Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Adam Tomasz Witczak: Prawo i droga

Prawo i droga

Adam Tomasz Witczak

Oto jedna z niewielu wydanych w Polsce i po polsku książek pisanych (przynajmniej w pewnym stopniu) z perspektywy perennialistycznej. To znaczy: z perspektywy tzw. tradycjonalizmu, wykreowanego przez autorów takich jak Frithjof Schuon, Marcin Lings czy Ananda Coomaraswamy. Druga taka pozycja to Symbolika świątyni chrześcijańskiej Jana Haniego, innych nie kojarzę, chyba że weźmiemy pod uwagę także niedawną edycję wybranych tekstów pewnego włoskiego arystokraty o zapędach tyleż faszystowskich, co i gnostycko-magicznych.

Perspektywa Hosseina Nasra jest dość ciekawa. Z jednej strony jest uniwersalistą, wierząc – czego nauczył się od Schuona i Renata Guenona, a po części także i z samego sufizmu – że może istnieć i w istocie istnieje kilka równoprawnych dróg zbawienia. Te drogi to np. „ortodoksyjne” (osobną kwestią jest to, jak perennialista rozumie to pojęcie) formy islamu, chrześcijaństwa, buddyzmu czy hinduizmu. Z drugiej strony – i to powinno motywować apologetów katolickich – na gruncie wewnątrzislamskim Nasr jest zupełnie ortodoksyjny i konserwatywny. Konserwatyzm ten nie oznacza jakiegoś wahabickiego fundamentalizmu negującego wszystko, co piękne i wzniosłe (Nasr jest zresztą szyitą); ale z pewnością oznacza przylgnięcie do zasad szariatu, jak również do traktowania Koranu, Mahometa i hadisów z ufną wiarą.

Innymi słowy, uniwersalista Nasr, w przeciwieństwie do różnego sortu modernistów, ekumenistów i entuzjastów „dialogu międzyreligijnego”, faktycznie wierzy w objawienie islamskie. Nie próbuje go relatywizować czy przyjmować zachodniej metodologii religioznawczej, opartej o badanie w pierwszym rzędzie kontekstów historycznych, przyczyn społecznych czy uzasadnień psychologicznych. Co więcej, neguje to podejście również w odniesieniu do Biblii tudzież innych śruti i smryti. Perspektywie nowoczesnej przeciwstawia tradycyjną – opartą na klasycznych autorytetach religijnych oraz na założeniu o boskim pochodzeniu świętych pism. Ten sposób myślenia widać też, nawiasem mówiąc, u x. Ramy Coomaraswamy’ego w jego Wprowadzeniu do Bhagawadgity dla zachodniego czytelnika.

Nasr co prawda wierzy w różne drogi zbawienia, co jest co najmniej kontrowersyjne w świetle nie tylko katolicyzmu, ale i zapewne samego islamu – ale równocześnie wierzy, że zostały one objawione przez Niebo i że w tym tkwi ich wartość. To bardzo istotne: pluralizm perennialisty nie zakłada, że szacunek należy się wszystkim religiom, filozofiom i światopoglądom wyznawanym przez dowolnych ludzi. Pluralizm ten nie jest bowiem oddolny, ale odgórny. Inaczej mówiąc, wybrane religie są akceptowane nie dlatego, że są jacyś ludzie, którzy w nie wierzą, a ludziom tym należy się szacunek z powodu ich godności tudzież wartości ich własnych poszukiwań, ale dlatego, że zostały (według Nasra czy Schuona) zesłane przez Boga. Widać więc, że „międzyreligijny” aspekt myśli Nasra wyrasta z zupełnie innych korzeni niż „dialog” modernistów, ale i wnioski, do których dochodzi, są tylko pozornie podobne.

Nie twierdzimy przy tym, że wnioski te są właściwe z perspektywy katolickiej czy nawet z jakiejkolwiek perspektywy chrześcijańskiej. Już samo rozróżnienie pomiędzy egzoteryzmem a ezoteryzmem jest wątpliwe na gruncie naszej religii; tym bardziej zaś ciężko byłoby wierzyć w to, że Chrystus godził się na jakąś „relatywizację” czy „lokalizację” swego przesłania, pozostawiając innym wiarom inne części świata, ludy czy epoki. W dodatku perennialiści twierdzą, że ortodoksyjne religie poznaje się w dużej mierze po tym, iż dzielą tę samą właściwą metafizykę czy też ontologię. Samo to, czy dzielą, jest dyskusyjne – i jest to problem dla religioznawców. Istotniejsze jest to, że metafizyka perennialistów jest de facto metafizyką adwaity wedanty i pewnych form sufizmu. Zakłada ona w ostatecznym rozrachunku monizm: wszystko, co istnieje, jest manifestacją pierwotnego Absolutu, który w zasadzie nie jest nawet bytem, funkcjonując (ale czy „istniejąc”?) poza kategoriami bytu i niebytu, poza wszelkimi rozróżnieniami. Pierwszą manifestacją jest Bóg osobowy – i już on znajduje się na poziomie, który hinduiści określają jako maya, a więc złudzenie. To poziom istnienia względnego, podobnie jak poziom Logosu – który w chrześcijaństwie wcielił się w Chrystusa, w hinduizmie był Kriszną, a w islamie przybył jako Koran. Jeszcze bardziej względnym poziomem mayi jest świat stworzony, materialny – ale równocześnie i on w jakimś sensie jest boski, skoro stanowi manifestację Absolutu.

Wątpliwe jest, czy ten sposób myślenia da się pogodzić z chrześcijaństwem. Naturalnie można przywołać Mistrza Eckharta i jego podział na Gottheit oraz Gott – co zresztą perennialiści ochoczo robią. Problem w tym, że wiele tez Eckharta potępiono właśnie jako nieortodoksyjne. Poza nim zresztą innych nazwisk jest niewiele: być może pasowałby Grzegorz Palamas, święty prawosławny, ze swoją teorią o niepoznawalnym Bogu, którego można jednak poznać pośrednio poprzez „energie”. Swoją drogą, nie jest nawet pewne, czy muzułmanie zgodziliby się z zarysowaną wyżej perspektywą, którą mogliby uznać za swego rodzaju deprecjację osobowego Boga (Allaha).

Ostatecznie jednak perennializm Nasra ma w omawianej książce charakter marginalny, objawia się jako okazjonalne wtręty – i gdybyśmy nie znali pism Schuona czy Lingsa, to zapewne nawet nie zwróciłoby to aż tak bardzo naszej uwagi. Istotniejsze jest to, że Nasr to pobożny muzułmanin, który wierzy w to, czego naucza islam. Przy czym wierzy w to literalnie – na przykład, że Mahomet przeżył zdarzenia nadprzyrodzone, a Koran został objawiony w sposób cudowny. Nie jest to więc ujmowanie czegokolwiek w metafory.

To balansowanie pomiędzy perspektywą islamską a perennialistyczną jest dość ciekawe, ale w sumie spójne, nawet jeśli błędne. Nawiasem mówiąc, katoliccy apologeci mogliby niektóre fragmenty wziąć pod rozwagę, choćby dlatego, że sami dość często zachowują się tyleż niekonsekwentnie, co i potencjalnie samobójczo: o ile w stosunku do swojej tradycji nie godzą się (słusznie) na stosowanie redukcjonistycznej metodologii („demitologizacja”, „relatywizacja”, „historycyzacja” etc.), o tyle czasami z pożałowania godną zaciekłością sięgają po nią, kiedy przychodzi im polemizować z islamem czy hinduizmem. Jest to jednak broń obosieczna – i kiedy polemista również przystąpi do jej stosowania, wówczas apologecie katolickiemu nie pozostaje nic innego jak (słaby) argument typu: „Ależ nie ma żadnej analogii, ponieważ nasza religia jest prawdziwa, a wasza nie”. Co więcej, broń ta jest podwójnie groźna – bo jeżeli katolik z wielkim zaangażowaniem weźmie się za „demitologizację” Koranu czy Rygwedy tudzież za „krytyczno-historyczną” analizę Awesty, jeśli będzie tryumfalnie obnażał konteksty psychologiczne, ekonomiczne czy polityczne – wówczas któregoś dnia może zastanowić się, czy przypadkiem nie należałoby „uczciwie” spojrzeć w ten sam sposób na Stary i Nowy Testament.

Naturalnie katolik nie może uznać autorytetu Wed czy Koranu – ale może je korygować czy też obalać na gruncie teologii i metafizyki, pozostając w obrębie tradycyjnego sposobu myślenia. W tym zresztą aspekcie książka Nasra robi dobre wrażenie. Otóż Nasr prezentuje po prostu perspektywę człowieka religijnego, człowieka Tradycji – i jest to samo w sobie ciekawe. Ukazuje, z pewną gracją i erudycją, percepcję człowieka, którego życie wyznacza przywiązanie do sacrum. To człowiek, który praktykuje i przeżywa rytuał. Ten, dla którego na równi liczą się prawo i droga (szariat i tarika).

A tak poza tym, to jest to książka pożyteczna dla każdego, kto chce się czegoś dowiedzieć o islamie. Byłoby zapewne lepiej, z perspektywy katolików, gdyby istniały tego rodzaju opracowania katolickie – równocześnie rzetelne i popularne. Nie wiem, czy takie są. Wiem tylko, że Internet jest pełen pożałowania godnych memów i pogłosek o współżyciu z kozami, obrzezaniu kobiet, wszechobecnej takiji, rzekomym prostactwie islamu oraz o tym, że każdy terrorysta jest muzułmaninem i tak dalej. Cóż, „egzoterycznie” (w tym momencie używam tego słowa żartobliwie) to może nawet użyteczne, podobnie jak opowieści o tym, że hinduizm „polega na modleniu się do krów i zaklinaniu węży fletem, a w ogóle to panteizm i politeizm w jednym, wiem to wszystko, bo czytałem na takiej stronie o sektach”. Powiedzmy sobie jednak szczerze: otóż „ezoterycznie” (w kręgu ludzi bardziej wyrobionych lub mających ambicję takimi być) powinno się wiedzieć coś więcej. Nasr przekazuje taką wiedzę, w tym również wiedzę faktograficzną, historyczną i ogólnie „encyklopedyczną”. Różnice między sunnizmem i szyizmem, dopełnianie się szariatu ze ścieżką suficką, koncepcja świętości języka arabskiego jako tego, w którym objawił się Koran, kwestia świętej wojny i traktowania kobiet – wszystkie te rzeczy są tu w jakimś stopniu poruszane. Zapał autora jest zaś skierowany nie przeciw chrześcijaństwu, ale przeciw modernistycznej cywilizacji Zachodu, tej postrenesansowej i postoświeceniowej.

Seyyed Hossein Nasr, Idee i wartości islamu, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1988.

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.