Jesteś tutaj: Publicystyka » Adrian Nikiel » Mrok nad ulicą Grodzką

Mrok nad ulicą Grodzką

Adrian Nikiel

Zdążyłem już odzwyczaić się od opóźnień w rozpoczęciu koncertów, które sięgałyby ponad półtorej godziny od zapowiadanego początku imprezy. O ile pierwsze pół godziny wykorzystałem twórczo, by wydostać się z gotyckich piwnic przy ul. Grodzkiej i fotografować (który to już raz?) monumentalną bryłę kościoła pw. Świętych Piotra i Pawła, o tyle kolejna godzina upłynęła na oczekiwaniu na gwiazdę wieczoru, islandzki zespół Dynfari, na którego sprzęcie – jak wyjaśnił mi wokalista otwierającego wieczór tria High Blood Pressure – miały oprzeć się kolejne występy. Pierwotnie powinno to zapewne służyć sprowadzeniu do niezbędnego minimum przerw między odsłonami koncertu, ale w efekcie doprowadziło do zamieszania i gorączkowego ustalania nowego układu setlisty, tak aby ostatni z zespołów, krakowski Eye Of Void, mógł w ogóle zacząć grać przed godziną 23…

Najgłębsze podziemia pubu Grodzka 42 Hard Rock Music to, podejrzewam, chyba najmniejsza sala koncertowa, w jakiej byłem w ciągu ostatnich 25 lat. Ma ona swój niewątpliwy, surowy urok, ale 18 lipca w Krakowie poziom rtęci w termometrach zdawał się bić rekordy nawet kilkanaście metrów poniżej poziomu ulicy. Tak więc obserwując instalowanie i próby sprzętu wniesionego przez osobliwie beztroskich Islandczyków, pytając o wrażenia z czwartkowego występu w Katowicach i próbując zapobiec odwodnieniu, miałem tylko nadzieję, że koncert na spodziewanym wysokim poziomie, do jakiego w minionych latach przyzwyczaili Polaków kolejni artyści przybywający z Ultima Thule, wynagrodzi wszystkie wspomniane niedogodności.

I tak się stało, a „kult się sączył ze ścian” począwszy już od pierwszego, energicznego i dobrze doprawionego melodią utworu warszawskiego Wysokiego Ciśnienia Krwi (Uncontrolled Trip). Przyznam, że aż do tego piątkowego wieczoru kojarzyłem wyłącznie nazwę zespołu, słuchałem ich zatem z uwagą jako absolute beginner. Twórczość tego tria, obchodzącego obecnie dziesięciolecie istnienia, lecz po wielu zmianach w składzie przecierającego nowe szlaki przez muzykę metalową, nie jest łatwa – a to niewątpliwie zaleta – do zaszufladkowania. Z pewnością muzycy High Blood Pressure nie wyrażają ambicyj, by przesuwać granice extremy, nie są najbrutalniejszym bandem, jaki widziałem na żywo. Melodyjny heavy metal? Progresywny thrash? Odrobina rockowego luzu, niekoniecznie kojarzona z undergroundem? A może po prostu metal bez ograniczeń i przymiotników? Jest w nich niewątpliwy potencjał komercyjny, ale wyznacznikiem postawy był ten koncert zagrany dla czystej przyjemności grania, bo przecież nie dla pieniędzy, gdy na support pod sceną czekało góra kilkanaście osób.

High Blood Pressure — fot. Adrian Nikiel

Ze wspomnianych na początku powodów gig był dość krótki – zaprezentowano utwory wybrane z całej pierwszej dekady istnienia kapeli. Szybkie, z pasją podawane numery zostały idealnie dobrane, by doprowadzić zabawę aż do próby rozkręcenia „młyna” pod sceną.

Ponieważ w metalowym podziemiu wciąż jeszcze nie obowiązuje, na szczęście, parytet płci1, nie można nie odnotować obecności w High Blood Pressure basistki o mrocznym pseudonimie Wadera. I choć to zapewne absurdalne skojarzenie, obserwując show, nie mogłem uwolnić się od myśli: tak mogłaby wyglądać Elżbieta Batory…

Dynfari — fot. Adrian Nikiel

W ciągu dwudziestu minut po występie warszawiaków (po którym z przyjemnością sięgnąłem po płytę Trilogy z utworami z trzech EPek HBP) tłum zgęstniał, zrobiła się tzw. sauna, a na scenie zainstalowała się gwiazda wieczoru, zespół Dynfari z Reykjavíku. Założony jako duet w 2010 roku, od niedawna występuje już jako kwartet. Muzykę, zapisaną na płytach Dynfari i Sem Skugginn, można określić jako „atmosferyczny” post-black metal, pozwalający – w bardziej monumentalnych momentach – na dalekie skojarzenia z wpływami Bathory z okresu epickiego. Nastrój kreują wolne partie gitarowe, bliskie funeral doom metalu, przepełnione depresją i melancholią. Ostro kontrastują z nimi fragmenty pełne agresji, oparte na przenikniętym gniewem krzyku, growlingu i surowych, tworzących iście hipnotyczne wrażenie pochodach melodycznych, które w poprzednim pokoleniu mogłyby zostać zagrane przez czołowych wykonawców ze sceny norweskiej (w Internecie widziałem odwołania m.in. do wczesnego Darkthrone czy równie wczesnego Burzum – zresztą wystarczy wczytać się w ich profil na Facebooku). Gwałtowne, zaskakujące zmiany w obrębie utworów znakomicie sprawdzają się na żywo – młodzi Islandczycy potrafią oczarować publiczność, wprawiając ją swoimi ponurymi pasażami w trans zmuszający do headbangingu. Długie fragmenty powoli nabierają tempa, aby w końcu wybuchnąć wokalem brutalnie przerywającym złudny spokój. Nie ma ucieczki przed rozpaczą, samotnością i brakiem nadziei na pustkowiach Północy, gdzie również biel jest kolorem śmierci. Być może muzycy Dynfari nie są wirtuozami i innowatorami, ale zakładam, że co najmniej od czasu debiutu Venom wiemy, iż do wyzwalania pierwotnych emocyj nie trzeba być tuzem instrumentu. Wyrazem tej twórczej swobody była w pewnej chwili wymiana instrumentów między założycielami zespołu – gitarzystą i wokalistą Jóhannem Örnem i perkusistą Jónem Emilem. I choć mogłoby się to wydawać już niemożliwe, dźwięki dobiegające ze sceny stały się jeszcze bardziej depresyjne i ponure… Cóż, trzeba być nordyckim poganinem pogrążonym w uścisku rozpaczy, aby wykreować taką muzykę. Zima z krańców świata, w której bezkresie błędnik może zwariować, w tropikach Krakowa.

Dynfari — fot. Adrian Nikiel

Koncert Dynfari trwał około godziny i zakończył go zasłużony bis. Podziemia ul. Grodzkiej 42 musiałem opuścić przed występem Eye Of Void – być może będzie okazja napisać o tej kapeli, jeżeli kiedyś zawita do Wrocławia. Wysokiego Ciśnienia Krwi w naszym piastowskim grodzie spodziewamy się natomiast w październiku – mają zagrać w pewnym klubie, który nie cieszy się uznaniem ze strony lokalnej „Gazety Wyborczej”…

Krótsza wersja tego artykułu ukazała się na łamach dwutygodnika „Prawda jest ciekawa. Gazeta Obywatelska”, nr 68, 8-21 sierpnia 2014 r.

Dynfari — fot. Adrian Nikiel

zdjęcia: Adrian Nikiel


1 Poprawność płciowa sięgnęła już literatury faktu, o czym boleśnie przekonał się pan red. Mariusz Szczygieł, po kilku miłych słowach zawartych w recenzji oskarżony o „sexizm”.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.