Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Tomasz Kołakowski: Perełka Atlantyku, czyli okiem polskiego tradycjonalisty o Maderze dawnej i współczesnej

Perełka Atlantyku, czyli okiem polskiego tradycjonalisty o Maderze dawnej i współczesnej

Tomasz Kołakowski

W dniach 13-20 września 2016 r. udałem się z wycieczką na ten zielony skrawek lądu wyłaniający się z bezmiernych wód Oceanu Atlantyckiego, który portugalscy odkrywcy ochrzcili właśnie mianem „zalesionej wyspy” (port. Madeira), uwzględniając oczywisty aspekt tamtejszego krajobrazu. Ta wizyta miała być moim pierwszym zetknięciem zarówno z wyjątkowym klimatem „podzwrotnikowych wysp” Oceanu Atlantyckiego, jak też ze światem „cywilizacji luzytańskiej”, tak bliskim Polsce ze względu na duchowe pokrewieństwo dziedzictwa chrześcijańsko-łacińskiego, a zarazem tak dalekim, biorąc po uwagę odległości czysto geograficzne oraz niewielką wzajemną „przenikalność” kulturową Polski i Portugalii w ciągu dziejów. Okazało się jednak, że wbrew pozorom punktów stycznych pomiędzy dwoma narodami jest sporo, czego echa odbijają się szczególnie w historii tego unikalnego atlantyckiego mikroświata, który miałem sposobność podziwiać. Ale o tym później. Na początek mogę napisać, że to pierwsze zetknięcie – w obu wspomnianych aspektach – wywarło na mnie nieodparcie wspaniałe wrażenie.

Pierwsze odczucie po wylądowaniu na lotnisku w Santa Cruz to nieoczekiwanie chłodna i wietrzna noc, nawet w porównaniu z temperaturą w tym samym czasie utrzymującą się w Polsce, nie mówiąc już o klimacie śródziemnomorskim. Okazało się to jednak zwyczajnym zjawiskiem na wyspie leżącej w strefie klimatu subtropikalnego typu podzwrotnikowego, dającego się określić jako „wieczna wiosna”. Charakteryzuje się on tym, że zarówno w skali doby, jak i roku, amplitudy temperatur są istotnie niewielkie, notując średnią grudniową temperaturę 20°C w dzień i 14°C w nocy, a w lipcu odpowiednio 25°C i 19°C. Dlatego osoby przywykłe do letnich wojaży w krajach śródziemnomorskich mogą być zdziwione, że słońce na Maderze często chowa się za chmurami, znacząco obniżając temperaturę, by za chwilę znów solidnie „dorzucić do pieca”, i tak co kilkanaście minut w uległości wobec nieustannego lekkiego, oceanicznego wiatru.

Charakterystyczną cechą krajobrazu wyspy jest natomiast jej totalna – można by rzec – skalistość i baaaaaardzo duże wysokości względne, co wynika z wulkanicznego pochodzenia wysp atlantyckich tego rejonu. Przekłada się to oczywiście na obecność wysokich klifów na całej linii brzegowej wyspy (miłośnicy szerokich plaż będą zawiedzeni) oraz stromiznę gór i wyjątkową głębokość dolin rzecznych.

Madera — fot. Tomasz Kołakowski

Madera — fot. Tomasz Kołakowski

Madera — fot. Tomasz Kołakowski

Dopiero uwzględniając te atrybuty ukształtowania terenu, możemy docenić umiejętności architektoniczne i inżynieryjne mieszkańców wyspy oraz rozwiązania komunikacyjne (dla wyobrażenia: komunikacja autobusowa obejmuje praktycznie każdy zakątek wyspy i to pomimo faktu, że niekiedy taki autobus musi pokonać na przestrzeni 20 km nawet do 1500 m przewyższenia). Jakże nędznie wobec tego wyglądają nasze rodzime problemy komunikacyjne na praktycznie kompletnie płaskim terenie. Inną charakterystyczną cechą krajobrazu jest wspomniana już powyżej szata roślinna wyspy, absolutnie unikatowa, na pierwszy rzut oka przypominająca tropikalną dżunglę, a jednak inna, endemiczna. Lasy i rezerwaty leśne zajmują sporą część wyspy, a można je podziwiać z licznych szlaków pieszych poprowadzonych wzdłuż tzw. lewad, czyli kamiennych kanałów nawadniających biegnących z górskiego centrum wyspy na wybrzeża (kolejny „endemicznie” maderyjski wynalazek). Na jeden z takich szlaków wybrałem się osobiście i chciałbym go pokrótce opisać.

Już dojazd autobusem do miejsca rozpoczęcia wędrówki sam wystarczyłby za nie lada atrakcję. Pokonywanie tak dużych wysokości dostarczało niesamowitych wrażeń wizualnych i może nawet dobrze, że od pewnego momentu zaczęło być mocno mgliście (nie dla kierowcy oczywiście), bo pasażerowie z lękiem wysokości mogliby stracić przytomność. Po szczęśliwym dotarciu na szczyt czekała kolejna maderyjska niespodzianka – i to kalibru wręcz absurdalnego. Okazało się, że po pokonaniu tylu stromizn i przepaści na dachu wyspy, na wysokości 1500 m n.p.m. znajduje się… płaska, zielona łąka, na której pasą się… krowy. Obecność nowoczesnych kolektorów wiatrowych (potocznie zwanych wiatrakami) tylko dodaje surrealizmu całemu widokowi. Płaskowyż nazywa się Paul do Serra i niniejszym zobowiązuję każdego turystę, który postawi stopę na wyspie, do ujrzenia tej anomalii na własne oczy (o ile mgła pozwoli oczywiście, a jest to zjawisko częste w tamtym miejscu). Szlak wzdłuż lewady prowadził z płaskowyżu drogą w dół, w kierunku dwóch malowniczych i majestatycznych wodospadów, wśród gęstej „dżungli”, spośród której przebijały się charakterystyczne dla Madery drzewa wawrzynowe. Widoki przypominają nieco obrazy znane – powiedzmy – z kolumbijskich Andów czy filmów o wojnie w Wietnamie (z zachowaniem proporcji oczywiście). Niestety, szlaki wzdłuż lewad często są bardzo wąskie i prowadzą stromymi zboczami, więc o wypadek nietrudno. Należy również pamiętać, że w górach jest zdecydowanie chłodniej niż na wybrzeżu. Wycieczka kończyła się w „spalonym lesie” (niestety parę lat temu wyspę spustoszyły potężne pożary i efekty tego zdarzenia można zaobserwować nawet w terenach zamieszkałych), gdzie czekał autobus, który miał nas odwieźć – tym razem już łagodniejszą drogą – do hotelu.

Madera — fot. Tomasz Kołakowski

Madera — fot. Tomasz Kołakowski

Madera

Madera — fot. Tomasz Kołakowski

Madera — fot. Tomasz Kołakowski

Po odmalowaniu „tak pięknych okoliczności przyrody” wypada przejść do kilku uwag na temat tych, którzy ten „rajski ogród” wzięli pod uprawę. Madera została zasiedlona w XV wieku, po odkryciu jej przez portugalskiego żeglarza João (pol. Jana) Gonçalvesa Zarco w 1419 roku, którego monument jest umiejscowiony w centrum stolicy wyspy, Funchal.

Madera — fot. Tomasz Kołakowski 

Uwzględniając domniemany profil etniczny mieszkańców wyspy, na który składa się mieszanka krwi portugalskiej, holenderskiej, włoskiej, a także potomków wysiedlanych z Hiszpanij Maurów i marranów oraz czarnych niewolników, można uznać, że przynajmniej pod tym względem wyspa ma status „półkolonialny”. Nie mam oczywiście porównania z resztą Portugalii, ale rzeczywiście – odsetek ludzi o oliwkowej skórze i czarnych oczach wydaje się być spory. Mieszkańcy wyspy od stuleci zajmują się głównie uprawianiem ziemi (gleby wulkaniczne są bardzo żyzne) i rybołówstwem. Wraz ze wzrostem zamożności społeczeństw zachodnich i rozwojem komunikacji dominującą pozycję w tutejszym PKB zyskuje oczywiście turystyka. Jednak najbardziej znanym towarem eksportowym Madery jest gatunek wina o tej samej nazwie (charakteryzuje się wysokim udziałem alkoholu – około 20% – co wynika z faktu, że do jego produkcji używa się brandy). Biorąc pod uwagę moje amatorskie zamiłowania etnograficzne, nie mogłem odpuścić sobie tzw. wieczoru maderyjskiego, podczas którego nie tylko serwowano specjały miejscowej kuchni, ale także zademonstrowano miejscowy folklor taneczny (prezentacja – nie wiem jak Państwu, ale dla mnie zarówno podziały rytmiczne, jak i instrumentarium przypominają żywo „naszą” muzykę ludową) oraz próbkę pieśni fado.

Madera — fot. Tomasz Kołakowski

Generalnie rzecz ujmując, słoneczny i subtropikalny klimat znajduje swoje odzwierciedlenie w „słonecznym” usposobieniu mieszkańców wyspy. Maderyjczycy to ludzie zawsze uśmiechnięci i daje się odczuć, że nie są to uśmiechy kurtuazyjne i wyuczone, lecz wypływające z naturalnej dla wyspiarzy gościnności. Być może jest to pokłosie żeglarskiego przeznaczenia narodu portugalskiego, ludzi będących nieustannie „za wielką wodą”, a przez to bardziej zdolnych do zrozumienia tych przebywających z dala od domu, nawet jeżeli przyjechali tu cieszyć się i wypoczywać.

Wypadałoby wreszcie nawiązać do tematyki najbardziej chyba interesującej czytelników Portalu, czyli tego, jak Madera prezentuje się pod kątem zachowywania dziedzictwa Christianitas, oraz obecności znaczących wątków legitymistycznych w historii archipelagu. Wyspa jest oczywiście tradycyjnie katolicka i wydaje się, że trąd modernizmu nie dokonał tu tak radykalnych spustoszeń jak w innych miejscach Europy Zachodniej – przynajmniej w aspekcie „widzialnym”, który można dostrzec na pierwszy rzut oka. Byłem w dwóch świątyniach katolickich (słynna Bazylika NMP na wzgórzu Monte w Funchal oraz kościół w miejscowości Caniço nieopodal hotelu, w którym przebywałem) i w każdej z nich dominował tradycyjny bogaty wystrój, oczywiście wzbogacony specyfiką lokalną, z Najświętszym Sakramentem w centrum świątyni.

Madera — fot. Tomasz Kołakowski

Na wyspie w każdym niemalże miejscu daje się odczuć obecność Najświętszej Marii Panny, która osobiście objawiła się pod koniec XV wieku dwóm pastuszkom właśnie na wzgórzu Monte (nasuwają się mimowolnie analogie z Objawieniami Fatimskimi), co zostało upamiętnione zarówno budową wspomnianej bazyliki, jak i okazałego monumentu umiejscowionego na jeszcze wyższym wzniesieniu (Nossa Senhora do Monte).

Madera — fot. Tomasz Kołakowski

Co ciekawe, pomiędzy bazyliką a pomnikiem znajduje się Droga Krzyżowa prowadząca przez wypalony las (konsekwencja pożarów, o których wspominałem), co dla zlanego potem turysty wspinającego się tam w upalne południe stanowi dodatkowo przygnębiające doświadczenie, niemniej przybliżające choć trochę grozę Męki Pańskiej. Na końcu drogi znajduje się tryumfalna statua Najświętszej Panienki, troskliwie spoglądającej na zatokę Funchal. Zresztą wyspa obfituje w mnogość historii i obrzędów związanych z Matką Zbawiciela, których niestety nie udało mi się bliżej poznać. Oczywiście na Maderze jest także multum różnego rodzaju zabytków świeckich oraz muzeów, a samo Funchal w swojej zabytkowej części przypomina bardzo „klimaty kolonialne” znane szczególnie z Nowego Świata, przede wszystkim tego związanego z Hispanidad, oraz związane z dziedzictwem luzytańskim.

Madera — fot. Tomasz Kołakowski

Przechodząc do kwestii związanych z legitymizmem, należy wspomnieć, ze Madera praktycznie od początku zasiedlenia aż po dzisiaj związana była z Koroną Portugalską. Wyjątek stanowiły czasy napoleońskie, w którym to okresie (w latach 1807-1814) wyspa znajdowała się pod zarządem brytyjskim. Obecnie – od 1976 r. – jest to region autonomiczny w ramach Republiki Portugalii z osobnym rządem i parlamentem. Pomimo tej oczywistej wspólnoty losów z władcami Królestwa Portugalii najbardziej „nośne” i „medialne” historie legitymistyczne dotyczące Madery związane są z Domem Austriackim. To właśnie w tym miejscu w 1860 r. leczyła się cesarzowa austriacka i królowa Węgier Elżbieta Amalia Eugenia, zwana potocznie „Sissi”. Madera stała się również miejscem wygnania i wiecznego spoczynku ostatniego koronowanego cesarza austriackiego, apostolskiego króla Węgier, króla Czech, Dalmacji, Chorwacji, Slawonii etc. – Karola I. Wszyscy chyba znamy tragizm losów tej postaci, wraz z którą Cesarstwo-Królestwo straciło swą empiryczną bazę terytorialno-polityczną. Dla przypomnienia można jedynie dodać, że „złamany duchowo” władca na przymusowym wygnaniu nie był w stanie podreperować także fizycznego zdrowia – właśnie tak wybitnej osobistości subtropikalny klimat Madery wyjątkowo nie posłużył. Nie pomogły także uroki willowej dzielnicy Monte, która ostatecznie stała się jego grobem. 4 kwietnia 1922 r. cesarz został pochowany we wspomnianej Bazylice Najświętszej Maryi Panny, odprowadzony w ostatniej drodze przez 30 tysięcy mieszkańców Madery. Świadczy to również dobitnie o tradycjonalistycznym usposobieniu Maderyjczyków, z wdzięczności dla których Dom Habsburgów nie upominał się o przeniesienie zwłok do kościoła kapucynów w Wiedniu (a miał taką możliwość dopiero po 1989 r.). Heroiczność cnót oraz determinacja Ligi Modlitewnej na rzecz wyniesienia na ołtarze, działającej już od 1925 roku, doprowadziły do beatyfikacji Karola I przez św. Jana Pawła II w 2004 roku. Co ciekawe, obie postaci zostały uhonorowane w Funchal pomnikami (Karol I – obok miejsca swego wiecznego spoczynku, Jan Paweł II – w portowej dzielnicy Se).

Aby zobaczyć nekropolię tragicznego władcy, najlepiej wybrać się kolejką linową Teleferico de Funchal, którą podróżowanie dostarcza niezapomnianych wrażeń wizualnych (tych z lękiem wysokości uprzedzam, że wagoniki są prawie całe oszklone, a najwyższy punkt przejazdu znajduje się ok. 100 m nad ruchliwą autostradą!). Po dotarciu do celu pierwszym uderzającym widokiem są monumentalne schody prowadzące do bazyliki. Po pokonaniu tej trudności po lewej stronie ukaże się nam właśnie monument Karola, a skromny metalowy sarkofag ze szczątkami władcy znajdziemy w bocznej kaplicy kościoła. Co ciekawe, wśród różnych symbolicznych drobiazgów przymocowanych do kraty oddzielającej kaplicę zdecydowanie najwięcej jest wstążek w barwach czerwono-biało-zielonych, co jednoznacznie wskazuje na sympatię, jaką król cieszył się wśród „potomstwa” św. Stefana. Podczas pobytu na Monte warto jeszcze zwiedzić tamtejszy imponujący ogród botaniczny, niestety, wrażeniami się nie podzielę z tej prozaicznej przyczyny, że terminarz był napięty i zabrakło mi już czasu na odwiedzenie tego miejsca.

Madera — fot. Tomasz Kołakowski

Madera — fot. Tomasz Kołakowski

Madera — fot. Tomasz Kołakowski

Madera — fot. Tomasz Kołakowski

Na koniec należałoby jeszcze poszukać polskich śladów na wyspie, i to nie tylko tych zostawionych przez turystów znad Wisły i Odry w obecnych czasach. Po nawet pobieżnych poszukiwaniach okazuje się, że z czystym sumieniem i podniesioną haubicą można stwierdzić, że „nasi tu byli”, i to w dobrym znaczeniu tego sformułowania. Zaczniemy od historii z naczelnikiem państwa Józefem Piłsudskim, który przebywał na Maderze od 21 grudnia 1930 r. do 23 marca 1931 r. w celu podkurowania swego zdrowia. Miejsce jego ówczesnego pobytu (willa Quinta Betancourt na przedmieściach Funchal) zostało upamiętnione specjalną tablicą – niestety, również tego miejsca nie udało mi się odwiedzić. Nie wiem, na ile to prawdziwa anegdota, zasłyszałem ją od jednego z interesujących się życiorysem Marszałka znajomych, ale podobno maderyjska poczta – podczas pobytu Piłsudskiego na wyspie – została praktycznie sparaliżowana przez nadchodzące z Polski olbrzymie ilości kartek pocztowych z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia! Wprawdzie słynny „Ziuk” koronowaną głową nigdy nie był, niemniej i jego pobyt na wyspie wzbudził spore zainteresowanie mieszkańców1. Natomiast zupełnie inna – na poły legendarna, dla niektórych ocierająca się nawet o modny współcześnie termin „spiskowa teoria dziejów” – jest historia domniemanej obecności na Maderze króla Polski i Węgier (jako Władysław I), najwyższego księcia Litwy Władysława III Warneńczyka, który miał cudownym zrządzeniem losu ocaleć z warneńskiego pobojowiska i drogą przez Ziemię Świętą oraz klasztor św. Katarzyny na górze Synaj dotrzeć incognito właśnie na „wyspę drewna”, podjąć za żonę portugalską arystokratkę i osiąść w Madalena do Mar. W każdym razie taką tezę lansuje – opierając się m.in. na poszukiwaniach polskiego badacza mieszkającego na Maderze Leopolda Kielanowskiego – amerykańsko-portugalski historyk Manuel Rosa, pracownik Uniwersytetu Duke w Karolinie Północnej. Jednak na tym nie koniec. Z dostępnego materiału źródłowego oraz po uwzględnieniu realiów ówczesnej epoki Rosa doszedł do mocno kontrowersyjnego wniosku, że „nominalny” odkrywca Ameryki Krzysztof Kolumb nie był wcale synem genueńskiego tkacza, lecz osiadłego na Maderze Henrique Alemão (pol. Henryka Niemca lub Henryka zza morza), pod którym to fałszywym nazwiskiem ukrywał się polski władca! Nie będę przytaczał tutaj argumentów i dowodów na potwierdzenie tej tezy, gdyż cała ta historia zasługiwałaby na osobny artykuł, i to sporych rozmiarów, ale w mojej opinii – którą opieram na lekturze kilku wywiadów z portugalskim badaczem – sprawa jest dosyć dobrze udokumentowana i zyskuje znamiona prawdopodobieństwa. Sztandarową pozycją książkową, w której Rosa prezentuje swoją „teorię spiskową” jest Kolumb. Historia nieznana (Wydawnictwo REBIS, 2012 r.)2. Być może sprawę rozstrzygnęłyby badania porównawcze DNA pomiędzy szczątkami Kolumba złożonymi w katedrze w Granadzie a szczątkami króla Władysława II Jagiełły, na razie jednak polskie „czynniki decyzyjne” nie są zainteresowane sprawą. Można się domyśleć, że chodzi o próbę uniknięcia podważenia kolejnej martyrologii narodowej i wynikających z tego konsekwencji. Jakkolwiek by nie było, sprawa jest dobrze znana także lokalnym przewodnikom turystycznym, którzy chętnie dzielą się z turystami swoimi refleksjami odnośnie do „królewskiego gościa z XV w.”, natomiast w Madalena do Mar jednoznacznych śladów po Henrique Alemão szukać próżno. Willa, w której małżonkowie mieli mieszkać, została zniszczona przez kruszący się klif, a przewodnicy wycieczek objazdowych – nawet wożąc polskich wczasowiczów – raczej się tam nie zatrzymują (osobiście widziałem Madalena do Mar jedynie z okien busa podczas powrotu z lewady Risco).

Tym samym dochodzimy już do końca naszej podróży po „perełce Atlantyku”, jak określiłem Maderę w tytule niniejszego artykułu. Czy to wszystko, co wyspa ma do zaoferowania? Oczywiście, że nie. Są jeszcze: klif Cabo Girão i szlak Tres Picos, wulkaniczne baseny w Porto Moniz i Półwysep św. Wawrzyńca, Dolina Zakonnic i skansen w Santanie, słynny targ owocowy w Funchal, ale… na to wszystko potrzeba byłoby jeszcze tygodnia albo dwóch, a i tak wspomniałem tylko najpopularniejsze miejsca na wyspie.

Jaki obraz pozostanie mi w pamięci jako przeciętnemu bądź co bądź turyście? Myślę, że ten tradycyjnie kojarzony z atmosferą Karaibów, z wielkim księżycem przeglądającym się w bezkresnym oceanie i prześwitującym przez falującą lekko na wietrze palmę, z czającym się w pobliżu piratem z przepaską na oku i papugą na ramieniu. I tak w zasadzie, poza piratem i papugą, wszystko by się tu zgadzało. „Pocztówkowy” potencjał wyspy jest olbrzymi, co mam nadzieję, choć trochę oddają zamieszczone fotografie.

Madera — fot. Tomasz Kołakowski

A tak trochę bardziej na poważnie reasumując swoje wrażenia, muszę uczciwie przyznać, że wielką przyjemnością było dla mnie podziwianie tego cudownego miejsca, w którym piękna, ale zarazem egzotyczna i drapieżna „natura” została podporządkowana pełnej łagodności „łasce” cywilizacji chrześcijańskiej przybyłej wraz z portugalskimi (i nie tylko) kolonizatorami, splatając się w wyjątkową i endemiczną harmonię tego, co ziemskie, z tym, co duchowe. Innymi słowy, Christianitas nie ma zamiaru ewakuować się z magnetyzującej Madery, która – tak jak drogocenna perła – wciąż domaga się spojrzeń pełnych podziwu.

*****

Uprzedzając mogące się pojawić pytania kibiców piłki nożnej, odpowiadam z góry – niestety, nie udało mi się spotkać jednego z największych piłkarzy naszego globu, Cristiano Ronaldo, obecnie najsłynniejszego człowieka urodzonego na Maderze, który już za życia doczekał się pomnika w rodzinnym Funchal. Cały świat zachodzi w głowę i pasjonuje się pojedynkiem między nim a Argentyńczykiem Messim, „który z nich jest lepszym piłkarzem”… Cóż, przynajmniej mieszkańcy tego wulkanicznego mikroświata nie mają wątpliwości.

Madera — fot. Tomasz Kołakowski

Madera — fot. Tomasz Kołakowski

Madera — fot. Tomasz Kołakowski

zdjęcia: Tomasz Kołakowski


1 Więcej na portalu dzieje.pl.

2 Krótka recenzja książki

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.