Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Krucjata, której nie było

Krucjata, której nie było

Adam Danek

W „Opcji na Prawo” nr 12/2007 zamieszczony został artykuł „Polsko-niemieckie obrachunki” p. Adama Maksymowicza, polemiczny wobec opublikowanego wcześniej w tym piśmie szkicu „Niemieckie obrachunki” mojego autorstwa. Zainteresowanie tym, co wyszło spod mego pióra przyjąłem z przyjemnością, niemniej nie mogę nie zauważyć, iż p. Maksymowicz sformułował w swoim tekście szereg ocen zdarzeń historycznych, na których to ocenach opiera swą polemikę ze mną, a które są – niestety – z gruntu fałszywe. Poniżej będę je po kolei przytaczać i komentować, w miarę możliwości w takim porządku, w jakim umieścił je w swym artykule p. Maksymowicz.

P. Maksymowicz pisze o moim szkicu: „Postawioną w tym artykule tezę, że w 1939 r. niezależnie od okoliczności należało przystąpić do sojuszu z Niemcami, należy uznać za historycznie błędną, a z dzisiejszego punktu widzenia szkodliwą politycznie”. Istotnie jestem przekonany, iż w 1938 lub 1939 r. Polska powinna była zawrzeć układ z Niemcami, wszelako nie „niezależnie od okoliczności”, a właśnie przez wzgląd na okoliczności, w jakich się wówczas znajdowała. Okoliczności zaś rysowały się jak następuje: Polska znalazła się pomiędzy dwoma państwami o świeżo rozbudowanym potencjale militarnym, wyraźnie przeznaczonym do użycia w nieodległym czasie. Było oczywiste, że w starciu z oboma naraz nie ma szans, a jak wykazał przywoływany przeze mnie wcześniej konserwatywny geopolityk Władysław Studnicki-Gizbert (1866-1953), rozpoczęcie wojny z Niemcami automatycznie pociągnęłoby za sobą inwazję na Polskę Związku Sowieckiego, który nie przepuściłby takiej okazji do zagarnięcia wschodnich (czy tylko?) ziem RP – czyli konieczność walki z oboma sąsiadami, zakończonej nieuchronną klęską. Na krótką metę czyniło to nieodzownym odwlekanie wybuchu jakiejkolwiek wojny, ale na dłuższą zmuszało do związania się z jednym z ościennych mocarstw w celu zniechęcenia drugiego do działań agresywnych i uzyskania pomocy w ich odparciu, gdyby jednak nastąpiły. Sowiecka doktryna i praktyka polityczna (np. działalność Kominternu) świadczyły jednoznacznie, iż ZSRS długofalowo zmierza do likwidacji i wchłonięcia wszystkich państw niekomunistycznych, toteż sojusz z Sowietami nie mógł wchodzić w rachubę. Co zaś do III Rzeszy, kierunek jej ekspansji nie został jeszcze przesądzony. Dla stojącego na jej czele rewanżysty największym wrogiem były państwa Europy Zachodniej – bezpośredni krzywdziciele Niemiec w I wojnie światowej. Dawało to Polsce szansę na wyjście z geopolitycznego klinczu przez jednoczesne zawarcie z Niemcami: 1. układu o zachowaniu przez Polskę życzliwej neutralności w razie rozpoczęcia przez Niemcy wojny na zachodzie 2. zaczepno-odpornego sojuszu przeciw Związkowi Sowieckiemu – obu w tajemnicy przed państwami trzecimi. Współcześnie słuszność tej analizy potwierdzają historycy: prof. Piotr Paweł Wieczorkiewicz, Jerzy Łojek (w pracy „Agresja 17 września 1939. Studium aspektów politycznych”, Warszawa 1990) czy Grzegorz Górski (w pracy „Wrzesień 1939. Rozważania alternatywne”, Warszawa 2000) – więc p. Maksymowicz myli się, nazywając ją „historycznie błędną”. Co więcej, określa ją jako „z dzisiejszego punktu widzenia szkodliwą politycznie”, czyli zapewne sugerującą uległość wobec dzisiejszych Niemiec i robienie tego, co one każą za parawanem „wspólnego interesu europejskiego”. Należę do zdeklarowanych wrogów uczestnictwa Polski w unii brukselskiej, ale dopasowywanie wiedzy o przeszłości do współczesnych uwarunkowań politycznych byłoby cenzurowaniem „prawdy dziejowej”, żywcem wziętym z zasobu praktyk politycznych PRL. Polskiej polityce w 1938/1939 i w 2004/2007 roku winien był przyświecać ten sam cel. Wtedy obrona niepodległego bytu Polski implikowała porozumienie z Niemcami na wskazanych wyżej warunkach, obecnie wymaga przeciwstawienia się „zjednoczeniowym” zapędom RFN. Niestety ani wtedy nie była, ani dziś nie jest realizowana.

P. Maksymowicz pisze dalej: „Polska polityka II RP usiłowała utrzymać pozycję równowagi pomiędzy zachodnim i wschodnim sąsiadem, nie angażując się po żadnej ze stron. Tak to było głoszone w oficjalnej propagandzie rządowej. W rzeczywistości Polska wybrała politykę utrzymania dobrych stosunków z Niemcami. Wystarczy przypomnieć, że pierwszą utworzoną ambasadą w wolnej Polsce była ambasada niemiecka. Liczne wzajemne wizyty czołowych polityków obu państw, tym intensywniejsze, im bliżej było do wojny, oparte musiały być na ewentualnych korzyściach politycznych dla obu stron”. Po pierwsze, „politykę równowagi” (lub „równej odległości od Berlina i Moskwy”) nie prowadziła II RP od początku, lecz od objęcia rządów przez Marszałka Piłsudskiego w 1926 r. Po drugie, prowadziła ją konsekwentnie, bez żadnych jednostronnych przechyłów na stronę Niemiec. Wspomnianym przez p. Maksymowicza dyplomatycznym gestom pod adresem zachodniego sąsiada towarzyszyły analogiczne gesty kierowane na wschód: w 1929 r. Polska za zachętą Sowietów podpisała tzw. protokół Litwinowa; w 1932 r. zawarto polsko-sowiecki pakt o nieagresji, a w 1933 r. uzupełniający go układ londyński; w 1934 r. Józef Beck jako pierwszy w historii szef dyplomacji państwa (powiedzmy) kapitalistycznego odwiedził ZSRS. Pisząc te słowa, patrzę na zrobione w 1929 r. zdjęcie, na którym stoją obok siebie uśmiechnięci: sowiecki poseł w Warszawie tow. Dymitr Bogomołow oraz naczelnik Wydziału Wschodniego MSZ Tadeusz Hołówko – zdjęcie nader ponure, gdy się pamięta, iż w 1931 r. Hołówko został zamordowany przez sowieckiego agenta Romana Baranowskiego, ponieważ zdecydowanie optował za antysowieckim kursem w polityce zagranicznej. Natomiast „dobre stosunki z Niemcami” przed 1933 r. to wymysł własny p. Maksymowicza. Od 1926 r. Niemcy prowadziły z Polską „wojnę celną”; w 1930 r. szef niemieckiej dyplomacji Gottfried Treviranus publicznie zakwestionował trwałość granicy polsko-niemieckiej, w wyniku czego w Polsce ogłoszono zbiórkę pieniędzy na łódź podwodną o nazwie „Odpowiedź Treviranusowi”; w latach 1932-1933 polskie siły zbrojne dokonywały w Gdańsku antyniemieckich demonstracji, wywołując burzę na forum Ligi Narodów. Tak wyglądają „dobre stosunki”?! P. Maksymowicz argumentuje na rzecz swego fałszywego poglądu: „Od początku istnienia II RP podstawowym kierunkiem obronnym był wschód. Na zachodzie nie przewidywano żadnych konfliktów, nie budowano umocnień i fortyfikacji”. Owszem, ponieważ na konferencji pokojowej w Wersalu zwycięzcy I wojny światowej pozwolili Niemcom zachować jedynie malutką, symboliczną armię, którą w razie potrzeby Wojsko Polskie odrzuciłoby od słupów granicznych jednym kopniakiem. Poza tym pomimo nieprzyjaznych wypowiedzi niemieckich dyplomatów na granicy z Niemcami panował spokój, nie zachodziły na niej podejrzane wydarzenia, nie zdarzały się incydenty graniczne. Na granicy ze Związkiem Sowieckim sprawy miały się odwrotnie, toteż do jej obstawienia utworzono jedną z najlepszych polskich formacji zbrojnych – Korpus Ochrony Pogranicza. Co ciekawe, nasze relacje z Niemcami uległy znacznej poprawie po dojściu w nich do władzy Hitlera. Nadęty kapral już w 1933 r. ogłosił odejście od antypolskiej polityki poprzednich gabinetów, co umożliwiło podpisanie w 1934 r. polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy we wzajemnych stosunkach. Toteż myli się p. Maksymowicz, gdy pisze: „Niemcy w rozmowach tych posuwali się do coraz większych dla siebie nabytków kosztem Polski (…). Żądano przyłączenia do Rzeszy Gdańska i eksterytorialnej autostrady łączącej Prusy Wschodnie z Rzeszą”. Weimarskie Niemcy chciały rewindykować od Polski cały Śląsk, Wielkopolskę i Pomorze Zachodnie. III Rzesza domagała się wyłącznie Gdańska – międzynarodowego protektoratu nie należącego do Polski, który (o czym rzadko się dziś pamięta) zamieszkany był wówczas w 80% przez Niemców. Co zaś do słynnej eksterytorialnej autostrady (i linii kolejowej), jeszcze latem 1939 r. Władysław Studnicki opracował szczegółowe rozwiązanie tej kwestii, możliwe do zaakceptowania i dla Polski, i dla Niemiec; swój projekt rozesłał własnym sumptem wszystkim polskim ministrom i generałom, ale niestety został zignorowany – ze znanym powszechnie rezultatem. Jak widać, p. Maksymowicz pozwala sobie na konfabulację, stwierdzając: „Dlatego proponowane zawarcie sojuszu polsko-niemieckiego należy uznać za całkowicie chybione, gdyż on faktycznie dotąd istniał”. We wrześniu 1939 r. Państwo Polskie zostało zmiecione z mapy świata, ponieważ do ostatniej chwili upierało się przy „polityce równowagi”, a nie dlatego, że odeszło od niej na rzecz zbliżenia z Niemcami. „Polityka równowagi” miała sens jeszcze w 1934 r., gdy Niemcy prawie nie miały armii, a Sowiety nie były gotowe do planowanego przez siebie podboju świata – ale w 1938 r., pomiędzy dwoma potęgami militarnymi, stanowiła samobójstwo. Wtedy sytuacja zmuszała do opowiedzenia się po którejś stronie, a wybór z pewnością nie mógł paść na stronę sowiecką. Tragedia (a może po prostu: głupota?) Polski była tym większa, iż już w styczniu 1935 r. Niemcy zaproponowały Polsce utworzenie w tajnej umowie bloku antysowieckiego. Propozycję tę ponawiała niemiecka dyplomacja w latach 1936-1937, uzyskując za każdym razem odpowiedź odmowną. Historia nie puszcza płazem takich błędów. W 1937 r. konserwatysta i geopolityk Adolf Bocheński (1909-1944) opublikował swe opus magnum – „Między Niemcami a Rosją”. W pracy tej przypominał, że zbliżenie Niemiec i Rosji każdorazowo kończyło się dla Polski katastrofą – i że tak być musi z uwagi na jej położenie geograficzne. Polska powinna zatem robić wszystko, co w jej mocy, by stosunki niemiecko-rosyjskie pozostawały jak najgorsze. Mając do czynienia z ZSRS, powinna przy tym lekko przechylać się w stronę Niemiec, bo kiedy relacje niemiecko-rosyjskie są złe, Niemcy chcą grać polską kartą przeciw Rosji, co znacznie wzmacnia pozycję Polski i wobec Rosji, i wobec Niemiec. Na analizę Bocheńskiego nałóżmy teraz kilka prostych faktów. W Niemczech weimarskich wszystkie rządy prowadziły konsekwentną politykę zbliżenia z Związkiem Sowieckim przeciw Polsce (układ w Rapallo w 1922 r., potem w Berlinie w 1926 r. etc.). W 1933 r. w Niemczech powstał rząd, który szukał zbliżenia z Polską przeciw Związkowi Sowieckiemu – i Polska taką szansę świadomie przegapiła! W efekcie niemiecki rząd zniechęcił się i powrócił na wypróbowaną drogę współpracy z Sowietami. Rezultat mógł być tylko jeden. W 1939 r. Ribbentrop i Mołotow sfinalizowali porozumienie, podpisując wyrok śmierci na Państwo Polskie. Niemcy i Moskwę po raz kolejny połączyło „wspólne eucharystyczne spożycie ciała Polski”, jak bluźnierczo wyraził się mason i ateista Fryderyk II Wielki. A co by się stało, gdyby sojusz z Niemcami zawarła Polska? Studnicki w pracy „Wobec nadchodzącej drugiej wojny światowej” z 1939 r. pisał: „Nasza armia w wojnie z armią niemiecką to une quantite negligeable, nie będąca w stanie oprzeć się atakowi dłużej niż dwa tygodnie; jednak ta sama nasza armia, walcząca w razie nieposzanowania naszej neutralności przez Rosję, z pomocą niemiecką, wspierana przez fachowe niemieckie dowództwo, przy użyciu dostarczonych przez Niemcy czołgów i samolotów i przy pomocy niemieckich instruktorów – byłaby potężną siłą, zapewniającą zwycięstwo na wschodzie”. Jeszcze w 1939 r. nie było więc za późno – a wyszło, jak wyszło. Współczesny konserwatysta Lech Mażewski komentuje ów zakręt historii: „Polskie ‘nie’ wobec propozycji Hitlera doprowadziło do zmiany kierunku niemieckiego uderzenia. Nie uratowało jednak przed klęską Francji, czego efektem była jej degradacja z pozycji światowego mocarstwa. Nie byliśmy również w stanie uratować istnienia Imperium Brytyjskiego. Udało nam się jedynie – czego z pewnością sanacyjna elita nie zamierzała – uratować przed kompletną klęską Związek Sowiecki. Bo nie mógł być inny wynik wspólnego niemiecko-polskiego uderzenia na Moskwę” (L. Mażewski „Polska, Niemcy, wojna?”, [w:] „Sprawy polityczne” nr 3/2001). Polemizując z moim artykułem, p. Maksymowicz oświadcza, iż w Polsce lat trzydziestych sojuszu z Niemcami „nikt nie chciał i nie mógł zaakceptować”. Nikt – czyli niby kto? Partie polityczne? Tłumy na ulicach? Adolf Bocheński wielokrotnie podkreślał, że czynniki te należy bezwzględnie trzymać z dala od polityki zagranicznej, bo nie mają pojęcia o jej niuansach i mogą ją wyłącznie psuć.

Rozpatrując możliwość sojuszu Polski i Niemiec przeciw Sowietom – a raczej udając, iż to robi – p. Maksymowicz konstatuje: „Być może, że padłaby Moskwa i Londyn, zostałby zdobyty Stalingrad. (…) Pokonanie jednak USA nie wchodziło w rachubę”. Autor tych słów raczej nie orientuje się w dziejach II wojny światowej. Ameryka przystąpiła do wojny w odpowiedzi na japońską ekspansję na Pacyfiku, który uważała za własną strefę wpływów. W obronie swej dominacji przygotowała kontrofensywę i – jak przyznaje coraz więcej historyków – celowo wystawiła Japończykom łatwy cel w Pearl Harbor, by zyskać pretekst do przystąpienia do wojny. III Rzesza – wbrew wszelkim pompatycznym mowom o „obronie demokracji” itp. – stanowiła dla USA drugorzędnego przeciwnika. Państwem, które faktycznie wykrwawiło Niemcy i zmusiło je do kapitulacji był ZSRS. Na konferencji w Teheranie w 1943 r. zapadły proste rozstrzygnięcia: Związek Sowiecki bierze na siebie główny ciężar prowadzenia wojny z Niemcami w Europie, w zamian za co dostaje wolną rękę w Europie Wschodniej, przy czym analogiczne zobowiązania wobec wojny z Japonią przyjmują USA. Drugi front europejski otworzyli zachodni alianci tylko pomocniczo – oraz po to, by po zwycięstwie nad III Rzeszą nie dopuścić do dalszego marszu Armii Czerwonej na zachód. Bez sowieckiego wysiłku zbrojnego nie zdołaliby pokonać Niemiec. A co by się stało, gdyby ZSRS został już wcześniej rozbity ofensywą antysowieckiego bloku z udziałem Polski …?

Pisząc dalej o rzekomych konsekwencjach sojuszu polsko-niemieckiego, p. Maksymowicz wieszczy: „Na wszystkich frontach Niemcy walczyliby do ostatniego Polaka”. Otóż nie: sojusz ów zgodnie z propozycją Studnickiego zakładał użycie przez Polskę wojsk wyłącznie na jednym froncie – sowieckim, bo leżało to w bezpośrednim interesie Państwa Polskiego, co zaś do ewentualnej wojny Niemiec z krajami Europy Zachodniej, gwarantował Niemcom jedynie nie wtrącanie się przez stronę polską (formuła życzliwej neutralności). Natomiast p. Maksymowiczowi najwyraźniej nie przeszkadza, że „na wszystkich frontach (…) do ostatniego Polaka” walczyli alianci z III Rzeszą. Zachęcając Polskę do rozwijania zbrojnego oporu w Kraju po 1941 r. – na tyłach frontu wschodniego – przyspieszali pobicie Niemiec przez Sowiety, nie dbając o to, ilu Polaków zginie z rąk mszczących się Niemców i napierających bolszewików. Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie używali zaś w najbardziej niebezpiecznych operacjach (np. lądowanie pod Arnhem, szturm na Monte Cassino), by po wojnie okazać im cyniczną niewdzięczność, zgodnie z regułą „Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść.”. „Ile byłoby milionów zabitych polskich żołnierzy na wszystkich frontach, trudno zgadnąć, ale zapewne nie mniej niż podczas naszego sojuszu z aliantami” – konstatuje p. Maksymowicz. I znów mija się z prawdą, bo akurat łatwo zgadnąć, iż antysowiecki sojusz polsko-niemiecki miałby przede wszystkim jeden rezultat: nie doszłoby do podboju i okupacji Polski przez III Rzeszę i ZSRS, a przytłaczająca większość polskich ofiar wojny stanowiła właśnie ich skutek.

Skoro już o tym mowa, możemy przejść do kolejnego zarzutu p. Maksymowicza pod adresem koncepcji sojuszu polsko-niemieckiego, zawartego w słowach: „Być może Gestapo byłoby bardziej dyskretne. (…). Obozy koncentracyjne i tak by budowano w Polsce dla opornych wobec niemieckiej polityki, bo budowano je również na terenie Niemiec. (…). Nastąpiłaby całkowita eksterminacja ludności żydowskiej. Politycznie i faktycznie Polska musiałaby w tym uczestniczyć”. Powyższych twierdzeń nie mogę określić inaczej niż mianem bzdury. Przeciwnie, sojusz polsko-niemiecki uchroniłby wszystkich mieszkańców Państwa Polskiego przed okupacją znaczoną nazistowskim terrorem. Bułgaria, Finlandia, Rumunia, Węgry i Włochy zawarły antysowiecki sojusz z III Rzeszą, a Gestapo nie polowało na nikogo na ich terytorium ani nie budowano tam kacetów. Żaden z wymienionych krajów nie wydawał też Niemcom Żydów. Przypomnijmy spotkanie bułgarskiego cara Borysa III (1894-1943) z Hitlerem, który wprost zażądał od monarchy przekazania III Rzeszy bułgarskich Żydów – ale car stanowczo odmówił.

Ostatnią konsekwencją sojuszu polsko-niemieckiego wymyśloną przez p. Maksymowicza miałoby być tragiczne pęknięcie wśród Polaków: „Tego moralnego zjednoczenia narodu w walce z najeźdźcą na pewno by zabrakło. Moralne rozdarcie zaowocowałoby zapewne bratobójczymi walkami partyzanckimi, a nawet regularnych oddziałów wojskowych, bo nie całe Wojsko Polskie poddałoby się niemieckiemu dyktatowi”. Po pierwsze, w armii z pewnością nie doszłoby do żadnych rozłamów; dzieje II wojny światowej dostarczają aż zbyt wiele przykładów wypełniania przez karnego żołnierza polskiego nawet haniebnych rozkazów, na czele z dyrektywą generalną nr 1 marszałka Śmigłego-Rydza z 17 września 1939 r. („Z bolszewikami nie walczyć…”). Ale w 1938 lub 1939 roku nie byłoby absolutnie nic haniebnego w sojuszu z Niemcami – niby dlaczego armia miałaby kontestować umowę własnego suwerennego państwa z innym? Za to układ Sikorski-Majski z 1941 r., zawarty z państwem, które dokonało rozbioru Polski i zaznaczało, że się z niego nie wycofa (!!!), wręcz ociekał hańbą – a jednak został zawarty i był realizowany, także przez przywódców i żołnierzy Państwa Podziemnego, na zgubę Kraju i ich samych. Po drugie, „moralne zjednoczenie narodu w walce z najeźdźcą” to niestety upiększanie rzeczywistości. Polska pod okupacją (niemiecką) stanowiła miejsce starć różnych interesów politycznych, narodowych, grupowych i osobistych; p. Maksymowicz znalazłby tego obraz, gdyby sięgnął po okupacyjne wspomnienia Ferdynanda Goetla (1890-1960), Marka Kolendo (ur. 1923), Józefa Mackiewicza (1902-1985) czy Władysława Studnickiego. Przecież np. Narodowe Siły Zbrojne walczyły z sowiecką partyzantką wbrew zakazom władz podziemnych i AK; bezlitośnie tępiły też Polską Partię Robotniczą jako sowiecką agenturę, choć obiektywnie były to „bratobójcze walki partyzanckie” Polaków z Polakami. Z kolei struktury Państwa Podziemnego niektórzy jego funkcjonariusze wykorzystywali do załatwiania porachunków politycznych, jak w przypadku „sprawy Józefa Mackiewicza”. I wszystko to w Kraju – w bezpośredniej obecności okupanta – a na wychodźstwie panował jeszcze gorszy stan: klika partii skupionych wokół Sikorskiego, a potem Mikołajczyka na wszelkie sposoby szykanowała ludzi przedwojennego obozu rządzącego i swoich przeciwników politycznych. Symbolem ich podłej małoduszności pozostanie na zawsze internowanie w obozie na wyspie Bute oraz inwigilowanie przez policję polityczną piłsudczykowskich oficerów i polityków, a także tych spośród narodowców – m.in. Adama Doboszyńskiego (1904-1949) i oenerowca Zygmunta Przetakiewicza (1917-2005) – którzy protestowali przeciw potulnej wobec Anglii i prosowieckiej linii Sikorskiego. Z przedstawienia fikcyjnych przesłanek wyciągnąć można jedynie fałszywą konkluzję, którą p. Maksymowicz ujmuje następująco: „Polska w wyniku drugiej wojny światowej, zdradzona przez swoich sojuszników, za których przelewała krew, dzisiaj jest jednak samodzielnym podmiotem politycznym, do czego w wojennym sojuszu z Niemcami nigdy by nie doszło”. W wyniku II wojny światowej Polska nie została „samodzielnym podmiotem politycznym”, lecz przestała nim być na pół wieku. W wyniku II wojny światowej Polska została podbita przez Armię Czerwoną i na jej ziemiach powstało więzienie dla Polaków zwane PRL, które nie było państwem ani polskim, ani niepodległym. „Samodzielnym podmiotem politycznym” Polska stała się ponownie kilka dekad po zakończeniu II wojny światowej, w wyniku erozji układu przez tę wojnę stworzonego.

Rekapitulując, stwierdzam z pełną odpowiedzialnością, iż p. Maksymowicz nie przedstawił ani jednego argumentu przeciw tezie o słuszności sojuszu polsko-niemieckiego w latach 1938-1939. Co więcej, deklaruje, że swą polemikę opiera na „zimnym rachunku zysków i strat”, podczas gdy ujawnia ona rażący brak wiedzy o dziejach międzywojnia i II wojny światowej. Zdradza również ewidentny wpływ paru na poły literackich, na poły ideologicznych frazesów, na których budowano szkolne nauczanie historii jeszcze za moich (niedawnych) czasów. Najistotniejszy z owych frazesów wszyscy dobrze znamy: II wojna światowa była starciem Dobra, czyli koalicji antyniemieckiej, ze Złem, czyli III Rzeszą. P. Maksymowicz mocno wierzy w ten wyświechtany szablon, czego dowodzą jego słowa: „Czy jednak bylibyśmy Polakami? Czy mimo tych wielkich ofiar, poniesionych w trakcie wojny, poczucie walki po stronie honoru i prawdy [podkreślenie moje – A.D.] nie jest naszym kapitałem narodowym, umożliwiającym nam trwanie również w zjednoczonej Europie?”. Polska bynajmniej nie walczyła „po stronie honoru i prawdy”, ponieważ takiej strony w tamtej wojnie nie było. II wojna światowa stanowiła wewnętrzną rozgrywkę w obozie Zła, mordercze zapasy złego komunizmu i złego demoliberalizmu ze złym nazizmem – a państwa trzecie usiłowały jakoś wyjść cało z tej bójki w diabelskiej rodzinie. Polacy mogli to uczynić, pozwalając nazizmowi i demoliberalizmowi wykrwawiać się we wzajemnej walce, skoro te jej koniecznie chciały. Ale mogli też zrobić znacznie więcej – wziąć udział w zniszczeniu Związku Sowieckiego: wypatroszyć czerwonego molocha w jego własnym gnieździe, przynosząc narodom od Dniepru po najdalsze krańce Rosji wyzwolenie od komunistycznej tyranii. I – jak już nieraz w przeszłości – spartolili wszystko.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.