Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Niemieckie obrachunki

Niemieckie obrachunki

Adam Danek

Ta część roku budzi szczególnie wiele smutnych wspomnień historycznych. Sierpień: rocznica wybuchu powstania warszawskiego – największej i najbardziej spektakularnej operacji wojskowej Państwa Podziemnego, która z punktu widzenia prawideł strategii nosiła znamiona samobójczej głupoty. (Gdyby nawet jakimś cudem udało się wyprzeć Niemców ze stolicy, los Polski i tak został przesądzony wcześniej, w momencie wkroczenia na jej terytorium wojsk sowieckich i osłanianych przez nie budowniczych nowego, wspaniałego świata – od tamtej chwili jedynym zmartwieniem podziemnych sztabów powinna się była stać zorganizowana ewakuacja własnych ludzi z Kraju.). Czy jednak ktokolwiek z nas potrafi patrzeć przez pryzmat czystej strategii na tę garstkę ludzi – na oddziały pozbawione broni i sojuszników (alianci celowo blokowali transporty dla powstańczej Warszawy), w śmiertelnym uścisku z największą armią Europy, brukującą ulice ciałami bezbronnych cywili – i to ze świadomością, że za plecami czeka inny potężny wróg (na powstańców zrzucały bomby nie tylko niemieckie, ale i sowieckie samoloty) ? Wątpię. „A jeżeli o nich zapomnę, Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie” (Mickiewicz). Wrzesień: rocznica napaści III Rzeszy na Polskę – poza oczywistym aspektem fizycznym potworny cios psychiczny dla narodu, w latach przedwojennych karmionego militarną propagandą sukcesu. Gdyby piłsudczycy po 1926 r. przeprowadzili gruntowną reformę armii, zamiast ograniczyć się do gadania o „pewnych, w zwycięstwach zaprawionych szablach” … Ale gdybaniem można się jedynie sfrustrować, skoro nie przeprowadzili. Październik: rocznice nieuchronnych klęsk żołnierzy września i warszawskich powstańców – tragicznego początku i tragicznej kulminacji historii Polski w II wojnie światowej. Kiedy wspomina się „czasy pogardy”, choć bezcelowe, powraca pytanie: a co by było, gdyby … gdybyśmy wtedy nie weszli w zastawioną na nas dziejową pułapkę ? Gdybyśmy zdecydowali się na rozwiązanie z dzisiejszego punktu widzenia bardzo, bardzo nieprawomyślne?

Niektórzy utrzymują, iż uderzenie III Rzeszy na Polskę było nieodwracalne, bo osławiony Lebensraum nazistowska ideologia lokalizowała na wschód od Niemiec, zatem planowana ekspansja nie mogła się odbyć w innym kierunku. Los Polski zostałby więc przypieczętowany już w 1936 r., z chwilą zaprojektowania przez Niemców Wielkiej Przestrzeni Gospodarczej (Grossraum Wirtschaft) w Europie Środkowo-Wschodniej, a już na pewno z rzuceniem przez Hitlera hasła wschodniego Lebensraumu w listopadzie 1937 r. Czy aby na pewno ? Kiedy, również w listopadzie 1937 r., parweniusz (dopisał sobie „von” do plebejskiego nazwiska) Ribbentrop spotkał się z szefem brytyjskiej dyplomacji Halifaksem, wyraził zainteresowanie III Rzeszy Austrią, Czechosłowacją i Wolnym Miastem Gdańskiem – o Polsce nie wspomniał. Przyjrzyjmy się zresztą owej Wielkiej Przestrzeni Gospodarczej, biednym: Polsce, Rumunii, Bułgarii, Jugosławii, republikom bałtyckim. Czy dało się tam znaleźć coś do zrabowania ? Co innego na bogatym, ludnym Zachodzie. Obrońcy tezy o niemieckim Drang nach Osten zbyt łatwo zapominają, pod jakim głównie hasłem Hitler (demokratycznie) doszedł w Niemczech do władzy: posłać do diabła upokarzający traktat wersalski, na czele którego stały nie wschodnioeuropejskie państwa jak Polska czy ZSRS, lecz przede wszystkim Francja i Wielka Brytania. W dodatku w państwach tych święciła przed wojną triumfy ideologia pacyfistyczna, osłabiając wolę walki, a propagując zwykłe tchórzostwo (skuteczniej we Francji, co dało o sobie znać w 1940 r., kiedy całe dywizje szły w rozsypkę na widok paru niemieckich czołgów). Znienawidzeni zwycięzcy z Wersalu sami wytrącali sobie broń z ręki. W Polsce działo się na odwrót: rządzący obóz hałaśliwie szerzył kult armii, nie oglądając się niestety na jej rzeczywistą siłę. A łączył ją oficjalny sojusz z przynajmniej jednym z zachodnich mocarstw.

Hitler mógł sobie być szaleńcem czy psychopatą, ale jedno wydedukował prawidłowo. Wiedział, że jeśli najpierw uderzy na Francję, Polacy przyjdą jej z pomocą, bo są głupi i dotrzymują słowa, a jeśli najpierw zaatakuje Polskę, Francuzi nie kiwną palcem w obronie nadwiślańskiego sprzymierzeńca. Jak się okazało, dokonał trafnego wyboru. Ciekawe jednak, jaki kierunek by obrał, gdyby Polska w kluczowym momencie zaoferowała mu układ o zachowaniu życzliwej neutralności w razie wybuchu wojny Niemiec z państwem trzecim …

Postulat taki podnosił przed wojną konserwatywny polski geopolityk Władysław Gizbert-Studnicki (1866-1953). Nazywano go „czołowym polskim germanofilem”, co bynajmniej mu nie przeszkadzało; ba!, szczycił się tym przezwiskiem. Studnicki przez wiele lat – pod zaborami, podczas I wojny światowej, w okresie republiki weimarskiej i po zdobyciu władzy przez Hitlera – głosił konieczność zawarcia polsko-niemieckiego sojuszu o ostrzu antyrosyjskim. Nie zrezygnował z tej idei także w gorącej atmosferze lat 1938-1939. na kilka miesięcy przed pamiętnym wrześniem wydał książkę „Wobec nadchodzącej II-giej wojny światowej” (sic !), której egzemplarze własnym sumptem rozesłał polskim ministrom i generałom. Apelował w niej o przyjęcie w polityce zagranicznej orientacji proniemieckiej, ostrzegając, iż po ewentualnej inwazji III Rzeszy na Polskę napadnie na nią i Związek Sowiecki, by zaanektować Kresy. Jego zdaniem Niemcy nie chciały tej wojny, gdyż w jej efekcie stałyby się bezpośrednim sąsiadem ZSRS, a to czyniłoby konfrontację z państwem Stalina wyłącznie kwestią czasu. Stadnicki prognozował długą i krwawą wojnę między totalitarnymi potęgami, zakończoną zwycięstwem Sowietów, wkroczeniem na trwałe Armii Czerwonej do Polski i zaprowadzeniem w niej ustroju komunistycznego. Sugerował, że państwa zachodnie zaakceptują ten stan, ale w układzie zatajonym przed polskimi władzami – i pisał to w 1939 r., na kilka lat przed Teheranem i Jałtą ! Odgadł nawet, że głównodowodzącym wojsk polskich sprzymierzonych z Zachodem zostanie gen. Sikorski, którego już przed wojną oskarżał o agenturalność na rzecz Francji. Przenikliwość Studnickiego poraża (kto w nią nie wierzy, niech sam przeczyta – omawianą pracę wznowiło w 2000 r. toruńskie wydawnictwo Adam Marszałek). Niestety nic z niej nikomu nie przyszło, bo książka nie ujrzała światła dziennego – cały nakład skonfiskowała policja; Studnicki bezskutecznie próbował z nią dotrzeć do władz niemieckich przez znajomych we włoskiej dyplomacji. Nigdy się nie dowiemy, jak potoczyłaby się historia, gdyby go posłuchano. Przypomnijmy jeszcze zbieżną ocenę sformułowaną po wojnie. Mieczysław Pruszyński (ur. 1911), mocarstwowy konserwatysta i weteran frontów od września po Tobruk, w 1996 r. wydał książkę „Tajemnica Piłsudskiego”. Konstatował w niej, iż w 1939 r. należało przystąpić do Paktu Antykominternowskiego i prowadzić politykę zbliżenia z Niemcami, a zdystansować się od Francji. Według niego tak właśnie, gdyby żył, postąpiłby Marszałek.

Ale stało się inaczej i hitlerowskie Niemcy zbrojnie zajęły Polskę. Jak twierdzi wielu, fizycznie zagrożony został byt narodowy. Pod okupacją wykluła się koncepcja „hachizmu” – pójścia na współpracę z okupantem w celu uratowania już nawet nie resztek niezależności państwa, a samej substancji ludzkiej narodu. Nazwa koncepcji pochodzi od Emila Háchy, premiera Czechosłowacji, który przystał na kolaborację z najeźdźcą i przez cały okres wojny pełnił urząd prezydenta Protektoratu Czech i Moraw (być może dlatego Niemcy, w przeciwieństwie do Polski, nie utopili Czech we krwi). Na polskiej ziemi czeski wariant nie znalazł właściwie zwolenników. Jako jeden z nielicznych za ułożeniem się z Niemcami opowiedział się Studnicki. W latach 1939-1945 w licznych memoriałach i rozmowach przekonywał niemieckich polityków (m.in. Franka, Goebbelsa), wysokich urzędników i dowódców do zaprzestania terroru i odtworzenia jakiejś formy polskiej państwowości w zamian za daleko idącą współpracę ze strony Polaków. Nie oznaczało to bynajmniej zdrady: Studnicki pośredniczył też w nieoficjalnych kontaktach między Państwem Podziemnym a niemieckimi władzami okupacyjnymi, formalnie niedopuszczalnymi dla obu stron. Kilka razy był więziony przez Niemców, m.in. na Pawiaku, lecz nie porzucił orientacji proniemieckiej. Po 1945 r. swe wojenne wspomnienia zamierzał ogłosić pod tytułem „Dlaczego nie zostałem polskim Quislingiem” (redaktor nie wyraził zgody, więc ukazały się jako „Tragiczne manowce”), podkreślając w nich, że dążył do odegrania takiej właśnie roli. Zamiaru zrealizować nie zdołał, dzięki czemu obok wojennych cierpień – istotnie straszliwych – Polska mogła się potem szczycić mianem „kraju bez Quislingów”.

Tu już czytelnik – jeśli nie uczynił tego wcześniej – wykrzyknie z oburzeniem „Aha ! Tu cię mam, nazisto, faszysto, rasisto etc. etc. !”. To nieuprawniony wniosek, zapewniam. Z mojego tradycjonalistycznego punktu widzenia naziści – szajka rewolucyjnych oprawców hołdujących bezbożnemu materializmowi, wyniesionych do władzy przez demokratyczny motłoch – mogą budzić jedynie obrzydzenie. Zwłaszcza, że – jak w swej „Rewolucji nihilizmu” wskazał Hermann Rauschning – nigdy nie odnieśliby sukcesu bez wcześniejszego rozpadu tradycyjnych elit i wspólnot; z kolei Friedrich Meinecke (1862-1954), sławny niemiecki historyk i myśliciel konserwatywny, dobitnie zdemaskował nadejście nazizmu jako logiczną konsekwencję „poruszenia mas przez rewolucję francuską”. Rodak Hitlera, austriacki monarchista Erik von Kühnelt-Leddihn (1909-1999) podczas wojny domowej w Hiszpanii zanotował wypowiedź kapitana karlistów, który stwierdził, iż nazistów, jako „wrogów naszego Pana Jezusa Chrystusa”, powinno się zwalczać na równi z komunistami. Twarde słowa katolickiego rycerza zza Pirenejów nie dziwią – ideologię i ekscesy nazistów potępili kolejno Papieże Pius XI i Sługa Boży Pius XII. Nawiasem mówiąc, w 1943 r. Hitler rozważał możliwość porwania i uwięzienia drugiego z nich, o czym pamięta się nader rzadko.

Hitler – żałosna parodia niemieckiego ideału kulturowego i jego burzyciel, „małpowaty gaduła”, jak pogardliwie nazywał go jego sojusznik Mussolini. Przez takiego to osobnika nie da się dziś sięgnąć po spuściznę wielkich niemieckich filozofów (Friedrich Nietzsche, Oswald Spengler) czy kompozytorów (Richard Wagner, Richard Strauss) bez posądzenia o ukryty sentyment dla swastyki ! Jeden karzeł splugawił wzniosłego ducha Północy, jak wyraził się katolicki konserwatysta J.R.R. Tolkien (1892-1973) …

Przed i podczas II wojny światowej Polacy sami zawężali sobie pole manewru, aż pozostało na nim miejsce tylko na jedno. Na heroizm. I, trzeba przyznać, dopięli swego. Rozreklamowany na Zachodzie w powieściach i filmach francuski ruch oporu (w największej części stalinowsko-komunistyczny) w porównaniu z polskim Państwem Podziemnym wypada jak bezładna zbieranina amatorskich harcerzyków. Wyczyny żołnierzy polskiego podziemia, utrwalone we wspomnieniach i dokumentach, dziś nieraz wydają się niewiarygodne: to, co współcześni mogą zobaczyć chyba wyłącznie w kinie akcji, dla nich stanowiło codzienność. Odwiedziłem w życiu wiele cmentarzy wojennych i na każdym wznosiłem modlitwę za bohaterów. Lecz jeszcze więcej niż bohaterów spoczywa na nich męczenników. Część mijających wakacji spędziłem we wsi, gdzie na specjalnej nekropolii leży około dwustu osób. Wszystkie nagrobne krzyże noszą tę samą datę śmierci. W 1943 r. Niemcy jednego dnia wymordowali całą ówczesną ludność wioski w ramach odwetu za działalność partyzantów. Zamknęli tych ludzi w domach, podpalili je a na koniec zbombardowali. Nie istnieją okoliczności łagodzące tę winę. Ale być może ofiary tej i tysięcy podobnych zbrodni nie zginęłyby, gdyby w 1939 r. na linii Polska-Niemcy zapadły inne rozstrzygnięcia polityczne, podyktowane raczej makiawelicznym wyrachowaniem niż „bezcennym honorem” ministra Becka. Niestety … „Pan, margrabio, narodu nie zmienisz:/Tu rozumu rzadko się używa./A jedno, co naprawdę umiemy,/To najpiękniej na świecie przegrywać.” – śpiewał Przemysław Gintrowski. Zupełnie inaczej Wielka Brytania – kraj, który w paskudnym, cynicznym stylu ciągle wygrywał „bandycką grę” z historią i układał ją po własnej myśli, wszystko jedno, czy miał naprzeciw siebie rewolucyjnego bandytę Napoleona, rewolucyjnego bandytę Lenina czy rewolucyjnego bandytę Hitlera. Bo w charakterze mięsa armatniego zawsze wykorzystywał naiwnych Polaków, Francuzów, Serbów albo innych frajerów nieliczących się z życiem własnym i rodaków, gotowych słać ich na śmierć „za wolność waszą i naszą”. Vae victis, amen.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.