Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Adam Tomasz Witczak: Niesympatyczni katolicy?

Niesympatyczni katolicy?

Adam Tomasz Witczak

Zapewne wielu z nas spotkało się kiedyś z opiniami, jakoby ten czy ów pobożny katolik był okropnie niesympatyczny, nieuprzejmy, obłudny czy złośliwy. Bywają i tacy, którzy tak postrzegają wszystkich katolików lub w ogóle ludzi religijnych, a w szczególności tych najbardziej żyjących wiarą. Zazwyczaj taki pogląd spotyka się wśród osób niewierzących, albo „wierzących w Boga, a nie w Kościół” – jak sami siebie często określają. Czasami jednak nawet osoby należące do Kościoła usilnie starają się prezentować jako „ci dobrzy katolicy”, ci pokojowo nastawieni, wyrozumiali, otwarci na dialog – w przeciwieństwie do „rygorystów”, wyzbytych uczuć i niedostosowanych do zmian we współczesnym świecie.

Bardzo często ludziom pobożnym, zwłaszcza tym, którzy swoją pobożność otwarcie manifestują, zarzuca się hipokryzję, faryzeizm, robienie czegoś na pokaz. Nie będziemy tu pisać o faktycznych obłudnikach, zło ich postawy jest aż nazbyt widoczne i rzeczywiście zdarzają się tacy wśród chrześcijan. Warto jednak dodać, że w naszych czasach epatowanie wiarą na pokaz nie jest aż tak wielkim problem, jak na przykład w czasach Chrystusa. Pamiętajmy, że wówczas religia była stałym, ważnym i wszechobecnym czynnikiem życia społecznego, a jej praktykowanie zjawiskiem mile widzianym. We współczesnym, ześwieczczonym społeczeństwie Zachodu już tak nie jest. Oczywiście w Polsce istnieją jeszcze pozostałości tej obecności religii w życiu publicznym i stąd zdarzają się np. nieuczciwi politycy czy biznesmeni, ostentacyjnie udający głębokie przeżywanie wiary, która być może tak naprawdę nie ma dla nich większego znaczenia – ale nawet do naszego kraju dociera fala agresywnej laicyzacji. W tych okolicznościach otwarte, publiczne obnoszenie się z religijnością przestaje być czynnikiem zwiększającym prestiż i społeczne uznanie, a wręcz przeciwnie – staje się synonimem ciemnoty i zacofania. W tej sytuacji „faryzeusze” występują już tylko w wybranych środowiskach, ale na przykład wśród młodzieży łatwiej zdobyć sobie przydomek „frajera” lub „dziwaka”, niż wzbudzić respekt przywiązaniem do praktyk religijnych.

Tak naprawdę nie chcę jednak mówić o faryzeuszach, ale o tych, którzy mylnie są za nich uważani. Zaczęliśmy od zwrócenia uwagi na to, że pobożni katolicy uchodzą niekiedy za niesympatycznych – słyszy się uwagi w rodzaju: „Taki katolik, a patrzcie, jaki podły”, „Do kościoła co niedzielę, a człowiekowi nie pomoże” i tak dalej. Zaznaczmy jeszcze raz: nie będziemy pisać o tych, do których rzeczywiście się te zarzuty stosują. Zastanówmy się jednak, czy przynajmniej w niektórych przypadkach taka negatywna ocena danych osób wynika nie z ich wad, ale przeciwnie wręcz – z zalet.

Trzy przykładowe scenki ilustrujące zjawisko, o którym mowa:

— …no i wyobraź sobie – była przygotowana idealna ściema, nie było szans, żeby wykładowca tego nie kupił, chodziło tylko o to, żeby cała grupa zgodnie potwierdziła ustaloną wersję – i uniknęlibyśmy sprawdzianu…

— Aha, no i co?

— No i oczywiście musiał się znaleźć on! Wymyślił sobie, że się do tej akcji nie przyłączy, bo niby „nie wolno kłamać”, bo to jest sprzeczne z jego wiarą. Pojmujesz to? Cała grupa dała się przekonać, tylko on wydziwiał. Tłumaczę mu, że to jedyna szansa, że zawali całą koncepcję, że inni koledzy się zgodzili, że oni też są wierzący, a jakoś nie robią scen. No, ale on się upierał. I przez jednego oszołoma musieliśmy pisać to cholerne kolokwium! Tacy oni są, te katole…!

— Faktycznie, beznadzieja… Zresztą ja tam nie wierzę, że on taki pobożny. Zwyczajnie pewnie bał się, że się sprawa wyda.

— Kto go tam wie… Nie wiadomo, która wersja gorsza!

*

— I jak tam z tym mieszkaniem, coście załatwiali?

— A to jest w ogóle cała historia! Było tak: przychodzimy, pani nas przyjęła, przemiła staruszka i w ogóle… A potem się pyta, czy jesteśmy małżeństwem! Wyobrażasz sobie? Zamurowało nas. Mówię, że nie jesteśmy. Ona na to, że bardzo jej przykro, ale nie godzi się, żeby chłopiec z dziewczyną pod jednym dachem, bez ślubu… i tak dalej.

— To jest przecież niepoważne… Średniowiecze!

— Też tak myślę. Wiesz, przypuszczałem, że może chodzi o czynsz, powiedziałem, że możemy płacić trochę więcej. Ale nie – jej naprawdę przeszkadzało to, że nie mamy ślubu. Kościelnego ślubu, tak powiedziała. Wyszedłem, trzasnąłem drzwiami, z fanatykami nie da się rozmawiać.

*

— A co u twojego brata?

— Nie wiem nawet, czy chcę go jeszcze znać.

— Jak to? Co się stało?

— Nie wiesz? Nie przyjechał na mój i Agaty ślub. W porządku, gdyby mu coś ważnego wypadło, wiadomo. Ale nie – on nie przyjechał, bo to nie po chrześcijańsku, żeby rozwiedziony mężczyzna brał ślub cywilny z inną kobietą. Rozumiesz? Według niego mam…

— …wrócić do Ireny?

— Tak. Sam oceń, czy to poważne. Ale mało tego – wrócić do Ireny, albo… żyć w celibacie do końca życia! A on nie chce uczestniczyć w takiej ceremonii, bo to niby jest „legalizacja cudzołóstwa”. Tak powiedział – cudzołóstwa.

— No, ale ja ci mówiłem, jak to jest z tymi katolikami. Wszystkiego się doczepią.

— Racja. Patrz go – taki pobożny, hoho, miłość bliźniego, a człowiekowi nie pozwoli życia sobie ułożyć.

Scenki są oczywiście zmyślone, ale można niekiedy natknąć się na podobne rozmowy. Okazuje się zatem, że winą obmawianych powyżej katolików było po prostu to, że starali się w praktyce, w codziennym życiu trzymać nauki Kościoła – nawet narażając się na ośmieszenie czy dezaprobatę otoczenia.

Powiedzmy sobie zatem szczerze: jak zatem współczesny człowiek odebrałby takich świętych i błogosławionych Kościoła, jak choćby x. Vianney czy bp Franciszek Salezy? Oni przecież stawiali sobie i innym bardzo wysokie wymagania, mało tego: nie pobłażali temu, co uważali za niewłaściwe postępowanie. Co więcej, bezkompromisowa postawa zawsze poczytywana im była za zasługę, a żywoty świętych pełne są opowieści (autentycznych lub legendarnych) o walkach toczonych nawet z drobnymi pokusami, o surowym napominaniu błądzących i tym podobnych wydarzeniach.

Bardzo możliwe, że w oczach obecnie żyjących ludzi (nawet katolików) owi asceci i kaznodzieje uznani zostaliby za osoby skrajnie wręcz niesympatyczne, irytujące drobiazgowością i brakiem wyczulenia na „zachodzące zmiany”. Truizmem byłoby powiedzieć, że nowoczesny człowiek przecenia dobra materialne i zbytnio skupia się na ich zdobywaniu, albo na zaspokajaniu czysto fizycznych potrzeb i popędów. To jest oczywiście złe, ale o tym mówi się często i zazwyczaj bez większego zastanowienia. Rzadziej natomiast zwraca się uwagę na to, że w równie niewłaściwy sposób współcześni traktują sferę uczuć i wrażeń – myląc chwilowe „poruszenia serca” z prawdziwą miłością, która jest aktem woli, zdolnym przezwyciężyć emocje. Stąd już krok do katastrofy, zwłaszcza gdy się uważa, że „serce nie kłamie”, że „na uczucia nie ma rady”, że tylko one wyrażają nasze prawdziwe „ja”. Jeśli dodać do tego częste przekonanie, iż człowiek ma „prawo do szczęścia”, do „spełnienia się”, do bycia „kimś” – wówczas otrzymujemy osoby takie, jak nasi fikcyjni rozmówcy, nie mogący zrozumieć, że ktoś może powstrzymać się od pośpiesznej realizacji nieprzemyślanych pomysłów, wynikłych z chciwości i lenistwa, a ktoś inny nie zechce autoryzować cudzych grzechów na tle szóstego przykazania. A przykładów takich sytuacji można wymyślić jeszcze sporo – zresztą można je zaczerpnąć z życia, jeśli tylko rozejrzeć się dokoła siebie.

Gdy zatem następnym razem usłyszymy o tym, że ten czy ów „pobożny katolik” okazał się nieprzyjemny w obejściu czy nawet nieludzki, że przeszkodził w realizacji jakże rozsądnych planów, że obnażył swoją małostkowość – zastanówmy się dwa razy i dowiedzmy czegoś więcej, nim go ocenimy.

Pierwodruk: „Nowe Życie” nr 5, maj 2011 r.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.