Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Grzegorz P. Świderski: Korelacja czy związek przyczynowo-skutkowy?

Korelacja czy związek przyczynowo-skutkowy?

Grzegorz P. Świderski

Im więcej policji, tym więcej zadym. Czy zatem można z tego wnioskować, że to policja wywołuje zadymy?

Właśnie wróciłem z Marszu Niepodległości. Byłem też na marszu w zeszłym roku. I zauważam prostą korelację: zadymy są tam, gdzie jest policja. Gdy tylko nie widać w okolicy żadnych policjantów, to jest spokojnie.

Ale korelacja oczywiście nie uzasadnia związku przyczynowo-skutkowego, a jeśli nawet skądinąd wiemy, że taki jest, to korelacja nie wskazuje na jego kierunek. No bo oczywiście jest też tak, że im większy pożar, tym więcej wozów strażackich – jest tu ewidentna korelacja. Ale to nie znaczy, że strażacy wywołują pożary. Ale oczywiście mogą wywoływać. Znane są przypadki, gdy jakiś strażak specjalnie powodował pożary, by brać potem udział w akcji gaśniczej, by mieć pracę, albo po prostu lubił ogień.

W przypadku Marszu Niepodległości wszystko wskazuje na to, że to policja wywołuje zadymy. I to nie jacyś pojedynczy policjanci, o których szefowie nie wiedzą — zadymy są realizowane przy użyciu policji i zaplanowane przez kogoś, komu cała policja podlega.

Dziś szedłem w czole marszu. I widziałem wyraźnie za policjantami, którzy szli w dwuszeregu szpalerem po chodniku wzdłuż marszu, jak przebiegali zamaskowani osobnicy w kominiarkach – wyglądało to tak, jakby policjanci im robili po prostu przejście, by mogli się szybko przemieszczać. Widać, że osobnicy w kominiarkach działają w porozumieniu z policją. Zaraz potem rozpoczęły się zadymy, czoło marszu zostało oddzielone od reszty i policja zrobiła blokadę, dzieląc marsz na dwie części.

Po zakończeniu marszu, na alei Szucha, gdzie policja rozstawiła swoje suki, którymi przyjechali — widziałem, jak się zwijali i do tych suk razem z policjantami wsiadali cywile wyglądający na kiboli. Może policja ich po prostu po przyjacielsku rozwoziła do domów? Nawet to nagrałem, ale jeszcze nie oglądałem, jak to wyszło.

To oczywiście nie są dowody na to, że policyjni prowokatorzy wywołują zadymy. Te dwie moje obserwacje to są tylko przesłanki uzasadniające, że dziś w Warszawie w tłum marszu wmieszanych było dużo policjantów po cywilnemu w kominiarkach, wyglądających jak kibole. Ale nie wiem z własnych obserwacji, czy to oni rzucali i atakowali policję, czy to jacyś inni kibole w kominiarkach.

Ale jeśli policja była tak świetnie zorganizowana i miała tylu tajniaków, to dlaczego ci tajniacy nie zadziałali i nie wyłapali tych prowokatorów, którzy rzucali butelkami w policję i policja musiała strzelać do tłumu? Po co tylu tajniaków, jeśli i tak mundurowi muszą strzelać?

I w zeszłym roku, i dziś spokój zapanował, gdy tylko zniknęła policja. A zadymy powstawały w następującej kolejności: najpierw pojawiała się policja, a potem zaczynały się zamieszki. Ani razu nie zauważyłem odwrotnej kolejności, że ludzie się zaczynają bić, czy kłócić, czy czymś rzucać, a potem pojawia się policja i na to reaguje – zawsze było odwrotnie – najpierw pojawia się policja, policja przeszkadza, robi blokadę, wywołuje atmosferę zagrożenia, a potem zaczynają się zadymy.

Przed chwilą w telewizji słyszałem, jak rzecznik prasowy policji wyśmiał uwagę dziennikarza, że uczestnicy marszu uważają, iż zadymy wywołują policyjni prowokatorzy, i powiedział: „To byłby przecież absurd! Po co mielibyśmy się sami atakować?”.

Czy to jest rzeczywiście absurd? Jaki ma sens to, że policyjni prowokatorzy atakują policję?

Sens jest taki: Marsz Niepodległości to antyrządowa manifestacja, na którą mogłoby śmiało przyjść i milion uczestników. To jest dla rządu niebezpieczne. Trzeba więc zrobić wszystko, by tę manifestację zmniejszyć do choćby kilkudziesięciu tysięcy.

Zeszłoroczne zadymy już zmniejszyły liczebność dzisiejszego marszu – chociażby tak, że przyszedłem na marsz sam, bez dzieci i żony, bo podejrzewałem, że będą zadymy i lepiej ich nie narażać. Nawet nie musiałem o tym decydować – oni sami powiedzieli, że nie pójdą. Mają złe wspomnienia z zeszłego roku – boją się marszu, bo nie kojarzy się im z wesołym i radosnym świętem, ale z bijatykami z policją.

A zatem gdyby nie ta atmosfera zastraszenia, to by nas było czworo, a tak byłem jeden. Było nas cztery razy mniej.

Na marszu był jeszcze kolega kolegi – z kolegą byłem na czele, a jego kolega startował z końca, z Placu Defilad – był z klasą kilkudziesięciu dzieciaków. Gdy się rozpoczęły zadymy, to je oczywiście momentalnie odesłał do domów – one w marszu udziału już nie wzięły.

W ten sposób odpadło tysiące ludzi. Gdyby nie te zeszłoroczne i tegoroczne zadymy, to marsz byłby kilkukrotnie liczniejszy. Kto na tym korzysta? Oczywiście władza, bo marsz był antyrządowy. Z historii znane są przypadki, nawet niedawne, gdy jeszcze mniejsze demonstracje uliczne obalały rząd.

Rzymska paremia mówi: ten zrobił, kto na tym skorzystał. Ma więc sens, by policyjni prowokatorzy atakowali policję. Dzięki temu mamy zadymy, a dzięki zadymom antyrządowe manifestacje liczą się tylko w tysiącach uczestników, a nie setkach tysięcy.

Żyjemy w państwie policyjnym. Policja w tym państwie nie służy do tego, by chronić obywateli przed złoczyńcami, ale jest narzędziem władzy do tego, by tę władzę utrzymać.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.