Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » „Monarchia”, która przeprasza

(…) prawda rozpada się na mnogość dwuznaczności, a z nieracjonalności rodzi się nieubłagana logika paranoi.
Ernest Pawel1
Jednym z argumentów niekiedy przywoływanych w dyskusjach o restauracji było twierdzenie, że monarchia jest tańsza od republiki. Być może da się tego dowieść. Ale czy obrońcy prawowitości powinni porzucić swojego suwerena, jeżeli jednak okaże się, że król jest droższy „w utrzymaniu” od prezydenta? Dawne debaty, jeszcze z lat dziewięćdziesiątych XX wieku, przyszły mi na myśl w pewien zimowy wieczór.
Trzy skandynawskie rodziny panujące oraz xiążęta grecko-duńscy, którzy w Londynie w wyniku rewolucji zajmują tron Stuartów po kądzieli, dynastii Wittelsbachów. To bohaterowie australijskiego serialu dokumentalnego pt. Z ludu na królewski dwór, który w styczniu 2026 roku emitowała Telewizja Polska. Serialu zasługującego na miano krzywego zwierciadła – prezentującego świat odwróconych pojęć. Można domniemywać, że żaden z widzów nie odnalazł w nim idei królewskiej, a co bardziej letni rojaliści po ostatnim odcinku mogli nawet skręcić w stronę republiki.
Oczywiście trudno byłoby oczekiwać w Polsce emisji takiego serialu, który uświadomi oglądającym, że prawowici władcy są przybranymi synami Bożymi (acz tym, którzy uzurpują sobie funkcje zwierzchników „Kościołów narodowych”, bliżej niestety do miana synów marnotrawnych), a źródłem ich panowania i rządów jest nasz Pan Jezus Chrystus. Kiedyś nadzieję dawali królowie cudotwórcy, dziś uwagę tłumu absorbują xiążęta celebryci.
Oglądaliśmy zatem serial o dynastiach szukających uzasadnienia dla swojego istnienia – i raczej nie znajdujących go w tym, co najważniejsze: woli Boga. Kwestia prawowitości pozostała zapewne niedostępna umysłom autorów tej „wielkiej narracji”. Poznaliśmy opowieść o monarchiach drżących z niepokoju, czy wciąż cieszą się łaską poddanych (a w rzeczywistości: mediów i zapraszanych przez nie komentatorów). O ludziach oskarżanych o anachronizm, rasizm, kolonializm i nieuzasadnione przywileje oraz odrzucanych ze względu na biały kolor skóry. Zobaczyliśmy władców każdego dnia stawianych przed sądem kingmakerów, moderatorów opinii publicznej. Procesy rewolucyjne, które wspominamy w styczniu każdego roku, nie dobiegły końca.
Dziś monarchia dostosowana do oczekiwań stanu trzeciego vel klasy średniej musi nieustannie się „odchudzać”, tnąc apanaże i degradując królewskich potomków w hierarchii społecznej. Aż dziwne, że niektóre z dostojnych wnucząt nie musiały zamieszkać w blokach – oczywiście znajdujących się w dzielnicach kojarzonych z nieubłaganym postępem i inżynierią społeczną. Ironia? Owszem, ironia, ale prezentowane w serialu monarchie – z ich ułomnym legitymizmem lub nawet całkowitym brakiem prawowitości – usprawiedliwienia własnej egzystencji szukają w równaniu w dół, w zbliżeniu z plebejuszami, w świeżej krwi, której dopływ ma zgromadzić przed pałacem tłum machający chorągiewkami i szczęśliwy, że panujący są „jednymi z nas”.
A mimo to monarchia w serialu, z całym aggiornamento rozgrywającym się na oczach widzów, jednocześnie jawi się jako ciało obce – nie zwieńczenie hierarchii, rodzina rodzin, przewodnik na drodze zbawienia (choćby najbardziej ułomnie pojmowanego), ale pozostałość dawnych epok, trudna do wytłumaczenia żywa skamielina, która mimo kojarzonego z nią blichtru trwa nie w centrum społeczeństwa, lecz na jego uboczu. Królestwo nie jest już ładem społecznym ustanowionym przez Boga, lecz „problemem” pewnej rodziny. Gdyby wierzyć twórcom serialu, termin monarchia nie odnosiłby się do ustroju ‒ byłaby to wyłącznie dynastia, którą społeczeństwo bardziej lub mniej chętnie toleruje, kierując się sentymentem i emocjami. Prawdziwe życie toczy się zaś gdzieś indziej. Nieusuwalna sprzeczność, wyzierająca z każdej minuty serialu, tkwi bowiem w tym, że nawet najbardziej zdemokratyzowana monarchia nigdy nie jest wystarczająco postępowa, a media masowego rażenia i komentatorzy, występujące jako opinia publiczna, w przeciwieństwie zaś do królów dysponujące władzą bez ograniczeń, czekają na kolejne etapy białej rewolucji – aby panujący i poddani już na zawsze zapomnieli o koronie wiecznego żywota.
1 Ernst Pawel, Franz Kafka. Koszmar rozumu, tłum. Irena Stąpor, Marginesy, Warszawa 2025, str. 362.