili w listach pasterskich biskupi.

W marcu 1939 r. red. Jan Moszyński (1902-1943) na łamach konserwatywnego „Czasu” zdemaskował jako komunistyczne broszury wydawane przez Klub Dyskusyjny Zespołu Społeczno-Narodowego, którym kierował dyrektor Gabinetu Ministra Rolnictwa. Autorzy broszur wytoczyli mu proces o zniesławienie. Pod koniec kwietnia sąd uniewinnił Moszyńskiego, uznając jego oskarżenia za uzasadnione i podkreślając, że konserwatywny publicysta kierował się dobrem publicznym. Również w 1939 r. w „Biuletynie Stronnictwa Zachowawczego” wydawanym przez konserwatystów ukazała się analiza sytuacji panującej w obozie rządzącym. Stwierdzano tam, iż sanacyjna lewica, po utworzeniu prawicowo zorientowanego „Ozonu” początkowo zepchnięta w defensywę, postanowiła nie walczyć z nową formacją otwarcie, lecz stopniowo opanować ją od środka. Wpływy naprawiaczy w Obozie Zjednoczenia Narodowego ujawniły się na początku 1938 r., później zaś już tylko przybierały na sile. Świadczyło o tym kilka przesłanek. Po pierwsze, szefostwo OZN postanowiło zneutralizować „ozonową” młodzieżówkę – Związek Młodej Polski, złożony z oenerowców-falangistów; specjalnie w tym celu powołano nową organizację młodzieżową – Służbę Młodych OZN, której ZMP został podporządkowany. Po drugie, wyraźnej zmianie uległ stosunek „Ozonu” do lewicowego ministra rolnictwa Juliusza Poniatowskiego, najpierw krytyczny, potem wyrażający się w zapewnieniach o poparciu przesyłanych mu przez kolejne oddziały OZN. Po trzecie, do opuszczenia szeregów „Ozonu” zmuszono nacjonalistyczne środowisko dwutygodnika „Jutro Pracy”, na czele z posłem Wacławem Budzyńskim zasiadającym w kierownictwie Agencji Antymasońskiej (1938-1939). Konkludowano, że efektem „zboczenia OZN z drogi wytkniętej przez płk Koca” jest zamiana tej formacji w instrument rządów „naprawiackich”. Niewiele czasu dzieliło publikację tego swoistego raportu od wybuchu II wojny światowej. Siedemnasty września miał otworzyć przed agentami „komunizmu wewnętrznego” nowe, szerokie perspektywy.


1 Sam Micewski dla odmiany przez szereg lat pozostawał tajnym współpracownikiem SB.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.