Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » O lojalności wobec nieistniejącego państwa

O lojalności wobec nieistniejącego państwa

Adrian Nikiel

Ruch Autonomii Śląska oraz inne krajowe formacje społeczno-polityczne dystansujące się od Polski i polskości są tematem gorących debat w środowiskach określających się jako patriotyczne. W ramach tych dyskusyj nie rozważa się jednak kwestyj, które należałoby uznać za kluczowe dla rozpoznania źródeł problemu.

Tendencje autonomiczne na Śląsku zaistniały w latach 90. XX wieku. Z perspektywy czasu można mówić o początku tamtej dekady jako o swoistym „karnawale wolności”, kiedy wydawało się, że Polska będzie nie tylko niepodległa, lecz wkrótce stanie się państwem wolnych ludzi. Dziś oczywiście te nadzieje mogą zostać wyśmiane jako wyraz politycznej naiwności, lecz nikt chyba nie podejrzewał, iż czas niepodległości będzie tylko okresem kilkunastoletniego interludium między faktyczną podległością Sowietom a już najzupełniej formalnym włączeniem Polski do struktur nowego państwa, czyli Unii Europejskiej.

W latach dziewięćdziesiątych RAŚ, jak również inne ugrupowania mniejszościowe (w tym również mniejszości niemieckiej) nie cieszyły się taką popularnością, która pozwoliłaby im sięgnąć po władzę na szczeblu regionalnym czy tym bardziej ponadregionalnym. Sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy ośrodek faktycznej władzy nad Polską zaczął przesuwać się z Warszawy do stolic Unii Europejskiej. Proces utraty niepodległości miał charakter wyjątkowy, gdyż odbywał się stopniowo, bez użycia przemocy (co jednak jest pewnym ewenementem w dziejach świata) i z akceptacją znaczącej większości polskiej wspólnoty narodowej. Gdyby przyjąć jeszcze osiemnastowieczne kryteria myślenia o narodzie i państwie, charakterystyczne dla epoki rozbiorowej, należałoby uznać, że większość współcześnie żyjących Polaków dobrowolnie zrzekła się polskości, aktem wyborczym przekształcając się w polskojęzycznych Europejczyków. A zważywszy na charakter drastycznych zmian, jakie dokonały się w ciągu minionych siedmiu lat, analogie z dziejami Rzeczypospolitej w ostatnich dekadach XVIII wieku są nieuniknione…

Dziś, w maju 2011 roku, trzeba stwierdzić jasno, że Polska jako państwo już nie istnieje. Kto twierdzi inaczej, kto w wystąpieniach na wiecach politycznych i przy innych okazjach opowiada, iż będzie bronił niepodległości Polski, że stoi „na straży” niepodległości, że powinniśmy cieszyć się „odzyskaną wolnością”, żyje w matrixie i dowodzi swoimi słowami, iż jest głupcem, albo wręcz oszustem. Polska została zamknięta w trumnie historii i mówienie o jej rzekomo wciąż trwającej niepodległości vel suwerenności jest przywoływaniem zombie. Życiową rolą prezydenta Lecha Kaczyńskiego okazała się zatem powtórka z króla Stanisława Augusta podpisującego traktat rozbiorowy. Tym razem nikt nawet nie próbował stawiać zbrojnego oporu – historia rzeczywiście powtórzyła się jako farsa. Dlatego też – warto dodać na marginesie – jak przełamanie narodowego tabu potraktowano złożenie doczesnych szczątków prezydenta Kaczyńskiego na Wawelu, gdzie przecież nie było miejsca dla króla Poniatowskiego.

Nie można łudzić się, że niepodległa Polska cudownie zmartwychwstanie, gdy po kolejnych wyborach nastąpi zmiana na stołkach administratorów polskiej prowincji Unii Europejskiej. Zwolennicy niepodległości być może – i będzie to samo w sobie wydarzenie epokowe – przekroczą próg pięcioprocentowy, lecz bez względu na to, czy tak się stanie, czy tańczyć na grobie będzie „banda czworga”, pozostaną nieliczącym się marginesem lokalnego życia politycznego. Dziś, w wariancie najbardziej optymistycznym, może im przypaść rola swoistego wentylu bezpieczeństwa, który ma prawo delikatnie krytykować pewne realia Unii i stwarzać pozory wolności opinii.

Zważywszy, że Polska nie istnieje jako państwo, a wspólnota narodowa w coraz większym stopniu ulega wynarodowieniu, czy można dziwić się, iż rośnie grupa ludzi, którzy nie poczuwają się do lojalności wobec Polski? Owszem, o autonomistach śląskich jest głośno, ale przecież nie jest trudno dostrzec przejawy faktycznej, milczącej apostazji od polskości w skali całego kraju. Polska utraciła siłę przyciągania, polskość przestała być wartością. Żaden spośród składających uroczyste przysięgi oficerów nie strzelił sobie w skroń, by zaprotestować przeciwko anschlussowi. Słowa Baczyńskiego, że trzeba nam teraz umierać, / by Polska umiała znów żyć, trafiłyby w ontologiczną pustkę. Kiedyś mówiono o Polsce jako kraju bez Quislingów, dziś można stwierdzić, że jest to również kraj bez Burianów.

Dlatego też wszyscy, którzy szczerze przejmują się zaleceniem pana Stanisława Michalkiewicza, że dziś zadaniem Prawicy polskiej jest ocalenie i przekazanie kolejnym pokoleniom języka polskiego i rodzimej kultury, muszą również rozważyć, czy istnieją jakiekolwiek argumenty, którymi można by przekonać zwolenników ruchów autonomicznych, aby zechcieli pozostać w naszej wspólnocie narodowej. Jeżeli obecnie Polska jest tylko pojęciem geograficznym, jak przekonać tych ludzi, że powinni być lojalni wobec Warszawy (a tym bardziej: politycznej „Warszawki”!), a nie wobec Bruxeli, Strasburga czy właśnie Katowic (lub innego ośrodka regionalnego)? Obawiam się, że zaklęcia w rodzaju „kochaj Polskę, bo trzeba ją kochać” dziś już nie wystarczą. Oczywiście, można – na ile władze UE pozwolą – pójść szlakiem „delegalizacja – więzienie – deportacja – stryczek” (choć pewnie tylko ten pierwszy punkt mógłby zostać wcielony w życie), ale jest to szlak wiodący ku przepaści. Dziś „polska siła” może być tylko siłą polskiej kultury, albo nie będzie jej wcale.

Samozwańcze „elity”, czyli wspomniana wyżej „Warszawka” (rozmaitych orientacyj politycznych), owszem, wyrażają iście faryzejski niepokój ruchami odśrodkowymi, lecz w rzeczywistości decydująco przyczyniły się do wykreowania „narodu śląskiego”. W Warszawie, pomiędzy ul. Wiejską a Krakowskim Przedmieściem, stworzono cieplarniane warunki, w których „naród śląski” mógł się prężnie rozwijać.

1) Ordynacja wyborcza zmieniała się na przestrzeni minionych dwóch dekad, lecz zawsze konstruowano ją w taki sposób, by opłacało się nie być Polakiem. Z przynależności narodowej, pochodzenia etnicznego uczyniono pogląd polityczny. Już nie przynależność do „partii ładu” lub „partii rewolucji” miała określać wartość moralną człowieka, lecz narodowość wykreowana na zagadnienie polityczne. Przywileje przyznawano w zamian za deklarację, że nie jest się Polakiem.

2) Z roku na rok zwiększano obciążenia fiskalne, wyrabiając powszechne przekonanie, że państwo ze stolicą w Warszawie jest złodziejem, a wręcz instytucjonalnym wrogiem obywateli.

3) Pomimo fiskalnego zdzierstwa administratorzy polskiej prowincji UE nie są w stanie finansować podstawowych zadań wynikających z dobra wspólnego. Wszelkiego rodzaju inwestycje przedstawiane są jako dzieło „łaskawej pani Unii Europejskiej”, która daje pieniądze na godne życie obywateli prowincji.

4) Narzucając powszechnie przymus szkolny reżim warszawski podejmował działania, których jedynym efektem mogło być ogłupienie przeważającej części młodego pokolenia. W tym sensie „Warszawka” zachowywała i zachowuje się nadal jak reżim okupacyjny. Młodzi ludzie, tresowani na bezmózgich „Europejczyków”, nie mają podstawowej wiedzy, która umożliwiłaby zachowanie pamięci historycznej i pomnażanie kapitału kulturowego.

Dodatkowo, w procesie szczątkowej edukacji historycznej nacisk kładzie się na narodowe klęski i Polskę w roli ofiary.

5) W odniesieniu do Śląska można wskazać obejmującą około sześciuset lat lukę (dziedzictwo edukacji PRLowskiej) – domena ostatnich Piastów znika z pola zainteresowania szkoły. Tylko najbardziej dociekliwi, czyli ci nie dający się odmóżdzyć systemowej propagandzie (jaką zawsze jest państwowe szkolnictwo), mają szansę zapoznać się z historią tego regionu. Owszem, od 1989 r. wydano wiele tytułów naukowych i popularnonaukowych na temat dziejów Śląska, lecz jakie były ich nakłady, jaka dostępność dla niespecjalisty (również mieszkającego na drugim końcu Polski)?

Przed paroma laty, podczas spotkania we Wrocławiu, pan redaktor Piotr Semka domagał się – w odniesieniu do Wrocławia – zdecydowanego odcięcia się od „pamięci murów”, a kultywowania „pamięci krwi”. Nerwowy śmiech pana redaktora, jaki rozbrzmiał przy wspomnieniu powieściowej postaci Eberharda Mocka, świadczy o tym, że przeszłość tej części Polski pozostaje tematem tabu, gdyż wciąż boimy się (a konkretniej – boi się „Warszawka”) powrotu Niemców – tak bardzo, że wyobrażamy sobie, iż samo czytanie o historii miasta i regionu musi skończyć się germanizacją i wkroczeniem Bundeswehry. Ciekawe, że taki strach nie ogarnia nas na myśl o Czechach… Panujących na Śląsku dłużej niż Prusacy…

Tabuizacja przeszłości Śląska, Ziemi Lubuskiej i Pomorza jest otwartym przyznaniem się do strachu i słabości, kulturową kapitulacją. Jeżeli Eberharda Mocka postrzegamy jako demona zagrażającego naszej tożsamości i przynależności narodowej, z góry stawiamy się na pozycji przegranych i ofiar (czekających z ponurym fatalizmem na kolejny łomot). Niestety, o ile nad bojącymi się można się litować, o tyle trudno do nich przystać, z nimi na trwałe związać swój los. Strach i tabu są dobre dla ludzi o mentalności niewolniczej. A przecież nie jesteśmy gorsi od Niemców! Nie mamy powodu do jakichkolwiek komplexów! Jednostki myślące samodzielne mają świadomość, że autentyczna polska kultura nie była PRLowską monokulturą, że jesteśmy zobowiązani dbać również o „pamięć murów”. Tę pamięć musimy sobie przyswoić, zintegrować z ogólnopolskim doświadczeniem historii. Musimy przestać się bać. Jeżeli zaprzeczymy temu obowiązkowi, odepchniemy od polskości kolejnych wartościowych ludzi.

6) Z punktu widzenia legitymisty – lojalnym można być wobec władz prawowitych, a nie tylko legalnych (które są nimi jedynie dlatego, że stoi za nimi arytmetyczna większość). Lojalność należy się królowi, a gdy go nie ma, każdy sukno ciągnie do siebie – nieobecność władcy prawowitego jest synonimem chaosu. Jak pisałem już w odpowiedzi na ankietę pisma „Pressje”: grzechem pierworodnym III RP należy nazwać brak woli ustanowienia prawowitego ustroju.

W drugiej dekadzie XXI wieku znajdujemy się, jako wspólnota narodowa, w sytuacji analogicznej do czasu zaborów, gdy polskość odrzucili Ukraińcy, Białorusini czy Litwini. Wobec nowych wyzwań, jakie stawia Ruch Autonomii Śląska, musimy o tym pamiętać.

W świetle tych przesłanek, jak przekonać wątpiących o tym, że być Polakiem to zaszczyt i przywilej, a imię Polaka jest najszczytniejsze po tej stronie nieba?

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.