Jesteś tutaj: Publicystyka » Adam Danek » Profesor Konopczyński o Sejmie

Profesor Konopczyński o Sejmie

Adam Danek

Z zainteresowaniem i przyjemnością przeczytałem pracę „Sejm 1922-1927”, wznowioną niedawno jako drugi tom „Biblioteki konserwatyzm.pl”. Ta niewielka książeczka, opublikowana pierwotnie w 1928 r. pod tytułem „Sejm bez osłonek. 1922-1927”, wyszła spod pióra znamienitego historyka prof. Władysława Konopczyńskiego (1880-1952), a poświęcona jest funkcjonowaniu w Polsce parlamentaryzmu za czasów Sejmu I kadencji. Znać po niej, że powstawała w gorącym okresie, kiedy parlament i polska klasa polityczna znalazły się pod publicystycznym obstrzałem środowisk popierających rządy pomajowe. Konopczyński postanowił zająć stanowisko w tej dyskusji, łącząc punkt widzenia uczonego ze świadectwem uczestnika opisywanych wydarzeń (zasiadał wówczas w Sejmie jako poseł endecji, zrzeszonej wtedy w Związku Ludowo-Narodowym).

Dziełko prof. Konopczyńskiego wyraża poglądy wielce nietypowe jak na wydawnictwo firmowane przez Klub Zachowawczo-Monarchistyczny. Przede wszystkim stanowi zdecydowaną obronę… demokracji parlamentarnej. Autor z pasją protestuje przeciw deprecjonowaniu jej przez zwolenników dyktatorskich metod rządzenia: „Inne narody krwią własną zdobywały sobie przedstawicielstwo parlamentarne. My ten zaszczyt dostaliśmy darmo bez walki. (…) Nic dziwnego, że dusze małostkowe i zawistne, niezdolne do oceny tego skarbu, jakim jest możność stanowienia o samych sobie, niezdolne do wydobycia z siebie zgodnego czynu, ogarnięte gorszą niż partyjna, bo po prostu osobistą niechęcią, umywają ręce od wszystkiego i o wszystko oskarżają Sejm” (s. 24). Ileż demokratycznej ideologii zmieściło się w tym krótkim passusie: stwierdzenie, iż parlamentaryzm to „zaszczyt”, utożsamienie parlamentaryzmu z wolnością („możność stanowienia o samych sobie”) oraz pochwała krwawych rewolucji XVII-XIX wieku, burzących tradycyjny ład polityczny, z których parlamentaryzm się wyłonił. Zaraz potem zaliczanie sejmowładztwa i partyjnictwa do zjawisk patologicznych nazywa Konopczyński „poglądem bezmyślnym i nieuczciwym” (s. 25). Wyliczając zasługi parlamentu, ociera się niekiedy o absurd, jak w zdaniu: „Trzeźwość i uczciwość, każe przeciwnie twierdzić, że pierwszy Sejm wśród wojny bolszewickiej i powojennego zniszczenia ustalił granice państwa i rozpoczął w niem ustalać praworządność” (s. 25). Kto by pomyślał, iż granice Rzeczypospolitej w latach 1919-1921 wytyczył nie polski czyn zbrojny, nie armia i jej wódz, nie powstańcy śląscy i wielkopolscy – lecz Sejm!

Jeżeli jednak idzie o najważniejsze zarzuty zwolenników przewrotu z 1926 r., prof. Konopczyński raczej je potwierdza, niż refutuje. Jak wiadomo, szczególnie mocno akcentowali oni potrzebę wszczęcia walki z korupcją, prywatą i bezkarnością partyjnych polityków. Autor konstatuje z przykrością: „Przepis, zakazujący posłom uzyskiwania od państwa korzyści materialnych, pozostawał martwą literą, bo nie było na ten wypadek przewidzianego postępowania, ani sankcji. Odpowiedzialność za wadliwą formę naszych obrad spada głównie na tak zwaną Komisję Regulaminową i Nietykalności Poselskiej. Zapomniała ona, zupełnie, że jest Regulaminowa, i dbała tyko o nietykalność” (s. 16). Przeciwnikom parlamentaryzmu dostarczały też argumentów poniżające państwo i naród błazeństwa, jakich na sali sejmowej notorycznie dopuszczali się zasłonięci immunitetem posłowie. Ich opisaniu poświęca nawet Konopczyński osobny podrozdział, zatytułowany „Obyczaje poselskie” (s. 17-21). Nie ukrywa przy tym obrzydzenia: „To bicie w pulpity po każdym niepomyślnym głosowaniu, te ryki, te śpiewy, gwizdy i dzwonki, to wszystko wykracza poza sferę ludzkiego wyrazu uczuć i myśli, o tym chyba Darwin miałby coś do powiedzenia…” (s. 20). Osiemdziesiąt lat po napisaniu tych słów możemy się gorzko uśmiechnąć: skąd my to znamy? Do wyjaśnienia chamstwa i prostactwa parlamentarzystów używa prof. Konopczyński wyświechtanej formułki wszystkich demokratów – parlament jest taki, jak społeczeństwo, którego go wybrało: „To był wasz Sejm, panowie wyborcy, kość z kości waszych. Samiście go w skupieniu ducha wybierali, przez wybór daliście wyraz swym przekonaniom, spełniliście akt woli niepodległego narodu” (s. 23). Mamy tu do czynienia z demokratyczną wiarą, że klasa polityczna wyłaniana w powszechnych wyborach odzwierciedla cechy i poglądy wyborców – co należy włożyć między bajki.

Autor nie szczędzi pochwał parlamentarnej prawicy, przypisując jej niemal całą zasługę, jeśli chodzi o budowę polskiej, skarbowości, wojskowości, systemu prawnego, siły gospodarczej – i w każdej innej dziedzinie. Do prawicy zalicza przy tym – co znamienne – właściwie wyłącznie endecję; nie próbuje przy tym sztucznie dystansować od własnych z nią związków, z dumą podkreślając swoją przynależność do obozu narodowego. W jego pracy daje się natomiast wyczytać między wierszami antypatia do obozu konserwatywnego. Kilkakrotnie piętnuje linię polityczną „Czasu” – organu prasowego konserwatystów krakowskich, który po zamachu majowym głośno opowiedział się za likwidacją rządów parlamentarnych i ustanowieniem autorytaryzmu. Określa nawet to pismo mianem „starszego brata” Ilustrowanego Kuriera Codziennego, czyli największego w przedwojennej Polsce brukowca (s. 45). Imiennie polemizuje m.in. z doktorem Janem Hupką (1866-1952), zachowawcą czynnym od lat dziewięćdziesiątych XIX wieku, w opisywanym okresie – surowym krytykiem demokratycznie uchwalanych ustaw „naruszających istniejący od wieków na mocy boskich i ludzkich praw porządek społeczny” (s. 25). Nazywa go ironicznie „godnym reprezentantem starodawnej idei – nietykalności fortun szlacheckich” (s. 37). Niechęć do szlachty i przychylność dla wywłaszczania ziemian muszą zadziwiać u kogoś, kto samego siebie zalicza do prawicowców. Konopczyński wyraża się też z uznaniem o przygotowanym przez prof. Stanisława Grabskiego – uważanego za najbardziej lewicowego działacza endecji – konkordacie z 1925 r., dodając, iż „zwalczany był zajadle przez lewicę od NPR włącznie i przez mniejszości narodowe” (s. 29). Tymczasem konkordat w jego kształcie z 1925 r. oprotestował przede wszystkim polski episkopat, a także obóz konserwatywny. W 1926 r. na łamach pewnego pisma przestawiono obszerną krytykę konkordatu Grabskiego. Po pierwsze, nakładał on na biskupów obowiązek złożenia przysięgi lojalności wobec rządu RP, wzorowanej na przysiędze z okresu Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej i pozbawiającej ich możliwości podjęcia choćby biernego oporu wobec poczynań demokratycznych władz. Po drugie, „celem reformy rolnej w odniesieniu do dóbr kościelnych jest możliwie jak najzupełniejsze uzależnienie duchowieństwa od państwa i odebraniem mu możliwości jakiegokolwiek działania na zewnątrz poza spełnianiem czysto tylko religijno-liturgicznych obowiązków”. Po trzecie, twierdzono tam, że konkordat ten jest „kwintesencją józefinizmu, jest perfidną walką z Kościołem przy zachowaniu względem niego jedynie zewnętrznych pozorów wierności”. Nie było to oczywiście żadne pismo lewicy czy mniejszości narodowych, ale „Pro Fide, Rege et Lege” – organ przedwojennego Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego.

Powyższe uwagi świadczą, mam nadzieję, o uważnej lekturze tekstu. Książeczka prof. Konopczyńskiego jest jak najbardziej warta polecenia. Przeplatają się w niej rozprawka historyka, analizującego zdarzenia uważnie i na chłodno, oraz dokument oddający atmosferę epoki, spisany ręką ich uczestnika. Autor zawarł w niej wiele ciekawych faktów dotyczących ówczesnego życia politycznego, pomijanych we współczesnych opracowaniach historycznych. Przyjął przy tym istotne założenie: prawdziwych informacji o świecie polityki nigdy nie należy szukać w mediach, które tylko zafałszowują jej obraz. Taka metoda w dzisiejszych czasach zasługuje na uwagę jeszcze bardziej, niż osiem dekad temu.

Władysław Konopczyński, „Sejm 1922-1927”, wyd. „Biblioteka konserwatyzm.pl”, Warszawa 2008, s. 48

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.