Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Tomasz Powyszyński: Podróże: Przeżywanie Krakowa

Podróże: Przeżywanie Krakowa

Tomasz Powyszyński

Idąc na dworzec, czułem, że jedyne, czego na pewno nie zapomniałem, to dziwne i niedające się odeprzeć wrażenie, że jednak o czymś zapomniałem. Wielu osobom zdarza się to czuć przed dłuższymi wyjazdami. Jak się potem okazało, moje wrażenie było całkowicie złudne, gdyż w czasie weekendu w Krakowie niczego mi nie brakowało. Za co przede wszystkim należą się podziękowania Monice, mojej przewodniczce i towarzyszce, bez której Kraków straciłby większą część swego uroku (przepraszam, krakowiacy i krakofile, ale taka jest prawda…). Całą opowieść jednak należy zacząć od początku, to jest od wyjazdu.

Początek podróży i nocleg

Sama podróż była typowa dla PKP: pociąg TLK relacji Szczecin – Przemyśl na stację w Gliwicach wjechał opóźniony ponad 30 minut. Zakupiwszy wcześniej bilet z miejscówką, wsiadłem do odpowiedniego wagonu i odnalazłem nawet bez trudu swoje miejsce. Okazało się jednak, że obsługa pociągu urządziła sobie tam przedział służbowy, przez co wszystkich, którzy mieli miejscówki na tenże przedział, kierowano na sam koniec wagonu, do tzw. spec-przedziału (terminologia moja) – tam jakoś udało mi się usiąść. Ale jako że nie jestem z tych, którzy narzekają na wszystko i wszystkich, pragnę zaświadczyć z pewnym zadowoleniem, że ludzie w spec-przedziale, w większości posiadający nietrafione, pechowe miejscówki, byli bardzo uprzejmi i sympatyczni. Na własnej skórze doświadczyłem, że w chwilach wspólnego nieszczęścia Polacy potrafią się zjednoczyć i nawet stać ich na dobry humor, mimo że okoliczności temu nie służą. W tym niewymuszonym braterstwie niedoli po przeszło trzech godzinach dotarliśmy do Krakowa.

Zanim przejdę do najważniejszej części opisu podróży po Krakowie, chciałbym napisać coś o noclegu. Po długich poszukiwaniach i paru telefonach padło na hostel Lemon, mieszczący się na ulicy Westerplatte. Miałem wyjątkowe szczęście, bo w pokoju ośmioosobowym byłem sam. Każdy, kto choć raz nocował w pokoju wieloosobowym, wie, jakie niedogodności niesie za sobą nocowanie kilkorga ludzi w jednym pomieszczeniu – każdy kładzie się spać o innej godzinie, nie mówiąc o tych, którzy wychodzą i przychodzą do pokoju o szalonych godzinach, często robiąc przy tym więcej hałasu, niżby należało. Mnie tego oszczędzono, z czego się niezmiernie cieszę. Łóżko miałem bardzo wygodne, a pościel przyjemną, pryszniców oraz umywalek w łazience sporo, więc obeszło się bez kolejek rano i wieczorem. Porównując Lemon z warszawskim hostelem Zielone Mazowsze (tam parę miesięcy temu miałem okazję nocować), muszę stwierdzić – niebo i ziemia! Polecam więc Lemon z czystym sumieniem!

Kraków 1 — http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Kamienica_Krak%C3%B3w_Fotka_083.jpg&filetimestamp=20061210132139

Jeżeli chodzi o nocleg, chciałbym wspomnieć jeszcze o dwóch rzeczach: jednej śmiesznej, a drugiej przerażającej. Śmieszna jest taka, że za oknem przesiadują gołębie, więc przez prawie całą noc i tuż nad ranem słychać ich gruchanie. Nie chodzi o to, że jest głośne, po prostu pierwszej nocy wziąłem je za odgłosy zza ściany – wydawało mi się, że jakaś para urządza sobie seksualny maraton, nie przejmując się zbytnio innymi hostelowymi gośćmi. A co do rzeczy, którą nazwałem przerażającą, to tak się złożyło, że okno pokoju wychodziło na ulicę Skłodowskiej-Curie. Po drugiej stronie znajduje się budynek – a właściwie pałac – Instytutu Ekspertyz Sądowych. Na rogu dachu tegoż budynku, nad gzymsem po obu bokach, umieszczono rzeźby przedstawiające pary małych dzieci – nienaturalnej wielkości chłopców. Kiedy pierwszy raz moje oczy zatrzymały się na ich grobowych twarzach i przyciężkawych sylwetkach, sprawiających wrażenie mocnych i delikatnych zarazem, nie mogłem zatrzymać wyobraźni. Zobaczyłem ich poruszających się, zdziwionych życiem, które w nie wstąpiło, wstających wolno i posępnie, schodzących ścianą na ulicę, a następnie niszczących całe miasto. Nie mam pojęcia, kto jest autorem tej strasznej ozdoby pałacu, ale musiał mieć traumatyczne przeżycia związane z dziećmi – tego jestem pewny.

Przybycie…

Do Krakowa więc przyjechałem w piątek w godzinach popołudniowych. Gdy świeciło jeszcze słońce, było bardzo przyjemnie. Z czasem jednak zaszło i zrobiło się chłodno, nieprzyjemnie chłodno, więc zaplanowany wieczorny spacer bulwarami wzdłuż Wisły odpadał. Jakby tego było mało, o tej porze roku okolice rzeki upodobały sobie chmary denerwujących muszek, których nie był w stanie odstraszyć nawet smok, wyglądający na nieco zmęczonego pozowaniem i ziejący ogniem na zawołanie SMS-em. Chłód więc zwyciężył. Jak to mówią, nie ma złej pogody, jest co najwyżej nieodpowiednie ubranie. Żeby nie psioczyć na pogodę, Bogu ducha winną, wypada z pokorą naiwnych turystów stwierdzić, że to my w kwestii odzieży nie popisaliśmy się przezornością, a że walczyć z żywiołem nie ma co, postanowiliśmy pójść po coś, co nas w ten zimny wieczór mogło rozgrzać. Wybraliśmy Karmello przy Placu Wszystkich Świętych, zamawiając dwie gorące czekolady gorzko-mleczne (polecam! – przystępna cena i wyśmienity smak). Jeżeli ktoś nie przejmuje się takimi drobnostkami jak kalorie, to tam na pewno znajdzie dla siebie coś pysznego. Minusem tego miejsca była, jak dla mnie, zbyt głośna muzyka, przez co swobodna pogawędka była nieco utrudniona. W każdym razie w Karmello spędziliśmy z Moniką trochę czasu, chroniąc się przed ziąbem panującym na zewnątrz.

Potem jednak postanowiliśmy, mimo że pogoda nie zachęcała, przejść kilka ulic w okolicach Rynku, by obejrzeć Kraków nocą – jego tajemnicze, oblane czernią zmierzchu ulice i uliczki. W ciemności inaczej widzi się każde miasto. Wypukłe, śliskie kamienie, jakimi zostały wyłożone przyrynkowe ulice, zraszane były mdłymi światłami latarni i witryn sklepowych, co nadawało im niemal mistycznego charakteru. Przejeżdżały po nich dorożki, w których najczęściej siedzieli zakochani, ciągnięte przez białe konie, pełne majestatu i sztucznej, ale znośnej powagi, gdyż przyozdobione były czymś, co miało imitować złoto. W powietrzu rozchodził się przyjemny dla ucha stukot kół oraz klekot podków uderzających o bruk. Dałoby się napisać o tym wiersz, jednak poetycką atmosferę zakłócał świecący na czerwono tramwaj, którym szalejąca i rozwrzeszczana młodzież objeżdżała miasto. Trafiliśmy na czas juwenaliów i chcąc nie chcąc, z bólem serca trzeba było pewne rzeczy zaakceptować. Bawiących się studentów zestawiłem z własnym bólem serca, gdyż – o tym należy pamiętać i brać na to poprawkę – jestem (prawdopodobnie) najmniej rozrywkowym człowiekiem na świecie. Dość powiedzieć, że studiując sześć lat, ani razu nie uczestniczyłem w juwenaliach! Ale nie o swoich dziwactwach chciałem tu pisać.

Kraków 2 — http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:4536_20081230_Krakow_kosciol_sw_Stanislawa.jpg&filetimestamp=20081230152327

Św. Michał Archanioł i Kazimierz

Następny dzień – pogodna sobota – miał być od rana do wieczora wypełniony… nie powiem – zwiedzaniem, bo chodziło bardziej o przeżywanie Krakowa. W sobotę mieliśmy Kraków właśnie przeżywać. Zaczęliśmy od pysznego śniadania, które przygotowała Monika (najbardziej wytrawne gusta kulinarne byłyby zachwycone jej kanapkami, zapewniam). Z samego rana przygotowała też dla mnie niespodziankę. Wiedząc o moim szczególnym nabożeństwie do św. Michała Archanioła, zabrała mnie do kościoła Na Skałce, czyli do Bazyliki Mniejszej Świętego Michała Archanioła i Świętego Stanisława. Byłem zachwycony jego wnętrzem, bo jest nieziemskie, tak że nogi same się uginają w kolanach, a usta chcą szeptać: Sancte Michael Archangele, defende nos in proelio… Przy ołtarzu głównym stoją cztery piękne rzeźby Aniołów, zza których wznoszą się błękitne niczym niebo kolumny, a w środku, nieco w głębi, cieszy oczy obraz Tadeusza Kuntzego, przedstawiający św. Michała – nie mogło być inaczej – strącającego Lucyfera do piekła. Żołnierz Boga, wierzący i waleczny, silny i pokorny. Słowem, Quis et Deus. Patrzyłem na ten obraz, na zwycięską pozę Archanioła, i myślałem, że chciałbym jak On – od razu wiedzieć, po której stanąć stronie; bez chwili wahania, bez analizowania i kalkulowania opowiedzieć się po stronie Boga. Zawsze.

Kraków 3 — fot. Tomasz Powyszyński

Obok kościoła znajduje się sadzawka św. Stanisława. Legenda mówi, że w tym miejscu rozrzucone zostało rozczłonkowane ciało świętego. Woda z sadzawki, mimo iż nie pachnie zachęcająco, jest bardzo dobra i zdrowa, bogata – jak głosi napis na tabliczce – w makro- i mikroelementy. Za sadzawką przyciąga wzrok Ołtarz Trzech Tysiącleci, czyli tzw. krakowskie tchnienie Lichenia, jak określono go podczas konkursu na Archi-Szopę (Ołtarz został wybrany najgorszą budowlą Krakowa w 2008 roku). Pozwolę sobie nie zgodzić się z takim wyborem – krzywdzącym, bo niesprawiedliwym – znawców architektury. Wolno mi, bo jestem ignorantem w tej dziedzinie. Spodobał mi się pomysł umieszczenia w jednym miejscu Największych z Wielkich tego kraju. W łagodnym łuku stoją tam posągi: św. Stanisława, św. Wojciecha, bł. Jana Pawła II, św. Jadwigi królowej, św. Faustyny, św. Jana Kantego i o. Augustyna Kordeckiego. Historia kilkunastu wieków naszego Narodu zamknięta w martwej bryle i spersonifikowana, podpisana, patrząca na wciąż żyjących i pytająca ich o przyszłość. Mnie się podoba.

Kraków 4 — fot. Tomasz Powyszyński

Prosto ze Skałki zanurzyliśmy się w żydowski klimat Kazimierza. Przechadzając się wolno po starych ulicach, wepchniętych między niewysokie kamienice, pomyślałem, że ileż piękniej wyglądałby ten zakątek Krakowa, ileż spokojniej i romantyczniej byłoby tam, gdyby nie wszędobylskie brzydkie (a więc prawie wszystkie) samochody, szpecące każdy możliwy do oszpecenia kawałek miasta, stojące jeden za drugim na chodnikach i zasłaniające prawdziwe oblicze tego miejsca, a może nawet jego subtelne serce. Mimo wszystko warto zobaczyć Kazimierz. Na ulicy Świętego Wawrzyńca znajduje się Muzeum Inżynierii Miejskiej, do którego postanowiliśmy zajrzeć. I to jest jedyne miejsce, gdzie stojące samochody (stare, kolorowe i błyszczące) nie przeszkadzają (przepraszam fanów motoryzacji i wszystkich zmotoryzowanych – w tej dziedzinie także jestem ignorantem). Tam szczególnie spodobały mi się stare wagony tramwajowe, jakie dawno temu jeździły po Krakowie, ciągnięte jeszcze przez konie. Dochodziło południe i zaczynało przygrzewać słońce – to znak, że trzeba było poszukać miejsca, gdzie nogi mogą chwilę odpocząć, a żołądek ochłodzi się lodami. Wybór padł na restaurację Awiw na ulicy Szerokiej, która – co potwierdzam – naprawdę jest szeroka. Polecam Awiw bardzo, gdyż jest to jedno z niewielu miejsc, gdzie lody czekoladowe rzeczywiście smakują jak czekolada, a truskawkowe – jak truskawka. Dla ochłody nie ma nic lepszego! W dodatku dania podaje bardzo miła obsługa. Zdecydowanie zasłużyła na 2 zł napiwku, które zasugerowano na rachunku.

Kraków 5 — fot. Tomasz Powyszyński

Kraków 6 — fot. Tomasz Powyszyński

Podgórze, czyli miasto-ogród

Ruszyliśmy dalej. Z Kazimierza na drugą stronę Wisły przeszliśmy Kładką Ojca Bernatka (na niej po raz pierwszy tego dnia obudziły się niemal wszystkie moje fobie – z lękiem wysokości, przed bezkresną przestrzenią i głęboką wodą na czele). Z tą kładką wiąże się pewna ciekawostka: zakochani wieszają na barierkach kłódki z wygrawerowanymi imionami, a następnie wyrzucają kluczyk do rzeki. Kłódek wisi tam sporo, ale da się też gdzieniegdzie znaleźć oberwane czy rozcięte pręty – widocznie ktoś przedwcześnie zdecydował się swoje uczucie zakuć w stal. Po bezpiecznym przejściu na drugą stronę Wisły przed oczyma wyrósł ogromny kościół św. Józefa, ze swoimi szpiczastymi wieżami, ścigającymi się – tak to wyglądało – która pierwsza dotrze do nieba. Podgórze to miejsce, w którym miała się zrealizować idea miasta-ogrodu. Od dowolnego miejsca jest tam podobno nie dalej niż dwieście metrów do terenów zielonych. I to jest dla mnie wystarczający powód, kładący na łopatki wszystkie inne, by tam zamieszkać. Za kościołem św. Józefa wchodzi się do Parku im. Wojciecha Bednarskiego. Jemu to podgórzanie zawdzięczają zieloną urodę swojej dzielnicy (w czasach Bednarskiego Podgórze było osobnym miastem). Park to dobre miejsce na odpoczynek, relaks. Jest gdzie pospacerować czy pobiegać lub zwyczajnie rozprostować zmęczone codziennością kości i cieszyć oczy zielonym, mnóstwem zielonego – urokliwe miejsce.

Kraków 7 — fot. Tomasz Powyszyński

Kierując się jeszcze bardziej w górę, dochodzi się z czasem do Kopca Kraka. Weszliśmy na niego i tam moje fobie związane z wysokością i przestrzenią odezwały się po raz drugi. Po szybkim zrobieniu kilku zdjęć trzeba było zejść nieco niżej. Zaraz pod Kopcem rośnie niewielkie drzewo (na zdjęciu widać je z lewej strony), pod którym usiedliśmy i wypiliśmy niezrównane czarne frugo. Można stamtąd podziwiać panoramę Krakowa – ledwie widoczny, zanurzony w drzewach Kopiec Kościuszki, monumentalny i dumny Wawel, zwalisty kościół Świętych Piotra i Pawła i kościół Mariacki, straszący krakusów Szkieletor i biurowiec Błękitek, elektrociepłownię w Łęgu oraz Nową Hutę z brzydkimi blokowiskami. Obserwowaliśmy także samoloty podchodzące do lądowania na lotnisku w Balicach, które leżało gdzieś za wzgórzem dźwigającym Kopiec Kościuszki. Śmiało więc mogę powiedzieć, że w Krakowie widziałem wszystko, i nie skłamię. To było przyjemne popołudnie.

Dopiero będąc w domu, dowiedziałem się, że kiedy byliśmy na Podgórzu, tej według mnie najładniejszej, najbardziej urokliwej, a na pewno najbardziej zielonej części Krakowa, to Janusz – przepraszam za wyrażenie – Palikot ku uciesze zidiociałych antyklerykałów odstawiał medialny cyrk przed siedzibą krakowskiej kurii. I całe szczęście, że nasze drogi się nie zeszły – nie zepsułem sobie wycieczki Palikotem.

Msza u dominikanów

Następnego dnia, jako że była to niedziela, chcieliśmy z Moniką pójść na Mszę świętą. Wybór padł na dominikański kościół Świętej Trójcy przy ulicy Stolarskiej. Bardzo cenię duchowość dominikańską i nie mogłem nie odwiedzić Psów Bożych. Pierwsze, co zrobiłem po wejściu do świątyni, to spojrzałem w górę. Wysokie i uroczyste sklepienie w kolorze niebieskim momentalnie zasugerowało mi, że gdzie jak gdzie, ale tutaj jestem blisko nieba. Ciemnobrązowe, ładnie zdobione ławy w nawie głównej były jeszcze niezapełnione, ale ludzi z każdą chwilą przybywało. Wybraliśmy ostatnią ławkę. W ołtarzu głównym udało mi się dostrzec, na samym szczycie, trójkę Aniołów. Podejrzewam, że ten na środku, ustawiony najwyżej, mógł być św. Michałem, ale to tylko mój domysł. Od samego początku uroczystości zapach kadzideł, który bardzo lubię, przyjemnie drażnił zmysł powonienia. A kazanie ojca dominikanina utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że dominikanin do mówienia o Bogu i kochania Go zaprzęga nie tylko serce, ale i rozum. I na mnie to działa, mnie to bardzo pociąga.

Kraków 8 — http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Krak%C3%B3w_-_Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_%C5%9Awi%C4%99tej_Tr%C3%B3jcy_-_Nawa_g%C5%82%C3%B3wna_01.jpg&filetimestamp=20090118154441

Koniec…

Na tym zakończyło się nasze przeżywanie Krakowa. Wróciłem na Górny Śląsk. Monice, która wytrwała tyle czasu z najmniej rozrywkowym człowiekiem świata, należą się wielkie podziękowania. Do zobaczenia!

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.