Jesteś tutaj: Publicystyka » Arkadiusz Barut » „Prawa człowieka” jako legitymizacja władzy w społeczeństwie ponowoczesnym

„Prawa człowieka” jako legitymizacja władzy w społeczeństwie ponowoczesnym

Arkadiusz Barut

Niniejszy tekst dotyczy praw człowieka rozumianych jako prawa do polityczno-prawnego wyrażania odmienności. Nie jest to współcześnie jedyny sposób ich interpretacji, niepodobna jednak zaprzeczyć, iż jest to rozumienie coraz powszechniejsze. Tendencję tę tłumaczę z funkcjonalnego punktu widzenia – jako wymóg cywilizacji potrzebującej jednostek niekoniecznie autentycznych, lecz koniecznie mobilnych.

Konserwatyzm zawsze zwracał uwagę, że prawa człowieka dają mniejsze zabezpieczenie interesów indywidualnych, aniżeli przywileje oparte na tradycji – najsłynniejszym przykładem takiego podejścia jest Edmund Burke preferujący „prawa Anglików”. Uzasadniano to przede wszystkim ich abstrakcyjnym charakterem – „nigdy nie spotkałem człowieka” (Joseph de Maistre). Dawało to konserwatystom podstawę nawet do quasi-indywidualistycznej ich krytyki, prowadzonej bardziej w obronie specyfiki empirycznej jednostki, niż jej pozycji w tradycyjnej społeczności (Maurice Barrès). Wraz z ponowoczesnością prawa człowieka przestają być pojmowane jako aprioryczna idea, podlegająca realizacji bez względu na pragnienia i potrzeby rzeczywistych ludzi. Próbuje się je zakorzenić w autentyzmie ludzkiego doświadczenia wewnętrznego i zewnętrznego. Nie chodzi jednak o ludzi pojmowanych przez pryzmat cech definiujących dotąd człowieczeństwo – takich jak rozumność, uczucia wyższe, czyli kwalifikacji mogących być choćby w prowizoryczny sposób zdefiniowanymi. Prawa człowieka mają umożliwiać całkowicie suwerenne wybieranie tożsamości oraz w pełni swobodne kształtowanie biografii. Na „drugim planie”, za hasłami ponowoczesnej etyki, pojawia się obraz jednostki zasymilowanej z procesami globalizacji.

Dla funkcjonalnego wyjaśnienia tego zjawiska warto zwrócić uwagę na koncepcję, która rozwój tak rozumianych praw człowieka wartościuje pozytywnie – teorię modernizacji refleksyjnej.

Indywidualizm późnej nowoczesności – autekspresja i ryzyko

Modernizacja refleksyjna należy do nurtu tzw. późnej nowoczesności, deklarującej nie tyle odrzucenie oświeceniowej idei podmiotu (tak jak ma to czynić postmodernizm, a w szczególności poststrukturalizm), lecz radykalizację jej krytycznego wydźwięku. Najogólniej mówiąc, koncepcja modernizacji refleksyjnej opiera się na założeniu, że człowiek współczesny pozostaje podmiotem tak dla samego siebie, jak i w stosunkach społecznych i politycznych, w sposób mniej lub bardziej świadomy budując swą tożsamość, tak w oderwaniu od tradycyjnych, przednowoczesnych wzorców, jak i ideologii postoświeceniowych. O jego tożsamości stanowią wciąż na nowo odkrywane potrzeby i pragnienia. Nowa sytuacja jednostki nie polega jednak wyłącznie na samorozwoju i autoafirmacji. W perspektywie jednostki modernizacja jest zarówno wytworem jej aktywności, jak i obiektywnym czynnikiem na nią oddziałującym. Indywidualizacja jawi się jako wymuszona przez ostateczny zanik struktur tradycyjnych (rodziny wielopokoleniowej itd.), a także przez głębokie przeobrażenia struktur społeczeństwa przemysłowego (np. rodziny nuklearnej). Nadto, we współczesnym społeczeństwie – „społeczeństwie ryzyka” (jak to określił U. Beck), wiara w rozum stała się problematyczna. Zwiększenie racjonalności i, paradoksalnie, realizacja części z obietnic scjentyzmu – wpływu na przyrodę, zwiększenia dobrobytu itd., doprowadziły do zakwestionowania funkcji nauki jako metafizyki społeczeństwa nowoczesnego. Nie spełniła się bowiem nadzieja pełnego opanowania rzeczywistości, uczynienia jej przewidywalną, a zarazem zaspokojenia wszelkich indywidualnych pragnień. Społeczeństwo i jednostka stają w obliczu niepewności, której nie można uniknąć drogą technicyzacji i zwiększenia produkcji. Odpowiedzi na nowe pytania nie dają też „tradycyjne” ideologie emancypacyjne (marksizm, freudyzm itd.).

Jednostka niemająca już oparcia ani w strukturach tradycyjnych, ani w podziale funkcji społeczeństwa przemysłowego, musi sama kształtować swą biografię (do czego ma lub nie ma obiektywnych możliwości). W tym celu musi się wpisać w kontekst instytucjonalny (np. wybierając odpowiednie wykształcenie), co jawi się jako jeden z rodzajów ryzyka (Beck, 2002, 192-205). W „społeczeństwie ryzyka” indywidualizacja natychmiast przechodzi w (coraz bardziej niedookreśloną) instytucjonalizację. Indywidualizacja jest więc zarówno prawem jednostki, implikującym uprawnienia do kontroli otoczenia społeczno-politycznego, jak i wymogiem funkcjonowania nowego społeczeństwa, które potrzebuje jednostek mobilnych i potrafiących poruszać się sferze instytucjonalnej. Kontury ról społeczeństwa przemysłowego zacierają się, poszczególne jego funkcje łączą, obiektywny pozostaje jednak „imperatyw” aktywności i zmiany. Szczególnie istotne jest więc, by jednostka była w stanie działać, mimo ciążącego na niej ciężaru wyborów. Potrzebne jest, mówiąc językiem Anthony’ego Giddensa (Giddens, 2001) poczucie bezpieczeństwa ontologicznego, dzięki któremu ryzyka jawią się jako normalna kolej rzeczy, a jednostka uważa, iż dysponuje instrumentami, które pozwalają je zminimalizować. Konieczne jest wytworzenie, jak to określa wskazany autor, „kokonu ochronnego”.

Niepowtarzalność w świecie instytucji

Pojawia się więc, dostrzeżona m.in. przez Daniela Bella, sprzeczność między wymogami spontaniczności w życiu prywatnym – w szczególności w sferze konsumpcji, a wymogami konformizmu, ascezy i racjonalności instrumentalnej w funkcjonowaniu społecznym. W przestrzeni prywatnej wolno zająć postawę, którą za Robertem Bellahem można nazwać indywidualizmem ekspresyjnym – procesem autokreacji tożsamości poprzez kultywowanie niepowtarzalności, niewyrażalności itd. Druga sfera życia wymaga natomiast tego, co Magdalena Środa nazywa indywidualizmem równości – uznania jednostkowości, ale nie w jej wyjątkowości, lecz w tym, co da się wyrazić poprzez powszechne, racjonalne reguły. Sprzeczność ta grozi rozerwaniem „kokonu ochronnego” zaufania człowieka do świata.

Zaradzić mają tu prawa człowieka. Jednostka współczesna jest zarazem nosicielem praw, jak i przedmiotem dyscypliny – zarazem subiectum, podstawą porządku, jak i subiectus – podporządkowanym (Douzinas 2002, 224-227). Prawa człowieka wyrażają oba te aspekty. Podmiot praw człowieka jest, tak samo jak podmiot modernizacji refleksyjnej, nieokreślony. Wyrażając to w języku poststrukturalizmu, można je uznawać za nieokreśloną „znaczącą”, niepowiązaną koniecznie z żadnym „znaczonym” (Douzinas, 2002, 399). O niezdefiniowaniu tych praw decyduje jednak nie tylko współczesny klimat intelektualny, niechętny „wielkim narracjom”. Instytucjonalizacja, a przy tym nieokreśloność praw człowieka jest generowana przez przejawiającą się w procesie ich definiowania dialektykę indywidualizmu i systemowości. Ten, kto zgłasza nowe roszczenie – jednostka lub grupa, powinien wykazać jego podobieństwo z roszczeniami już uznanymi, czyli to, że mieści się ono w uniwersalnym, aktualnie uznanym modelu. Zarazem jednak, wysuwając je musi podkreślić ich inność od roszczeń już uznanych. Prawo w sensie przedmiotowym zawsze operuje zaś na abstrakcjach – choćby tak „skonkretyzowanych”, jak kobiety czy homoseksualiści. Nie wyraża natomiast konkretnej jednostki. Prawa człowieka wydają się być rozdarte między niemożliwą uniwersalnością a niemożliwą różnością – zakładają ciągłą próbę tworzenia definicji, która jednak zawsze okazuje się niewystarczająca (Douzinas, 2002, 400-401).

W tym jednak tkwi ich siła ideologiczna. Każde ich konceptualne dookreślenie, w szczególności założenie, że jakiś akt lub system prawny zdołał je w pełni wyrazić, niezawodnie byłby uznany za opresję. Zarazem ich pozytywizacja nie musi być sprzeczna z ich dynamiką – każde prawo, dzięki interwencji władzy, może być na nowo zadekretowane. Prawa człowieka, będąc „pustą znaczącą”, mogą nabrać znaczenia symbolicznego (Williams, 1991). Odzwierciedlają one nadzieję na przeniesienie niepowtarzalnej ekspresji jednostkowej na pole instytucjonalno-polityczne, uzasadniając przymus prawny. Skoro zaś mogą być zawsze na nowo zdefiniowane, rola ich interpretatora może przypaść władzy – władza jest bowiem tak samo uprawniona do kreacji ich sensu praw, jak jednostka1.

Jednostce pozostaje natomiast przekonanie, że władza dba o prawa człowieka. Przekonanie to trudno zakwestionować, skoro próba ostatecznego zdefiniowania, o co ma dbać władza, byłoby aktem opresji wobec grup upośledzonych, wciąż odnajdujących nowe, jeszcze niezrealizowane uprawnienia.

Literatura:

Beck U., Społeczeństwo ryzyka, przeł. Stanisław Cieśla, Scholar, Warszawa 2002.

Douzinas C., Identity, recognition, rights, or what can Hegel teach us about human rights?, „Journal of Law and Society”, vol. 29, No. 3, September 2002.

Giddens A., Nowoczesność i tożsamość, przeł. A. Szulżycka, PWN, Warszawa 2001.

Williams P., The alchemy of race and rights, Cambridge 1991.

Autor jest doktorem nauk humanistycznych w dziedzinie nauk o polityce oraz czynnym zawodowo adwokatem (Izba Adwokacka w Opolu); opublikował m.in. monografię: Egotyzm, etyka, polityka. Myśl konserwatywna Maurycego Barrèsa, Wydawnictwo ARCANA, Kraków 2009.


1 Na haśle ochrony praw człowieka opiera się współczesna idea suwerenności sądów konstytucyjnych, szczególnie amerykańskiego Sądu Najwyższego, wyrażana przez takich autorów jak R. Dworkin, B. Ackerman czy F. Michelman (por. mój artykuł Konserwatyzm i sąd konstytucyjny).

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.