Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Tomasz Gabiś: Niemcy w kleszczach unii walutowej (część 1)

Niemcy w kleszczach unii walutowej (część 1)

Tomasz Gabiś

Wstęp

W wywiadzie udzielonym w grudniu 1995 roku tygodnikowi „Der Spiegel” brytyjsko-niemiecki socjolog Ralf Dahrendorf powiedział: „Unia walutowa jest wielkim błędem, celem awanturniczym, ryzykownym i chybionym, który nie jednoczy Europy, lecz ją rozbija”. Po 17 latach, w momencie kryzysu europejskiej unii monetarnej, przepowiednia Dahrendorfa spełnia się także i w tym sensie, że odżywa tradycyjna niechęć do Niemiec i Niemców, wobec których wysuwa się najrozmaitsze oskarżenia, uaktywniając stereotyp „brzydkiego Niemca”, tuczącego się kosztem innych Europejczyków.

W lawinie artykułów i komentarzy dotyczących kryzysu wspólnej waluty europejskiej niczym refren powtarza się opinia, że na euro najbardziej skorzystali Niemcy, że to oni są największymi beneficjentami europejskiej unii monetarnej etc., etc. Pogląd ten głosi niemal cała polska klasa polityczno-ideologiczno-publicystyczna, od „Krytyki Politycznej” przez „Rzeczpospolitą”, „Gazetę Wyborczą” i „Gazetę Polską” do „Naszego Dziennika”; wszyscy jak jeden mąż powtarzają, że dla Niemiec euro to istne dobrodziejstwo, za które powinni być wdzięczni europejskim przyjaciołom. Nie pokazują, jaki jest mechanizm odnoszenia tych korzyści; nie tłumaczą związków przyczynowo skutkowych, a jedynie powtarzają w kółko te same slogany, co najwyżej wskazują na korelację pewnych zjawisk, błędnie biorąc ją za związek przyczynowo skutkowy.

Rzecz prosta, dyskusja z poglądem, że Niemcy odnoszą specjalne korzyści z uczestnictwa w unii walutowej, jest już od samego początku bardzo trudna, jego zwolennicy wychodzą bowiem z dziwacznego założenia, że dobrobyt narodu i siła gospodarki zależą od tego, jakie nadruki widnieją na kolorowych papierkach nazywanych pieniądzem. Wobec kompletnej irracjonalności takiego założenia, zdradzającej propagandowo-perswazyjny, a nie merytoryczny charakter poglądu o dobrodziejstwach euro dla Niemców, racjonalne argumenty są raczej bezsilne. Niemniej należy się nim zająć, ponieważ jego upowszechnianie jest ze wszech miar szkodliwe zarówno na płaszczyźnie czysto intelektualnej, jak i, by tak rzec, pedagogiczno-psychologicznej, fałszuje bowiem i błędnie identyfikuje prawdziwe warunki i przyczyny sukcesów gospodarczych. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na zdumiewający i zagadkowy fakt, że w Polsce ukazały się tylko dwie książki analizujące historię wprowadzenia i funkcjonowanie wspólnej waluty, mianowicie świetna praca Philippa Bagusa Tragedia euro (przeł. J. Woziński, Instytut Misesa, Warszawa 2011) oraz, utrzymana w bardziej publicystycznym stylu, Ostatnie lata euro Bruno Banduleta (przeł. T. Gabiś, Wektory, Wrocław 2011).

Mimo iż problematyka unii walutowej jest niezwykle ważna dla przyszłości Europy, a zatem i Polski, nie opublikowano w naszym kraju – a przynajmniej ja nic o tym nie wiem, choć od kilku lat staram się śledzić tę problematykę – tekstów na temat unii walutowej i pokrewnych problemów autorstwa takich naukowców i publicystów jak Hans-Werner Sinn, Charles Wyplosz, Wilhelm Hankel, Thorsten Polleit, Ambrose Evans-Pritchard, David Marsh, Thilo Sarrazin, Walter Eichelburg, Dieter Spaethmann, Hans-Olaf Henkel, Götz Zeddies, Bernd-Thomas Ramb, Max Otte, Peter Bohley, Philip Plickert, Markus C. Kerber, Aaron Tornell, Frank Westermann, Fritz Wilhelm Scharpf, Winand von Petersdorff, Dirk Meyer, Matthias Elbers, Michael Grandt, Michael Brueckner, Renate Ohr, Michael von Prollius, Gunnar Beck, Werner Plumpe, Gary North, Stefan Homburg, Wolfgang Münchau, Karl Albrecht Schachtschneider, Nial Fergusson, Gerhard Radnitzky, Holger Görg, Gérard Bökenkamp, Kenneth Dyson, Kevin Featherstone, Joachim Starbatty, Günter Hanich, Wilhelm Nölling, Matthias Kullas, Charles Hugh Smith, Gabriel Felbermayr, Ansgar Belke, Otto Steiger, Gunnar Heinsohn.

Poniższy tekst jest rozwinięciem tez zaprezentowanych po raz pierwszy w prelekcji wygłoszonej na X Sympozjonie Europejskim w Długopolu Zdroju w październiku 2011 roku, a następnie przedstawionych w kwartalniku „Rzeczy Wspólne” (2012, nr 2). Przy jego pisaniu obficie korzystałem z prac i artykułów wielu z wymienionych wyżej autorów. Nie muszę dodawać, że wszystkie błędy i mylne opinie, jakie się doń wkradły, obciążają wyłącznie autora.

Większość danych statystycznych na temat gospodarki Niemiec zaczerpnąłem z strony Federalnego Urzędu Statystycznego (Statistisches Bundesamt).

************

W ostatnich dwóch latach strefa euro podlegała procesowi coraz silniejszej fragmentacji, jeśli chodzi o zadłużenie, poziom oszczędności, funkcjonowanie rynków kapitałowych, rynków obligacji, sektora bankowego i ubezpieczeniowego; pod powierzchnią wspólnej polityki monetarnej prowadzonej przez Europejski Bank Centralny coraz mocniej ujawniają się dawne różnice i linie podziału biegnące wzdłuż granic narodowych i pokrywające się z liniami podziału na realnej gospodarczej mapie Europy. Powstrzymanie tego procesu nie wydaje się możliwe, ponieważ kryzys w strefie euro ma swoje źródło w samej konstrukcji unii monetarnej, konstrukcji, która – jak się wydaje – inna być nie mogła. Dzisiaj ratuje się wspólną walutę, wydając kolejne dziesiątki i setki miliardów, ale waluta, która zamiast przynosić korzyści, wymaga stałego ponoszenia wydatków, jest już tylko walutą-zombie. Kto wie, czy gdy dotrzemy do końca naszych rozważań, euro – przynajmniej w dotychczasowym kształcie – nie będzie już tylko historią. Jednak poznanie jego historii jest rzeczą pożyteczną.

W następnych miesiącach na Nowej Debacie ukażą się kolejne odcinki:

  • Dlaczego ludzie w Europie i na świecie tak chętnie kupują niemieckie towary

  • System euro jako system socjalistycznej redystrybucji kosztem Niemiec

  • Niemcy jako największa ofiara unii walutowej

  • Fatalne skutki drenowania centrum przez peryferie

  • Krótka historia Niemiec od klęski wojennej przez „cud gospodarczy” do hegemonii marki niemieckiej w Europie

  • Likwidacja marki przez europejskich przyjaciół Niemiec

  • Przyszłość unii walutowej

  • Unia Europejska i unia monetarna jako system reparacji (kontrybucji) wojennych

  • Bunt trybutariuszy

  • Upadek unii walutowej i rozpad Unii Europejskiej politycznym ryzykiem i polityczną szansą dla Niemiec?

  • Niemcy a przyszłość Europy

*************

Przypomnieć najpierw należy, że owa rzekomo tak korzystna dla narodu niemieckiego wspólna europejska waluta była przez ten naród zdecydowanie odrzucana; każde referendum (gdyby w Niemczech wolno było przeprowadzać ogólnokrajowe referenda) zorganizowane w tej kwestii zakończyłoby się zwycięstwem zwolenników pozostania przy marce. Wprowadzenie wspólnej waluty dokonało się wbrew wyraźnej i jednoznacznej woli narodu niemieckiego. „Zwyczajni Niemcy” za żadną cenę nie chcieli się rozstawać z marką – do dzisiaj zresztą kilkanaście miliardów marek w banknotach i monetach nadal jest w obiegu. Do krytyków wspólnej waluty (a co najmniej jej przedwczesnego wprowadzenia) należała grupa czołowych ekonomistów niemieckich, wielu wybitnych przedstawicieli niemieckiego życia finansowego i gospodarczego, publicyści i dziennikarze zajmujący się kwestiami ekonomicznymi. Unii monetarnej sprzeciwiali się prezesi Bundesbanku – BB blokował ją jawnie i skrycie, pośrednio i bezpośrednio, a potem sabotował decyzje podjęte przez rząd niemiecki. Przed fiaskiem unii walutowej ostrzegał prezes Bundesbanku w latach 1993-99 Hans Tietmeyer, który widział niebezpieczeństwo polegające na tym, że: „zjednoczone Niemcy mogą w nadchodzącej unii walutowej wiele stracić, a mianowicie jeden z najbardziej skutecznych i najlepszych ustrojów pieniężnych”. Do nieprzyjmowania wspólnej waluty nawoływały wszystkie środowiska prawicy niemieckiej od gospodarczych i konserwatywnych liberałów przez narodowych konserwatystów po narodowców, czyli niemiecki „obóz patriotyczno-niepodległościowy”.

Dzisiaj okazuje się, że unia monetarna, przed którą „zwyczajni Niemcy” bronili się rękami i nogami, którą krytykowali wybitni ekonomiści niemieccy, którą zgodnie odrzucały wszystkie środowiska niezależnej opozycji, przynosi Niemcom jakieś nadzwyczajne korzyści.

Gdybyż ci Niemcy mieli możliwość udania się wehikułem czasu do roku 2012 i poczytania artykułów polskich publicystów, to od razu zrozumieliby, jak bardzo się mylili, i oczy otworzyłyby się im na dobrodziejstwa wspólnej waluty. Gdyby z kolei polscy publicyści i politycy mogli wehikułem czasu udać się w przeszłość, to z pewnością przekonaliby naiwnych Francuzów, prących do wspólnego pieniądza, że w ten sposób tylko działają na korzyść Niemców, którzy dzięki euro będą mogli „zalewać Europę swoim eksportem”, uczynią euro „dźwignią eksportowego imperium”, i w rezultacie okażą się największymi wygranymi unii walutowej.

„Ludzie” – mogliby zakrzyknąć polscy publicyści do Francuzów – „cóż wy najlepszego robicie, czyście poszaleli, przecież dzięki euro Niemcy zdominują gospodarczo Europę!” Nie wiadomo jednak, czy przekonaliby Francuzów, bo przecież ci mieli jak najlepsze intencje i chcieli tylko pomóc Niemcom. Mówili im: „jakże jest nam was żal, biedni Niemcy, że się tak musicie męczyć z silną marką, ale my wam pomożemy, zlikwidujemy markę, wprowadzimy euro, żebyście mogli zalewać Europę swoimi towarami, stworzymy wam jak najlepsze warunki, żebyście mogli zarobić kupę pieniędzy na unii walutowej i stać się «liberalnym hegemonem» Europy”.

Przypomnijmy więc, jakie miały być korzyści z wprowadzenia wspólnej waluty. Chciano dzięki temu wyeliminować pewne czynniki utrudniające handel pomiędzy krajami o różnej walucie, ułatwić rozliczenia handlowe, osiągnąć większą przejrzystość cen na całym obszarze strefy euro. Wspólna waluta oznaczała zniknięcie ryzyka kursowego wynikającego z fluktuacji kursów walutowych (zlikwidowano różne waluty, to i ryzyko znikło), stąd przedsiębiorcy nie musieli już ubezpieczać się od wahań kursowych. Czyli nastąpiło obniżenie tzw. kosztów transakcyjnych, co ma dodatni wpływ na obroty handlowe. Niezależnie od tego, jak znaczący jest ten wpływ – naukowcy spierają się co do tego (niektórzy uważają, że dość niewielki) – to dotyczy to wszystkich stron uczestniczących w wymianie, a zatem żadnej specjalnej korzyści dla Niemiec tu nie ma. Kraje strefy euro handlują zarówno z Niemcami, jak i pomiędzy sobą, przeto korzyść ze spadku kosztów transakcyjnych odnoszą wszyscy uczestnicy unii monetarnej. Niemcy największą w tym sensie, że proporcjonalną do wielkości swojej gospodarki i udziału w wymianie handlowej, ale przecież to jest oczywiste. Dodajmy, że są ekonomiści, którzy uważają, że zamiast znosić narodowe waluty po to, żeby obniżyć koszty transakcyjne, wystarczyło zmniejszyć ciężary podatkowe nakładane na produkcję i handel — efekt byłby taki sam.

Zauważmy na marginesie, że zniesienie systemu zmiennych kursów walutowych (poprzez zniesienie walut) w ramach unii monetarnej eliminowało wprawdzie ryzyko kursowe, ale jednocześnie likwidowało bardzo istotny mechanizm ekonomiczny. Zaletą systemu zmiennych kursów walutowych było szybkie wyłapywanie różnic w kondycji gospodarczej poszczególnych krajów i w polityce gospodarczo-finansowej prowadzonej przez rządy. Zmienne kursy walutowe są niezbędnym czynnikiem stabilizującym oraz wskaźnikiem reagującym na sytuację gospodarczo-finansową poszczególnych krajów. Po odejściu od waluty kruszcowej i od parytetu złota jedyne realne pokrycie papierowych walut to produktywność i siła gospodarcza, a ta jest różna w różnych krajach, stąd kursy walut do tych różnic się dopasowują. W systemie pieniądza papierowego, niemającego żadnego powiązania ze złotem, system zmiennych kursów walutowych jest najlepszym z możliwych. Zniesienie tego systemu w strefie euro zafałszowało rzeczywistą sytuację finansowo-gospodarczą części krajów, założono bowiem, że odpadnięcie ryzyka zmiany kursu waluty (jej dewaluacji) oznacza m.in. wyrównanie wiarygodności kredytowej w strefie euro, co oczywiście było założeniem błędnym i miało fatalne skutki.

„Wieczni” mistrzowie eksportu

W marcu 2011 roku Angela Merkel powiedziała w wywiadzie dla „Die Welt am Sonntag“:

Niemcy jak żaden inny kraj odnoszą korzyści z euro. Korzystamy na stabilności cen. Korzystamy z tego, że podróżując, nie musimy już płacić uciążliwych opłat przy wymianie na inna walutę. Przedsiębiorcy odnoszą korzyść z eksportu do innych krajów strefy euro.

(Względna) stabilność cen istniała już za marki niemieckiej, ponadto korzystają z niej wszystkie kraje strefy, więc i żadnej specjalnej korzyści dla Niemiec w tym nie ma. Niemcy nie muszą płacić opłat przy wymianie walut, kiedy podróżują po Europie, dokładnie tak samo jak Grek, który jedzie do Hiszpanii, Francuz do Holandii, Belg do Niemiec itd. I tutaj żadnej wyjątkowej korzyści dla Niemiec nie widać.

„Przedsiębiorcy niemieccy odnoszą korzyść z eksportu do innych krajów strefy euro” – tak twierdzi pani kanclerz Merkel, a wtórują jej polscy publicyści i politycy. To jest najważniejszy i właściwie jedyny argument, jaki wysuwają zwolennicy tezy, że dzięki euro Niemcy się wzbogacili i odnieśli z niego jakieś ponadproporcjonalne korzyści. Powtarzają go stale i głośno, jak tylko potrafią, a co najlepsze, nie wyjaśniając dokładniej, w jaki sposób euro pomogło niemieckiemu eksportowi.

Pomijamy tutaj fakt, że u wielu komentatorów widać stare merkantylistyczne błędy myślowe – eksport jako cel sam w sobie. Eksport, czyli po prostu sprzedaż produktów nabywcom geograficznie zlokalizowanym poza granicami danego kraju, nie jest wartością samą w sobie. Nie należy mylić wzrostu eksportu z zamożnością kraju – to są błędne merkantylistyczne teorie. Eksport staje się zyskowny tylko wtedy, kiedy wymienia się go na taką samą wartość. Abstrahujemy też od tego, że takie kategorie jak import i eksport to sztuczne wielkości stworzone na użytek statystyki, a ich używanie w kontekście strefy euro, gdzie zniesione są cła dla towarów i ludzi, a granice praktycznie nie istnieją, jest w pewnej mierze anachronizmem. Ponadto warto mieć na uwadze, że to nie kraje eksportują, tzn. produkują i sprzedają, ale konkretne przedsiębiorstwa.

Przytoczmy typowe opinie upowszechniane w Polsce:

Niemcy czerpią też wielkie korzyści ze wspólnego rynku europejskiego. Można nawet powiedzieć, że zalewają go swoim eksportem. Wszystko dzięki unii walutowej.

Wcześniej marka miała tak wielką wartość, że hamowała niemiecki eksport. Po wprowadzeniu euro Niemcy zaczęły hulać po całym Eurolandzie (i nie tylko) ze swoimi produktami.

Wprowadzenie euro dało silny impuls eksportowy niemieckiej gospodarce i doprowadziło do ogromnego wzrostu niemieckich aktywów w Europie.

Przypomnijmy więc elementarne fakty: już w osiem lat po zakończeniu wojny, w 1953 roku, Niemcy znaleźli się pod względem wartości wyeksportowanych towarów na trzecim miejscu na świecie, po USA i Wielkiej Brytanii, w 1960 wyprzedzili Wielką Brytanię, i do 1971 roku byli na drugim miejscu przed Japonią. Do 1985 roku pierwsza trójka wyglądała następująco: USA, Niemcy, Japonia. W latach 1986-88 Niemcy przesuwają się na pierwsze miejsce, w 1989 roku wyprzedzają je Stany Zjednoczone, które palmę pierwszeństwa dzierżą do 2002 roku. Niemcy są w tym czasie na drugim miejscu, ale w 2003 roku wysuwają się ponownie na pierwsze miejsce, które utracą w 2009 roku na rzecz Chin; w 2009 roku pierwsza trójka w to Chiny, Niemcy, USA, w 2010 — Chiny, USA, Niemcy.

Zatem od 1953 roku do dziś Niemcy zajmowali zawsze miejsce w pierwszej trójce narodów o największym udziale w handlu światowym – rzecz jasna, inaczej to wygląda, kiedy liczymy eksport na głowę mieszkańca, wtedy Niemcy są pod koniec światowej dwudziestki (Chiny są na 120 miejscu). W strefie euro największymi eksporterami są Luksemburg, Holandia i Belgia. Inne europejskie państwo — Szwajcaria z silnym frankiem — ma ponad 50% większy eksport na głowę niż Niemcy. Inny przykład to Szwecja, będąca poza strefą euro, a jednak odnotowała wzrost eksportu, który liczony jako udział w PKB był wyższy niż wzrost niemieckiego eksportu.

Niemcy zajmowali pierwsze miejsce na świecie (lub należeli do pierwszej trójki) pod względem wartości wyeksportowanych towarów zarówno w okresie marki, jak i w okresie euro. W okresie marki wymiana handlowa Niemiec z zagranicą rozwijała się równie dobrze. W latach 1980-2000 roku handel Niemiec z USA rozwijał się bardzo dynamicznie, a nawet bardziej dynamicznie niż niemiecki handel zagraniczny w ogóle, choć jedni mieli markę, a drudzy dolara. Jak to było możliwe, żeby bez euro, pod reżimem silnej marki niemieckiej Niemcy „hulali eksportowo”, „zalewali inne kraje swoimi towarami”? Na to pytanie polscy publicyści i politycy jakoś nie starają się odpowiedzieć. Oni są w stanie na poważnie twierdzić, że Niemcy stali się pierwszym eksporterem świata po wprowadzeniu euro! I to dlatego, że Grecy, Portugalczycy, Irlandczycy, Włosi i Hiszpanie kupowali ich towary i usługi!

10 największych partnerów handlowych Niemiec to dziś w kolejności: Francja, USA, Holandia, Wlk. Brytania, Włochy, Chiny, Austria, Belgia, Szwajcaria, Polska. 8 z tych krajów to kraje europejskie, 7 – członkowie Unii Europejskiej, 5, czyli połowa, ma tę samą walutę co Niemcy.

Czy wprowadzenie euro przyniosło jakieś istotne zmiany w handlu Niemiec z krajami europejskimi? Oczywiście, nie. Nasi publicyści co rusz odkrywają Amerykę, że niemiecki eksport idzie do krajów strefy euro i do całej Unii Europejskiej, tak jak gdyby cała Europa nie była „od zawsze” obszarem intensywnych stosunków gospodarczych i gęstych więzi handlowych. Handel Niemiec z takimi krajami jak Francja, Holandia, Austria, Włochy, Hiszpania był zawsze ożywiony, to są tradycyjni partnerzy handlowi Niemiec. Kraje europejskie zawsze należały do ważnych partnerów handlowych Niemiec (oczywiście proporcjonalnie do wielkości gospodarki) i na odwrót, dla wielu krajów europejskich Niemcy były najważniejszym partnerem handlowym – nawet wtedy, kiedy nikomu jeszcze nie śniło się powstanie unii monetarnej. I to już wtedy, kiedy Rzeszą Niemiecką rządził cesarz Wilhelm II Hohenzollern.

Faktem jest, że handel pomiędzy krajami unii walutowej, a właściwie całej Unii Europejskiej w ciągu ostatnich 20 lat, zintensyfikował się, podczas gdy w latach 1988-1998 wymiana towarowa pomiędzy krajami dzisiejszej strefy euro wynosiła 12% wspólnego PKB, to w 10 latach po wprowadzeniu euro przeciętnie ponad 15%. Jednakże część ekonomistów uważa, że najsilniejszy impuls nadało temu procesowi nie euro, lecz wprowadzenie rynku wewnętrznego, który od 1993 roku uwolnił przepływ towarów od ceł i innych barier handlowych w ramach Unii Europejskiej. Udział wewnątrzeuropejskiego handlu we wspólnym PKB wzrósł w latach 1993-1999 o 10 punktów procentowych, po wprowadzeniu euro do kryzysu finansowego tylko o 2 punkty procentowe.

Jest prawdą, że niemiecki eksport do krajów strefy euro (czy to zwiększenie, które rzeczywiście nastąpiło, było w każdym przypadku takie korzystne dla nich, „zwyczajni Niemcy” przekonują się teraz i przekonają w przyszłości), ale jego udział w całym eksporcie niemieckim zmalał z czterdziestu kilku do czterdziestu procent. 10 lat temu 73,4% niemieckiego eksportu szło do całej Europy, w 2010 – 71,1%. Do krajów Unii Europejskiej szło 10 lat temu 64%, a w roku 2011 – 59% niemieckiego eksportu, co było najniższą wartością od 20 lat (niektórzy niemieccy ekonomiści przewidują, że do końca dekady będzie to poniżej 50%). W 1998 roku do krajów strefy euro szło 45% niemieckiego eksportu, w 2011 – ok. 39%. Trzeba też pamiętać, ze strefa euro się rozszerzyła – na początku liczyła 11 krajów, dziś tworzy ją 17 krajów. Mimo rozszerzenia o kolejnych członków, co oznacza większą liczbę konsumentów i klientów, relatywnie spada tam sprzedaż niemieckich towarów.

Należy widzieć niemiecki eksport do strefy euro we właściwych proporcjach, zwłaszcza że przecenia się znaczenie dla niemieckiego wywozu grupy państw zaliczanych do Europy B, które dzisiaj przeżywają kryzys. W 2008 roku do Portugalii szło 0,8% eksportu niemieckiego, tyle samo do Grecji, do Irlandii – 0,5%, do Hiszpanii – 4,4%. Tradycyjnym ważnym partnerem handlowym Niemiec są Włochy, Niemcy zaś są najważniejszym partnerem handlowym Włoch, ale o ile w 1995 roku 7,5% niemieckiego eksportu szło do Włoch, o tyle w 2010 – 6,1%. Znaczenie krajów Europy B dla niemieckiej wymiany handlowej, które – prócz Włoch – nigdy nie było wielkie – stale maleje.

Bezustanne powtarzanie jak katarynka, że Niemcy to by tylko eksportowali i eksportowali, sprowadzanie wieloaspektowej kwestii niemieckiego eksportu do propagandowego sloganu prowadzi do powstawania najdziwaczniejszych poglądów. Zacytujmy amerykańskiego politologa z aprobatą przytaczanego przez polskiego publicystę: „UE to strefa wolnego handlu, w której jedno państwo – Niemcy – jest drugim największym eksporterem na świecie, przez co zalewa pozostałe kraje swoimi produktami. To oznacza, że państwa wokół Niemiec nie mogą rozwijać się normalnie, bo zawsze będą miały negatywny bilans handlowy z nimi”. „Być zalewanym” przez towary produkowane przez innych to sama radość, bo kto by nie chciał konsumować tego, co dostarczą mu inni. Rzecz jasna, tak świat nie funkcjonuje, ale co szkodzi obciążyć Niemców winą za to, że jakiś kraj się nie rozwija, bo „zalewany” jest niemieckimi towarami.

Niemcy „zalewają” (produkują i sprzedają) Europę i świat swoim eksportem, a Europa i świat „zalewa” (produkuje i sprzedaje) Niemcy swoim eksportem. Od połowy lat 80. XX wieku do 2010 rocznie import niemiecki rósł rocznie o 5,9%. W 2010 Niemcy importowały towary i usługi o wartości 806,2 miliarda euro. Czytając polskich autorów, można natomiast odnieść wrażenie, że ich zdaniem Niemcy eksportują, a inni tylko importują niemieckie produkty. Na własne uszy słyszałem w polskiej telewizji publicznej pewnego profesora ekonomii, który przekonywał, że Niemcy eksportują, a inni importują to, co Niemcy eksportują – innymi słowy, jedni produkują, a drudzy konsumują to, co tamci wyprodukowali! Tymczasem Niemcy są drugim na świecie (po USA) importerem dóbr i towarów.

Jeden z amerykańskich kolegów po fachu wspomnianego wyżej profesora, cytowany z aprobatą przez polskiego publicystę, wyraził podobną opinię: „Niemiecki model gospodarczy funkcjonuje tylko tak długo, jak długo inni go nie naśladują. Jeśli wszyscy postawią na eksport, nie będzie komu kupować tych wszystkich rzeczy”. Gdy przychodzi nam wysłuchiwać takich opinii, budzi się w nas podejrzenie, że ludzie je wyrażający nie są „w pełni władz umysłowych”.

Wedle tej (absurdalnej) logiki jeden „stawia na eksport” (sprzedaż), ale „nie stawia na import” (zakup), drugi natomiast „stawia na import” (zakup), ale „nie stawia na eksport” (sprzedaż). To jest możliwe tylko w bajkach. W rzeczywistości ten pierwszy, jeśli chce, może więcej sprzedawać niż kupować, co najwyżej na tym straci, ten natomiast, kto mniej eksportuje (sprzedaje) niż importuje (kupuje), musi w ostatecznym rozrachunku pokryć jakoś różnicę pomiędzy niższą wartością tego, co sprzedał, a wyższą wartością tego, co kupił. Jeśli jej nie pokryje, to znaczy, że część zakupów otrzymał za darmo.

Eksport Niemiec do strefy euro – wynosił w 2001 roku 275 mld euro, w 2005 – 340 mld, w 2008 – 418 mld euro, paralelnie niemiecki import ze strefy euro wynosił w 2001 – 221 mld euro, 2005 – 249 mld, 2008 – 318 mld. Rynek niemiecki był i jest wielkim odbiorcą towarów z innych krajów europejskich. Francja np. sprzedawała do Niemiec w 2002 roku 15% swojego eksportu, w 2010 – 16,4%. Niemcy są największym odbiorcą eksportu z Grecji i Włoch, i drugim (po Francji) – z Hiszpanii, drugim (po Hiszpanii) – z Portugalii. Grecja eksportowała do Niemiec towary o wartości 1,8 mld euro w 2005, 1,9 mld – 2008 rok. W tych samych latach Portugalia eksportowała do Niemiec towary za 4,0 mld euro i 4,2 mld euro.

Ale, przypomnijmy, relatywnie udział krajów Europy B w imporcie niemieckim maleje. Udział Grecji w całym imporcie niemieckim spadł w latach 2000-2010 z 0,3 na 0,2%, Portugalii – z 0,9 na 0,5%, Irlandii z 2,9 na 1,4%, Hiszpanii z 2,8 na 2,5%, w 1995 udział włoskich towarów w niemieckim imporcie wynosił 8,3%, w 2010 – 5,4% importu niemieckiego pochodziło z Włoch. Potwierdza to relatywnie malejące znaczenie tych krajów dla wymiany handlowej Niemiec. Inną natomiast sprawą są stale rosnące nadwyżki importowe tych krajów w wymianie z Niemcami i rosnąca nierównowaga handlowa czy — szerzej — nierównowaga na rachunku obrotów wzajemnych (temu zjawisku, jego przyczynom i skutkom poświęcimy jeden z kolejnych odcinków).

Niech żyje słabe euro!

Zwolennicy tezy o dobrodziejstwie euro dla niemieckiego eksportu do krajów strefy euro muszą wyjaśnić jakoś niezrozumiały, zagadkowy fakt zwiększenia niemieckiej wymiany handlowej z krajami spoza strefy euro. Jak pisałem wyżej, jeszcze bardziej dynamicznie niż z krajami strefy euro rozwijała się bowiem wymiana handlowa Niemiec z krajami Europy Środkowo-Wschodniej, z Azją, głównie z Chinami, z innymi tzw. gospodarkami wschodzącymi. Udział Brazylii, Rosji, Indii i Chin w eksporcie niemieckim wzrósł z 4% w 2000 roku do prawie 10% w 2009. 60% niemieckiego eksportu idzie do krajów, które mają inną walutę niż Niemcy, zatem odpadają oszczędności na kosztach transakcyjnych i nie znikło ryzyko wahań kursowych. Od 1999 roku niemieckie eksporty do strefy euro rozwijały się poniżej przeciętnej, wywóz do Europy Wschodniej i Azji zaś powyżej. Między rokiem 1998 a 2011 niemiecki eksport wzrósł o 117%, eksport do reszty świata – o 154%, do krajów Unii Europejskiej spoza strefy euro – o 116%, i najmniej, bo 89%, do krajów strefy euro.

Chcąc wyjaśnić to zagadkowe zjawisko, którego nie można wytłumaczyć rzekomym dobroczynnym wpływem przyjęcia euro, nasi publicyści ubzdurali sobie, że niemieckiemu eksportowi pomaga niższa w stosunku do marki niemieckiej wartość euro. Inaczej więc niż w przypadku handlu z krajami strefy euro posługującymi się tą samą walutą, co uniemożliwia manipulowanie kursem walutowym w celu jego obniżenia, które ma „wspomóc” eksport, źródłem wzrost eksportu niemieckiego poza strefę euro – do Chin, Rosji czy Polski, ma być właśnie słabość wspólnej waluty w stosunku do mocnej marki. Na marginesie dodajmy, że kurs euro podlegał wahaniom, co nakazuje pamiętać o tym, iż kurs wymiany waluty jest tylko jednym z wielu czynników wpływających na wymianę handlową pomiędzy krajami o różnych walutach. Ponadto przez większy okres swojego istnienia euro pozostawało mocne wobec dolara amerykańskiego, a to dolar jest najważniejszą walutą w handlu międzynarodowym.

Twierdzi się niekiedy, że przed przyjęciem euro Włosi mogli dewaluować lira, a Grecy drachmę, żeby pomóc swojemu eksportowi. Niemcom też podobno przeszkadzała w eksporcie supertwarda marka, ale zamiast ją zdewaluować jak Grecy drachmę czy Włosi lira, woleli się jej pozbyć, po prostu ją likwidując i zyskując w ten sposób słabe euro. Dzięki tej sprytnej sztuczce zdewaluowali swoją supertwardą markę i natychmiast zaczęli szaleć z eksportem na całym świecie. Po prostu genialne zagranie.

Innymi słowy, Niemcom mało było tego, że począwszy od 1953 roku prawie pół wieku sprzedawali z sukcesem swoje produkty w Europie i na całym świecie, więc postanowili zlikwidować mocną markę i wprowadzić słabsze od niej euro, co niesamowicie pomogło niemieckiemu eksportowi, który stał się dzięki temu bardziej konkurencyjny! Podobnie, dzięki bardzo słabemu dolarowi zimbabweńskiemu Zimbabwe stało się eksportową potęgą.

W dawnych czasach wyrażano podziw, że siła nabywcza marki – twardej, mocnej, stabilnej waluty – jest wysoka, teraz okazuje się, że kiedy siła nabywcza waluty spada, należy się cieszyć, gdyż nasze produkty lepiej się sprzedają (co zresztą jest zupełnie logiczne, bo zmniejszając naszą siłę nabywczą, powiększamy relatywnie siłę nabywczą innych). Wychodzi na to, że szatańsko sprytni Niemcy, chociaż mieli solidną, twardą walutę w postaci marki, odnosili w tym czasie sukcesy w handlu światowym, jakich nie odnosili ani Francuzi, ani Anglicy, ani Włosi i Hiszpanie, od pół wieku byli zawsze w pierwszej trójce największych eksporterów na świecie (a w niektórych latach nawet na pierwszym miejscu), to jednak postanowili ją zlikwidować i zamienić na słabsze euro, żeby teraz dopiero móc „hulać po świecie” i „zalewać go eksportem”.

Teraz uwaga! Swój wzrost eksportu do Chin, Rosji, Brazylii czy Polski Niemcy zawdzięczają Grecji, Portugalii i innym krajom. Zacytujmy polską opiniotwórczą gazetę: „Jednak jak wskazuje Nicolas Veron, główny ekonomista brukselskiego Instytutu Bruegla, taki wynik nie byłby możliwy, gdyby nie obecność w strefie euro Grecji, Portugalii i innych krajów, postrzeganych przez inwestorów jako niepewne. To bowiem dzięki nim kurs euro do dolara, funta, jena i innych walut międzynarodowych był stosunkowo słaby. Bez tego jego wartość mogłaby osiągnąć być może nawet dwa dolary, niwecząc niemiecką maszynę eksportową”. Teraz już wszystko jasne: Niemcy sprzedawali coraz więcej swoich towarów, ponieważ Grecy ze swoją słabą drachmą, Portugalczycy ze słabym eskudo osłabili euro! Nie wiadomo tylko, czy Niemcy tak to sobie sprytnie zaplanowali i wbrew wszystkim koniecznie chcieli, aby do unii walutowej weszły Grecja, Portugalia i inne kraje o słabych walutach (może to one chciały w ten sposób pomóc niemieckiemu eksportowi?), czy też tak jakoś wyszło na ich korzyść. A jak się odniosło korzyść, no to teraz trzeba się jakoś odwdzięczyć swoim dobroczyńcom, czyż nie?

Inny publicysta stwierdza: „Strefa euro przynosiła korzyści głównie samym Niemcom: nikt już nie zagrażał ich eksportowej potędze”. Zwróćmy uwagę na to sformułowanie: „nikt już nie zagrażał ich eksportowej potędze”? Kiedy Niemcy mieli markę, różni konkurenci zagrażali ich potędze eksportowej, więc ci spryciarze wprowadzili euro i teraz już nikt im nie zagraża. A czemu nie zagraża? Ponieważ – brnie dalej w absurd publicysta – „nikt nie mógł sobie pozwolić na dewaluację własnej waluty, by dogonić w rozwoju europejskiego hegemona”. Mamy niezły mętlik w głowie. Czy o to chodzi, że Francja, Włochy, Grecja, Portugalia czy Hiszpania dlatego nie zdołały „dogonić w rozwoju europejskiego hegemona”, że nie mogły zdewaluować swojej waluty? Zatem gdyby mogły dewaluować, jak wówczas, kiedy miały drachmę czy pesetę, to by go dogoniły? Czy dewaluacja waluty to czynnik rozwoju gospodarczego, czy może rodzaj opodatkowania i zagarnięcie wyrażonych w tej walucie wartości majątkowych należących do zwykłych obywateli? Zdewaluuj sobie walutę, a twoja konkurencyjność wzrośnie, wygrasz na rynkach europejskich oraz światowych i zagrozisz eksportowej potędze Niemiec! Genialnie proste!

Pisze publicysta opiniotwórczej gazety:

To przecież właśnie kiepsko sobie radzący unijny pieniądz jest dziś lokomotywą niemieckiego eksportu, którego sukcesy napędzają całą niemiecką gospodarkę i leżą u podstaw niezwykle szybkiego wzrostu w ostatnich latach. Tak szybkiego, że nienotowanego przez niemiecką gospodarkę – hamowaną wcześniej przez bardzo silną markę – od kilku dekad.

Wniosek z tego prosty: im gorszy pieniądz, tym lepiej dla Niemców. Oni tego przez wiele lat nie rozumieli (durni jacyś czy co?) i dumni byli ze swojej silnej marki. Ale w końcu frajerzy poszli po rozum do głowy, silną markę zastąpili kiepskim euro i niemiecka lokomotywa eksportowa wreszcie ruszyła do przodu. Brawo!

Ten sam publicysta pisze:

Nie sposób też od nich [Niemców] wymagać, żeby byli uprzejmi wreszcie policzyć, ileż to razy więcej (a niemało, oj, niemało!) zarobili na słabym euro w stosunku do tego, ile wydali na wsparcie tych krajów, które z kolei na sytuacji w eurolandzie straciły i nadal potężnie tracą.

Może niech nasz publicysta będzie uprzejmy policzyć, ile zarabia się na słabej walucie. Niechaj też szybko zacznie nawoływać inne kraje, aby poszły po rozum do głowy i czym prędzej wystąpiły z unii monetarnej, skoro na niej „traciły i nadal potężnie tracą”.

Obecnie podnoszą się głosy, że – aby pomóc pogrążonym w kryzysie krajom Europy B – należy osłabić ciągle zbyt mocne euro. Wszak wszystkie kraje strefy euro wywożą towary do krajów o innych walutach. Np. Grecja 6,5% swojego eksportu wysyła do Bułgarii, 6,1% do Wielkiej Brytanii, 5,2% do Turcji. 6,7% eksportu portugalskiego idzie do Wielkiej Brytanii, 6,1%, do USA. Hiszpania wysyła do Wielkiej Brytanii 8% swojego eksportu, do USA – 4,4%. Zatem osłabiajmy euro (najlepiej „nadrukować” biliony euro), żeby pomóc eksportowi tych krajów; słabiutkie euro stanie się lokomotywą greckiego, portugalskiego i hiszpańskiego eksportu, którego sukcesy napędzą całą ich gospodarkę i legną u podstaw szybkiego wzrostu. Zaraz, zaraz, przecież na to Niemcy tylko czekają! Kiedy euro będzie tak słabe jak w latach 90. XX wieku drachma czy peseta (w 1999 roku za jedną markę płacono 166 drachm, 900 lirów, 102 escudo, 86 pesetów), to tyle dzięki niemu wyeksportują, że nastąpi istny potop niemieckich towarów i produktów, który zaleje cały świat! A wtedy nikt nic nie będzie już produkował, a jedynie konsumował towary przysyłane przez Niemców. Całkowita hegemonia gospodarcza Niemiec stanie się faktem. Biada nam wszystkim, biada, Niemiec znowu sięga po władzę nad światem! Nowy Hitler czai się za rogiem!

Publicysta nie ustaje w wyliczaniu tych niesłychanych dobrodziejstw, jakie przynosi Niemcom euro:

Ale za to Niemcy zapewne dobrze wiedzą, może nie wszyscy, ale ci nieprzeciętni z całą pewnością, co by się stało z rozpędzonym eksportem ich kraju, a za jego sprawą – z całą szybko rozwijającą się gospodarką Niemiec, gdyby słabe euro na powrót zastąpiła mocna marka. O ile wolniej rósłby PKB, a więc poziom życia Niemców, i jak znacznie wzrosłoby bezrobocie.

Ach, to przekleństwo mocnej marki! Jakże Niemcy powinni się cieszyć, że ich mocna marka nie pociągnie – jak to się działo do 1999 roku – w dół, w recesję, w bezrobocie, w słaby eksport. Powinni Panu Bogu na kolanach dziękować (a może raczej prezydentowi Mitterandowi, który ich do tego usilnie namawiał?), że pozbyli się przeklętej marki, która tak szkodziła ich eksportowi, a tym samym całej gospodarce.

Takich propagandowych idiotyzmów, jak te cytowane wyżej (i tych, które jeszcze przytoczymy niżej), pełno jest w naszych opiniotwórczych mediach. Jeszcze raz przypomnijmy elementarne fakty. Weźmy dla zilustrowania niemiecki eksport w dwóch ostatnich dekadach przed ustanowieniem unii monetarnej; jego wartość wynosiła (w przeliczeniu na euro): 1980 rok – 179 mld euro, 1985 – 274 mld euro, 1990 – 348 mld euro, 1995 – 383 mld euro, 2000 – 597 mld euro. Zatem niezależnie od kilku wahnięć eksport niemiecki przed wprowadzeniem „słabego” euro, w warunkach istnienia mocnej marki niemieckiej, cały czas rósł. Żadna „supertwarda” marka mu nie przeszkadzała.

Mamy tu do czynienia z upowszechnianiem błędnej i szkodliwej opinii, że to monetarne manipulacje pozwalają odnieść prawdziwy sukces na rynkach światowych. Tymczasem, co oczywiste, po każdej takiej manipulacji po pewnym czasie sytuacja powraca do stanu poprzedniego. Silna waluta oznacza niższe koszty dóbr kupowanych na rynkach światowych, czyli oszczędności na kosztach produkcji, które wyrównują nacisk na ceny po stronie sprzedaży. Jak obliczają ekonomiści udział importowanych składników w produkcji na eksport wzrósł w Niemczech, pomiędzy rokiem 1995 a 2005, z 31 do 42%, czyli żeby coś wyprodukować i sprzedać, trzeba najpierw prawie połowę z tego importować (twierdzenie, że „gospodarka niemiecka jest zależna od eksportu”, jest tak samo prawdziwe jak „gospodarka niemiecka jest zależna od importu”).

Słabe euro automatycznie podraża import towarów i usług z innych obszarów walutowych, w tym energii, surowców i innych materiałów służących do wyprodukowania tego, co chcemy sprzedać za granicę, a tym samym podwyższa koszty produkcji, a tym samym hamuje eksport. Niski kurs euro np. wobec dolara powoduje, że drożeją ropa, gaz, stal i inne surowce sprowadzane przez Niemcy ze świata, którymi handluje się w dolarach. Zatem po pewnym czasie sytuacja wraca do stanu poprzedniego, no i koniec z „eksportowym hulaniem”! Ale tych zależności nasi publicyści nie chcą dostrzegać, ponieważ zajęci są wyłącznie poszukiwaniem kija, którym mogliby okładać „szkopów”.

Oczywiście, celowe (lub nie) osłabianie walut przyniesie korzyści eksporterom, zwłaszcza największym, ale uderzy w inne grupy. Za manipulacje walutowe ktoś musi zapłacić, są one zawsze przeprowadzane na czyjś koszt. Kto traci? Tracą przedsiębiorstwa nastawione na import i konsumenci zagranicznych towarów. Dla „zwyczajnych Niemców” mocna waluta, jaką była marka, stanowiła socjalną dywidendą, taniej mogli kupować importowane dobra konsumpcyjne, taniej spędzać wakacje zagranicą, taniej podróżować po świecie etc. Silna waluta przyciąga kapitały i inwestycje, towarzyszą jej niskie stopy procentowe i niższe koszty finansowania przedsiębiorstw. To, co zaoszczędzi się na imporcie, można inwestować w kraju itd. Zatem jeśli „proeksportowym” lobbystom uda się skłonić rządy do pośredniego (poprzez dewaluację waluty) subwencjonowania eksportu, to koszty tych manipulacji poniosą zwyczajni obywatele i gospodarka jako całość.

Niektórzy ekonomiści uważają, iż osłabianie waluty w celu sztucznego podwyższania wielkości eksportu i wypracowywania nadwyżek eksportowych powoduje, że przedsiębiorstwa swoje kapitały nadmiernie zużytkowują na produkcję na eksport, i może się na końcu okazać, że eksportuje się poniżej realnej wartości – za sprawą słabej waluty owoce pracy i przedsiębiorczości są de facto trwonione. Zaniżanie wartości waluty oznacza w rzeczywistości subwencjonowanie własnego eksportu; można wówczas eksportować nawet wbrew zasadzie kosztów komparatywnych: eksport wprawdzie rośnie, ale dobrobyt kraju się obniża.

Dodajmy jeszcze, że akurat eksport niemiecki jest mniej zależny od wahań kursowych (kursu euro) niż eksport takich krajów Portugalia, Irlandia, Hiszpania, a nawet Francja, i nie jest tak wrażliwy na ceny, co bierze się z jego innej struktury. Podczas gdy w Niemczech produkuje się i sprzedaje za granicę wyroby droższe i najwyższej jakości, a Niemcy na rynkach światowych plasują się w czołówce wyspecjalizowanych producentów dóbr inwestycyjnych, to kraje Europy B wykazują większą zależność od kursu euro i są wrażliwsze na wzrost cen, ponieważ oferują głównie zestandaryzowane masowe dobra konsumpcyjne z segmentu niższych cen i o większej ich rozpiętości. Ich produkty są bardziej wrażliwe na zmiany kursów walut, ponieważ łatwiej – jeśli zaczynają drożeć – zastąpić je produktami z innych źródeł. Dlatego cena jest tu zasadniczym czynnikiem determinującym popyt. Niemieckie produkty natomiast klienci kupują także przy wyższym kursie marki (euro), ponieważ są to produkty z zakresu wysokiej technologii sprzedawane w rynkowych niszach, dzięki czemu są mniej zależne od wahań kursów walutowych; ich producenci mogą swobodniej ustalać ceny. Jako liderzy technologiczni, oferujący produkty trudno zastępowalne, są w stanie swoje ceny przeforsować na rynku światowym podobnie jak za czasów marki.

Podsumowując, można powiedzieć, że niemieckiemu eksportowi euro ani w niczym nie pomogło, ani specjalnie nie zaszkodziło. Sukcesy niemieckich przedsiębiorców na rynkach europejskich i światowych mają inne źródła, i nie ma w tym nic tajemniczego.

Przytaczane głosy publicystów można by potraktować jako slogany głoszone na użytek politycznej propagandy i machnąć na nie ręką, gdyby nie to, że – jak pisaliśmy wcześniej – mają one wybitnie niekorzystny wpływ na, by tak rzec, morale obywatelskie, ponieważ uczą Polaków fałszywego rozumienia gospodarki i polityki i wprowadzają ich w błąd co do źródeł gospodarczego sukcesu Niemców, a tym samym gospodarczego sukcesu w ogóle (fałszywa ekonomia zawsze jest fałszywą mistrzynią życia). Blokują odpowiedź na pytanie, dlaczego na długo przed tym, zanim powstała Unia Europejska i strefa euro, produkty niemieckich przedsiębiorstw opatrzone napisem „Made in Germany” były cenione i kupowane na całym świecie.

Paskudne „Szwaby” kradną innym konkurencyjność

W kampanii propagandowej mającej na celu upowszechnienie fałszywej opinii, że to Niemcy są największym beneficjentem wspólnej waluty, wprost lub pośrednio oskarża się ich również o to, że odnoszą te korzyści kosztem innych. Jest to strategiczna teza polityczno-propagandowa głoszona dziś przez kraje Europy B i przewodzącą im Francję. Mamy do czynienia ze swoistym moralnym „okrążeniem” Niemiec („bogacicie się naszym kosztem”), w którym uczestniczy wielu polskich publicystów.

Czytamy np., że Niemcy dostali „premię za likwidację tanich walut narodowych, np. hiszpańskiej, i zamianę ich na euro”, że „drenują peryferie”, a „niemiecki eksport mógł wzrosnąć o 400% dzięki wypchnięciu produkcji południowoeuropejskiej”. Dowiadujemy się, że „centrum (czyt. Niemcy) jest obsługiwane przez peryferie”, „niemiecka gospodarka w skali eurolandu zawiodła; okazało się, że zaspokaja kosztem innych tylko własne potrzeby” itd., itp.

Pisze publicysta: „Gdyby istniała marka, jej wartość by rosła, a niemiecki eksport byłby mniej konkurencyjny. Tak zaś wypchnął np. hiszpański”. Ale skąd wypchnął? Dokąd wypchnął? Jak wypchnął? Hiszpania na przykład jest wielkim eksporterem szynki. Czy niemiecka szynka dzięki euro wypchnęła szynkę hiszpańską z rynków światowych? Chyba nie, bo w 2011 roku Hiszpanie sprzedali za granicę 25 tys. ton szynki, czyli więcej niż w poprzednich latach, co więcej, to Niemcy po Francji są najważniejszym odbiorcą tejże szynki. Przypuszczalnie więc uzbrojeni w euro Niemcy, choć bardzo się starali, nie zdołali wypchnąć Hiszpanów z rynku szynki.

Na łamach opiniotwórczej polskiej gazety wypowiada się jeden z brytyjskich polityków: „Niemcy najzwyczajniej w świecie przejęli część konkurencyjności krajów południa Europy”. Patrzcie Państwo, „przejęli”! Powiedzmy bez ogródek, przejęli, czyli po prostu ukradli. Złodzieje Niemcy okradli Grecję, Portugalię i Hiszpanię! Łapaj złodzieja!

Na rynkach światowych Niemcy są w czołówce producentów dóbr inwestycyjnych, takie produkty o zbliżonej jakości nie są produkowane przez kraje Europy B, zatem kraje te nie mogą utracić udziałów w rynku światowym na rzecz Niemiec, ponieważ wcześniej ich nie posiadały. Niemieccy przedsiębiorcy sprzedają do Chin maszyny i urządzenia techniczne, produkty elektrotechniczne, specjalistyczne przyrządy, samochody ciężarowe etc. Czy Niemcy wypchnęli Hiszpanię z rynku chińskiego, a może Grecję, Włochy, Portugalię, Irlandię? Niemcy produkują na eksport to, czego nie produkują Grecy czy Hiszpanie, zatem wyroby niemieckie nie konkurują na rynkach trzecich z wyrobami greckimi czy hiszpańskimi.

Czy Niemcy konkurowały z Grecją na rynku oliwy lub tekstyliów? A może na rynku turystyki śródziemnomorskiej? Jest prawdą, że Grecja – i miało w tym swój udział jej uczestnictwo w unii walutowej – traciła konkurencyjność np. w branży hotelarskiej, ale nie na rzecz Niemiec, lecz Turcji, ponieważ Grecja i Turcja mają podobne struktury gospodarcze i konkurują w tych samych branżach.

Czytamy: „Siła Niemiec jako kraju eksportującego szkodzi partnerom handlowym, ponieważ one importują niemieckie towary, ale Niemcy za mało importują ich towarów. Co powoduje, że kraje importujące zadłużają się”. No proszę, Niemcy są winni temu, że ktoś się zadłużył, aby kupić ich towary. Na końcu okaże się, że niemieckie przedsiębiorstwa zmuszały do kupowania swoich produktów: klienci musieli brać kredyty i kupować towary, których tak naprawdę w ogóle nie chcieli. To jeden z wielu przykładów, kiedy propagandyści nie tylko korelacje podają za związki przyczynowo skutkowe, ale wręcz te związki odwracają, byleby tylko za czyjeś problemy obarczyć winą Niemców. Okazuje się, że to niemieccy producenci odpowiadają za deficyty i długi powstałe z pragnienia posiadania produktów, które oferują, że niemieckie nadwyżki eksportowe są przyczyną nadwyżek importowych w innych krajach itp.

Oczywiście nie znaczy to, że nie ma tu rzeczywistego problemu. Kiedyś jeśli w handlu np. między Grecją i Niemcami po stronie Grecji nadmiernie rósł deficyt handlowy, czyli Grecja importowała z Niemiec więcej niż do Niemiec eksportowała, rosła wartość marki wobec drachmy. W rezultacie Niemcy mogli więcej u Greków kupować, Grecy zaś byli zmuszeni ograniczyć swoje zakupy w Niemczech. Deficyt handlowy Grecji ulegał automatycznej redukcji. Ponieważ w strefie euro ten mechanizm przestał funkcjonować, musiało to wpłynąć na stosunki handlowe pomiędzy Grecją a Niemcami. Jednak publicyści nie dociekają istoty problemu, wolą chwytać się każdego pseudoargumentu, aby tylko móc „dowalić Szwabom”.

Przytoczmy na koniec taki „kwiatek”: „Niemcy wolą oszczędzać i eksportować, zamiast konsumować. Nota bene ze szkodą dla całej Unii”. Czyli ci, którzy oszczędzają, a więc tworzą kapitały, produkują i sprzedają z sukcesem swoje produkty, robią to ze szkodą dla innych, ci zaś, którzy oszczędzać, produkować i eksportować nie mają zamiaru, za to lubią tylko konsumować, są dobroczyńcami Europy! Trudno pójść dalej w absurdzie.

„Teoria zależności” po polsku, czyli kto beneficjent, ten płaci

Struktura argumentacji o Niemcach jako „największym beneficjencie”, bogacącym się kosztem innych, to – przeniesiona na stosunki europejskie – marksistowska „teoria zależności”; tak jak według marksistów Stany Zjednoczone stały się bogate, ponieważ wyzyskiwały Amerykę Południową, a cały Zachód swoje bogactwo zdobył kosztem kolonii i Trzeciego Świata, tak teraz, w myśl tej niedorzecznej teorii, Niemcy wzbogaciły się „bezprawnie” lub „nieuczciwie” kosztem niektórych krajów strefy euro. Nauka, jaką ma z tego wyciągnąć naród, jest prosta: warunkiem gospodarczego sukcesu i bogactwa jednych jest ubóstwo drugich. Bogactwo jednych musi pochodzić z wyzyskiwania drugich, zysk jednego musi być stratą drugiego – oto typowa prymitywna wersja marksistowskiej demagogii socjalnej przeniesiona na stosunki pomiędzy narodami. Nie oznacza to, że nie ma wyzyskiwanych, oczywiście są – to „zwyczajni Niemcy”, którzy za wszystko mają zapłacić.

Polscy publicyści, nawet ci prawicowi, którzy żegnają się, słysząc nazwisko Marksa, są gotowi zaakceptować najbardziej niedorzeczną teorię autorstwa niechby marksistów i komunistów, jeśli tylko można jej użyć jako kija „na szkopa”. Wulgarna antyniemiecka propaganda harmonijnie łączy się z wulgarną marksistowską demagogią. Można powiedzieć, że marksizm staje się naturalną formą myślenia polskiego publicysty, kiedy przychodzi do analizowania niemieckich sukcesów gospodarczych. Psychologiczną glebą tego myślenia jest najzwyczajniejsza w świecie zawiść.

Zacytujmy publicystę pisma uchodzącego za „prawicowe”. Najpierw powtarza on po raz nie wiadomo który brednię, że „Niemcy dzięki słabemu i słabnącemu euro bardzo dużo zyskują”. Po czym pisze dalej: „Gdy w latach 2008-2011 gospodarki grecka, irlandzka i portugalska straciły po ponad 300 tys. miejsc pracy, gdy gospodarka włoska pozbyła się ich ponad 450 tys., a hiszpańska – ponad 2 mln, gospodarka niemiecka wzbogaciła się – w tym samym czasie – o ponad 1,2 mln miejsc pracy. A w ślad za tymi nowymi miejscami pracy szerokim strumieniem płynie do Niemiec bogactwo, wysysane między innymi z pozostałych państw strefy euro, choć nie tylko z nich. Niemcy się więc na potęgę bogacą, a peryferia eurolandu: Irlandia, Portugalia, Grecja, Hiszpania – też na potęgę – biednieją”.

Zwróćmy uwagę na język prawicowego publicysty: Niemcy wysysają (!) bogactwo greckie, hiszpańskie, portugalskie. Niemieccy (kiedyś „kapitalistyczni”) krwiopijcy „bogacą się na potęgę”, wyzyskując inne narody, pozbawiając je „wartości dodatkowej”.

I dalej ciągnie ten sam (kryptomarksistowski?) publicysta uchodzący za „liberała”: „Niemcy nie dostrzegają – albo za żadne skarby świata nie chcą przyznać, że dostrzegają – ścisłego związku między ich nadzwyczaj ostatnio szybkim tempem bogacenia się a nadzwyczaj ostatnio szybkim tempem ubożenia narodów peryferii euro landu”. Czy którykolwiek z kapitalistycznych wyzyskiwaczy dostrzegał kiedykolwiek ścisły związek pomiędzy szybkim tempem bogacenia się a nadzwyczaj szybkim tempem ubożenia jego pracowników? Nigdy! Niemieccy wyzyskiwacze też są ślepi na los wyzyskiwanych.

Inny publicysta wywodzi: „Nie trzeba mieć doktoratu z ekonomii, by wiedzieć, że w systemie gospodarczych naczyń połączonych strefy euro tak świetne wyniki jednego uczestnika integracji i głęboka mizeria pozostałych muszą być ze sobą ściśle skorelowane”. Publicysta pisze „skorelowane”, ale w rzeczywistości chodzi mu o to, że warunkiem świetnych wyników jednych jest „głęboka mizeria” innych. Jeszcze jeden kryptomarksistowski demagog i zawistnik.

Pisze publicysta: „Niemcy były od początku największym beneficjentem wspólnej waluty – zarówno pod względem politycznym, jak i gospodarczym. Dlatego tak zaciekle walczą o to, aby utrzymać ją przy życiu”. Skoro Niemcom euro przynosi tak wiele przynosi korzyści, a innym tak wiele strat, to czy nie należałoby wyzwać, nalegać, naciskać na Niemców, żeby się poświęcili dla dobra Europy, jak najszybciej występując z unii monetarnej? Niechaj powrócą do marki i przestaną rujnować kraje strefy euro. Tymczasem dzieje się odwrotnie, wszyscy nawołują Niemców, żeby „ratowali euro”, które dla nich jest tak korzystne, a innych doprowadza do ruiny! Dlaczego Grecja, Hiszpania czy Portugalia się nie ratują i same nie wystąpią z unii monetarnej, aby w ten sposób uniemożliwić Niemcom ich wyzyskiwanie?

Powielana do znudzenia teza, że Niemcy są największym beneficjentem wspólnej waluty, że to dzięki euro – naprawdę to nie żart, taką opinię spotkałem w polskiej prasie – stały się potęgą przemysłową i eksportową, że odnoszą jakieś ponadproporcjonalne korzyści kosztem innych krajów strefy euro, nie znajduje żadnego potwierdzenia w rzeczywistości, mówiąc prostu z mostu – jest fundamentalnie błędna. „Prawdziwa” może być tylko w sensie politycznym, tzn. jako polemiczny cios wymierzony w przeciwnika politycznego.

Przytaczane wyżej cytaty z artykułów polskich publicystów dowodzą, że sięgną oni po każdą, choćby najbardziej niedorzeczną, tezę, byleby tylko móc „walić w szkopów”, pomniejszać ich osiągnięcia gospodarcze, oskarżać o wyzysk i rujnowanie innych. Tylko kompletny idiota może na serio napisać, że Niemcy produkując i oszczędzając, szkodzą Europie. Jednak trudno przypuszczać – znając jego całkiem rozsądne przekonania i trafne analizy w innych sprawach – że publicysta ten faktycznie jest kretynem. Po prostu, gdy chodzi o „kwestię niemiecką” ogromna większość polskich publicystów przestaje analizować rzeczywistość. Jednym emocjonalna antyniemieckość („choroba na Szwaba”) uniemożliwia racjonalne myślenie, drudzy zaczynają odgrywać rolę politycznych propagandystów.

A jak wiadomo, w propagandzie politycznej nie chodzi o słuszność i prawdę, ale o siłę i interesy – w tym przypadku o stworzenie podstawy moralnego, a zarazem na pozór racjonalnie uzasadnionego (eksport, eksport, eksport!!!), nacisku na Niemcy: ci, którzy (rzekomo) na euro zarobili najwięcej, i to kosztem innych, powinni pomóc tym, którzy popadli w finansowe tarapaty. Ekonomiczna argumentacja służy jako uzasadnienie wyznaczonego wcześniej celu ekonomiczno-finansowego, dlatego nie posiada żadnej merytorycznej wartości. Mówiąc prosto z mostu: „Niemcy się wzbogacili”, „Niemcy wyzyskują innych”, „Niemcy są winni”, ergo „Niemcy muszą zapłacić”. Rzecz prosta, zapłacić mają „zwyczajni Niemcy”, którzy cenili i lubili swoją markę i którzy na jej likwidacji stracili, a nie zyskali. Po dziesięciu latach ich zasoby i oszczędności mają „uratować” unię walutową. Jest jednak wielce prawdopodobne, że zasoby i oszczędności „zwyczajnych Niemców” zostaną zmarnotrawione, a unia walutowa i tak nie przetrwa.

Cdn.

Artykuł pierwotnie opublikowany w portalu Nowa Debata: http://nowadebata.pl/2012/09/14/niemcy-w-kleszczach-unii-walutowej-czesc-1/

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.