Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Ostatnia wojna eschatologiczna

Ostatnia wojna eschatologiczna

Adam Danek

Idea wielkiej, apokaliptycznej wojny dobra ze złem wydaje się równie stara jak sam ludzki rodzaj. Opowieści o niej występują we wszystkich kulturach świata, bez względu na to, czy umieszczają ją na początku (babiloński poemat kosmogoniczny „Enuma elisz”) czy na końcu czasów (nordycka „Edda”) lub też w realiach historycznych („Mahabharata”, „Iliada”). Nie ogranicza się to do kultur starożytnych i tzw. archaicznych – o wszechświatowej orężnej konfrontacji naucza przecież Pismo Święte. Gdy szatan podniósł bunt przeciw Bogu, wierni Mu aniołowie pod wodzą św. Michała w kosmicznej bitwie pokonali popleczników zdrajcy i strącili ich z niebios w otchłań. W epoce Starego Testamentu Pan i jego niebiańskie żołnierstwo brali bezpośredni udział w walkach toczonych przez Izraelitów przeciw Bożym nieprzyjaciołom, wspieranym z kolei przez pogańskich bożków – demony, którym oddawali cześć. Wreszcie osobna księga Biblii, Apokalipsa św. Jana, opisuje jeszcze jedno starcie dzieci Boga z diabłem i jego sojusznikami – to, które nastąpi w dniach ostatecznych. Mit o wojnie eschatologicznej – zderzeniu sił dobra i ładu z mocami zła i chaosu, które na zawsze odmieni oblicze uniwersum, zmuszając ludzi, by opowiedzieli się po stronie światłości i znaleźli się w obozie zwycięzców lub po stronie ciemności i zostali potępieni – nie stanowi więc wymysłu pogańskich kapłanów i poetów. Jak już powiedziano, wydaje się stary jak rodzaj ludzki, lecz w rzeczywistości jest od niego starszy, bo pochodzi od transcendentnej Prawdy.

Ale świat porewolucyjny transcendentną Prawdę odrzucił. Nie tyle dokonał buntu przeciw niej, co sam jest buntem przeciw wierze, że istnieje obiektywny porządek rzeczy, którego przyczyny leżą poza doczesnością; to właśnie w tym kontekście należy rozważać słowa Nicolása Gómeza Dávili (1913-1994): „Świat współczesny jest buntem przeciwko Platonowi.” Jak mawiają postmodernistyczni naukowcy, świat człowieka został „odczarowany”, tzn. brutalnie przezeń odarty z religii i klasycznej filozofii, a zatem pozbawiony źródeł wiedzy o prawdziwym ładzie i sensie dziejów. Człowiek wyszydził Boski porządek, ale nigdy nie potrafił o nim zapomnieć, ponieważ idee na niego się składające na zawsze wpisano w jego naturę. A natura próżni nie znosi, toteż z rewolucyjnego chaosu szybko wyłonił się swoisty anty-porządek, groteskowa karykatura kosmicznego ładu – na przykład religijną ortodoksję zastąpiły świeckie kulty pseudo-religijne: kult demokracji, kult praw człowieka, kult narodu, rasy, klasy etc. „Kiedy podli triumfują, to parodiują tylko społeczeństwo, mają swój rząd, prawa, trybunały, nawet religię i boga; nadają nawet prawa nieładowi aby trwał – tak głęboka i naturalna jest idea ładu.” – zauważył już dawno francuski reakcjonista Louis wicehrabia de Bonald (1754-1840). Z kolei rewolucyjny konserwatysta prof. Carl Schmitt (1888-1985) wykazał, iż wszystkie nowożytne pojęcia polityczne to zeświecczona wersja pojęć teologicznych. Nic więc dziwnego, że mit wojny eschatologicznej powrócił w porewolucyjnej rzeczywistości – w nowej, dostosowanej do niej szacie.

II wojna światowa stanowiła szok dla demoliberalnych społeczeństw Zachodu. Naturalnie od początku towarzyszyły mu próby odkrycia sensu masowej tragedii. Jej wytłumaczenie na potrzeby wojennej propagandy wyprodukowano w Wielkiej Brytanii i USA – państw tworzących trzon jednego z walczących bloków. O ile jednak powstały w ten sposób schemat interpretacji był niezbędny w trakcie wojny, kiedy pełnił funkcje mobilizacyjne, o tyle po jej zakończeniu powinien zostać odwieszony na kołek jako dłużej już nie potrzebne narzędzie. Stało się inaczej – z szeregu powodów, przede wszystkim dlatego, że schemat ów doskonale pasował do klimatu intelektualnego, jaki zapanował w Europie Zachodniej, gdy opadła wojenna kurzawa. Wytwór anglosaskich socjotechników spotkał się z powszechną akceptacją na zachód od żelaznej kurtyny, a następnie został uzupełniony i rozwinięty w jedyną obecnie dopuszczalną – można by rzec: kanoniczną – wykładnię II wojny światowej.

Wykładnię tę omówimy w maksymalnym skrócie; w końcu i tak jest powszechnie znana. Otóż II wojna światowa rozegrała się pomiędzy Dobrą Demokracją (w wersji anglosaskiej)/Dobrym Antyfaszyzmem (w wersji sowieckiej) a Złym Faszyzmem. Zły Faszyzm miał naturę demoniczną: stanowił szatańskie bluźnierstwo przeciw sacrum, przeciw absolutowi – tzn. przeciw Dobrej Demokracji. W apokaliptycznych zmaganiach, które spustoszyły ogromne połacie świata, wojska Dobrej Demokracji potwornym wysiłkiem przemogły czambuły Złego Faszyzmu, a on sam został strącony w otchłań niebytu. Świat wyzwolony spod panowania Złego Faszyzmu zostanie przemieniony przez Dobrą Demokrację, która na wieki uwolni go od przemocy, nierówności, wyzysku, poniżania człowieka przez człowieka etc. etc. Brzmi znajomo, nieprawdaż? Proszę zwrócić uwagę, że tak opisana II wojna światowa posiada wszelkie cechy wojny eschatologicznej. Jest wojną absolutnego dobra ze złem, sił boskich i zbawczych z mocami piekielnymi. Jest wojną ostatnią – po niej nie będzie już żadnych wojen. Stanowi kosmiczne katharsis – w jej płomieniach wszechświat zostaje oczyszczony z panoszącego się w nim zła. Po jej zakończeniu powstaje nowe niebo i nowa ziemia – sacrum ponownie obejmuje świat we władanie i zmienia jego postać na doskonałą.

Demoliberalna ideologia przebrana za epikę prezentuje się chyba jeszcze bardziej żałośnie niż zwykle. Niestety, mit eschatologicznej wojny Dobrej Demokracji ze Złym Faszyzmem wchodzi w skład oficjalnej religii współczesnego Zachodu – laickiej „wiary demokratycznej”. Ma swoich hagiografów i miejsca kultu oraz pełni funkcje ceremonialne, zwłaszcza – żeby było zabawniej – w Niemczech, choć oczywiście nie tylko tam. Pozostaje przy tym, jak i cała reszta demoliberalnych wymysłów, stekiem nadinterpretacji i pospolitych łgarstw. Wymieńmy najważniejsze z nich.

Po pierwsze, siły ciemności nie całkiem tak wyglądały, jak je opisuje demokratyczna mitologia. III Rzeszy odmówić świadomego zła nie sposób, ale utożsamianie ze sobą faszyzmu – zjawiska znanego wyłącznie Włochom – oraz niemieckiego nazizmu to już przekłamanie dokonywane w konkretnej intencji (notabene, dostojnicy państwa faszystowskiego, tzw. hierarchowie, mimo politycznego sojuszu łączącego je z III Rzeszą wyrażali pogardę dla nazizmu, który uważali za karykaturę faszyzmu i przejaw właściwego Germanom barbarzyństwa). Inny rodzaj manipulacji polega na przeciwstawianiu sobie demokracji i totalitarnego nazizmu jako całkowitych przeciwieństw. A przecież osławiony kapral z komicznym wąsikiem doszedł do władzy w sposób czysto demokratyczny i zbudował ustrój III Rzeszy zgodnie z demokratycznymi procedurami. Nie wspominając o tym, że aż do końca swych rządów cieszył się autentycznym poparciem 80-90 % Niemców. Po drugie, dobroć domniemanych sił dobra pozostawia sporo do życzenia. Według kanonicznych opisów konfliktu masowych zbrodni mieli się dopuszczać wyłącznie ich wrogowie, co zresztą leżało w esencjonalnie złej naturze tych ostatnich. Tymczasem amerykańscy i brytyjscy „przywódcy wolnego świata” z premedytacją spalili żywcem setki tysięcy cywili po stronie przeciwnej, zarządzając naloty dywanowe na Drezno i Tokio; współautor operacji tokijskiej, Robert McNamara, przyznał po latach: „(…) postępowaliśmy jak zbrodniarze wojenni”. Podczas działań na Pacyfiku Amerykanie popełniali dokładnie takie same zbiorowe mordy na japońskich żołnierzach, jakie wcześniej ci na swoich przeciwnikach. Aby ostatecznie złamać Japonię, w Hiroszimie i Nagasaki posłużyli się bronią masowej zagłady. Przywódcom pokonanego państwa urządzili w Norymberdze naciągany i pokazowy proces, w wyniku którego najważniejsi z nich, mimo faktycznego braku podstaw prawnych, zostali skazani na śmierć. Nieco uczciwsze rozwiązanie proponował Churchill: uważał, że należy uznać brak podstaw dla procesu w prawie pozytywnym, a czołowych nazistów powiesić bez sądu, ponieważ przemawiają za tym ważne względy moralne. W obliczu ogromu zbrodni III Rzeszy można by uznać słuszność owych racji, gdyby nie jeden fakt: wśród norymberskich oskarżycieli znajdowali się podwładni „wujka Joe” – prokuratorzy z ZSRS. Mobilizując „wolny świat” do walki z ludobójczymi, totalitarnymi Niemcami w imię demokracji, Churchill i Roosevelt bez skrupułów sprzymierzyli się z ociekającym krwią, totalitarnym Związkiem Sowieckim. Jemu to należy się laur właściwego pogromcy III Rzeszy – główny ciężar wojny w Europie spoczywał nie na US Army, wojskach Jego Królewskiej Mości oraz ich polskich, serbskich czy francuskich towarzyszach broni, lecz właśnie na Armii Czerwonej. Geronci światowej demokracji doskonale zdawali sobie sprawę, z kim zawierają pakt i przez całą wojnę grzecznie przymykali oczy na sowieckie bestialstwo. Co więcej, współuczestniczyli w niektórych zbrodniach Stalina, np. w latach 1946-1947, a więc już po zakończeniu wojny, na rozkaz Trumana przeprowadzono operację „Keelhaul”: w sowieckie ręce wydano dwa miliony byłych jeńców wojennych z ZSRS, choć wiedziano, iż w Związku Sowieckim są oni z zasady traktowani jak zdrajcy – poddawani torturom, wysyłani do łagrów i uśmiercani. Oficjalnie kultywowana wersja dziejów II wojny światowej na prawie wszystkie powyższe fakty opuszcza szczelną zasłonę milczenia; to, co niezgodne z uświęconym mitem nie może przecież być prawdą – po prostu nie istnieje. Z takim nastawieniem do niewygodnych zdarzeń konkuruje jednak inne: czyn, który popełniany w imię narodu czy rasy stanowi niewybaczalną zbrodnię, staje się co najwyżej przykrą koniecznością, jeśli popełnia się go w imię demokracji. Wszak w każdej opowieści o wojnie eschatologicznej siły porządku wypleniają zło bez litości ogniem i mieczem.

Formułując wnioski najkrócej, jak to możliwe, II wojna światowa – wbrew temu, co się na jej temat wbija nam do głów od ponad półwiecza – nie była wojną dobra ze złem. Była wewnętrznym konfliktem w obozie zła, w kłębowisku kąsających się wzajemnie węży zbrodniczego nazizmu, zbrodniczego komunizmu i zbrodniczej demokracji – trzech nowoczesnych, rewolucyjnych ideologii wyrosłych ze wspólnego korzenia: z buntu przeciw światu Tradycji. Czy więc wśród jej uczestników żaden nie zasługuje na sympatię tejże Tradycji obrońców? Moim zdaniem da się takich wyróżnić. Chodzi o państwa, w których zachowała się przednowoczesna zasada władzy: rządy osobowego suwerena w formie mniej lub bardziej zakorzenionej w tradycjach danej wspólnoty politycznej. Niektóre z nich obstawały podczas wojny przy ścisłej neutralności (Hiszpania gen. Franco), inne sympatyzowały z koalicją antyniemiecką (Portugalia Salazara). Większość jednak związała się chwiejnym sojuszem z Niemcami, musiała w jego ramach – nieraz w dramatyczny sposób – bronić swej niezawisłości, a w końcu go wypowiedziała, przechodząc na stronę przeciwną (sojusz nie miał podstaw ideologicznych). Dotyczy to: Węgier admirała Horthy’ego, Bułgarii cara Borysa III, Rumunii króla Karola II i gen. Antonescu, a nawet Włoch Wiktora Emanuela III i Mussoliniego oraz Państwa Francuskiego marszałka Petaina. Co ciekawe, niezależnie od położenia politycznego państwa te były życzliwie nastawione do Polski.

Niestety, wiatr dziejów zmiótł je wszystkie. Mit o wojnie eschatologicznej stał się politycznym faktem: zwycięski obóz rozciągnął nad światem swe wyłączne panowanie. Siły przeciwne jego ideologiom, antyliberalne i antykomunistyczne, wymazano z historii, zepchnięto do najgłębszego podziemia lub wręcz fizycznie unicestwiono. Z czasem na placu boju pozostał tylko demoliberalizm i wydaje się władać niepodzielnie. Jeden z jego pomniejszych ideologów proklamował nawet jego wieczyste panowanie („koniec historii”). Nie ma najmniejszych powodów, by dawać temu wiarę, co wydarzenia historyczne (zwłaszcza wojna w Jugosławii) potwierdziły jeszcze w roku ogłoszenia tej żałosnej teoryjki. Komuniści też zapowiadali swe wieczyste panowanie. Spróchniały, pozbawiony wiary w sens trwania demoliberalizm zawali się tak samo, jak jego czerwony rywal. Wtedy rozpocznie się era przełomu, twórczego chaosu, z którego wyłonią się nowe formy. Gdy pęknie demoliberalna skorupa, zaistnieje szansa, by wydobyć spod niej tradycyjne pierwiastki – idee porządku. Co jeszcze raz prowadzi do konstatacji, że II wojna światowa z pewnością nie miała eschatologicznego charakteru: ani nie była ostateczna, ani nie stworzyła trwałego ładu.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.