Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Motanie historii czyli o Piłsudskim i Hitlerze

Motanie historii czyli o Piłsudskim i Hitlerze

Adam Danek

Natrafiłem niedawno na felieton p. Macieja Motasa zatytułowany „Pakt Piłsudski-Hitler”. Z wcześniejszej lektury tekstów Jego autorstwa poruszających tematy historyczne wyniosłem przeświadczenie, iż Autor w sposób spójny i bardzo konsekwentny prezentuje optykę tzw. endokomuny. Optykę ową można najkrócej scharakteryzować jako połączenie nienawiści do okresu 1926-1939 w historii Polski i obwiniania obozu piłsudczykowskiego o całe ziemskie zło (komponent endecki) z wrogością do wszystkiego, co antykomunistyczne i/lub antysowieckie (komponent komunistyczny). Wspomniany felieton wkomponowuje się dokładnie w tenże zestaw reguł narracji. Skoro p. Motas zatytułował swój tekst „Pakt Piłsudski-Hitler”, jego pierwsza i najogólniejsza teza brzmi: pomiędzy Marszałkiem a Hitlerem w ogóle istniał jakiś „pakt” – co służyć ma, rzecz jasna, rzuceniu odium na pierwszego z tych dwóch polityków. W treści felietonu teza ogólna zostaje rozwinięta w następujące twierdzenia szczegółowe:

  1. Rządzona przez sanację Polska nie prowadziła „polityki równowagi” wobec Związku Sowieckiego i Niemiec, lecz politykę jednostronnie proniemiecką (w domyśle: i z tego właśnie wyniknęły wszystkie nieszczęścia Polski w latach 1939-1945, więc należy za nie winić Marszałka Piłsudskiego i jego sukcesorów). Jak wskazują pewne źródła, Piłsudski potajemnie spiskował z Hitlerem nawet od 1929 r.
  2. W 1934 r. Piłsudski sformalizował swoje wcześniejsze tajne konszachty z Hitlerem, zawierając z nim jawny pakt.
  3. W ten sposób Piłsudski wyświadczył ogromną przysługę Hitlerowi, który akurat wówczas „szukał wyjścia z izolacji” na arenie międzynarodowej (w domyśle: gdyby nie Piłsudski, Hitler nie zdołałby przysporzyć światu wszystkich nieszczęść, które spowodował w latach następnych, za co należy winić Piłsudskiego).
  4. Ukoronowaniem sojuszu Piłsudskiego i Hitlera był wspólny rozbiór Czechosłowacji przez Polskę i Niemcy jesienią 1938 r.

Nie przywiązywałbym najmniejszej wagi do felietonu p. Motasa, gdyby ukazał się on w miejscu właściwym dla tego rodzaju „historiografii” (bardzo gruby cudzysłów): na jakiejś endokomunistycznej stronie internetowej czy łamach endokomunistycznego czasopisma. Tekst został jednak opublikowany na portalu internetowym Konserwatyzm.pl, należącym (przynajmniej formalnie) do Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego, którego jestem członkiem. Co więcej, redakcja portalu wydaje się pod insynuacjami p. Motasa podpisywać, skoro felieton zamieściła bez komentarza, zaopatrując go za to w zdjęcie Marszałka i dopisując pod tym zdjęciem złośliwe oszczerstwo pod jego adresem. Aby więc czytelnik nie odniósł przypadkiem wrażenia, jakoby Klub Zachowawczo-Monarchistyczny podzielał wypunktowane powyżej twierdzenia, których treść i poziom łudząco przypomina sowiecki i/lub peerelowski Prop-Agit, pozwalam sobie z góry sprostować takie nieporozumienie. Twierdzenia 1-4 są bez wyjątku niezgodne z prawdą historyczną. Skonfrontujemy z nią kolejno każde z nich.

Ad. 1. W swoim felietonie p. Motas powtarza, że Marszałek Piłsudski prowadził proniemiecką politykę zagraniczną. Jakie źródła przywołuje Autor na dowód tej tezy? Otóż są dlań nimi… przedwojenne wypowiedzi endeckich polityków i publicystów, mówiących, iż tak właśnie było. Oznajmianie, że pewien polityk uczynił coś, co twierdzący wartościuje negatywnie, a na rzekomy dowód, że faktycznie to uczynił przywoływanie nie faktografii, lecz publicystyki politycznej, i to uprawianej przez zdeklarowanych przeciwników politycznych tegoż polityka – zasługuje na sarkastyczne miano majstersztyku i musi przyprawić o wesołość każdego, kto ma choć zupełnie elementarne pojęcie o warsztacie nauk historycznych. P. Motas nie podaje zresztą nawet nazwisk autorów tych wypowiedzi (z jednym wyjątkiem – Mariana Seydy, endeckiego działacza partyjnego i parlamentarnego o poglądach demoliberalnych), zadowalając się ogólnikową konstatacją, że takie padały. I tak wygląda cały materiał dowodowy. Autor ciągnie dalej: „W tym samym tonie utrzymany był, pisany na parę miesięcy przed wybuchem Powstania Warszawskiego w 1944 r., tekst Czesława Buniewskiego, działacza zbliżonego do kręgów ONR-owskich, ››Kulisy dwudziestolecia dziejów Polski wskrzeszonej‹‹ (pełny tekst publikowany był w latach 1992-1993 na łamach miesięcznika ››Szczerbiec‹‹). Nieprawdą są zatem stawiane często, także i przez historyków, zarzuty, że powyższa argumentacja pochodzi rodem z komunistycznej propagandy. Powojenny historyk marksistowski Karol Lapter, w swojej pracy ››Pakt Piłsudski — Hitler‹‹ wydanej w 1962 r., zdaje się powtarzać jedynie niektóre tezy z narodowo – demokratycznego arsenału (nie pierwszy to i nie ostatni tego typu przypadek w Polsce Ludowej).” Mamy tu do czynienia z próbą wybielenia komunistycznej propagandy i jej łgarstw rzucanych na z pewnością najbardziej znienawidzoną przez nią postać w nowszej polskiej historii, jaką był Marszałek Piłsudski. Argumentacja Autora rysuje się przy tym tak: twierdzenia komunistycznej propagandy nie są tylko wymysłami komunistycznej propagandy, ponieważ wcześniej analogiczne twierdzenia wypowiadali endecy, a skoro endecy wypowiadali wcześniej twierdzenia pokrywające się z twierdzeniami komunistycznej propagandy, to znaczy, że twierdzenia komunistycznej propagandy są prawdziwe. Zaiste, mamy do czynienia z zupełnie nową jakością w metodologii historii. Zwróćmy uwagę na zakończenie cytowanego powyżej fragmentu artykułu p. Motasa. Tak, to prawda – zideologizowana partyjna wizja historii prezentowana przez endeków i zideologizowana partyjna wizja historii prezentowana przez komunistów pokrywają się w wielu kwestiach. Dla przykładu, polskojęzyczna komunistyczna propaganda po 1945 r. uzasadniała rzekome „odwieczne prawo” Polski do ziem przyłączonych do niej po stronie zachodniej przez Stalina, odgrzewając głoszony niegdyś przez endecję pogląd o istnieniu „Prasłowian”, zasiedlających jakoby te ziemie od niepamiętnych czasów. Opowieści o „Prasłowianach” zostały jednak merytorycznie zdezawuowane przez historyków Antyku i wczesnego Średniowiecza (i, nawiasem mówiąc, wielokrotnie wyśmiane jako typowy przykład nienaukowej bzdury). Jeżeli zatem zbieżność ideologicznej wizji historii endeków z ideologiczną wizją historii komunistów w ogóle czegoś dowodzi, to nie prawdomówności tej drugiej, a miałkości tej pierwszej. Wróćmy wszelako do rzeczy.

Tak się akurat składa, że czytałem przywoływany przez p. Motasa utwór (owszem, to właściwe słowo) Czesława Buniewskiego, przedrukowany na łamach nudnawego pisma prezentującego demoliberalną optykę tzw. starej endecji (czyli endecji po prostu), jakim był „Szczerbiec” przed przejęciem go przez Narodowe Odrodzenie Polski. Zwrócę na niego uwagę, ponieważ stanowi dobry przykład tego, ile merytorycznie są warte wypowiedzi środowisk endeckich o Marszałku Piłsudskim i w ogóle o sanacji. Oceny Buniewskiego układały się w następujące przesłanie: już w 1929 r. Piłsudski zawarł tajny układ z Hitlerem, obiecując po dojściu Hitlera do władzy oddać Niemcom terytorium byłego zaboru pruskiego, w zamian za co Hitler zobowiązał się udzielić mu zbrojnej pomocy w realizacji jego planów napaści na Związek Sowiecki, a ponieważ po objęciu rządów Hitler nie doczekał się na zrealizowanie tajnego układu, choć dopominał się o to przez całe lata trzydzieste, w końcu stracił cierpliwość i wziął sobie siłą to, co Piłsudski mu wcześniej obiecał oddać po dobroci. Komentarz wydaje się zbędny. Nawet gdyby twierdzenia zawarte w wojennej broszurce Buniewskiego nie były utrzymane na tak wyśrubowanym poziomie absurdu, to przecież publicystyka polityczna z zasady nie może mieć rangi naukowej pracy historycznej i nie należy sobie wyobrażać, że zawarte w niej opinie dowodzą czegokolwiek na temat faktów.

Gdyby mimo wszystko ktoś skłaniał się do wiary w brednie Buniewskiego o zawarciu w 1929 r. przez Marszałka tajnego „paktu” z Hitlerem, zestawmy owe brednie z faktami. W numerze czasopisma „Nazional-Sozialistische Briefe” (organu programowego NSDAP) z października 1929 r. ukazał się artykuł Adolfa Hitlera opisujący wewnętrzną sytuację w Polsce, a ściślej – walkę polityczną między Marszałkiem Piłsudskim a Sejmem RP. Według Hitlera przewaga w tym konflikcie znajdowała się po stronie Piłsudskiego. Artykuł kończył się konkluzją: „My Niemcy powinniśmy życzyć sobie, ażeby zwycięzcą został Sejm, gdyż wówczas Polska będzie tak rozdarta, jak nam tego potrzeba dla czwartego jej rozbioru.” Treść tego artykułu znano w Polsce przed wojną; omawiano ją nawet publicznie na posiedzeniu Sejmu 11 lutego 1931 r. Oto, jak zdaniem Buniewskiego (i, być może, p. Motasa) wyglądało domniemane poparcie Hitlera udzielone Piłsudskiemu. W Polsce zaś, w czerwcu 1929 r. Marszałek Piłsudski jako Generalny Inspektor Sił Zbrojnych wydał podległym sobie inspektorom armii, odpowiadającym w ówczesnej organizacji dowództwa sił zbrojnych za planowanie działań wojennych, rozkaz szczegółowego opracowania kierunków śląskiego i gdańskiego, „oceny ich wartości i braków z punktu widzenia analizy nieprzyjaciela, zabezpieczenia, względnie zagrożenia granic”. Jednocześnie w Oddziale III Sztabu Głównego Wojska Polskiego została powołana specjalna komórka planistyczna, mająca zajmować się Niemcami. W 1930 r. Piłsudski wydał wszystkim inspektorom armii kolejny rozkaz skoncentrowania prac nad planami działań wojennych na zagadnieniu obrony zachodnich granic państwa. Oto, jak zdaniem Buniewskiego (i, być może, p. Motasa) wyglądała domniemana proniemieckość Marszałka Piłsudskiego.

Gwoli uczciwości trzeba wreszcie zauważyć, iż Autor cytuje – aż jedno – naukowe opracowanie historyczne na dowód, iż „polityka równowagi” była w rzeczywistości polityką proniemiecką zgubną dla Polski – ale we własny, niepowtarzalny sposób. Tym opracowaniem jest książka „Polityka równowagi (1934-1939). Polska między Wschodem a Zachodem” (Kraków 2007) autorstwa prof. Marka Kornata. Potwierdzać opinię p. Motasa ma jedno zdanie z tej książki, przytoczone przezeń nie w całości, poza kontekstem, pocięte wielokropkami i z wtrąceniem. To wyjątkowo zabawny dobór cytatu, gdyż prof. Kornat, po kilkusetstronicowej analizie zagadnienia, zaopatrzonej w pełny aparat naukowy, przedstawił wnioski dokładnie odwrotne do twierdzeń p. Motasa, oceniając „politykę równowagi” jako racjonalną, konsekwentnie realizowaną i w ówczesnej sytuacji Polski pozbawioną alternatyw. 

Ad. 2. Prócz tego, p. Motas sugeruje, jakoby podpisanie przez Polskę i Niemcy deklaracji o niestosowaniu przemocy we wzajemnych stosunkach 26 stycznia 1934 r. miało być równoznaczne z zawarciem przez Marszałka Piłsudskiego sojuszu z Hitlerem, realizowanego następnie przez Polskę do 1938 r. włącznie, albo i parę miesięcy dłużej, bo przecież deklaracja dowodząca „paktu” z Hitlerem została przez tego ostatniego wypowiedziana dopiero w kwietniu 1939 r. Cóż, jeżeli tak, to w latach 1934-1939 Polska najwyraźniej znajdowała się w „pakcie” jednocześnie z Hitlerem i Stalinem, skoro jeszcze przed deklaracją polsko-niemiecką podpisany został (25 lipca 1932 r.) pakt o nieagresji pomiędzy Polską a Związkiem Sowieckim. Absurdalne założenie wiedzie do absurdalnego wniosku: w 1939 r. Polskę rozebrali dwaj „sojusznicy”, z czego „sojusznik” sowiecki omieszkał nawet wypowiedzieć pakt o nieagresji, uznając go per facta concludentia za nieistniejący.

W jaki sposób p. Motas dowodzi istnienia „sojuszu” z Hitlerem? Przytacza następujący passus: „Nie oznaczało to oczywiście, że istniała formalna umowa dotycząca takiego współdziałania przeciwko ZSRR. Mówiono wprawdzie o istnieniu takiego tajnego układu, cytowano nawet jego tekst, ale o wiele ważniejszy od istnienia czy nieistnienia formalnej umowy polsko-niemieckiej był fakt, że Polska postępowała tak, jak gdyby umowa taka istniała.” Czyli, tłumacząc na normalny język, żadnego „paktu” nie było, ale powinniśmy wierzyć, że był. Cytat pochodzi z książki „Pakt Piłsudski-Hitler”, wydrukowanej w latach sześćdziesiątych przez partyjne wydawnictwo Książka i Wiedza, pióra niejakiego Karola Laptera. Kto to taki? P. Motas pisze o nim „powojenny historyk marksistowski”. Do tego niezamierzeni komicznego oksymoronu („historyk marksistowski”) dorzućmy więcej informacji o ekspercie, na jakiego powołuje się Autor. Karol Lapter karierę zaczynał przed wojną jako członek Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, stanowiącej sowiecką agenturę w Polsce. Po wojnie został mianowany profesorem Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR. W 1968 r. musiał opuścił PRL z powodu swojego żydowskiego pochodzenia. Obok warsztatu p. Motasowi pogratulować więc możemy i mistrzów.

Ad. 3. W publicystyce środowisk para-endeckich często przewija się wyrażenie, iż na początku lat trzydziestych Hitler „szukał wyjścia z międzynarodowej izolacji”, w jakiej rzekomo znalazły się Niemcy po objęciu przezeń urzędu kanclerza, a Marszałek Piłsudski to właśnie mu umożliwił, łamiąc kordon sanitarny zaciśnięty przez państwa zachodnioeuropejskie wokół Hitlera, przez podpisanie z nim deklaracji o niestosowaniu przemocy. Przyjrzyjmy się zatem, jak wyglądała domniemana „izolacja” hitlerowskich Niemiec i jak na jej tle prezentowała się polityka Piłsudskiego wobec Berlina.

W 1932 r. na konferencji Ligi Narodów w Genui delegacja niemiecka wystąpiła z postulatem formalnego równouprawnienia Niemiec w kwestii zbrojeń z innymi państwami europejskimi, co spotkało się z protestem delegacji polskiej. 11 grudnia 1932 r. – gdy w Niemczech trwało już przesilenie rządowe, które miało wynieść Hitlera do władzy – na sesji Ligi Narodów przedstawiciele Wielkiej Brytanii, Francji i USA wydali wspólne oświadczenie o zgodzie na rozbudowę przez Niemcy floty wojennej. Oznaczało to odejście od ograniczeń nałożonych na Niemcy podczas konferencji wersalskiej i jako takie stanowiło dla Polski złą wiadomość. Sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót wiosną roku następnego, gdy Hitler stał już w Berlinie u steru rządów. 18 marca 1933 r. włoski rząd przedstawił projekt tzw. „paktu czterech” – umowy międzynarodowej Włoch, Francji, Niemiec (wówczas już hitlerowskich) i Wielkiej Brytanii, zgodnie z którą wszystkie istotne kwestie międzynarodowe w Europie miałyby rozstrzygać wspólnie te państwa. Projekt „paktu czterech” zakładał przy tym narzucanie „wspólnej linii postępowania” mniejszym państwom europejskim (czyli zmuszanie ich do akceptacji decyzji podejmowanych przez czterech sprzymierzeńców) i jednocześnie zawierał zapis o dopuszczeniu rewizji obowiązujących dotąd traktatów pokojowych – co zapowiadało już jawnie zagrożenie granic dla szeregu państw Europy, w tym w pierwszej kolejności dla Polski. Piłsudski zareagował natychmiast. 24 marca 1933 r. został odwołany ze stanowiska świeżo mianowany polski ambasador w Rzymie, rtm. Jerzy hrabia Potocki (1889-1961). Jednocześnie minister spraw zagranicznych, płk Józef Beck (1894-1944), zawiadomił rządy Włoch, Francji i Wielkiej Brytanii, iż w razie wejścia „paktu czterech” w życie Polska wystąpi z Ligi Narodów oraz dokona rewizji dotychczasowych stosunków polsko-francuskich (zawoalowana groźba wypowiedzenia polsko-francuskiego sojuszu wojskowego z 1921 r.). Mimo ostrych polskich protestów prace nad „paktem czterech” ruszyły z miejsca. Co więcej, projekt wzbudził zainteresowanie niektórych innych państw, konkretnie zaś Czechosłowacji, której rząd w maju 1933 r. zaproponował nieco zmienioną jego wersję. 15 lipca 1933 r. „pakt czterech” został, pod nazwą Paktu Porozumienia i Współpracy, podpisany w Rzymie przed przedstawicieli wszystkich czterech przewidzianych w nim państw. Nie wszedł on w życie, gdyż w wyniku stale rosnącej presji dyplomatycznej ze strony Piłsudskiego Francja ostatecznie zdecydowała się go nie ratyfikować. Jak widać, wśród państw zarówno zachodnio-, jak i środkowoeuropejskich nie istniała żadna antyhitlerowska solidarność, którą Marszałek Piłsudski miałaby naruszyć. Od początku nie było żadnej „izolacji” hitlerowskiego rządu Niemiec i to nie sanacyjna Polska pierwsza zaczęła się do niego umizgiwać.

A teraz kilka słów o insynuowanej przez p. Motasa proniemieckości polityki zagranicznej Piłsudskiego po objęciu w Niemczech rządów przez Hitlera. Z chwilą, gdy przywódca NSDAP zasiadł na fotelu kanclerza Rzeszy, nastąpiło wzmocnienie rewanżystowskiej propagandy Niemiec, zwróconej przede wszystkim przeciw Polsce, od której domagano się w niezbyt zawoalowany sposób zwłaszcza oddania tzw. korytarza pomorskiego. Na początku marca 1933 r. zdominowany przez nazistów Senat Wolnego Miasta Gdańska wypowiedział umowę o utrzymywaniu wspólnej, polsko-gdańskiej policji portowej. Odpowiedź Marszałka Piłsudskiego ponownie nadeszła natychmiastowo: 6 marca 1933 r. transportowiec „Wilia” zawinął do składnicy transportowej na Westerplatte, dowożąc tam dodatkową kompanię wojska, czego w myśl umów międzynarodowych Polska nie powinna była czynić bez wcześniejszych uzgodnień. Postępowanie Polski wywołało przejściowo burzę polityczną i zostało potępione na forum Ligi Narodów. Piłsudski ostatecznie wycofał z Westerplatte dodatkową kompanię, ale dopiero po przywróceniu w Gdańsku wspólnie kontrolowanej policji portowej. Hitler otrzymał czytelny sygnał tego, z jaką reakcją spotkają się próby agresji przeciw Polsce i musiał znacząco spuścić z tonu. Jego rząd zaprzestał antypolskich ataków propagandowych. W połowie kwietnia Marszałek polecił pułkownikowi Beckowi zaaranżowanie sondażowej rozmowy z Hitlerem na temat jego dalszych zamiarów, połączonej z żądaniem rezygnacji przez niemieckiego szefa rządu z wszelkich dążeń rewanżystowskich. Do zadania tego wyznaczono jednego z najbardziej doświadczonych polskich dyplomatów, Alfreda Wysockiego (1873-1959). Wysocki odbył rozmowę z Hitlerem 2 maja 1933 r. i uzyskał odeń deklarację podtrzymania pokojowych stosunków oraz poszanowania obowiązujących umów międzynarodowych. 8 maja 1933 r. Marszałek przyjął niemieckiego attaché wojskowego w Warszawie, gen. Schindlera. Później pułkownik Beck spotkał się w Genui z niemieckim ministrem propagandy Josephem Goebbelsem, który obiecał trwałe zawieszenie antypolskiej propagandy w Niemczech. Z wolna rysowała się możliwość poprawy, dotąd permanentnie napiętych, stosunków polsko-niemieckich, jednak jesienią tego samego roku doszło w nich do ponownego kryzysu. W październiku delegacja niemiecka nagle opuściła Konferencję Rozbrojeniową w Genewie, a 21 października 1933 r. hitlerowskie Niemcy wystąpiły z Ligi Narodów, zrzucając tym samym wszystkie ograniczenia, jakie nakładało na nie członkostwo w Lidze. Marszałek Piłsudski raz jeszcze zareagował szybko: zwołał na naradę pułkownika Becka, wiceministra spraw zagranicznych Jana Szembeka (1881-1945) i szefa Sztabu Głównego Wojska Polskiego, gen. Janusza Gąsiorowskiego, każąc Ministerstwu Spraw Zagranicznych i Biuru Inspekcji Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych w ciągu pięciu dni dostarczyć sobie najbardziej aktualne dane wywiadowcze o stanie uzbrojenia Niemiec. Realna stała się możliwość wojny polsko-niemieckiej. Wcześniej, w ciągu roku 1933, Marszałek potajemnie wysyłał swoich emisariuszy do francuskich władz cywilnych i wojskowych, z zadaniem uzyskania odpowiedzi na jedno pytanie: czy „w razie zaatakowania Polski przez Niemcy, na jakimkolwiek odcinku jej granic, Francja odpowie ogólną mobilizacją wszystkich sił zbrojnych” i czy „wystawi w tym przypadku wszystkie rozporządzalne siły zbrojne na granicy Niemiec”. W tym celu do Paryża jeździli kolejno rotmistrz Jerzy Potocki oraz gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski (1881-1942). Po kryzysie październikowym do głównodowodzącego armii francuskiej, gen. Weyganda, został wysłany z jeszcze jedną taką misją mjr Ludwik Hieronim hrabia Morstin (1886-1966). Ostatecznie Francja ograniczyła się do obietnicy zapewnienia Polsce pomocy w postaci uzbrojenia, oficerów sztabowych, akcji dyplomatycznej i propagandowej, ale nie koncentracji wojsk na granicy z Niemcami. Oznaczało to w praktyce odmowę udzielenia przez Francję bezpośredniej pomocy zbrojnej Polsce w wypadku zaatakowania tej ostatniej przez Niemcy. Jedyną drogą zabezpieczenia zachodniej granicy państwa polskiego pozostawało doprowadzenie do bezpośredniego, bilateralnego porozumienia z Niemcami. Podkreślmy: Marszałek Piłsudski bynajmniej nie pozwalał sobie na proniemieckie nadskakiwanie, przeciwnie – liczył się z koniecznością dania Niemcom ostrego zbrojnego odporu w razie ich agresji, zaś na rozpoczęcie rokowań z rządem niemieckim zdecydował się z konieczności zapewnienia bezpieczeństwa Polsce, po wcześniejszym przekonaniu się o praktycznym braku zainteresowania nim dotychczasowego kluczowego militarnego sojusznika Polski, tj. Francji. 5 listopada 1933 r. Marszałek spotkał się z wezwanym po to specjalnie z Berlina ambasadorem Józefem Lipskim (1894-1958), któremu polecił przeprowadzić z Hitlerem kolejną rozmowę sondażową, mającą na celu wyjaśnienie, jak wyjście Niemiec z Ligi Narodów wpłynie na stosunki polsko-niemieckie, w tym zwłaszcza na kwestię wspólnych granic. W rozmowie z niemieckim kanclerzem, odbytej 15 listopada 1933 r., Lipski uzyskał od niego jasne oświadczenie woli ugruntowania pokojowych stosunków między oboma państwami. Dopiero po tym spotkaniu mogły się rozpocząć negocjacje, które zakończyły się podpisaniem wspólnej deklaracji o niestosowaniu przemocy. Jak pokazują fakty, w elukubracjach p. Motasa nie ma śladu prawdy: ani Niemcy nie znalazły się w międzynarodowym stanie „izolacji” po dojściu Hitlera do władzy, ani Marszałek Piłsudski nie umożliwił im wyjścia z nieistniejącej „izolacji” (to raczej Polska, przez niego rządzona, została przez inne państwa europejskie pozostawiona własnemu losowi wobec problemu niemieckiego), ani też polityka zagraniczna Marszałka nie miała odcienia germanofilskiego.

Mało tego. Pewne przesłanki wskazują, że w 1933 r. Marszałek rozważał odsunięcie niemieckiego zagrożenia siłą, poprzez uderzenie wyprzedzające – wkroczenie wojsk polskich do Prus Wschodnich i na Śląsk, a francuskich do Nadrenii i Bawarii. Chodzi o dość tajemniczą sprawę planu wojny prewencyjnej przeciw Niemcom, którą miał on wówczas proponować Francji przez wysyłanych do Paryża emisariuszy. Publicystyka pochodząca z kręgów para-endeckich lubi bardzo stanowczo powtarzać, że żadne plany polsko-francuskiej wojny prewencyjnej przeciw Niemcom nie istniały (obalałyby jej wyobrażenie o proniemieckości Piłsudskiego), ponieważ w archiwach francuskich nie ma żadnych tego dowodów. Warto zwrócić uwagę na genezę tego poglądu. Opinię, iż żadnych planów wojny prewencyjnej nie było, bo w archiwach francuskich nie ma na to dowodów, rozpropagował prof. Andrzej Garlicki – komunistyczny historyk, „autorytet moralny”, członek Komisji Ideologicznej Komitetu Uczelnianego PZPR na Uniwersytecie Warszawskim, agent komunistycznej bezpieki (TW „Pedagog”), autor kilku książek o Piłsudskim z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, wielokrotnie krytykowanych przez innych historyków za tendencyjność. Jego argument obaliła m.in. duńska badaczka międzywojennej historii Kay Lundgreen-Nielsen, wskazując, że francuskie archiwa nigdy nie zostały przebadane pod kątem obecności takich dowodów, natomiast poszlaki występują w źródłach polskich. Ostatnimi czasy p. prof. Garlicki udzielał się głównie jako publicysta liberalno-postkomunistycznego tygodnika „Polityka”. Co ciekawe, p. Motas podpiera twierdzenia zawarte w swoim felietonie właśnie cytatem z lewicowej „Polityki”. Oto stosowny cytat: Ciekawe wnioski formułuje w tym względzie ostatnio dr Stanisław Żerko na łamach specjalnego wydania ››Polityki‹‹ (nr 3/2009), pisząc: ››Prowadzoną od 1934 r. przez Warszawę politykę nazywano czasem w polskim MSZ polityką równowagi (…) O równowadze czy zachowywaniu przez Warszawę równej odległości w stosunku do Berlina i Moskwy można było jednak mówić tylko w odniesieniu do strategicznych założeń polityki tego okresu. Określanie natomiast mianem równowagi realizowanej po 1934 r. przez Becka polityki wobec Niemiec i ZSRR jest nieuzasadnione i prowadzi do interpretacyjnych nieporozumień. Stosunki Polski ze Związkiem Radzieckim psuły się z roku na rok i osiągnęły dno w okresie kryzysu sudeckiego 1938 r., podczas gdy w relacjach polsko-niemieckich następowało coraz silniejsze zbliżenie‹‹. Na marginesie warto podkreślić, że wspominany numer ››Polityki‹‹ rozprawia się też z nośnymi, także w kręgach prawicowych i konserwatywnych, hasłami, że trzeba było iść razem z Niemcami na Rosję.” W jaki jednak sposób „rozprawić się” z jakąkolwiek hipotezą historyczną mogłaby gazetowa felietonistyka na łamach lewicowego szmatławca, to już musi pozostać tajemnicą p. Motasa.

Na zakończenie tego wątku przypomnijmy jeszcze jeden fakt. Kiedy 7 marca 1936 r. Wehrmacht zajął strefę zdemilitaryzowaną w Nadrenii, a Hitler wypowiedział pakt z Locarno, mający gwarantować niewzruszalność granicy francusko-niemieckiej, polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaproponowało francuskiemu rządowi zacieśnienie współpracy militarnej, informując go zarazem, że w razie niemieckiej agresji na Francję Polska gotowa jest bez zastrzeżeń wykonać swe zobowiązania zawarte w polsko-francuskim pakcie wojskowym z 1921 r. Czytaj: że w takim wypadku uderzy zbrojnie na Niemcy, co pociągałoby za sobą również wypowiedzenie polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy we wzajemnych stosunkach. Tak, zdaniem p. Motasa, wyglądała proniemieckość sukcesorów Marszałka Piłsudskiego. 

Ad. 4. I wreszcie zajęcie przez Polskę Zaolzia, wydawałoby się – najbardziej kontrowersyjne z interesujących nas wydarzeń, rzekomy dowód na istnienie cichego „paktu” sanacji z Hitlerem. Endecka i endokomunistyczna publicystyka polityczna przedstawia je jako koronny błąd polityki zagranicznej piłsudczyków oraz jako krok agresywny ze strony Polski. To nieprawda. Przemilcza bowiem, iż wkroczenie Wojska Polskiego na Zaolzie nie było wcześniej w żaden sposób uzgadniane z Niemcami. Decyzję tę podjęły polskie władze już po tym, jak 1 października 1938 r. terytorium Czechosłowacji zaczęły zajmować wojska niemieckie. Dowództwo Sił Zbrojnych RP zdawało sobie bowiem sprawę, że rozmieszczenie jednostek Wehrmachtu na terenie Czechosłowacji przyniesie bardzo szybką zmianę położenia obronnego Polski na znacznie gorsze: oznacza wojskowe oskrzydlenie Polski przez Niemcy od południowego zachodu i bezpośrednie zagrożenie przez ich wojska południowej granicy państwa, w dotychczasowych planach działań wojennych postrzeganej jako relatywnie bezpieczna. Wkroczenia Wehrmachtu do Czechosłowacji nie dało się już jednak powstrzymać – nie z winy polskiego rządu, lecz z winy tych państw, które 30 września 1938 r. wyraziły na nie zgodę na konferencji w Monachium, w tym Francji w osobie premiera Daladiera i Wielkiej Brytanii w osobie premiera Chamberlaina. Po rozstrzygnięciach z Monachium Polsce nie pozostawało nic innego, niż zminimalizowanie niekorzyści wynikających z nagłej zmiany położenia. Polski wywiad wojskowy alarmował, iż jednostki niemieckie przesuwają się w kierunku także tych części Czechosłowacji, które wedle monachijskich ustaleń nie miały być przez nie zajęte, w tym Zaolzia. W nocy z 1 na 2 października 1938 r. szef Sztabu Głównego WP, gen. Wacław Stachiewicz (1894-1973), występując z ramienia Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych, wydał gen. Władysławowi Bortnowskiemu, ówczesnemu dowódcy Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Śląsk”, rozkaz wkroczenia na Zaolzie i zajęcia kluczowego jego punktu – Bogumina. Już w toku działań polskie oddziały napotkały na moście pod Bogumiłem żołnierzy niemieckich. Jak potem raportowali polscy oficerowie, „(…) wyglądało tak, jakby Niemcy chcieli tam stworzyć fakt dokonany.” Dla niemieckich planów zajęcie Zaolzia przez Polskę bynajmniej nie stanowiło dobrej wiadomości. Opanowanie przez polskie oddziały Bogumina i Przełęczy Jabłonkowskiej oznaczało przecięcie przez nie koszycko-bogumińskiej linii kolejowej, co poważnie komplikowało koncentrację niemieckich wojsk na obszarze morawsko-słowackim i ich komunikację ze Słowacją w razie ewentualnego ataku na Polskę. Zajęcie przez Polskę Zaolzia nie było więc akcją agresywną wykonaną w porozumieniu z Niemcami, lecz – przeciwnie – akcją defensywną zwróconą przeciw Niemcom, motywowaną względami obronności granic państwa.

Rekapitulując, wszystkie twierdzenia zawarte w tekście p. Motasa trzeba ocenić jako niezgodne z prawdą. W tekście tym wypada widzieć w najlepszym razie dowód poważnych luk w wiedzy historycznej, w najgorszym zaś – zlepek konfabulacji opartych na ideologicznej wizji dziejów, zgodnie z którą za wszystko, co złe w historii Polski odpowiada sanacja i osobiście Józef Piłsudski. Oby Autor zreflektował się, zanim znów uraczy czytelników tego typu wynurzeniami, podpieranymi wymysłami partyjnych ideologów ND, KPP czy PZPR, przywoływanymi w charakterze autorytatywnych źródeł.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.