Jesteś tutaj: Publicystyka » Tomasz Wiśniewski » Marsz Patriotów

Marsz Patriotów

Tomasz Wiśniewski

Tegoroczny 11 listopada i obchodzone pod tą datą „święto” zapiszą się na Prawicy pod znakiem upamiętniających je marszów, które odbyły się w różnych miastach, przyciągając do udziału ludzi ze sfer narodowych, konserwatywnych, monarchistycznych (również liberalnych, elementów subkulturowych itd.). Marsze te – w Warszawie, Wrocławiu, Szczecinie, zapewne też innych miastach – wywołały u sił lewicowych zrozumiałą zawiść, przyczyniając się choć trochę do (przynajmniej tymczasowego) podniesienia temperatury wzajemnych sporów politycznych (społecznych, kulturowych, ideologicznych).

Osobiście uczestniczyłem w zorganizowanym przez NOP wrocławskim Marszu Patriotów. O jego przebiegu mogę powiedzieć tyle, że odbył się bez większych zakłóceń, a jego podstawowe założenia zostały zrealizowane. Mimo licznego, a niezbyt przyjaznego towarzystwa nie doszło do żadnych ekscesów.

Marsz miał rozpocząć się o godzinie 17. Tymczasem już na 20 minut przed wyznaczoną porą na wrocławskim rynku było słychać dźwięk gwizdków rozdawanych przez przedstawicieli „Gazety Wyborczej”. Ludziom korzystającym z tych gwizdków niewątpliwie należy się „pochwała” za sumienne, wręcz nadgorliwe podejście do obchodów. Już podczas przemarszu mogliśmy się przekonać, jakie elementy społeczne reprezentowali. Moje oko wyławiało głównie podniecone gimnazjalistki w znoszonych trampkach, często z farbowanymi włosami; dalej trochę „ortodoksyjnych”, naprawdę oldschoolowych punków; pospolite dresiarstwo i poczciwi, dobrze myślący chłopcy z osiedla, między nimi jakieś emo. Z ludzi „poważnych” najkorzystniej prezentowali się przedstawiciele stanu trzeciego, których nie można określić inaczej niż „opaśli burżuje”: zaaferowani, przejęci wykazywanym poświęceniem – uporczywym gwizdaniem – musieli być bardzo dowartościowani tym, że „blokują” pochód niebezpiecznych radykałów.

Pochód ruszył parę minut po godzinie 17. Kilkusetosobowe zbiorowisko nie ustawiło się niestety w jeden, zgrany szyk, ale udało mu się poruszać w zwartym ciągu. Sądzę, że z zewnątrz przemarsz wyglądał całkiem imponująco, zwłaszcza dzięki licznie niesionym flagom, pochodniom czy transparentom. Pochód poruszał się bez żadnych trudności, wręcz płynął w naturalnym tempie, trochę zwalniając na zakrętach. Parę razy (dwa, może cztery, dokładnie nie pamiętam) policja była zajęta usuwaniem „antyfaszystów”, np. w przejściu podziemnym, gdzie banda kilkunastu naszych przeciwników postanowiła zablokować schody. Dalsza droga prowadziła pod pomnik Bolesława Chrobrego, gdzie mogliśmy zobaczyć „plakat” przyczepiony doń przez jakiegoś lewaka (o treści bodajże „Polska nie dla idiotów” – po chwili został zdjęty). Następnie trochę wycia zza drugiej strony policyjnego kordonu, skandowanie „Łapy precz od Chrobrego!” i parę okrzyków o bardziej swojskim charakterze, towarzyszących raczej emocjom występującym podczas meczu piłkarskiego. Zaraz po tym szybkie rozejście, podczas którego policja sprawnie zawiadywała, kto w którą stronę ma się kierować.

Marsz trwał więc około czterdziestu minut, co wydaje mi się czasem zbyt krótkim, jak na taką okazję, zważywszy że niejeden uczestnik przyjechał nań z odległych miejsc kraju. Można też mieć niedosyt co do formy, którą należałoby zaplanować znacznie efektowniej.

Parę słów o wydźwięku, znaczeniu samego Marszu. Jak wiadomo, 11 listopada, jako dzień odzyskania przez Polskę niepodległości, dla konserwatysty, monarchisty jest oczywistym przekłamaniem – kalendarzową laurką dla przywódcy pewnej historycznej opcji politycznej. Dziwnym trafem data ta została uznana przez obecne struktury państwowe. Cóż zatem, przeciętnemu Polakowi 11 listopada kojarzy się przynajmniej od dwudziestu lat, jako „Dzień Niepodległości”, które to skojarzenie można i należy wykorzystać. Demonstrując swoją obecność tak, aby została dostrzeżona w tzw. przestrzeni publicznej.

W rzeczy samej, uważam, że przemarsz miał na celu zamanifestowanie, że wciąż tu jesteśmy, nie damy się odsunąć, wciąż interesuje nas obrót spraw w naszym kraju, jesteśmy gotowi do wystąpień. Zbiorcze pokazanie się naszych sił, które łączy głównie sprzeciw wobec obecnego stanu rzeczy i akcydentalna (bo wypływająca jednak z innych założeń i podejścia do sprawy) zbieżność w poszanowaniu pewnych wartości. W oczach mediów, uzależnionych od nich niewolników i ich panów wszyscy, którzy tam szliśmy (jak i w Warszawie etc.), jesteśmy tym samym – faszystami. Tego miana nie pozbędziemy się jeszcze długo; jednak pamiętając, że jednym ze sloganów zrealizowanych przez właściwych faszystów był „podbój państwa”, nie jest to wcale takie uciążliwe napiętnowanie. Może i ze strony aktualnie istniejącej skrajnej prawicy dojdzie w Polsce do takiego wydarzenia czy raczej procesu.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.