Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Tomasz Gabiś: Perfekcja techniki

Perfekcja techniki

Tomasz Gabiś

Świat trzeba zostawić nienaruszony, jeśli chce się ujrzeć delikatny pyłek okrywający rzeczy.

Friedrich Georg Jünger

Pierwszą wersję Perfekcji techniki ukończył Friedrich Georg Jünger jesienią 1939 roku, a zatem w chwili, gdy rozpoczynała się wielka, planetarna wojna stanowiąca kulminację dotychczasowego rozwoju techniki i obejmująca, właśnie dzięki technice, swoim zasięgiem głębiny mórz, ziemską atmosferę, strefy polarne, pustynie. W tym samym roku traktat znalazł się wśród zapowiedzi wydawniczych hamburskiego wydawnictwa Hanseatische Verlagsanstalt jako Iluzje techniki. W trzy lata później skład drugiej wersji został zniszczony podczas alianckiego nalotu bombowego. W takich samych okolicznościach w 1944 roku spłonęła większość egzemplarzy wydrukowanego już przez Klostermann Verlag wydania O perfekcji techniki – zachowały się jedynie pojedyncze egzemplarze. Było tak, jakby sama technika ze wszystkich sił usiłowała przeszkodzić ukazaniu się tej książki. I nic dziwnego, bo miała się czego obawiać, gdyż jüngerowski traktat, w kolejnej wersji opublikowany w 1946 roku, atakuje ją w sposób tak gwałtowny i bezlitosny, że próżno szukać czegoś podobnego w XX wieku. Do dziś znajduje swoich czytelników w Niemczech; miała siedem wydań.

Technika, mówi diagnoza i akt oskarżenia sformułowane przez Jüngera, dążąc do bezcelowej perfekcji, wyrywa człowieka z naturalnych więzi, neguje wszystko, co winno trwać i nie podlegać zmianom, niszczy hierarchie, tradycje, instytucje, pragnie – przepojona straszliwym głodem władzy – podporządkować sobie wszystkie dziedziny życia. Efektem jest totalna technicyzacja, funkcjonalizacja i racjonalizacja egzystencji człowieka: edukacja, kultura, polityka, państwo, prawo, rozrywka włączone zostają w techniczną organizację i podlegają jej regułom, na przykład państwo seryjnie produkuje ustawy, zarządzenia, nakazy i zakazy dokładnie tak samo, jak maszyna przedmioty. W technicznym krajobrazie wszystko nabiera monotonnego rytmu maszyny, wszystko zaczyna istnieć i działać na wzór automatów. Człowiek nie tylko jest zależny od technicznej organizacji, ale jest przez nią wprawiany w ruch, administrowany, użytkowany, podporządkowany mechanicznemu przymusowi.

Sądzono niegdyś, że technika będzie dla człowieka wyzwoleniem, uwolni go od „przekleństwa pracy”, obdaruje „wolnym czasem” i bogactwem. Wszystko to było złudzeniem wynikającym z naiwnej wiary, że techniczna organizacja władna jest zmienić rzeczy podlegające całkowicie innym prawom i przeznaczeniom. „Wolny czas” jest wolny tylko dla tych, którzy są wolni, którzy myślą, tworzą i oddają się wolnym „zatrudnieniom”. Ale do tego zdolni są tylko nieliczni, większość z nas zdobywając więcej czasu, potrafi go jedynie zabijać. W rozrywkach i przyjemnościach ludzi epoki technicznej udział ma to, co mechaniczne i automatyczne, dlatego są one puste, brak im pogody ducha, radości i spontaniczności. Radość nie towarzyszy ani rozrywkom, ani pracy, czczonej z tym większym etycznym fanatyzmem. Młodość człowieka ery technicznej pozbawiona jest świeżości, jego starzenie się jest sztuczne, nie dojrzewa on w sposób organiczny i naturalny.

Pojęcie czasu również staje się mechaniczne, panuje zegarowy ład, któremu poddana jest praca, zabawa i sen. Wszystko jest mierzalne i obliczalne, żyjemy w martwym, zracjonalizowanym, zorganizowanym, zegarowym czasie, który jest coraz szybciej konsumowany i którego zawsze brakuje. Martwy czas zegarów zastępuje czas życia określanego przez narodziny, wzrost, kwitnienie, dojrzewanie, więdnięcie, gnicie i obumieranie. „Wolny czas” należy do czasu życia, a więc leży poza techniczna aparaturą, dlatego człowiek dysponujący jedynie mechanicznym pojęciem i poczuciem czasu, traci zdolność do posiadania „czasu wolnego”.

Iluzją jest również wiara w to, że tzw. postęp techniczny pomnaża bogactwo. Po pierwsze dlatego, iż zakłada on nieustanną konsumpcję bogactwa rabowanego naturze. Współczesny homo technicus, kiedy widzi raj, myśli jedynie o tym, jak go wyzyskać, zapominając, że raj wyzyskiwany i wykorzystywany przestaje być rajem. Jest czymś obrzydliwym widok człowieka ścigającego na statkach i kutrach wieloryby, aby te wspaniałe, potężne morskie ssaki ucieleśniające siłę, nadmiar i radość żywiołów, przerobić na mydło i tran.

Po drugie, bogactwo nie jest czymś, co może zostać mechanicznie wytworzone, stanowi ono bowiem wymiar bytu, jest „królewskością” w samym człowieku, jego wewnętrzną „żyłą złota”. Ludzie urodzeni po to, by wyzyskiwać i zużywać, ludzie-konsumenci, nigdy nie tworzą bogactwa, niedającego się opisać w wulgarnym języku ekonomistów. „Bogaty” oznacza naprawdę tyle, co potężny, szlachetny, królewski. Bogactwo to królewska siła i władza w człowieku, którą jeden posiada, a inny nie.

„Postępowi technicznemu” towarzyszy technicyzacja myślenia; sprzyja on rozprzestrzenianiu się „maszynowych” koncepcji człowieka, czyniących go systemem funkcji i relacji determinowanym przez mechaniczne konieczności. Nic dziwnego, że bujnie rozwija się statystyka: bezustannie coś się liczy i przelicza, gorączkowo szukając statystycznych odpowiedzi, zapominając o tym, że człowiek nosi na sobie odciśniętą sygnaturę wolności, wielkości i podłości, szlachetności i tchórzostwa, które wymykają się wszelkim mechanicznym determinacjom. Funkcjonalne, statystyczne myślenie nigdy jednak nie odpowie na pytanie, dlaczego jeden człowiek żyje duchem i wolą, inny zaś tępo z dnia na dzień wegetuje.

Przejawem stechnicyzowanego życia i myślenia o naturze jest także dążność, aby z tego, co naturalne, wypreparować hormony i witaminy, wytwarzać syntetyczne i sztuczne substancje, organizować i racjonalizować jedzenie i odżywianie. Homo technicus nie widzi jabłka, lecz witaminy i kalorie, i nie pojmuje, że wszystkie substancje, z jakich składa się jabłko, nie mogą go zastąpić, gdyż jest ono przejawem zasady wyższej niż wszystkie te składniki razem wzięte. Jabłko jest formą życia: rodzi się, pęcznieje, rośnie, dojrzewa, gnije, pachnie, ma kolor i smak. Dobrze czynią ci, którzy zjadają jabłko, a nie zawarte w nim substancje i witaminy. Istnieje bowiem fundamentalna różnica pomiędzy jedzeniem jabłka dlatego, że jest jabłkiem, a jedzeniem jabłka jako zbioru chemicznych substancji „dobrych dla zdrowia”: w pierwszym przypadku człowiek zachowuje się jak zdrowy, w drugim – jak chory.

Technicyzacja myślenia polegająca na tym, że formy życia postrzega się jako martwe struktury wyabstrahowanych, wypreparowanych z całości elementów, sprzyja również powstawaniu ideologii i ułatwia ich popularyzację. Ponieważ człowiek staje się coraz bardziej mobilny i coraz silniej jest mobilizowany przez techniczne aparaty, rośnie jego podatność na ideologie, gdyż technika co prawda obywa się bez ideologii (choć towarzyszą jej technoutopie), ale otwiera dla nich przestrzeń. Całe warstwy i grupy społeczne wprawiane są w ruch przy pomocy ideologii i wpadają pod władze ideologów, lud poddany ideologicznej obróbce zamienia się w masy. Spotęgowany racjonalizm techniki rodzi ideologiczny irracjonalizm ogarniający masy na wzór napadów gorączki.

Będąc mechanicznymi uogólnieniami i wulgaryzacjami wiary i wiedzy, ideologie są produkowane i fabrykowane, można je dowolnie przemieszczać, montować i demontować, składać i rozkładać. Wszystkie, niezależnie od treści, przystosowane są do funkcjonowania w ramach technicznej aparatury, przy pomocy której się je rozpowszechnia. Dlatego ich różnorodność jest pozorna, w głębszym wymiarze nie ma między nimi żadnych różnic.

Ideologie wypełniają pustą przestrzeń, jaka pozostaje po likwidacji przez technikę tradycji, instytucji, więzi i hierarchii. Przestrzeń życiowa ulega ścieśnieniu, człowieka żyjącego w „zimnym, chorym świetle jarzeniówek i neonów”, w „odczarowanym” przez technikę świecie, ogarniają lęk przed pustką, nuda, depresja, poczucie bezsensu, niepokój, nerwowa ruchliwość. Aby znieść napełniające go poczucie pustki, musi odnosić wrażenie, że stale coś się dzieje, że w czymś bierze udział, w trwającej bezustannie akcji. Masy gnane są to tu, to tam przez nigdy nienasyconą potrzebę nowości, sensacji, skandalu, przeżyć i wrażeń. Na ich głównego bohatera wyrasta aktor filmowy, będący figurą technicznego aparatu, przystosowaną do wytwarzanej przezeń sztucznej rzeczywistości. Jego fotografuje się najczęściej, bycie fotografowanym to główne zajęcie aktora, którego wizerunki spotyka się wszędzie. Dodać tu należy, że o ile dawniej malowano portrety, to współcześnie człowieka się fotografuje, co ma swoje źródło i w tym, że człowiek w ogóle stał się bardziej „fotogeniczny”; ludzka fizjonomia i ciało, zmechanizowane na podobieństwo automatów, „wypolerowane” i „naoliwione” zwiększyły swoją „fotografowalność”.

Aktorów (teatralnych) traktowano niegdyś z nieufnością; szczególnie lud nie darzył ich zaufaniem. Dzisiaj, gdy upadły kasty i stany, a lud zastąpiły masy, aktorów (filmowych) otacza się kultem, co ma związek z tym, iż są oni surogatem, a życie, myślenie i odczuwanie mas nakierowane jest na surogaty właśnie.

Drugi bohater mas, wielbiony i czczony, to sportowiec-rekordzista, co nie dziwi, bo prawie cały współczesny sport należy do świata techniki. Stopery, zegary, aparaty pomiarowe mierzą wyniki i rekordy z dokładnością do tysięcznych części sekundy. Każdy ruch sportowca kontrolują aparaty, sportowcy przemieniają się w rodzaj maszyn, w gatunek coraz lepiej i wydajniej funkcjonujących automatów. Wszystkie dyscypliny sportu mają w sobie coś mechanicznego, sterylnego, wystudiowanego, brak im lekkości, spontaniczności ruchów, swobodnej improwizacji – podobny los spotkał taniec.

Rozkosz, jaką daje nam pływanie i nurkowanie, pojawia się w chwili naszego zetknięcia z żywiołem, kiedy nasze ciało zanurza się w jego krystaliczną świeżość, jego chłodną przezroczystość. Ta rozkosz musi zniknąć wówczas, gdy liczy się tylko technika opanowania ruchów i szybkość, z jaka pływak przemierza dystans. Technika niszczy w sporcie zarówno jego duchowy, jak i cielesno-zmysłowy wymiar, wypędza zeń spokojne piękno, pewną niedbałość ruchów, wdzięk i grację. Najwyraźniej widać to u kobiet uprawiających sport: ich ciała i twarze mają ów specyficzny, sterylny, „laboratoryjny” i twardy wyraz. Wszystko to jest przejawem nowego purytanizmu tożsamego z totalną higienizacją i racjonalizacją życia: sen, erotyzm, odżywianie podporządkowane są nadrzędnemu celowi, jakim jest rekord i zwycięstwo. Nie mamy tutaj do czynienia z ludźmi, którzy dysponując nadmiarem sił witalnych, skłonni są podejmować wyzwanie i pokonywać kolejne granice, lecz z ascetycznymi profesjonalistami, cały czas kontrolującymi swoje siły, aby móc gospodarować nimi w najbardziej racjonalny i oszczędny sposób.

W wielkich miastach ery technicznej panuje atmosfera nierzeczywistości, ludzie żyją tu jak nurek pod kloszem; kiedy spogląda się przez wielkie szyby do wnętrza kawiarń i biur, ma się wrażenie, jakby patrzyło się na akwaria. Gdyby człowiek z innej epoki, niemający pojęcia o naszej technice, odwiedził współczesne wielkie miasto, i zapytano by go, jakie moce tutaj panują, odpowiedziałby zapewne: jakieś potężne i złośliwe demony. I miałby rację, bo techniczne ratio, w którym czysto przyczynowo-skutkowe myślenie sprzęga się z myśleniem teleologicznym, jest bramą, przez którą wdziera się to, co demoniczne.

Homo technicus przyszedł na świat w wyniku czynu tytana Prometeusza, który wykradł bogom ogień. Ten ogień ma solarne pochodzenie, jest częścią wielkiego ognia słonecznego, bez którego niemożliwe byłoby życie, toteż gniew bogów nie bierze się stąd, że ludzie korzystają z ognia; bogowie wiedzą przecież doskonale, że ogień jest dla ludzi rzeczą dobrą i pożyteczną. Gniew bogów wzbudza pragnienie ludzi, aby ogień był ich narzędziem i posłusznym „sługą”. A to właśnie jest aktem profanacji i rewoltą przeciwko bogom.

Według Jüngera panowanie technicznego ratio, poddanie świata i człowieka logice techniki, idzie w parze z demokratyzacją, umasowieniem i ideologizacją narodów. Jest to proces o zasięgu planetarnym, proces zwycięski, niepowstrzymany i nie do cofnięcia. Ale przyjdzie moment, kiedy okaże się, że wiedzie on gatunek ludzki na skraj samozagłady.

Epoka perfekcyjnej mechaniki jest epoką saturniczną, i tak jak Saturn pożera własne dzieci, tak i ona pożera wszystkie „zabezpieczenia” ludzkiej egzystencji: religijne, moralne, kulturalne, obyczajowe, ba, pożera same podstawy egzystencji człowieka. Kiedy je całkiem pożre, kiedy zrabuje już wszystkie „telluryczne substancje”, wtedy nastąpi koniec.

Jünger twierdził, że jak najdalszy jest od romantycznej negacji techniki, która, jeśli zważyć, jak dalece zaawansowany jest proces perfekcjonizacji techniki, byłaby jedynie bezpłodnym marzeniem o powrocie do czasów konnych zaprzęgów. Nie żyjemy, podkreślał, na odległej wyspie czy w dziewiczej puszczy, ale w miejscach, gdzie w każdej chwili jesteśmy osiągalni dla technicznych aparatur i wtłoczeni w techniczną organizację. Nie istnieje żadne „z powrotem”, żadne „wstecz”. Można tylko przejść przez epokę techniczną. Jak? Jünger odpowiada:

„Nie tylko przechodzień na ulicy musi ćwiczyć się w nieustannej czujności, aby nie zostać rozerwanym na strzępy przez maszynerię. Ta czujność, rozleglejsza, przenikliwsza, jest dziś wymagana od każdego człowieka niepozbawionego duchowości, który zachował poczucie, że jest czymś więcej niż tylko kółkiem lub śrubką w olbrzymiej maszynie”.

Ta duchowa czujność nie może kierować się przeciwko technice jako takiej, ale przeciwko jej inwazji w coraz to nowe sfery życia, które anektuje, aby nad nimi panować. Nawet jeśli jednostka czuje się bezsilna wobec Tytanów, to, uważał Jünger, nie istnieje żadna powszechna konieczność (konieczność dla każdego jest inna), abyśmy mieli akceptować maszynowe ujęcie procesów życia, mitologię postępu, dominację myślenia wyłącznie w kategoriach celowości, funkcjonalności i użyteczności, posługiwanie się pojęciami, które zamiast być kluczami do świata, stały się „narzędziami włamywacza”. Umysły, pisał Jünger, zastanawiające się jedynie nad zyskiem i korzyścią, jedynie wyzyskują i wykorzystują świat. Przestańmy zatem zastanawiać się jedynie nad zyskiem i korzyścią, a ocalimy może trochę świata.

Mimo całego swojego pesymizmu, z jakim patrzył na przyszłość ludzkości, pisarz zachował nadzieję, że należący do gatunku tytanidów, kulawy jak Hefajstos i jednooki jak cyklop homo technicus, znienawidzony przez bogów z powodu swojej gorączkowej, nieustannej krzątaniny i ekscentrycznego dążenia do władzy, nie zwycięży ostatecznie człowieka umiejącego odczuć „pełnię spoczywającego bytu”, nie zdoła wytępić ludzi muzykalnych (kochających i kochanych przez Muzy), których myślenie odporne jest na iluzje technicznego postępu. Dzięki nim, rozpoznającym w maszynie reprezentację martwej strony rzeczywistości, złamane być może mechaniczne pojęcia czasu i przestrzeni. Wygnani bogowie – Apollo, Dionizos i Pan powrócą i zwyciężą tytanów, monotonny rytm maszyn i automatów ulegnie wiecznemu rytmowi życia.

Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo postkonserwatywne” nr 32 (1998) pt. Biedny konserwatysta uśmiecha się przez łzy, czytając „Perfekcję techniki”.

Artykuł pierwotnie opublikowany w portalu Nowa Debata: http://nowadebata.pl/2012/02/05/perfekcja-techniki

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.