Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Adam Tomasz Witczak: Ogólna Niemożność Wszystkiego

Ogólna Niemożność Wszystkiego

Adam Tomasz Witczak

Całkiem niedawno spotkałem się z wyrażonym przez znajomych przeświadczeniem, iż Polska prędzej czy później wejdzie do strefy euro, że to jedynie kwestia czasu, bo tak po prostu musi się stać. Ponieważ wątku nie kontynuowałem, to trudno powiedzieć mi, czy rozmówcy poczynili uprzednio założenia, z którymi mógłbym się zgodzić. Takim założeniem byłby np. pogląd, że obecne rządy prowadzą politykę, która wepchnie nas w miłościwe i troskliwe objęcia strefy euro, o ile tylko jakimś opozycyjnym siłom nie uda się odwrócić aktualnych trendów. Problem w tym, że przyjęcie z góry takiego poglądu czyni z całej refleksji zupełny truizm: toż nikt nie przeczy temu, że obecne władze ciągną nas w określonym kierunku, bynajmniej tego nie ukrywając. Wydaje się jednak, że w przytoczonym na początku stwierdzeniu kryje się znacznie głębsza podstawa. Otóż przekonanie, że strefa euro prędzej czy później nas „czeka” jest skutkiem teorii o Ogólnej Niemożności Wszystkiego. Nie chodzi tu wcale o aprobatę dla strefy euro jako takiej, zwłaszcza że gołym okiem widać jej fiasko i postępujące problemy. Tak samo w okolicach roku 2004 nie każdemu, kto uważał, że „musimy wejść do Unii” chodziło o faktyczne zalety UE. Ba, pamiętam kolegę ze szkoły, który słysząc cały mój zestaw kontr-unijnych argumentów (sprowadzających się z grubsza do tego, że unijna gospodarka zwalnia, zżerana przez biurokrację i fiskalizm, a moralność narodów upada, więc po co podczepiać się pod tonący statek), stwierdził, że „przynajmniej będziemy tonąć wszyscy razem, to zawsze lepiej”.

W umysłach większości współczesnych Polaków nie mieści się po prostu pogląd, że cokolwiek w naszym kraju mogłoby potoczyć się inaczej niż po linii najmniejszego oporu, w ramach głównego trendu, według zasad narzuconych przez tych lub innych „możnych tego świata”. To schorzenie umysłowe dotyczy chyba wszystkich frakcji politycznych, można je wykryć zarówno wśród ideowych prawicowców, jak i lewicowców. O tych pierwszych z natury rzeczy wiem więcej, więc na nich się skupię. Zaznaczam przy tym, że nie jest moim celem dowodzenie w każdym z podpunktów, że „jednak można”, a na pewno nie przedstawianie gotowej recepty na realizację tego czy innego „zdecydowanego” postulatu. Odnoszę jednak wrażenie, że o ile w przypadku niektórych tematów obecnych w tzw. debacie publicznej można się zgodzić, że coś jest nierealne czy fikcyjne, o tyle, jeśli ktoś czyni z takiego poglądu prawidłowość i odnosi ją do każdej zmiany wykraczającej poza wąski mainstream, to sprawa robi się podejrzana. Wówczas nie mamy już do czynienia z przypadkową identycznością kilkunastu odrębnych ocen, ale z pewnym zjawiskiem psychologicznym — a mianowicie nieprzekraczalną dla umysłu delikwenta barierą.

Otóż na owej „prawicy” entuzjaści określonych rozwiązań gospodarczych podają przykłady państw, które takie rozwiązania (wbrew pozorom niekoniecznie wolnorynkowe) z powodzeniem wprowadziły. Wówczas pojawia się kontra ze strony ich „poważnych” czy też „realistycznych” kolegów, nieświadomych wyznawców ONW. Oto okazuje się, że „owszem, może i te różne ciekawe pomysły gospodarcze zadziałały gdzieś-tam…”, ale tylko dlatego, że „USA to wielki kraj i nie ma co porównywać z Polską”, „Singapur jest mały i daleko, a poza tym azjatycka kultura pracy, dyscyplina…”, „Liechtenstein jest mały i nikogo nie obchodzi”, „Rurytania ma bogactwa naturalne”, a „Tiutiurlistan sporo zyskał na wymianie handlowej z Abacją, ale to szczególna sytuacja”. Pokorni zwolennicy ONW byliby gotowi „udowodnić”, że na całym świecie się da, tylko w Polsce się nie da. Nie chodzi o to, że w obecnej konfiguracji politycznej, w tym roku, w tym miesiącu — to przecież oczywiste. Oni jednak sądzą, że nie da się nigdy, a przynajmniej — w tzw. dającej się przewidzieć przyszłości. Oczywiście nie zauważają, że jeśli będą się nieustannie karmić taką przepowiednią, to faktycznie nic nigdy nie ulegnie zmianie.

Weźmy inny przykład: politykę zagraniczną. Jak trafnie zauważył prof. Bartyzel w jednym ze swoich ostatnich tekstów, w Polsce aktywne są dwie główne partie: Partia Liżących Walonki (tj. rusofilska) i Partia Liżących Trzewiki (tj. nastawiona na Brukselę lub Waszyngton). Aktywistom jednej i drugiej nie mieści się w głowie możliwość wyjścia poza ten schemat. Prowadzenie niezależnej polityki polskiej, bez bycia klientem którejś z trzech stolic, to zawsze „mrzonka”, „urojenie”, rzecz nieosiągalna dla „tak słabego kraju jak Polska”, względnie „dla Polski obecnie”.

Takie przykłady można mnożyć. I nie mówimy tu o realizacji jakichś utopijnych, dziwnych ideologii, co do których rzeczywiście można mieć wątpliwości — mówimy natomiast o realizacji tego, co (o dziwo!) udaje się innym państwom. Broń może być w miarę swobodnie dostępna dla takich np. Szwajcarów, ale „u nas to wszyscy od razu by się pozabijali”. Stawiać żądania i wymuszać swoje racje mogą Niemcy, Rosjanie, Amerykanie, ba, nawet Litwini czy ktokolwiek inny, ale my z natury rzeczy nie mamy szans. Panuje Ogólna Niemożność Wszystkiego. I ona rzeczywiście panuje — i panować będzie, dopóki ogół będzie w nią wierzył. Ktoś musiałby wychować jakiegoś nowego Czyngis-Chana, który nie wiedziałby o tym, że „się nie da”. Nie Czyngis-Chana w sensie okrutnego dzierżymordy, ale kogoś (może być to nawet grupa, ruch), kto przełamałby przeświadczenie, że na całej pustyni nasz narodzik musi pozostawać plemieniem, które samo sobie nie da rady. Rzecz jasna, to przełamanie mogłoby być bolesne. I niekoniecznie udane. Ale czasami warto zagrać wysoko, czyż nie?

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.