Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Odrodzenie ruchu monarchistycznego w Polsce po 1980 r.

Odrodzenie ruchu monarchistycznego w Polsce po 1980 r. Prelekcja wygłoszona w Krakowie 20 lutego 2007 r.

Adam Danek

Szanowni Państwo!

Słysząc takie hasło, jak „odrodzenie ruchu monarchistycznego w Polsce po 1980 r.” większość zwykłych ludzi zareagowałaby zdziwieniem. Dzieje się tak, ponieważ dla większości z nich słowo „monarchia” przywołuje tylko wspomnienie odległej przeszłości, zapewne przedrozbiorowej, ponieważ w powszechnym przekonaniu monarchia przestała w Polsce istnieć w wyniku rozbiorów i nigdy już nie powróciła. Z historycznego punktu widzenia jest to oczywiście nieprawda, gdyż monarchia jako realnie działająca instytucja polityczna przestała w Polsce istnieć znacznie później, bo dopiero w XX wieku. Nastąpiło to dokładnie 14 listopada 1918 r., kiedy Rada Regencyjna Królestwa Polskiego dokonała samorozwiązania, jednocześnie przekazując całość swych kompetencji powołanemu przez siebie Naczelnikowi Państwa Józefowi Piłsudskiemu; jak zaś wiadomo, regenci sprawują władzę w zastępstwie nieobecnego lub nieletniego monarchy. W latach następnych – w epoce II RP – monarchia nie istniała już więc jako instytucja ustrojowa, jednak nie przestała istnieć jako kwestia polityczna. Jak pisał znakomity historyk i myśliciel polityczny Stanisław Cat-Mackiewicz (moim zdaniem najwybitniejszy polski konserwatysta XX wieku), historię Drugiej Rzeczypospolitej da się sprowadzić w ostatniej instancji do sporu pomiędzy dwoma osobami: Józefem Piłsudskim i Romanem Dmowskim. Obaj mężowie stanu nie byli wcale zdeklarowanymi republikanami i dopuszczali monarchię jako formę państwa. Przez cały okres istnienia II RP monarchiści działali w ich obozach politycznych, a także w ich najbliższym, osobistym otoczeniu, przekonując ich do restaurowania królestwa w Polsce, do czego jednak z różnych względów ostatecznie nie doszło.

W 1939 r. wybuchła II wojna światowa, przynosząc naszej ojczyźnie socjalistyczną okupację niemiecką, a potem komunistyczną okupację sowiecką, zastępowaną stopniowo przez stworzony do tego celu rodzimy komunistyczny aparat okupacyjny. Rzecz jasna, w takich okolicznościach monarchia polska musiała zniknąć nawet jako kwestia polityczna. Przedwojenni monarchiści w wirach wojny znaleźli się albo na uchodźctwie za granicą, albo w kraju w więzieniach, albo – w najgorszym wypadku – w grobach, wraz z pozostałymi ofiarami okupantów. W tworzącej się PRL monarchizm, konserwatyzm czy szerzej prawica stały się tematami tabu; komuniści próbowali je wymazać ze świadomości społecznej. Uległo to zmianie dopiero w latach sześćdziesiątych, kiedy zaczęły się ukazywać opracowania naukowe dotyczące myśli konserwatywnej, zarówno polskiej, jak i zachodnioeuropejskiej. Były one całkowicie poprawne pod względem warsztatowym czy metodologicznym, toteż do dziś stanowią wartościowe źródła wiedzy na ten temat, ale jeśli wziąć pod uwagę poglądy własne ich autorów, to pisano je z pozycji marksistowskich bądź co najwyżej demoliberalnych, a więc mniej lub bardziej lewicowych i konserwatyzmowi niechętnych. Dlatego też symboliczny początek ideowego odrodzenia monarchizmu w Polsce miał miejsce dopiero w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych. Uznaje się za niego opublikowanie na łamach prasy pierwszego obiegu (a ściślej „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego”, który teraz już by pewnie nic takiego nie puścił) dwóch artykułów o przedwojennym ruchu monarchistycznym, noszących tytuły Konserwatyzm bez kompromisu i Kameloci królewscy. Oba napisał człowiek uważany dziś za ideowego ojca odrodzenia monarchistycznego, Jacek Bartyzel — działacz Ruchu Młodej Polski, jednego z nielicznych w PRL prawicowych ugrupowań opozycyjnych, doradca „Solidarności” internowany podczas stanu wojennego, publicysta podziemnej prasy (m.in. „Bratniaka” i „Polityki Polskiej”). Były to pierwsze po II wojnie światowej publikacje, których autor nie tylko rzetelnie pod względem naukowym opisywał nurt konserwatywno-monarchistyczny, ale i sam się z nim utożsamiał, stąd stanowią one symboliczną pierwszą jaskółkę idei królewskiej w epoce PRL.

Powrót do idei zawsze poprzedza powrót do czynów. Po odrodzeniu ideowym musiało więc przyjść odrodzenie organizacyjne. Pierwsze powojenne organizacje monarchistyczne na ziemiach polskich narodziły się za czasów schyłkowego Jaruzelskiego. W 1988 r. w Warszawie reaktywował się Klub Zachowawczo-Monarchistyczny. W 1989 r. powstały trzy dalsze: Klub Konserwatywny w Łodzi, Klub Konserwatystów im. Aleksandra hr. Fredry we Wrocławiu oraz Organizacja Monarchistów Polskich również we Wrocławiu. Natomiast po 1989 r. podobnych stowarzyszeń założono bardzo wiele; właściwie w każdym dużym mieście mieliśmy przynajmniej jedno. Dla przykładu w Krakowie w różnych latach działały: Krakowski Klub Monarchistyczny, Krakowski Klub Liberalno-Monarchistyczny oraz tutejsze struktury Akademickiej Ligi Królewskiej „Kameloci” i Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego. Ze względu na ogromną ich liczbę nie będę omawiać tu wszystkich, a skupię się jedynie na kilku przeze mnie wybranych.

Chronologicznie pierwsza organizacja, Klub Zachowawczo-Monarchistyczny, ogłosiła swą deklarację ideową 7 marca 1988 r. Początkowo tworzyło ją zaledwie sześć osób, licealistów i studentów. Rolę przywódcy tej grupy odgrywał obecny poseł PiS, głośny ostatnio z powodu akcji na rzecz intronizacji w Polsce Chrystusa Króla, Artur Górski, który został prezesem KZ-M. W deklaracji ideowej znalazły się postulaty: uczynienia katolicyzmu religią państwową Polski oraz w ogóle obrony roli religii w życiu społecznym i publicznym, ideowego odrodzenia konserwatyzmu, walki z rewolucjonizmem (zarówno w wykonaniu komunistów, jak i prawie bez wyjątku lewicowych przecież ugrupowań opozycyjnych), zwrotu ku tradycji (rodzinnej, narodowej, cywilizacji łacińskiej), uznania własności prywatnej i gospodarki rynkowej za podstawę rozwoju społecznego, przywrócenia formalnej równości wobec prawa (która w PRL nie istniała), a zarazem przywrócenia znaczenia zasadzie autorytetu w stosunkach społecznych, wreszcie restauracji monarchii jako ustroju gwarantującego realizację wszystkich poprzednich postulatów. We wrześniu 1988 r. ukazał się pierwszy numer pisma do dziś pozostającego organem KZ-M – „Pro Fide, Rege et Lege”. Jego tytuł, przypomnę, znaczy „za Wiarę, Króla i Prawo” i stanowi dewizę najwyższego polskiego odznaczenia państwowego: Orderu Orła Białego, ustanowionego przez króla Polski Augusta II zwanego Mocnym. Pierwszy numer pisma, odbijany jeszcze na ksero, liczył zaledwie kilka stron i zawierał tylko trzy artykuły. I on, i kilka następnych ukazały się w drugim obiegu, przy czym na jego łamach od początku zaznaczył się, zawarty również wcześniej w deklaracji ideowej, konsekwentny antydemokratyzm — przekonanie, że demokracja okazuje się dla państwa szkodliwa i jako taka, wbrew obiegowym opiniom, bynajmniej nie jest pozbawiona alternatyw.

W 1990 r. Klub Zachowawczo-Monarchistyczny zarejestrował się sądownie jako stowarzyszenie i uzyskał zatwierdzenie swego statutu, zaś w 1991 r. „Pro Fide, Rege et Lege” zostało wpisane na sądowy rejestr czasopism i od tamtego czasu ukazuje się legalnie. Również w 1990 r. wydrukowany został pierwszy numer innego pisma – organu Unii Polityki Realnej „Najwyższy Czas !”, gdzie od początku zamieszczano autonomiczną rubrykę p.t. „Pro Fide, Rege et Lege” z tekstami monarchistów. Jeśli chodzi o bezpośrednie działania polityczne, już w listopadzie 1989 r. członkowie KZ-M, chociaż było ich tylko kilkunastu i byli ludźmi bardzo młodymi, zorganizowali w Warszawie Kongres Prawicy Polskiej, na którym przemawiali przedstawiciele różnych nurtów szeroko pojętej prawicy: prezes KZ-M Artur Górski, prezes Polskiej Partii Niepodległościowej Romuald Szeremietiew, prezes Unii Polityki Realnej Janusz Korwin-Mikke, prezes łódzkiego Klubu Konserwatywnego Jacek Bartyzel oraz ówczesny poseł i wiceprezes Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego Marek Jurek. W roku następnym Klub podjął pierwsze działania na skalę przekraczającą granice Polski, organizując w Warszawie Europejski Kongres Monarchistyczny, w którym wzięli udział przedstawiciele ruchów monarchistycznych z Węgier, Włoch, USA (co ciekawe), Rosji, Bułgarii, Kanady i Wielkiej Brytanii. Wydarzenie to odbiło się echem za granicą – organizatorzy otrzymali listy gratulacyjne od kilku europejskich monarchów: króla Belgii Baldwina I, króla Norwegii Olafa V i wielkiego księcia Lichtensteinu Jana Adama II.

Kolejne lata upłynęły Klubowi przede wszystkim na budowie swoich struktur w poszczególnych częściach kraju oraz na rozwijaniu działalności edukacyjnej, toteż nie będę się nad nimi rozwodził i przejdę do charakterystyki jego stanu dzisiejszego. Obecnie do najważniejszych działaczy KZ-M zaliczają się: Ludwik Skurzak, prezes Klubu, oraz wspomniany już prof. Jacek Bartyzel, który przewodniczy Straży KZ-M – ciału odpowiedzialnemu za linię ideową Klubu, jego działania Edukacyjno-wychowawcze oraz wszelkie oficjalne wypowiedzi (oświadczenia, listy do osób publicznych itp.). Za drugie obok prof. Bartyzela czołowe pióro Klubu uznać należy innego znakomitego znawcę myśli konserwatywnej doktora Adama Wielomskiego, politologa i publicystę, redaktora naczelnego „Pro Fide, Rege et Lege”, byłego członka władz UPR. Oprócz nich nie można tu nie przypomnieć raz jeszcze Artura Górskiego, który pełnił funkcję prezesa Klubu i redaktora jego pisma od ich powstania do 2004 r., zaś obecnie nosi tytuł prezesa honorowego stowarzyszenia. Do członków zwyczajnych KZ-M należą lub należeli uczeni (m.in. dr Paweł Skibiński, najlepszy w Polsce specjalista od Hiszpanii gen. Franco), politycy (m.in.: posłowie na Sejm RP Jan Filip Libicki i Artur Zawisza – obaj w PiS, posłanka Halina Nowina-Konopka z LPR, euro-deputowany Konrad Szymański — także z PiS) oraz znani prawicowi publicyści (m.in. dr Mariusz Affek, dr Paweł Milcarek, Ryszard Mozgol). Osobną kategorię stanowią członkowie honorowi Klubu, którą to godność otrzymują od jego władz osoby zasłużone dla idei królewskiej. Wyróżniono nią m.in.: wybitnego konserwatywnego publicystę i – powiedziałbym wręcz – myśliciela politycznego Tomasza Gabisia, do niedawna redaktora naczelnego „Stańczyka. Pisma postkonserwatywnego”, jego kolegów z redakcji „Stańczyka” Mariusza Dzierżawskiego i Aleksandra Popiela, Janusza Korwin-Mikkego, Marka Jurka czy euro-deputowanego PiS, kawalera maltańskiego Marcina Libickiego. Co ciekawe, jeszcze do niedawna posiadał ją urzędujący prezydent Krakowa prof. Jacek Majchrowski, były członek PZPR i wojewoda krakowski z nadania SLD. Prof. Majchrowskiego nagrodzono tym tytułem za kilka doskonałych prac naukowych poświęconych polskiej prawicy doby II RP, jej myśli i organizacjom; prace te powstały, co ważne, przed 1989 r., kiedy na takie tematy nie patrzono przychylnie. Najważniejsza z nich to pierwsza po wojnie synteza działalności przedwojennego ruchu monarchistycznego w Polsce – Ugrupowania monarchistyczne w latach Drugiej Rzeczpospolitej – wydana w 1988 r. i od tamtej pory nie wznawiana. To głównie za nią prof. Majchrowskiego mianowano członkiem honorowym KZ-M. Jednak z czasem, a zwłaszcza ostatnio, fakt, że członkiem honorowym monarchistycznego stowarzyszenia jest, jeśli nawet nie komuch, to z pewnością lewicowiec, budził coraz więcej komentarzy i jakiś czas temu Majchrowskiemu odebrano tę godność. Członkiem honorowym Klubu pozostaje natomiast jego wielki darczyńca, mecenas Robert Smoktunowicz, obecnie senator Platformy Obywatelskiej – co też może nieco dziwić. Wreszcie, członkostwo honorowe Klubu przyznano osobie łączącej polskich monarchistów z ich przedwojennymi poprzednikami – śp. Stanisławowi hrabiemu Tarnowskiemu. Otóż pierwsze stowarzyszenie o nazwie Klub Zachowawczo-Monarchistyczny działało w latach dwudziestych ubiegłego wieku, a przewodził mu Hieronim hr. Tarnowski, ojciec Stanisława. W 1993 r. jego dziedzic dokonał prawnego aktu przekazania powojennemu KZ-M praw do posługiwania się symboliką i nazewnictwem jego przedwojennego odpowiednika, dlatego też obecny Klub może o sobie mówić, że w 1988 r. nie został założony, lecz reaktywowany. W Straży Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego działają szanowani uczeni i znawcy myśli konserwatywnej prof. prof. Bogdan Szlachta i Andrzej Jaszczuk. Przez szereg lat należał też do niej nieżyjący już Jacek Dębski. Związany początkowo z UPR, następnie z Koalicją Konserwatywną, w rządzie AWS zajmował stanowisko ministra sportu i zginął w okolicznościach powszechnie znanych, można by rzec: mafijnych.

Tą ciekawostką zakończę omówienie KZ-M i przejdę do charakterystyki kolejnego stowarzyszenia – Organizacji Monarchistów Polskich. Powstała ona 16 listopada 1989 r. pod nazwą Międzystanowa Organizacja Monarchistyczna. Założyło ją kilkunastu uczniów wrocławskich szkół średnich. W 1990 r. nastąpiło swoiste polityczne dookreślenie programu Organizacji – zaczęli do niej wstępować działacze UPR. W tym samym roku Organizacja przyjęła swoją aktualną nazwę, uzyskała sądową rejestrację i zatwierdzenie statutu oraz uchwaliła dokumenty stanowiące ideową podstawę jej działania: Manifest Katolicki, Manifest Narodowy i Manifest Ekonomiczny. W 1992 r. ukazał się w formie kilkukartkowego maszynopisu pierwszy numer organu OMP, pisma „Rojalista”, które obecnie nazywa się narodowo-konserwatywnym pismem „Rojalista – Pro Patria”. Początkowo OMP i KZ-M współpracowały, a członkowie OMP należeli jednocześnie do KZ-M. Do zerwania współpracy doszło w 1994 r. z powodu różnicy zdań pomiędzy prezesami obu stowarzyszeń, pp. Górskim i Nikielem. Ostatnio jednak podnosi się coraz więcej głosów przekonujących, że do dawnej współpracy warto powrócić, za nimi zaś pojawiają się konkretne inicjatywy, np. lubelskie struktury OMP i KZ-M działają wspólnie. Oba stowarzyszenia zajmują identyczne, moim zdaniem, stanowiska w najważniejszych kwestiach: antydemokratyczne na płaszczyźnie ustrojowej, przedsoborowe na płaszczyźnie religijnej i zdecydowanie wrogie lewicy na każdej innej. Co do różnic pomiędzy nimi, to w niektórych sprawach OMP zajmuje bardziej skrajne stanowisko niż KZ-M. Po pierwsze, za najważniejszy i ostateczny cel stawia sobie budowę Wielkiej Polski – Katolickiego Państwa Narodu Polskiego, które to hasło zostało zaczerpnięte z dziedzictwa ideowego przedwojennego obozu narodowego, i poza tym generalnie podkreśla swą narodową orientację. Po drugie, w kwestiach ekonomicznych OMP domaga się maksymalnie wolnego rynku, stojąc w tym punkcie na pozycjach identycznych z UPR.

Funkcje prezesa OMP i naczelnego redaktora „Rojalisty” pełni od początku do dziś Adrian Nikiel, działacz UPR, rzecznik sedewakantyzmu. Na czele Sądu Honorowego OMP, zajmującego się wewnętrznymi sprawami Organizacji, stoi dr Norbert Wójtowicz, jeden z najwybitniejszych polskich ekspertów od masonerii. Podkreślmy, że historią i ideologią wolnomularstwa zajmuje się on naukowo, a więc jego książki z tego zakresu tematycznego biegunowo różnią się jakością od bzdur, które o masonerii publikuje np. p. Krajski na łamach „Naszego Dziennika”; poza wolnomularstwem dr Wójtowicz jest również specjalistą od wschodnich sztuk walki. Wśród innych czołowych działaczy OMP wymieniłbym Jakuba Jerzego Skoczylasa, znawcę prawa honorowego i członka Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej (nawiasem mówiąc, syna znanego satyryka Jerzego Skoczylasa), oraz Łukasza Kluskę, prawicowego publicystę, syna słynnego przedsiębiorcy Romana Kluski. Organizacja Monarchistów Polskich także nadaje tytuły członków honorowych. Noszą je m.in. wspominani już prof. Jacek Bartyzel i Tomasz Gabiś.

Kilka lat temu do polskiego ruchu monarchistycznego włączyło się głośne Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. ks. Piotra Skargi. Oficjalnie zostało zarejestrowane w 1999 r., jednak – jak powiedział mi jeden z jego członków – faktyczną działalność na większą skalę rozpoczęło mniej więcej dwa lata później. Stowarzyszenie słynie przede wszystkim ze znakomicie zorganizowanych kampanii medialnych: przeciw anschlussowi Polski do Związku Socjalistycznych Republik Europejskich, przeciw dzieciobójstwu, przeciw społecznej promocji homoseksualizmu czy w obronie deprecjonowanych współcześnie tradycyjnych form religijności. Prowadzi też działalność na tak ważnej płaszczyźnie jak formacja młodzieży w tradycyjnym duchu katolickim i konserwatywnym. Na jego czele stoi jako prezes Sławomir Olejniczak, zaś pozostali działacze — bez wyjątku monarchiści – rekrutują się spośród byłych lub aktualnych członków Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego, a poza tym niektórzy z nich to dawni członkowie UPR. SKCh stanowi ogniwo największej międzynarodowej sieci organizacji antykomunistycznych, to jest Stowarzyszeń na Rzecz Obrony Tradycji, Rodziny i Własności (TFP, od „Tradition, Family, Property”). Sieć tę stworzył wybitny filozof konserwatywny i niezwykle charyzmatyczny działacz katolicki śp. prof. Plinio Corrêa de Oliveira.

To wszystko poważne inicjatywy, podejmowane w łonie polskiego ruchu monarchistycznego całkowicie na serio i w dobrej wierze. Pozwolą Państwo, że na koniec wspomnę pewną niepoważną inicjatywę, która przypisywała sobie monarchizm. Chodzi o działalność w latach dziewięćdziesiątych ugrupowania o nazwie Polski Ruch Monarchistyczny. Kierował nim niejaki Leszek Wierzchowski, były członek PZPR; żeby było zabawniej, posługiwał się nawet tytułem książęcym, do czego, rzecz jasna, nie miał prawa. W 1995 r. zamierzał wystartować w wyborach prezydenckich, ale nie zdołał zebrać potrzebnych do tego stu tysięcy podpisów. Krótko mówiąc, człowiek ten całością swoich działań ośmieszał tylko ruch monarchistyczny w Polsce. Moralną podstawą monarchizmu jest etyka katolicka, tymczasem Wierzchowski nie krył, że jest rozwodnikiem żyjącym w niesakramentalnym związku; krążyły też opowieści o jego ekscesach alkoholowych. Sam zresztą mawiał: „Nie jestem zbyt ortodoksyjnym chrześcijaninem.”, a swą postawę przenosił na program (jeśli w ogóle można o takim mówić) organizacji, twierdząc na przykład, że Polski Ruch Monarchistyczny pragnie realizować tylko te siedem Przykazań, które dotyczą spraw czysto ludzkich. Nasuwa się więc jedynie pytanie, czy tow. Wierzchowski prowadził tę operetkową działalność z inicjatywy własnej – i wtedy byłby jajcarzem i prowokatorem podobnym do swojego niegdysiejszego kolegi z PZPR Jerzego Urbana – czy też z inicjatywy innych czynników, które dążyły do skompromitowania polskiego ruchu monarchistycznego; mówimy przecież o czasach osławionej inwigilacji prawicy. Nie mam jednak żadnej wiedzy na ten temat – dzielę się z Państwem wyłącznie moją prywatną spekulacją.

Być może dzięki działalności osób takich jak tow. Wierzchowski – bo znalazło by się co najmniej kilka podobnych – monarchizm bywa często postrzegany jako rodzaj politycznej mitomanii albo, w najlepszym przypadku, swoista ekstrawagancja intelektualna: egzotyczna, niezwykle ładna z estetycznego punktu widzenia, ale zasadniczo oderwana od rzeczywistości. Z tymi zarzutami prędzej czy później spotyka się każdy monarchista w Polsce. „Pan jest fantastą.” „Pan wierzy w bajki.” „O tych pańskich ideach pewnie przyjemnie się pisze, może i dobrze się o nich czyta, ale z prawdziwym życiem nie mają nic wspólnego.” „Proszę zejść na ziemię i zająć się poważniejszymi sprawami, zamiast marnować czas.” I tak dalej. Cóż, skomentuję je w następujący sposób.

Przed I wojną światową identycznych przytyków wysłuchiwał pewien mało wtedy znany lewicowy intelektualista, osiadły chwilowo w Szwajcarii. Nie czytał i nie słuchał go nikt poza garstką innych intelektualistów pochłaniających zapamiętale jego niepopularne książki. Nosił nazwisko Władimir Ilicz Uljanow, ale przedstawiał się jako Lenin. Traktowano go niepoważnie do tego stopnia, że szwajcarska policja, z racji ograniczonych funduszy zmuszona do wyboru między inwigilacją bolszewików a inwigilacją dadaistów – czyli awangardowych malarzy i rzeźbiarzy – zdecydowała się na inwigilację tych drugich, ponieważ oceniła, że nawet oni stanowią bardziej realne zagrożenie dla porządku publicznego niż Lenin i jego ludzie. Czas pokazał, jak bardzo pomylili się współcześni.

I tym, nieco przewrotnym, akcentem zakończę moje wystąpienie. Dziękuję Państwu za uwagę.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.