Jesteś tutaj: Publicystyka » x. Rafał Trytek » O Niemczech i nie tylko

O Niemczech i nie tylko

x. Rafał Trytek

W ostatnim czasie na szacownych łamach „Opcji na Prawo” pojawiło się kilka artykułów traktujących o Niemczech i ich mieszkańcach, o wymowie jednakże skrajnie różnej. U Pana Rafała Orszaka znajdujemy typową antyniemiecką nagonkę w stylu najgorszych i najbardziej bezmyślnych germanofobów, odwołujących się – jakże niesłusznie – do myśli politycznej Romana Dmowskiego. Z drugiej strony mamy frakcję konserwatywnych obrońców Niemiec, którzy zazwyczaj słusznie piętnują błędy emocjonalnej antyniemieckości, jednocześnie jednak nazbyt łatwo popadają w kolejne stereotypy, tym razem jednostronnie proniemieckie. Ale czy my, Polacy, nie możemy brać Niemiec po prostu takimi, jakie one są? Jako osoba znająca – mam nadzieję dobrze – język niemiecki i która spędziła w Niemczech sześć lat życia, postaram się odpowiedzieć na błędy poczynione w ferworze dyskusji przez obydwie strony sporu.

Zacznę może od problemu, który dotyczy mnie, jako osoby wychowanej na Górnym Śląsku, osobiście, a więc kwestii podwójnego nazewnictwa w miejscowościach zamieszkanych przez tzw. mniejszość niemiecką. Postulaty wprowadzenia podwójnych nazw pojawiły się po 1989 r., gdy przezwyciężony został PRL-owski „nacjonalitaryzm”, który przez kilkadziesiąt lat narzucał specyficzną wizję polskości wszystkim obywatelom, tłamsząc i prześladując przy tym wszelkie odrębności lokalne. Upadek PRL spowodował spontaniczną reakcję i wybuch uczuć separatystycznych i, nazwijmy to eufemistycznie, niepolskich, wśród wszystkich tych, którzy uważali się za w jakiś sposób pokrzywdzonych. Taka była cena utożsamiania polskości z nacjonalitaryzmem PRL. Na tej fali pojawiła się na Śląsku Opolskim wiadoma „mniejszość”. Jak wielu czytelników pamięta, na początku lat dziewięćdziesiątych ruch „niemiecki” obejmował setki tysięcy ludzi. Na jednej ze swoich konferencji Henryk Kroll chełpił się, że na Śląsku mieszkają dwa miliony Niemców. Jednak „fala powodziowa”, jakkolwiek wysoka, szybko przeszła. Ludzie o polskich nazwiskach i mówiący polskim językiem (czy też śląską gwarą) szybko zrozumieli nonsensowność nazywania się Niemcami i większość uznała się za Polaków, a ci, którzy uważają się po prostu za Ślązaków słowiańskiej mowy, stali się „autonomistami”.

Tzw. mniejszość niemiecka utrzymała natomiast w pewnym stopniu swe wpływy na zachodzie Górnego Śląska, czyli – w nowomowie – na „Opolszczyźnie”. Przyczyny były wielorakie, spośród nich najważniejsza to faktyczne większe zniemczenie tamtejszej autochtonicznej ludności, wynikające z dłuższej o ponad dwadzieścia lat przynależności do państwa niemieckiego w porównaniu ze wschodem regionu, a Niemcy wywierały przecież w okresie międzywojennym silną presję germanizacyjną na ludność polskojęzyczną. Kolejną bardzo ważną przyczyną była, rzecz jasna, ekonomia. Podupadła ekonomicznie, rolnicza „Opolszczyzna” zerkała w stronę Niemiec, skąd otrzymywała pomoc ekonomiczną od rodzin, ale także od państwa. Tak pojawili się tak zwani Volkswagendeutsche. By udowodnić swą niemieckość, mniejszość powracała chętnie do zniemczonych nazwisk – casus Krolla, czyli swojskiego Króla, ale jednocześnie powracała do – rzekomo – niemieckich nazw miejscowych. Bardzo zabawnym tego przykładem jest miejscowość Cisek, której „Niemcy” opolscy chcieli dodać „tłumaczenie” Czissek. Mniej śmiesznie jest natomiast w przypadku nazw miejscowych, które pojawiły się na Śląsku dopiero w trakcie ledwie kilkunastoletnich rządów NSDAP w Niemczech. W niedawnym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Henryk Kroll tłumaczył, że taki „powrót” byłby uzasadniony, ponieważ kojarzy mu się z czasami dzieciństwa! To tak jakby ktoś uzasadniał zmianę nazwy Katowice na Stalinogród, ponieważ urodził się w latach czterdziestych i pamięta ze swych najpiękniejszych lat tę właśnie nazwę. Tego typu nonsensy przedstawiał Kroll na łamach tzw. poważnej prasy, bez jakiejkolwiek obawy, że ktokolwiek oskarży go o filonazizm. No, bo przecież takie oskarżenie Niemca w Polsce musi oznaczać koniecznie, że ktoś jest polskim szowinistą! Tu dochodzimy do sedna nieporozumienia. Niemcy są strasznie źli, gdy ktoś wypomni im, że jednak dość powszechnie poparli NSDAP w 1933 r., a jednocześnie w swej literaturze (zwłaszcza wśród „Wypędzonych”) nagminnie stawiają znak równości pomiędzy Polakami a komunistami, traktując porządek po 1945 roku na Ziemiach Zachodnich jako polski. Nie baczą przy tym w ogóle na fakt, że Polacy nie dostali żadnej szansy, by w tym czasie decydować o swoim losie. Jest faktycznie tak, że Niemcy wyobrażają sobie, iż wszystko było w porządku aż do 1945 roku, gdy przyszli „Polacy”. Do większości Niemców nie dociera w ogóle, że komunizm w Polsce mógł zwyciężyć tylko z powodu zagłady Państwa Polskiego w 1939 r., do czego wespół z Sowietami doprowadziły właśnie Niemcy. Ponadto instalacja komunistycznej Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej nastąpiła właśnie z powodu klęski Rzeszy na froncie wschodnim, po jej uprzednim ataku na ZSRS. To zwycięska Armia Czerwona na podbitym terytorium osadziła „polskich” komunistów (wśród których, jak wynika z danych IPN, ogromną część stanowili Żydzi i Rosjanie). Nie negując udziału w powstawaniu powojennej, komunistycznej Polski niemałej grupy Polaków, nie mogę zgodzić się, by obarczano Polaków zbiorową winą za PRL. Niemcy jednakże (a także wielu pseudośląskich działaczy) bez zahamowań mówią o polskich obozach koncentracyjnych po wojnie, pomijając milczeniem historyczny kontekst i fakt, że wielu obozowych oprawców nie miało polskiego pochodzenia (Salomon Morel w Jaworznie czy niektórzy śląscy autochtoni jako dozorcy w Łambinowicach). Ujmując sytuację ówczesnej Polski w języku filozofii arystotelesowsko-tomistycznej: PRL była krajem polskim tylko materialnie (zarządzała polskim terytorium i ludźmi), ale nie formalnie, ponieważ nie reprezentowała polskiego społeczeństwa i narodu, nie stanowiła też kontynuacji polskiej historycznej państwowości.

Mimo niechęci do rzekomo niemieckiej „mniejszości”, a właściwie jej działaczy, nie negowałbym jej prawa do stawiania pomników żołnierzom Wehrmachtu. Pamiętajmy, że w niemieckiej armii w czasie drugiej wojny światowej służyło około 600 000 Polaków, wcielonych do niej tylko dlatego, że pochodzili z terenów, które przed pierwszą wojną światową należały do Rzeszy Niemieckiej. Skądinąd właśnie dlatego uważam, że zarzucanie Donaldowi Tuskowi faktu, iż jego dziadek służył w Wehrmachcie, świadczy albo o podłości, albo o zwykłej ignorancji. Rodzina Tusków pochodziła przecież z Gdańska, w którym Polakom było naprawdę bardzo ciężko żyć – jeszcze w latach trzydziestych w wyborach do gdańskiego Senatu narodowi socjaliści uzyskali absolutną większość! Pomimo to śp. Józef Tusk po przymusowym wcieleniu do niemieckiej armii skorzystał z pierwszej nadarzającej się okazji, by zdezerterować i zaciągnąć się do wojska generała Andersa. Również po wojnie Tuskowie wykazali się prawdziwym heroizmem i polskim patriotyzmem, pozostając w rodzinnym mieście. Trzeba wiedzieć, że większość Polaków (stanowiących około 10% ludności miasta) opuściła Gdańsk, nie wierząc, że czerwonoarmiści wykażą się subtelnością w rozróżnianiu, kto jest Polakiem, a kto autentycznym Niemcem. Wybrali wygnanie na obcej, niemieckiej ziemi zamiast ryzyka utraty życia czy hańby dla swoich żon i córek. Tego typu dramaty są oczywiście niezrozumiałe dla tych Polaków, którzy nie stawali nigdy przed tak trudnymi wyborami, dla których polskość była oczywistością, a jedyny heroizm, na jaki potrafili się zdobyć, polegał na wysyłaniu na pewną śmierć bezbronnych chłopców i dziewcząt, czym dopomagali (mam nadzieję, że w większości bezwiednie) jedynie Stalinowi. Paradoksalnie, ludzie odpowiedzialni za rzeź warszawską, bo o niej tu mowa, mieli później ogromne pretensje do „słoneczka narodów” za to, że okazał się tym, kim był – zimnym cynikiem, doskonale orientującym się, co dla jego kraju jest w danym momencie korzystne. Liczenie na Stalina w rozprawie z Niemcami to była już nawet nie naiwność – to była zbrodnia!

Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie mam zamiaru „wybielać” Niemców, a już na pewno narodowych socjalistów, ale myślę, że nawet w stosunku do wrogów powinniśmy pozostać uczciwi, a jeśli nie w stosunku do nich, to przynajmniej dla siebie, by nie paść po raz kolejny ofiarą nadziei (jak to pięknie nazwała redakcja „Opcji”), którą kolejny uzurpator zamydli nam oczy, by wykorzystać i porzucić w myśl zasady Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść. Ja akurat za paciorki i koraliki Polski sprzedawać nie mam zamiaru, choćby dlatego, że to jedyna ziemska ojczyzna, jaką posiadam.

Brak umiejętności dokonywania subtelnych rozróżnień i widzenia rzeczywistości w całej jej złożoności objawiła się u Pana Orszaka, zwłaszcza gdy zarzucił kardynałowi Bertramowi bycie gloryfikatorem Hitlera. Zarzut ten jest bardzo poważny, ponieważ sugeruje, że wysoki rangą dostojnik kościelny wielbił przywódcę i ideologa antychrześcijańskiego narodowego socjalizmu. Sprawy miały się w rzeczywistości nieco inaczej. Faktem jest, że Adolf kard. Bertram, arcybiskup wrocławski, należał do tej grupy niemieckich katolików, która nazbyt optymistycznie patrzyła na możliwość uregulowania statusu Kościoła po zwycięstwie NSDAP w Niemczech, czego wyrazem było wiele Jego wypowiedzi i poczynań wychodzących naprzeciw nazistom, a które nie były skonsultowane z Rzymem i psuły politykę Stolicy Apostolskiej. Zresztą z tego powodu doszło do konfliktu pomiędzy nim a Nuncjuszem Apostolskim w Niemczech, księdzem kardynałem Eugeniuszem Pacellim (przyszłym papieżem Piusem XII). Innym przykładem tego typu lekkomyślnych zachowań niemieckich hierarchów było chociażby podpisywanie przez wiedeńskiego kardynała Innitzera swych listów zwrotem Heil Hitler! (Co nie przeszkodziło mu w trakcie drugiej wojny światowej pomagać prześladowanym przez reżim). Również uwielbiany w niektórych konserwatywnych kręgach Karol Schmitt posunął się aż do usprawiedliwiania „nocy długich noży”. Lecz tego typu fatalne pomyłki nie uprawniają w żadnym wypadku do obarczania katolicyzmu odpowiedzialnością za nazizm, co jest nagminne w lewackich kręgach. Również sam kardynał Bertram po początkowych złudzeniach bardzo szybko zauważył, że nowa władza nie ma zamiaru tolerować w swym państwie żadnej opozycji chrześcijańskiej. Wprowadzenie przez narodowych socjalistów ustaw aborcyjnych i eutanazyjnych dla chorych, ujawniło z całą siłą przepaść dzielącą chrześcijaństwo i nazizm. Poniewczasie wszyscy niemieccy katolicy wyleczyli się ze swych złudzeń odnośnie do rasistowskiego hitleryzmu.

Na samym końcu pragnąłbym się odnieść do tego, co Szanowna Redakcja nazwała naturalnym procesem emigracji. Proces emigracji faktycznie dotknął wiele biednych krajów krótko po ich wejściu do wspólnot europejskich, dzięki czemu udało się rozwiązać problem zbyt wysokiego bezrobocia. Te kraje zresztą (Irlandia, Hiszpania itd.) cieszą się obecnie sporym dobrobytem. Życzyłbym sobie szczerze, żeby te pozytywne efekty objawiły się również w Polsce. Niemniej jednak, proces ten nie musiałby być koniecznie tak bardzo „naturalny”. Niestety, kilkadziesiąt lat komunizmu i kilkanaście lat po jego upadku (ewentualnie „upadku”), sprawiły, że pierwszego maja 2004 r. rzesze Polaków wyruszyły w poszukiwaniu lepszych możliwości życiowych. Podobnie jak Redakcja, ja również nie rozumiem, jak można winą za tę emigrację obarczać specjalnie rządy PiS. Co najwyżej można by tym rządom zarzucić, że niewiele uczyniły dla powstrzymania tego procesu poprzez swoją etatystyczną politykę gospodarczą. I właśnie dlatego życzę wszystkim Polakom, by Dobry Bóg i Najświętsza Maryja Panna wyzwolili nas od socjalizmu i wszystkich błędów, które nie pozwalają nam cieszyć się w pełni wolnością.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.