Jesteś tutaj: Publicystyka » Inni publicyści » Igor Olech: Prywatne kibuce — przyczynek do rozważań nad wspólnotami anarchokapitalistycznymi

Prywatne kibuce — przyczynek do rozważań nad wspólnotami anarchokapitalistycznymi

Igor Olech

Kibuc jest kolektywną formą osadnictwa stworzoną na początku XX wieku na obszarze dzisiejszego Izraela. Osadnicy żydowscy przybywający na tereny Galilei tworzyli farmy, które były własnością całej zaangażowanej społeczności. Przez wiele lat kibuce skupiały się jedynie na produkcji rolnej. Instytucja kibucu od początku czerpała z ideologii komunizmu i lewicowego, jednak o nacjonalistycznym zabarwieniu, anarchizmu. Miały być miejscami, w których każdy Żyd będzie czuć się jak u siebie, a jednocześnie przywiąże się do ziemi i społeczności („zapuści korzenie”), czemu miały służyć rozproszone prawa własności. Dekady po pojawieniu się tego pomysłu okazał się on jednym wielkim niepowodzeniem. Dziś kibuce rzadko opierają się na własności wspólnej, a coraz częściej stają się wyspecjalizowanymi, selektywnymi w odniesieniu do kandydatów na członków centrami rozwoju technologii, które są w stanie samodzielnie konkurować na rynku i w których prawa własności są szanowane, bez pogrzebania jednak etosu wspólnej pracy.

O ile dobrze pamiętam, Murray Rothbard pisał, że niektóre z tych kolektywistycznych wiosek miały po kilku dekadach problemy nawet z kradzieżami sztućców ze wspólnych jadalni. Był to efekt mizernej alokacji dóbr wskutek centralnego planowania. Z tego względu w ciągu ostatnich kilku lat niemal wszystkie kibuce w Izraelu zostały sprywatyzowane, a ich organizacja całkowicie zmieniła swój charakter. Zamiast komun powstały zamknięte enklawy, podchodzące selektywnie do tych, którzy chcą się w nich osiedlić – cena zakupu ziemi na takim osiedlu może być o wiele wyższa niż w innych miejscach państwa, w którym grunty i nieruchomości są i tak bardzo drogie. Mimo zmiany kursu z socjalnego na rynkowy wciąż rezonują idee pionierstwa i aktywizmu. Sfery, w których operują dziś te instytucje, są bardzo różne i zależne od popytu na rynku – niektóre zajmują się produkcją żywności (nabiał, daktyle), prowadzą także własne supermarkety; inne produkują lekarstwa lub sprzęt dla armii, prowadzą hotele czy domy weselne. Również podział pracy uległ zmianie – wcześniej każdy członek wspólnoty każdego dnia odpowiedzialny był za różnego rodzaju prace (np. poniedziałek – praca na farmie; wtorek – praca na stołówce; środa – w pralni etc.)1, co z pewnością zapewniało pewną równość, ale oczywiście za tym – nieefektywność. Również z odpowiedzialnością za wspólnotę bywało różnie, gdyż niezależnie od wydajności każdy otrzymywał takie samo wynagrodzenie, co zachęcało bumelantów do nieróbstwa. Dziś każdy członek specjalizuje się w swoim fachu, np. jako manager restauracji czy robotnik w fabryce aspiryny. Po rozdzieleniu pensji nadwyżki finansowe przeznaczane są do wspólnego budżetu na rozwój kibucu. Jednak pensje wciąż często są ujednolicane, co tworzy pole do korupcji. Zdarzają się także kradzieże.

Mimo wielu zmian kibuc wciąż jest osadą ekskluzywną. Liczba mieszkańców jest kontrolowana, tak aby między osadnikami wytworzyła się osobista więź oraz żeby nie wdarła się między nich miejska anonimowość. Największe kibuce nie mają więcej niż tysiąc osób, jednak większość z nich składa się z od stu do trzystu osadników. Często pozwala to zachować tzw. prawo Dunbara2, które mówi, że każdy człowiek jest w stanie utrzymywać bliskie kontakty z nie więcej niż 150 osobami. Do niektórych osad można dołączyć jedynie poprzez urodzenie się we wspólnocie lub poprzez małżeństwo z jednym z mieszkańców. Inne jednak są bardziej otwarte – jedynymi wymaganiami są pieniądze i rozmowa kwalifikacyjna; pozwalają także swoim mieszkańcom pracować poza kibucem. Kandydaci mogą być także przyjmowani na podstawie preferencji zawodowej. Wszystkie są jednak chronione, czy to przez prywatną ochronę, czy to przez mieszkańców pozostających za murem lub zbrojonym płotem, a wstęp do nich mogą mieć jedynie zaproszeni goście oraz izraelska policja. Osady nie są autarkiczne, ale zdaje się, że do tego dążą. Poza zróżnicowanymi uprawami montowane są zbiorniki przechowujące wodę. Często te wioski tworzą na swoim terytorium parki solarne, co przynajmniej w pewnym stopniu zapewnia im niezależność energetyczną.

Ekonomista Austriackiej Szkoły Ekonomii prof. Jan Herman Hoppe w miejsce niewydajnego systemu tzw. Państwa Dobrobytu (czyli przyszłego Państwa Nędzy – patrz: dzisiejsza Szwecja3) proponuje tworzenie dobrowolnych wspólnot, w których „licencję na osadnictwo” otrzymują jedynie ci, którzy nie żyją na koszt innych (dzięki skomplikowanym i drogim instytucjom państwa), ale są w stanie sami się utrzymać i, używając żargonu łańcuchów produkcji, „dodać wartość” do społeczności. Czy taki model jest możliwy? Reforma kibuców pokazuje, że to właśnie krok w tę stronę, a w obliczu przyszłego bankructwa modelu Państwa Dobrobytu (zarówno finansowego, jak i intelektualnego) możliwe, że będzie to model konieczny. Model ociężałego, zbiurokratyzowanego Państwa-Lewiatana jest dzieckiem Rewolucji Przemysłowej z przełomu XVIII i XIX wieku, gdy masowa migracja do miast wymagała coraz więcej regulacji. Gdy okaże się, że „król jest nagi”, a Lewiatan nie może utrzymać ton bezsensownych instytucji, możliwe, że zwrócimy się tam, skąd pochodzimy – z betonowych molochów do pól i łąk, na których nasi przodkowie siali i prowadzili hodowle przez setki, tysiące lat. Dobrowolna kooperacja zamiast przymusowej regulacji jest nie tylko wydajniejsza, ale zapewnia o wiele więcej wolności niż demoliberalna maszyna. Współczesne technologie, takie jak Internet, energia słoneczna, zautomatyzowane rolnictwo i inne, mogą być kluczem do przyszłości bez ociężałego centralizmu. Powrót do małych społeczności może szczęśliwie doprowadzić do załamania się demokracji liberalnej – w końcu, jeśli społeczność jest relatywnie autarkiczna (handlując z innymi ośrodkami, jedynie by zdobyć specjalistyczne produkty) oraz może swobodnie regulować relacje między swoimi uczestnikami i pielęgnować swoje tradycje, czy ktokolwiek musiałby przejmować się stołeczną „bieżączką”? Prawdopodobnie jedynie król i jego doradcy.


1 Więcej można się o tym dowiedzieć np. ze zbioru opowiadań Amosa Oza pt. Wśród swoich, wydanym w 2013 roku przez wydawnictwo Rebis.

2 O prawie/liczbie Dunbara można przeczytać tutaj:  A imię jego… sto czterdzieści osiem. Kontrowersyjna liczba Dunbara.

3 Bylund: Jak państwo opiekuńcze zdeprawowało Szwecję  oraz Karlsson: Szwedzki mit

PMK Design
© Organizacja Monarchistów Polskich 1989–2018 · Zdjęcie polskich insygniów koronacyjnych pochodzi z serwisu replikiregaliowpl.com.