Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Adam Tomasz Witczak: O niewielkiej liczebności

O niewielkiej liczebności

Adam Tomasz Witczak

Niewielka liczebność współczesnych organizacji odwołujących się do dziedzictwa ruchu narodowego jest niewątpliwie faktem przygnębiającym. W szerszym kontekście zjawisko niewielkiej ilości zaangażowanych osób odnosi się do całej prawicy (np. do monarchistów jeszcze bardziej) – i nie tylko do niej, ale nie będziemy tu mówić np. o stanie osobowym środowisk radykalnie lewicowych.

W okresie międzywojennym zaangażowanie polityczne obywateli Polski było znacznie większe. Obóz Wielkiej Polski liczył sobie w szczytowym momencie ponad 250 tysięcy aktywistów, a np. Ruch Narodowo-Radykalny „Falanga” uważany był kilka lat później za formację stosunkowo niewielką, pomimo że miał kilka tysięcy członków. Polityka wylewała się na ulice, place, korytarze szkół i uczelni, wnikała w życie zawodowe, religijne. Partie polityczne budowały sobie zaplecze w postaci stowarzyszeń kulturalnych, robotniczych, rolniczych, kobiecych, edukacyjnych. Intensywną działalność prowadzili narodowcy różnych odłamów, zwolennicy Piłsudskiego i sanacji, socjaliści z PPS, komuniści z KPP, Żydzi ortodoxyjni i syjoniści, Żydzi z „Bundu”, ludowcy i ukraińscy nacjonaliści. Co ciekawe, wszystko to działo się w warunkach, które sugerować powinny coś zupełnie odmiennego – po 1926 roku demokracja była ograniczona, notoryczne były ingerencje cenzury państwowej, aresztowania, wyroki więzienia (Brześć, Bereza Kartuska), poza tym spora część społeczeństwa była wciąż bardzo słabo wykształcona (lub wręcz niepiśmienna), nie było Internetu i telewizji (radio dopiero w powijakach). Obecnie żyjemy w jakże liberalnym i demokratycznym społeczeństwie nowoczesnym, a jednak wszelka aktywność polityczna – przynajmniej taka, która nie wiąże się z szybkim zdobyciem władzy i profitów z niej płynących – uchodzi za coś niepoważnego, za stratę czasu, za frajerstwo (by użyć potocznego określenia).

Jednym z problemów, które stają przed młodymi „adeptami” radykalnych organizacji prawicowo-narodowych (że pozwolę sobie użyć takiego bardzo ogólnego określenia), jest pogodzenie się z ich niewielką liczebnością. Nie oszukujmy się – gdybyśmy zsumowali razem „stan posiadania” Obozu Narodowo-Radykalnego, Młodzieży Wszechpolskiej, Narodowego Odrodzenia Polski, Obozu Wielkiej Polski i jeszcze paru pomniejszych formacji (złożonych np. z autonomicznych nacjonalistów albo osób nastawionych tylko na działania w swojej okolicy), to udałoby się nam zebrać może tysiąc, półtora tysiąca osób – i to przy dobrych wiatrach… Uzupełnienie rachunków np. o zaprzyjaźnionych przedstawicieli środowisk konserwatywnych czy monarchistycznych, nie zwiększyłoby znacząco wspomnianej liczby. Zwróćmy jednak uwagę na to, że mówię tu tylko o stałych i aktywnych działaczach, o formalnych członkach, o swego rodzaju „kadrach”, straży przedniej. Czy jednak rzeczywiście wpływ MW, ONR i podobnych formacji ogranicza się tylko do tej grupy? Czy fakt, że w jakimś mieście (często jest to nawet duże miasto) dana organizacja liczy sobie raptem 5, może 10 osób, świadczy o tym, że nie ma nawet sensu zaczynać współpracy z nią? Nie do końca tak jest.

Kluczowe jest to, że do organizacji wielu przedsięwzięć wbrew pozorom nie potrzeba wielu ludzi. Do prowadzenia porządnego, sprawnie działającego i ciekawego portalu internetowego wystarczy kilka osób – ale odwiedzać mogą go codziennie tysiące czytelników. Manifestację zarejestrować może jedna osoba, ale przyjść może 50 czy nawet 500. Szczególnie widać to na przykładzie takich wydarzeń, jak manifestacje rocznicowe ONR czy (zwłaszcza) marsze niepodległości 11 listopada w Warszawie. W 2010 roku dwie niewielkie przecież organizacje (ONR i MW) zdołały zaprosić, zgromadzić i poprowadzić dobrych kilka tysięcy uczestników. To nic, że aktywni działacze tych dwóch organizacji (a nawet w ogóle działacze jakichkolwiek organizacji) stanowili tam może kilkanaście procent maszerujących – to dowodzi tylko tego, że konieczna i wystarczająca jest kadra, pewna grupa „pchająca sprawy do przodu”, za którą idą pozostali.

Wracając do mniejszej skali: jedna osoba jest w stanie zorganizować też prelekcję czy wykład (w sprzyjających warunkach, rzecz jasna, ale jeśli organizatorów jest kilku, to sprawa staje się łatwiejsza). Na ów wykład może przyjść osób 15, 30, 50 lub więcej. W skali kraju, a nawet w skali miasta, to być może niewiele, ale już np. wrzucenie zapisu spotkania do Internetu umożliwia (przynajmniej teoretycznie) dotarcie do tysięcy.

No dobrze – powie ktoś – ale co z tego? Nawet te liczby nie robią aż takiego wrażenia. Na Marszu Niepodległości było kilka tysięcy osób – a 38 milionów nie było. To prawda, ale w tym momencie warto wspomnieć o jeszcze jednym pożytku z istnienia niewielkich nawet formacji. Otóż każda taka grupa (ONR, MW, NOP, OMP) to pewna marka, pewien symbol, zjawisko. Sam fakt, że formacje te działają, że mają oddziały przynajmniej w większych miastach, że posiadają strony internetowe, że od czasu do czasu o nich słychać, powoduje, że idee przez nie głoszone w jakiś sposób są obecne w społeczeństwie – niczym uporczywa osa, być może niegroźna, ale jednak trochę uprzykrzająca życie swoim ofiarom. To ten najszerszy zakres oddziaływania, na którym być może sprawy nieco się rozmywają, idea ulega pewnemu rozrzedzeniu, ale jednak istnieje, dociera w rozmaite miejsca, przypomina o sobie, daje znać.

„Gazeta Wyborcza” i „Nigdy Więcej” lamentują: „Faszyści mają oddziały w każdym województwie”, „Skrajna prawica sięga po kulturę”, „Czy w Polsce odradzają się upiory lat 30-tych?” etc. Gdzieś w barze na przedmieściu, „tam, gdzie zawracają czerwone autobusy”, pan Mietek z panem Witkiem dyskutują przy piwku: <i>- Te, a ja ci powiem, że ładnie pogonili tych pedałów znowu… — Ale co, kto pogonił? — No jak, ci tam, narodowcy… Jakbym młodszy był, to sam bym pojechał! — Ano racja, dobrze, że się chłopakom chce. To co, po jeszcze jednym?</i> A w wielkim centrum wielkiego miasta Pan Młody i Wykształcony tłumaczy Pani Partnerce Również Młodej i Wykształconej: „To jest skandal, to jest po prostu niesłychane, żeby w XXI wieku z taką ciemnotą wychodzić na ulice, oni nas ośmieszają w całej Europie, to jest klerofaszyzm, to jest nietolerancja”. Na umiarkowanie prawicowym czy katolickim forum internetowym jakaś część forumowiczów pisze: „Podbijam wątek i pozdrawiam chłopaków, sam nie we wszystkim się zgadzam, ale szanuję was!” albo „Na Marszu będę na 99%, dobrze, że coś takiego się dzieje!”.

To oczywiście tylko jedne z wielu przykładów takiego „siania fermentu”. Sam fakt, że organizacje istnieją, że operują określonymi nazwami, symbolami, szyldami, że informują o swojej działalności, w pewien sposób oddziaływuje na społeczeństwo. Oczywiście nie należy tego przeceniać, niemniej pewien oddźwięk istnieje, gdzieś na uboczu idee cały czas buzują, dają o sobie znać, tli się świadomość tego, że „coś takiego” istnieje – co jednych cieszy, nawet jeśli bezpośrednio się nie przyłączają, a innych ustawicznie drażni…

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.