Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Na wschodniej stanicy

Na wschodniej stanicy

Adam Danek

„Nie przybyłem tu jako okupant, lecz jako wyzwoliciel.” – oświadczył Adolf Hitler po wkroczeniu wojsk III Rzeszy do Czechosłowacji. Słowa te przypomniały mi się natychmiast, gdy w 2005 r. zobaczyłem telewizyjną relację z obchodów sześćdziesiątej rocznicy wyzwolenia Auschwitz, gdzie Władimir Putin pouczał Polaków: „Nie można mylić (…) okupantów z wyzwolicielami.” Sławiąc Armię Czerwoną za uwolnienie obozu z rąk niemieckich prezydent Rosji nie wspomniał oczywiście, że po wypuszczeniu więźniów przetrzymywanych w nim przez Niemców sowieci od razu zapełnili go żołnierzami polskiego podziemia – AK i NSZ. Gdy w latach 1944-1945 Armia Czerwona zajmowała Europę Środkowo-Wschodnią, porzucone przez Niemców kacety, sale tortur i miejsca tajnych straceń ożywały, by zbierać krwawe żniwo przez szereg następnych lat. „Wyzwolenie” było zbrojnym podbojem, z czego doskonale zdają sobie sprawę wszystkie narody, które doświadczyły go w tych ponurych czasach. Ale nie Rosjanie, o czym świadczy ich reakcja na – bardzo umiarkowany, jak się niebawem okaże – gest władz estońskiej stolicy. W ojczyźnie narodu najliczniej mordowanego przez komunistów nadal obowiązuje wersja historii sfabrykowana przez Prop-Agit.

W 1920 r. Polska i Estonia toczyły wspólną walkę z komunistycznymi najeźdźcami. To wtedy sowiecka Rosja próbowała po raz pierwszy „wyzwolić” oba kraje – od kapitalistycznego i obszarniczego wyzysku. Bezskutecznie – świeżo powstałe, organizujące się dopiero państwa stawiły „wyzwolicielom” twardy opór. Wojny polsko-bolszewickiej przypominać tu nie trzeba, co zaś do Estonii, to w latach 1918-1920 armia tego niewielkiego kraju zmiażdżyła rodzimą rewolucję komunistyczną i przepędziła przeważające siły jej moskiewskich protektorów. Uczestnicy walk o niepodległość mieli później odegrać kluczową rolę w życiu obronionego przez siebie państwa. Konstantin Päts (1874-1956), estoński mąż stanu i szef rządu w wojennych „latach przełomu”, stawał u steru rządów jeszcze kilkakrotnie, a w 1934 r. dokonał zamachu stanu i ustanowił w Estonii łagodny system autorytarny. Zamach przeprowadził i dzielił z Pätsem dyktatorską władzę gen. Johann Laidoner, bohater lat 1918-1920. Liczni weterani estońskiej wojny o niepodległość zasilili szeregi największej prawicowej siły politycznej: narodowo-radykalnego ruchu Wabsów (1929-1937). Jego członkowie nosili mundurowe szarozielone koszule, a na rękawach czarno-białe opaski z ręką dzierżącą miecz i datami 1918-1920; salutowali, wykonując rzymskie pozdrowienie z okrzykiem „Cześć walce!”. Postulowali korporacjonizm i likwidację parlamentaryzmu, wzywali do zniesienia rządów partii politycznych oraz podjęcia ideowej walki z marksizmem.

Związek Sowiecki powetował sobie porażkę z 1920 r. w schyłkowej fazie II wojny światowej i okresie tuż po jej oficjalnym zakończeniu. Również wtedy ani Polska, ani Estonia nie zgodziły się przed nim ugiąć, za co zostały przez „wyzwoliciela” jeszcze raz zalane krwią. Metodyczna pacyfikacja trwała do początku lat pięćdziesiątych, kiedy okupantom udało się w końcu zlikwidować ostatnie oddziały zbrojne wolnych Polaków i Estończyków. W 1920 r. oba kraje siłą odparły próbę narzucenia im „wyzwolicielskiego” komunizmu, w latach 1944-1953 musiały ulec przemocy Rosji Sowieckiej. Po kilku zaś dekadach Rosja postsowiecka usiłuje groźbami i agresywnymi gestami zmusić suwerenne (miejmy nadzieję) państwo, by honorowało symbole, w walce z którymi wykrwawiało się w dwóch wojnach. Żaden szanujący się Estończyk nie uzna chyba obowiązku kłaniania się emblematom, w imię których jego rodaków mordowano masowo i systematycznie, by potem pogrzebać byle gdzie, jak zwierzęta. Mimo wszelkich dzielących ich od Estonii różnic kulturowych Polacy powinni to doskonale rozumieć.

Każdą publiczną krytykę sowieckiego komunizmu współczesna Rosja odbiera jako atak na siebie. Często się powtarza, że z obiektywnych przyczyn historycznych i politycznych czego innego spodziewać się po niej nie można. Nie zgadzam się z tym pobłażliwym poglądem – państwu będącemu spadkobiercą najstraszniejszego z totalitaryzmów nie wolno mieć bezkrytycznego stosunku do przeszłości. Oczywiście byłoby wielce niezdrowe, gdyby przerzuciło się ze skrajności w skrajność i definiowało swą tożsamość przez nieustanne, rytualne samopotępienie, co obserwujemy w powojennych Niemczech. Rosja przeżywa bolesny kryzys aksjologiczny, odkąd bankructwo ideologii sowieckiej wytworzyło w jej duszy pustkę. Na szczęście nie wypełniła jej – jak na Zachodzie – świecka religia demokracji i praw człowieka. Niemniej do normatywnej próżni nie lubi się przyznawać nikt – ani prze sobą, ani tym bardziej przed innymi – toteż dawna dziedzina carów usiłuje rozpaczliwie podtrzymać wiarę w wartość tragicznych siedemdziesięciu lat historii i nadal odcinać od nich kupony. To na nic – wyrazistej tożsamości potrzebuje każdy byt polityczny, zwłaszcza w czasach, gdy wszechobecny relatywizm z premedytacją niszczy świadomość celów własnego istnienia i wszystkie fundamentalne zasady. „Tylko ten, kto wie, skąd przychodzi, wiedzieć może, dokąd idzie.” – powiada Leopold von Ranke. A Rosja nie wie, skąd przychodzi – podczas tamtejszych demonstracji patriotycznych carskie barwy powiewają obok flag z sierpem i młotem, co jako monarchistę przyprawia mnie o dreszcz obrzydzenia. Kraj ów posiada jednak wspaniałe tradycje namysłu nad własnymi dziejami w postaci spuścizny konserwatywnych historyków (Siergiej Sołowjow), filozofów kultury (Konstantin Leontjew, Michaił Arcybaszew), i geopolityków (Lew Gumilow, Piotr Sawicki, Nikołaj Trubieckoj). Przy jej pomocy zdolny będzie podjąć nigdy nie lekki trud przepracowania w sobie swej tożsamości. Może przy tym skorzystać również ze wskazań żyjących jeszcze myślicieli (Aleksander Sołżenicyn, Aleksander Dugin), czym góruje chociażby nad Polską. Sąsiednie państwa, w tym nasze, powinny mu pomóc w odnalezieniu zagubionej tożsamości (czy wręcz duszy), a wcześniej w wyzbyciu się resztek komunistycznej mitologii. W tym ostatnim z pewnością nie pomogą, ustępując gniewnym żądaniom okazywania czci sowieckim obeliskom. Rosja zaś nigdy nie zdoła się porozumieć z sąsiadami, przemawiając z pozycji wiernego sukcesora ZSRS. Wyrzucenie sowietyzmu na śmietnik – wraz z pomnikami Koniewa i Dzierżyńskiego – okaże się więc dobroczynne dla wszystkich, a najbardziej dla samej Rosji.

Ze strony rosyjskiej w toku ostatnich wydarzeń nagminnie padało oskarżenie o profanowanie sowieckich cmentarzy wojennych. Polskie i estońskie władze usprawiedliwiały się zapewnieniem, że pomniki czerwonoarmistów nie są z nich usuwane, lecz przenoszone, więc nie ma mowy o profanacji. To śmieszne! Ziemia okrywająca szczątki zmarłych – każdych zmarłych – jest uświęcona, a spokoju ich spoczynku nie wolno naruszać. Za profanację uznać jednak należy sytuację, w której miejsca pochówku zmarłych znaczą czerwone gwiazdy, sierpy i młoty czy betonowe łby Lenina. Tych krwiożerczych znaków nie powinno się przenosić. Trzeba je zniszczyć – oddać na przemiał lub do przetopu, a na cmentarzach ofiar wojny postawić krzyże, jedynych prawowitych strażników spokoju zmarłych.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.