Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Natalia Dueholm: Ogrodniczka Michelle Obama i konserwatyzm w Białym Domu

Ogrodniczka Michelle Obama i konserwatyzm w Białym Domu

Natalia Dueholm

W ubiegłym roku Michelle1 Obama opublikowała książkę American Grown: The Story of the White House Kitchen Garden and Gardens Across America, w której chciała wykreować się na Pierwszą Ogrodniczkę w kraju. I choć ta właśnie autokreacja wyszła jej słabo, publikację można w sumie zinterpretować pozytywnie ze względu na zakamuflowany przekaz potwierdzający nieśmiertelną wartość idei konserwatywnych.

W swojej głośno reklamowanej w różnych stacjach telewizyjnych książce żona prezydenta odgrzała tworzenie przydomowych ogrodów, popularyzowanych przez Annę E. Roosevelt w czasach drugiej wojny światowej. Reklamowane wtedy tzw. Victory Gardens miały służyć hodowaniu żywności na publicznych i prywatnych terenach, aby tym samym zwiększyć jej podaż i obniżyć cenę, a w konsekwencji zaoszczędzić państwowe pieniądze wydane na żywność wysyłaną na front żołnierzom. Ten pewien rodzaj niewynagradzanych prac publicznych musiał spodobać się ufającej we wszechmoc rządowej interwencji Michelle Obamie, mającej dodatkowo fiksację na temat pięknej, smukłej sylwetki. Dodatkowo pomysł z reklamowaniem hodowania własnej żywności mógłby teoretycznie trafić do amerykańskiego konsumenta z powodu problemów gospodarczych i wzrostu cen jedzenia, z którymi obecnie boryka się Ameryka. Podwyżki te są jednak na pewne sposoby kamuflowane, gdyż producenci żywności potrafią sprytnie je ukryć przez zachowanie tej samej ceny nominalnej, a zmniejszenie objętości danego produktu. Trudno jednak oczekiwać od prezydentowej, popierającej liczne kosztowne programy socjalne, która dodatkowo znana jest z częstych wyjazdów na ekskluzywne zagraniczne wakacje na koszt podatników, dbałości o stan portfela zwykłego Amerykanina. Propagowanie zdrowotnych haseł można wyjaśnić również na inne sposoby.

Victory garden Obamy

Michelle Obama wcale nie jest naturalną ogrodniczką z pasją. Stworzony przez nią w 2009 r. ogród przy Białym Domu był jej pierwszym w życiu, choć wcześniej oczywiście było ją stać na dom z poletkiem ziemi. Z książki wynika, że w trakcie jego tworzenia 45-latka nie miała większego pojęcia na temat ziemi, hodowania roślin czy pszczół, a nawet podstaw dietetyki. Co więcej, z nudnie i banalnie napisanej książki wypełnionej po brzegi ilustracjami wynika, że do uświadomienia jej ważności zdrowego jedzenia Michelle Obama potrzebowała rozmowy z lekarzem, który wytłumaczył jej, że dzieci nie powinny ciągle pić napojów gazowanych i jeść w restauracjach czy barach szybkiej obsługi. Przez większość dorosłego życia obecna Pierwsza Dama była zapewne jedną z zabieganych matek, które zabierają dzieci do McDonaldsów i im podobnych, których w USA jest cała masa, gdzie jako najbardziej popularne warzywa występują… frytki. Takim kobietom za domowe posiłki służą często mrożone, kupowane w sklepie w pudełku gotowce, z obrazkowymi instrukcjami po to, aby nawet dziecko mogło je same rozmrozić w kuchence mikrofalowej i zjeść przed telewizorem. Bardziej ambitna żywieniowo mama może skorzystać z sałatek, które kupuje się gotowe (tzn. posiekane i umyte) w plastikowym worku, czasami wyposażonym również w saszetkę z odpowiednim sosem, czy dodatkowo minigrzankami i serem do posypania.

Ogrodniczka, religijna matka i żona

Niestety takie nawyki żywieniowe ma wielu dorosłych Amerykanów, a przez to dzieci, które w szkołach jedzą podobne posiłki. Dla nich właśnie Michelle Obama ma swoje pomysły, realizowane przez władzę przy pomocy oddelegowanych do tego ludzi na koszt podatników. Spełnienie jej ogrodowego kaprysu umożliwiła profesjonalna ekipa ogrodnicza (a i tak — jak szczerze przyznaje — z niektórych rzeczy wyszła klapa), wyposażona w sprzęt mechaniczny, czyli odpowiednie kultywatory. Zapewne dla celów reklamowych pomocnikami prezydentowej byli też uczniowie jednej z lokalnych szkół podstawowych. Trudno oczekiwać, aby żona prezydenta sama zajęła się ogrodem, kopiąc ziemię i ręcznie pieląc chwasty. Na zdjęciach ilustrujących książkę na pewno tego nie widać, choć pochwaliła się w niej rękawiczkami ogrodniczymi, które otrzymała od męża. Widzimy za to niezwykle atrakcyjną, pięknie umalowaną i wystrojoną kobietę, ze starannie pomalowanymi paznokciami, pozującą do zdjęć z dziećmi i już gotowymi owocami pracy. Koszt jednej pary jej ogrodniczych butów — skórzanych botków to 495 dol. Ale nie czepiajmy się szczegółów. Wygląda na to, że realizowanie wizerunku zadbanej ogrodniczki, łagodnej i przykładnej matki i żony w rozpinanym sweterku nie zawsze musi być tanie. Co więcej, na niego składa się również religijność. Na jednym ze zdjęć Michelle Obama jest pogrążona w modlitwie przed posiłkiem. Przy stole pokrytym potrawami trzyma się za ręce z domownikami podczas wizyty u jednej z rodzin, która skorzystała z jej rad żywieniowych. Zdjęcia własnej rodziny przy modlitwie jednak nie zamieściła.

Ponadczasowa domowa żywność i domowe królowe

W jakim stopniu warzywa rosnące w ogrodzie i zaopatrujące kuchnię Białego Domu są naprawdę zdrowe, trudno powiedzieć. Można założyć, że ziemia skażona środkami służącymi do pielęgnacji trawy i eliminowania chwastów (Amerykanie namiętnie chemicznie zwalczają, zresztą jadalne, mlecze) i sama lokalizacja temu jednak zbytnio nie sprzyjają. A warzywa służą dodatkowo do wyrobu przetworów rozdawanych w prezencie gościom z różnych krajów. Nie wiadomo, czy przykładowy słoik z ogórkami spotka się z entuzjazmem głów niektórych państw, jednak liczą się dobre chęci. Wyroby domowej roboty cieszą się bowiem w Stanach Zjednoczonych zainteresowaniem (szczególnie osób majętnych), dużo większą popularnością i wysoką ceną. Niektórym osobom (np. domowym wytwórcom sosów do grilla) udaje się wprowadzić swoje produkty do sieci marketów. Pokazuje to powrót do domowej kuchni i ponadczasową wartość zdrowego jedzenia, które przyrządzają świetnie domowe królowe, czyli kobiety pilnujące domowego ogniska.

Miastowe pasieki

Co ciekawe, Michelle Obama zdecydowała się nawet na próby hodowli (znowu niekoniecznie własnymi rękami) grzybów (boczniaków i twardziaków japońskich) i stworzenie nieopodal Białego Domu pasieki, pomimo początkowego dość zdecydowanego sprzeciwu męża, który podobnie do niej panicznie bał się pszczół. Po zaznajomieniu się z faktami na temat pszczół (nie są agresywne i bez powodu nie atakują) i rozwiązaniu problemu z lądującym nieopodal prezydenckim helikopterem pszczoły zamieszkały niedaleko siedziby prezydenckiej. Miód z prezydenckiej pasieki jest rozdawany organizacji zajmującej się bezdomnymi i służy gościom odwiedzającym Biały Dom (zamiast cukru). Dobry na wszystko i niepsujący się miód przeżywa swój renesans. W Stanach Zjednoczonych może pochodzić z pasiek zlokalizowanych w centrach ogromnych miast na dachach hoteli i drapaczy chmur. Można zauważyć pewien trend (lansowany w mediach?) hodowania własnej żywności w dużych miastach, nawet wśród ludzi mieszkających w blokach. Dzięki rozwojowi technologii można uprawiać ziemniaki w plastikowych workach czy wiszące pomidory na małych balkonach. W bliźniaczych miastach Saint Paul i Minneapolis, nie tylko w ich strefach podmiejskich, ludzie hodują kury (za zgodą sąsiadów), a nawet trzymają piejące koguty, których liczba jest mocno regulowana (np. w przypadku kur do trzech, w przypadku koguta do jednego). Do takich zachowań nie da się oczywiście ludzi zmusić, nawet dotując specjalnie rządowe programy. Ludzie muszą być gotowi do fizycznej pracy, brudzenia rąk i znoszenia zwierzęcych odgłosów, a takich w USA aż tak wielu nie ma i nie będzie.

Najpierw dom czy praca zawodowa?

Popytu na zdrowe jedzenie nie da się aż tak bardzo stymulować, jak chciałaby tego Michelle Obama. Wiąże się to nie tylko z wysoką ceną świeżych i tzw. organicznych produktów, czyli produkowanych w mniejszym lub większym stopniu bez używania nawozów sztucznych i pestycydów (nadwaga to często problem ludzi biedniejszych), popularnością tanich fast foodów, ale przede wszystkim ze stylem życia. Stawianie przez kobiety robienia karier poza domem na pierwszym miejscu musi skutkować zaniedbaniem spraw rodzinno-domowych. Nie każdego przecież stać — tak jak Michelle Obamę — na gosposię czy własnego kucharza. W USA nawet babcie zajęte są swoimi sprawami towarzysko-zawodowymi i niekoniecznie chcą gotować wnukom.

Zresztą samo zainteresowanie prezydentowej jedzeniem warzyw i owoców tylko częściowo może wynikać z troski o zdrowie (po pierwsze i może ostatnie własnej rodziny). Niewykluczone, że wiąże się również z pewną obsesją na punkcie wysportowanego ciała, które codziennie w pocie czoła rzeźbi pod okiem zawodowego trenera Cornella McClellana. Niektórzy (Oprah Winfrey) uważają nawet, że podyktowane jest awersją do bardziej zaokrąglonych ludzi. Inni wskazują nawet na jej hipokryzję związaną z faktem, że zajmowała stanowisko w zarządzie firmy TreeHouse Foods, Inc., zaopatrującej sieci marketów Walmart w produkty żywnościowe, np. zupy w puszkach, sosy czy napoje w proszku, które niezupełnie można nazwać zdrowymi.

Nie ma jak u mamy (i babci)

Pierwsza Dama wprowadziła do szkół swój program odchudzający, zmieniający standardy szkolnych stołówkowych obiadów (uczniowie z Kentucky podsumowali, że jedzenie Obamy smakuje jak „wymiociny”), w ramach którego promowała również ruch, ze szczególną reklamą jogi. Całkiem słusznie spotkał się on z mieszanym przyjęciem. Niektórzy rodzice wskazywali na fakt, że dzieci jedzące reglamentowane obiady i pijące odtłuszczone mleko bywają w szkole głodne, a prowadzone w szkołach ćwiczenia jogi raczej je rozleniwiają i odciągają od biegania po szkolnym podwórku, które lepiej wpływałoby na ich zdrowie fizyczne. Zwalczające otyłość kosztowne programy (m.in. finansowanie miejskich ogrodów) Obamy niewiele zmienią. I zapewne ona sama nie będzie z tego powodu bardzo rozczarowana, gdyż w jakimś sensie swój cel osiągnie. Zagwarantują jej medialną popularność.

Rzeczywistość jest bowiem taka, że nie ma u Obamy jak u mamy. Bo przecież to matkom naprawdę zależy i to one znajdują się na najlepszej pozycji, aby tego dopilnować. Tak naprawdę poradzą one sobie bez przepisów z prezydenckiej kuchni (np. na makaron z kalafiorem i serem), promocji działek czy zdrowotnego rządowego pouczania. Im za to przede wszystkim przydałoby się mniejsze obciążenie podatkowe (stąd więcej pieniędzy na jedzenie w portfelu) i możliwość realnego wyboru pozostania w domu. Najlepszym jedzeniem jest to przygotowane świeże w domu, jednak żeby tak było, ktoś musi w nim być, nie tylko, aby je przygotować, ale również aby je wspólnie — jak przystało na rodzinę — zjeść. Zapewne Michelle Obama o tym wszystkim wie, skoro jej własna matka zajmowała się domem, zaś ona sama po objęciu przez męża stanowiska prezydenta, przestała pracować zawodowo jako prawnik i własną matkę sprowadziła do Białego Domu. Oto cała tajemnica zdrowia psychofizycznego dzieci i walki z otyłością. Tzw. staromodne stereotypowe role są najlepszym sposobem na wychowanie zdrowych dzieci.


1 Czyli Michalina — przypis redakcji Portalu.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.