Jesteś tutaj: Publicystyka » Rick Agon » Dlaczego konserwatysta i nacjonalista powinien być zwolennikiem wolnego rynku?

Dlaczego konserwatysta i nacjonalista powinien być zwolennikiem wolnego rynku? Ostateczne rozwiązanie

Rick Agon

Żyją jeszcze ludzie urodzeni w czasach, gdy spór konserwatystów i liberałów, torysów i wigów, stanowił siłę napędową europejskiej polityki. Tymczasem dziś Milton Friedman wyraża obawę, że wkrótce słowa „konserwatysta” i „liberał” zaczną być uważane za synonimy, co zafałszuje ich treść. Okazuje się, iż walka o wolność światopoglądową i wolny rynek to dla reakcjonisty ostatnia deska ratunku przed totalitarnymi zakusami środowisk postępowych.

Kiedyś konserwatyzm miał znaczenie dwojakie. Przede wszystkim był zbiorem określonych postulatów światopoglądowych i wynikających z nich idei politycznych. Obok tego był również narzędziem obrony społecznego status quo. Stąd wyrosło charakterystyczne dla XIX-wiecznego konserwatyzmu połączenie tradycjonalistycznych celów z legitymistycznymi metodami. Lecz czy ma ono rację bytu na progu wieku XXI? Wielu daje na to pytanie odpowiedź twierdzącą, wskazując, że dziś również są kraje, w których rządzą partie określające się mianem „konserwatywnych”, co miałoby znaczyć, że nasze cele można osiągnąć również w systemie demokratycznym. Problem polega na tym, że gdyby cofnąć zegary o dwieście lat, tym „konserwatystom” łatwiej byłoby się dogadać z jakobinami niż żyrondystami (o szuanach nawet nie wspomnę). Oczywiście i oni mają swoje zasługi. Zmiękczają System od wewnątrz; ich działaniom zawdzięczamy „demokrację z ludzką twarzą”, w której obecnie żyjemy. Lecz obawiam się, że dużo częściej służą za wentyl bezpieczeństwa, wpuszczając w kanał wybuchy niezadowolenia za strony co bardziej reakcyjnego elektoratu. Prawdziwi sukcesorzy Ludwika vicehr. de Bonalda znaleźli się w głębokiej opozycji, tuż obok libertarian czy anarchistów.

Dla odmiany liberalizm wyrósł jako bunt przeciw staremu. Być liberałem znaczyło być postępowcem. I to się zmieniło. Współcześni monetaryści sławiąc XIX-wieczne hasło laissez faire, są równie zachowawczy, jak XIX-wieczni konserwatyści wspominający ancien régime. Liberalizm stał się nieco bardziej reakcyjny, a konserwatyzm przeobraził się w ideę zmiany i rewolucji, konserwatywnej rewolucji. Przypomnijmy, że oksymoron ten pojawił się po raz pierwszy u Karola Maurrasa, a więc dokładnie wtedy, gdy „Kartagina” była od władzy odsuwana, a jej miejsce zajmował „Korynt”. Od tej chwili ten proces rewolucjonizowania konserwatyzmu nieustannie się pogłębiał, a współczesny konserwatysta coraz mniej pasuje do stereotypu zmanierowanego staruszka rozprawiającego o polityce zagranicznej króla Ćwieczka.

Kolejna przezwyciężona różnica konserwatystów i liberałów to stosunek do demokracji. Kiedyś liberałowie widzieli w powszechnym prawie wyborczym gwarancję wolności. Minąć musiało sporo czasu, zanim pojęli, że z punktu widzenia wolności jednostki większość może być takim samym tyranem jak dyktator. Czołowy teoretyk liberalizmu sir Izajasz Berlin pisał: Wolność można pogodzić z pewnymi formami rządów autorytarnych, a w każdym razie brakiem samorządu. Istotny jest dla niej obszar kontroli, a nie jej źródło. Jak demokracja może pozbawiać obywatela wielu swobód, którymi cieszyłby się w inaczej zorganizowanym społeczeństwie, tak doskonale można sobie wyobrazić liberalnego despotę, zostawiającego obywatelom duży zakres wolności osobistej. Wolność, przynajmniej logicznie, nie jest związana z demokracją i samorządem.

Wielki książę Konstanty trząsł Kongresówką pod rządami najbardziej demokratycznej konstytucji w Europie, po I Wojnie Światowej prym w demokratyzacji dzierżyła Republika Weimarska — jak to się skończyło, wszyscy wiemy. Nie łudźmy się, że w miarę rozwoju cywilizacyjnego demokratyczna większość obywateli wyrobi się, zmądrzeje. Niemiecki eseista Botho Strauss trafnie twierdził: Inteligencja mas jest już nasycona. Nieprawdopodobne, by jeszcze dalej parła do przodu, przekraczała swe granice i że 10 milionów widzów RTL-u stanie się wyznawcami Heideggera. My dodajmy, że ten próg znajduje się znacznie poniżej poziomu, na którym przychodzi zrozumienie arkanów polityki. Dlatego „większość” zawsze będzie w polityce przedmiotem, a nie podmiotem; co najwyżej przedmiotem z kartką wyborczą w dłoni. Co niegdyś było tępą masą, dziś jest tępą oświeconą masą — sądzi Strauss.

Demokracja jako metoda obrony liberalnych swobód nie sprawdza się, redukując wolny rynek do „społecznej gospodarki rynkowej”. Samuel Huntington wprowadził nawet termin „transformacji autorytarnej”, jako modelu przejścia z gospodarki centralnie sterowanej do kapitalizmu. Wystarczy porównać rozwój dyktatur Azji Wschodniej z demokracjami Ameryki Łacińskiej, by zobaczyć, jak ozdrowieńcze bywają jej skutki. Prof. Robert Barrow postawił tezę, że państwa dyktatorskie rozwijają się bardziej zróżnicowanie; wprowadzenie demokracji eliminuje rozwiązania najgorsze, ale i uniemożliwia przyjęcie tych najlepszych. Według raportu United Nations Development najwyższy wzrost stopy życiowej w latach 1970-1990 zanotowała Arabia Saudyjska, kraj rządzony metodami despotycznymi. W listopadzie 1999 r. Franciszek Fukuyama w wywiadzie dla „Wprost” stwierdził, że Rosja popełniła błąd, nie idąc tą samą drogą co Deng Xiaoping w Chinach — liberalizując gospodarkę przy utrzymaniu rządów autorytarnych. Wszystko to są z rzadka pojawiające się głosy zdrowego rozsądku, z których wynika, że równanie „demokracja = wolność” nie jest prawdziwe.

Podobny był koniec mrzonek liberałów o Rządzie Światowym, które kiedyś ich tak od konserwatystów różniły. Dziś okazuje się, że suwerenność państwowa jest w stosunkach międzynarodowych tym samym, czym wolność jednostki w poszczególnych państwach. W ostatnich latach usiłuje się ją ograniczyć pod hasłem walki o prawa uciskanych. Jest to szantaż moralny, przed którym trudno się nie ugiąć. Jak można popierać ludobójstwo w Czeczenii lub Kosowie? Jestem jednak przekonany, że kiedy niezawisłość uda się spętać dziesiątkami międzynarodowych traktatów, to obrona praw człowieka okaże się ubocznym kierunkiem działań „wspólnoty międzynarodowej”. Skoncentruje się ona na narzucaniu nam haraczy, mówieniu, na jakie partie możemy głosować, i monitorowaniu prasy. Nie będzie nawet do kogo odwołać się od tych decyzji, ponieważ nie wiadomo, co właściwie się kryje za nazwą „społeczność międzynarodowa”. Jak pisał na łamach „Foreign Affairs” Samuel Huntington, pojęcie to jest iluzją, narzędziem imperialnej polityki. Kto nią jest? Chiny? Rosja? Pakistan? Iran? Kraje arabskie? Związek Państw Południowo-Wschodniej Azji? Afryka? Ameryka Łacińska? Francja? — zapytywał znany politolog. Co roku międzynarodowa komisja pod patronatem samego płk. Kadafiego przyznaje Nagrodę Praw Człowieka. W 1998 r. wyróżniła Fidela Castro za „walkę z imperializmem i w imię zasad”. Czy to również jest decyzja społeczności międzynarodowej? A jeśli nie, to dlaczego? Czemu 15 żydów demonstrujących w Melbourne przeciw Haiderowi jest głosem społeczności międzynarodowej, a kilkuset niemieckich nacjonalistów, manifestujących w Berlinie poparcie dla Partii Wolności, już nim nie jest? Kto wybiera zbiór desygnatów nazwy „społeczność międzynarodowa”? Nie ma wątpliwości co do tego, że ograniczenie niezawisłości na rzecz tej wielce enigmatycznej wspólnoty nie musi przynieść liberalizacji sytuacji obywateli.

Konserwatyzm się zrewolucjonizował, liberalizm zniechęcił do demokracji i kosmopolityzmu. Pękły lody, co nie znaczy, że liberał i konserwatysta porozumieją się już we wszystkim. Ale na pewno jest im bliżej ku sobie niż do programu, jaki reprezentuje Artur Górski, lider Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego. Trzon tej idei, „konserwatyzm propaństwowy”, czyli skłonny do kompromisu, lojalistyczny i socjalny, to w rzeczywistości wciskanie w dłonie Systemu rewolweru, który zostanie potem wymierzony wprost między nasze oczy. Proces zwany rewolucją światową wchodzi właśnie w swoją szczytową fazę. Obecnie istnieją jeszcze jakieś ostatnie punkty oporu w Europie, nieco silniejsze bastiony w krajach arabskich, pojedyncze ośrodki rodzimego reakcjonizmu w Azji i Afryce. To właśnie ich „konserwatyści propaństwowi” chcą bronić przy pomocy środków restrykcyjnych. Ale przewaga przeciwnika jest tak przygniatająca, że będą one upadać. Jedne po drugich. Wszystkie! Opór zorganizowany, czyli taki, który ma przełożenie na struktury państwowe, traci w tej sytuacji sens.

W miarę lewicyzacji i pogłębienia zdemoliberalizowania społeczeństw autentyczny konserwatyzm będzie spychany do poziomu hermetycznych subkultur oraz zamykany w politycznych gettach, umieszczonych głęboko poniżej progów wyborczych. Być może przyjdzie nam zupełnie wycofać się z polityki, a jedyne, czego będziemy oczekiwali od Rządu, to aby nie przeszkadzał nam w byciu sobą. III RP przestaje być Naszym Krajem, a prawdziwą Ojczyznę może stanowić tylko realizujące nasz światopogląd „państwo w państwie”, oparte na prywatnym szkolnictwie, niezależnych inicjatywach gospodarczych, wolnych mediach oraz obywatelskich milicjach. Niestety, utożsamiający się z oficjalnymi strukturami konserwatyści propaństwowi hamują jego powstawanie. Ja natomiast liberalizmu będę bronił zawsze, również w tych kwestiach, w których zazwyczaj inni konserwatyści sięgają po socjalną retorykę, np. delegalizacji pornografii i sekt.

Z wielkim zdziwieniem przyjąłem fakt, że nawet niektórzy działacze Unii Polityki Realnej ulegli zwodniczemu urokowi „walki z pornografią”. Jeśli choćby w jednej kwestii oswoi się społeczeństwo z powrotem cenzury, to następnym krokiem może być np. zaplombowanie nadajników Radia Maryja. Ręczę, że ojciec Rydzyk ma w naszym kraju więcej przeciwników niż jędrne i obfite pośladki Pameli Anderson. Dziś lewacy wobec tej radiostacji czy drobnych pism opozycji niepodległościowej trwają w oporze biernym, gdyż wolność słowa jest dla nich tabu. I lepiej będzie, jeśli go nie naruszymy! Proszę zauważyć, że kampania o delegalizację „Szczerbca” zaczęła się tuż po tym, jak swoje apogeum osiągnęła kampania przeciw pornografii i „Złemu”. Oto skutki uczenia ludzi, że wykorzystując monopol „RUCH-u”, można zmuszać kioski do wycofywania pewnych pism z obiegu. Tak samo rzecz się ma z Internetem: zacznie się od gadania o zwalczaniu pedofilii, a kiedy babcie z kółek różańcowych przyklasną, wykorzysta się sprawę do odłączenia wszystkich „antysystemowych” serwerów.

Nie inaczej wygląda problem „walki z sektami”. Z przerażeniem obserwuję, kiedy pismo arcykatolickie, czyli „POSTygodnik Nowożytny”, wzywa do ściślejszej kontroli programów szkół prywatnych i prawnego zakazywania związanej z New Age pedagogiki steinerowskiej. Zanim AWS napisałaby w tej sprawie rozporządzenia wykonawcze, u władzy będzie już SLD, które ten przepis wykorzysta do rugowania podręczników o proweniencji prawicowej. Państwo nigdy się nie wycofuje ze sfery życia, którą raz objęło swoją regulacją! I bądźmy szczerzy: jeśli reżim pozwala na nakręcenie antysekciarskiej histerii, to tylko dlatego, że wie, jak ją wykorzystać do swoich celów. Gdy uda się zbudować powszechną panikę, gładko przejdziemy od „sekt” do „sekciarskiej mentalności”, czyli od Misji Czaitanii do Wojciecha Wencla i Roberta Tekieliego, redaktorów „POSTygodnika”. A wtedy Tekieliemu na niewiele się zdadzą opowieści o „ortodoksji otwartej”. Podobnie wygląda sprawa kampanii na rzecz delegalizacji poznańskiej loży masońskiej, którą wszczął p. Zbigniew Rutkowski, właściciel wydawnictwa „WERS” i redaktor naczelny „Wolnej Polski”. Już mu się udało zainteresować sprawą poznański UOP. Lecz jeśli UOP polubi grzebanie w życiu społecznym, to Rutkowski może być pewny, że za wydanie książki Mord Rytualny zakują go w dyby. Nie z takimi już w Ministerstwie Miłości sobie radzono!

Kontrrewolucja z jednolitych linii obronnych przechodzi do walki partyzanckiej. Będzie ona tym bardziej skuteczna, im więcej wywalczymy wolności. Zdają sobie z tego sprawę również konstruktorzy New World Order. Dlatego, podczas gdy my stajemy się liberałami, to oni porzucają swoją dawną retorykę i sami postulują restytucję państw ideologicznych. Język exliberałów staje się coraz silniej nasączony totalitaryzmem i kiepsko skrywaną nienawiścią. Nigeryjski noblista Wole Soyinka w głośnym eseju „Dzwony wyzwolenia” wzywa: czas przejść od retorycznych potępień do skoordynowanej akcji. Należy wytępić siedliska fanatyzmu, odmówić strawy jego nienasyconemu żołądkowi. Wszystkie państwa muszą przyjść z pomocą skażonym strefom, trującym kloakom nietolerancji. Muszą porzucić język politycznej kurtuazji (…) Powszechne zagrożenie fanatyzmem musi stać się naczelnym celem akcji Narodów Zjednoczonych. Pewien publicysta „Rzeczpospolitej” ogłosił — jestem głęboko przekonany, że w Polsce nowoczesnej i demokratycznej dla nurtów ideologii endeckiej miejsca nie ma, są one szkodliwe i powinny być eliminowane. Kora, wokalista Maanamu, znana jest z powiedzenia: wszystkich fanatyków należałoby rozpuścić w kwasie solnym. Od razu widać, czym różni się rasowy dramatopisarz od kiepskiej piosenkarki, która musi dorabiać prezentowaniem swoich szczątkowych gruczołów piersiowych na łamach „Playboya”. Kora pisze o rozpuszczaniu w kwasie, Soyinka woli to nazwać przechodzeniem z pomocą zakażonym strefom.

W tym kontekście przypomnę słowa Jana Karskiego z jego listu otwartego do Marka Edelmana: Hołotę trzeba marginalizować i usuwać w obszar penalizacji. Z bólem stwierdzam: w III RP panuje klimat tolerancji i przyzwolenia dla antysemityzmu. Iwona Konarska grzmi w „Przeglądzie”: Jesteśmy bezsilni wobec tych, którzy poniżają i zabijają innych swoimi napisami. Tolerujemy ich od lat. Udajemy, że nie widzimy. To taki wstyd. Niestety, wstyd i odwracanie oczu okazały się beznadziejną metodą.

Powyższy zestaw cytatów jest przypadkowy, ale pod względem retoryki reprezentatywny dla innych. Tu już nie ma mowy o żadnej wolności światopoglądowej, a słowo „tolerancja”, niedawno bożyszcze postępowców, ponownie zaczyna nabierać negatywnego wydźwięku. Eliminujcie, wytępcie, rozpuśćcie w kwasie, dla nich miejsca nie ma, porzucicie język kurtuazji, usuwajcie hołotę, penalizujcie — tak brzmi program debaty politycznej z wrogami postępu.

Elita New World Order porzuciła już bajdurzenia o „wolnościach jednostki” i „prawach obywatelskich”. Szykuje się do dokonania nowego Endlösung, ostatecznego rozwiązania kwestii konserwatyzmu. Dla nich widok pokonanego przeciwnika, który leżąc na ziemi, żebrze o prawo odejścia w pokoju, to za mało. Trzeba jeszcze odciąć mu dłonie, by nigdy nie zacisnęły się na rękojeści Szczerbca, wyrwać język, by nie zakrzyczał Viva Cristo Rey!, a na koniec chwycić moralną maczugę Auschwitz i roztrzaskać nią wrogowi czaszkę, by skroni nie zwieńczył mu już laurowy wieniec chwały. NIGDY WIĘCEJ!

Auschwitz-Keule, maczuga Auschwitz, broń przygotowana do zadania Tradycji śmiertelnego ciosu, doczekała się ze strony genialnego aforysty Ernsta Jüngera takiego podsumowania: W miejscach zagłady działał motłoch lemurów, który w ciemnościach uprawia swoje straszliwe sztuczki. I przeżyliśmy sztuczne obudzenie innych lemurów, którzy przybyli w miejsca hańby, aby wykopać zakopane zwłoki, wystawić rozłożone ciała, zmierzyć, policzyć i sfotografować, co miało być pomocne dla ich celów. Odgrywają tylko dlatego rolę oskarżycieli, aby z tego wywieść dla siebie prawo nikczemnej zemsty, które zaspokajają następnie na takich samych orgiach. Nie jest prawdą, że w 1945 r. „epoka pieców” się zakończyła. Ona wtedy się na dobre zaczęła, a z każdym nowym muzeum, wystawą i odczytem moce przerobowe komór gazowych wzrastają. Kiedyś w nich ginąć mieli ludzie z krwi i kości, dziś spopielamy Piusa XII, Izabelę Kastylijską, św. Ludwika IX, św. Jerzego, lwią (także w dosłownym znaczeniu tego słowa) część duchowej spuścizny Europy. Holokaust — który pochłonął mniej niż 1/3 tego, co epidemia grypy hiszpanki w 1918 roku — posłużył do dokonania moralnej eutanazji całego kontynentu.

Nie łudź się, Czcigodny Czytelniku, że stawką w tej grze są obrzydliwe hasła na ścianach, jak to zwykło się sądzić. Już podnoszą się głosy, że trzeba zdelegalizować organizacje odpowiedzialne za stworzenie klimatu sprzyjającego pisaniu takich haseł. A proszę pamiętać, że klauzule generalne w rodzaju szerzenia nienawiści w życiu politycznym, to pojęcia kauczukowe. Zacznie się od likwidowania partyjek dla społecznego marginesu, a skończy się na twierdzeniu, że każdy, kto sprzeciwia się rządzącemu establishmentowi — temu opartemu na wspólnocie nieczystych interesów i strachu przed prawdziwą lustracją AW$LD — szerzy nienawiść. Adam Michnik tłumaczy tę strategię: kto głosuje w demokratycznych wyborach na polityków przemawiających językiem ksenofobii, demagogii, relatywizacji faszyzmu — ten skazuje swoje państwo na pogardę w rodzinie demokratycznych instytucji Unii Europejskiej. Rozumiane expressis verbis są to szlachetne słowa, ale ich prawdziwy sens jest odmienny: wy, którzy głosuje na coś innego niż AW$LD, jesteście ksenofobami, a towarzysze z Brukseli nie będą się z wami tak cackać, jak towarzysze z Moskwy z nami w 1981 r. Od Michnika bywają więksi radykałowie. Kiedy red. Toeplitz na łamach „Przeglądu” łaja Bellonę za wydanie książki Dawida Irvinga o Hermanie Göringu, to przekracza granicę, za którą jest tylko Kuba, Unia Europejska i Korea Północna. Nawet nie próbuje przekonywać, że ta publikacja szerzy nienawiść albo kłamie. Wystarcza, że autor nie jest ani lewakiem, ani demoliberałem. Nie ma prawa bytu, ponieważ nie należy do żadnego z obozów ideowych, które w Jałcie i na procesie norymberskim, tym nowy traktacie z… podzieliły się światem. Od tamtej chwili wszystko, co nie jest lewicowe lub demokratyczne, to „szatańskie wersety”, za które współczesna cywilizacja wyznaczyła godną ajatollahów nagrodę. Casusy Irvinga i Ratajczaka, powierzchownie tylko zmodyfikowana sprawa Dreyfusa, w najlepszym wypadku skończą się ostracyzmem, a w nieco gorszym – konwulsjami na postawionej przez „społeczność międzynarodową” szubienicy.

Czy wszystko już stracone? Niekoniecznie. Lecz jedyna szansa, że nas nie rozpuszczą i nie wyeliminują, to bronić tej cząstki wolności, jaką konstruktorzy New World Order musieli społeczeństwom podarować, by te uwierzyły w szczerość ich liberalnych haseł. I wyczekiwać chwili, gdy Wielka Otchłań się zasklepi, fale Rewolucji Światowej opadną, z wód duchowego potopu wyłonią się szczyty Ararat. A kiedy osiądziemy na suchym lądzie, będziemy mogli przystąpić do odbudowania Cywilizacji. Na tym właśnie polega konserwatywny liberalizm!

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.